czwartek, 5 maja 2011

spotkanie

Maturę zdawaliśmy w czasie, gdy obradował „okrągły stół”. Miał zakończyć falę strajków, która objęła wtedy całą Polskę. Pamiętam temat pisemnej pracy z języka Polskiego: „Przerażony do czego zdolny jest człowiek, zachwycony, jak piękna jest ziemia i świat. Słowa Karola Wierzyńskiego uczyń mottem swojego protestu przeciwko cywilizacyjnym zagrożeniom”. Oczywiście w Polsce roku 1989 jedynym cywilizacyjnym zagrożeniem o którym mogłem pisać był reżim partii komunistycznej. Była w tym przekora i bunt młodego człowieka wobec znienawidzonego systemu, ale też jakaś romantyczna wiara, że otwierają się dla wszystkich nowe, lepsze czasy. Nie miałem żadnych określonych zainteresowań, dlatego wybrałem kierunek studiów, który wydawał się wtedy najbardziej ambitny. Gdy pokazałem tacie indeks Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Poznaniu, pamiętam, że się popłakał.
W tajemnicy przed rodzicami od razu zapisałem się do Niezależnego Zrzeszenia Studentów, które na AM działało bardzo prężnie. W Polsce stary porządek jeszcze trzymał się mocno, dlatego nasz udział w manifestacjach niepodległościowych prawie zawsze kończył się jakąś bijatyką z ZOMO. Ujawniłem kolegom, że pochodzę z wojskowej rodziny. Pamiętam, że przyjęli to ze zrozumieniem. Może nawet stałem się przez to dla nich kimś niezwykłym, jakimś znakiem, że stary porządek nieuchronnie się kończy.
Na wiosnę 1990 roku koledzy z NZS zorganizowali wyjazd na spotkanie z papieżem do czeskiej Pragi. Cieszyliśmy się, bo każdy miał już swój paszport. Pamiętam, jak wszyscy przeżywali ten wyjazd nazywając go „pielgrzymką”. Mnie słowo „pielgrzymka” kojarzyło się z rozkrzyczanym tłumem, ktory przechodząc pod oknami budził mnie co roku w sierpniowy poranek. Rozumiałem, że wiara w Boga jest w moim kraju elementem patriotycznej postawy, pojawiałem się nawet z kolegami w katedrze i śpiewałem „Ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie”, ale „Pan” był dla mnie najwyżej jakąś obcą i odległą siłą, która nawet jeśli ma we władaniu cały świat, to rządzi nim w sposób całkowicie dla człowieka niezrozumiały.
Jednak zdecydowałem się pojechać do Pragi. Po przybyciu na miejsce po wielogodzinnej jeździe pociągiem znaleźliśmy nocleg w jakiejś szkole. Koledzy byli poruszeni wielką ilością kościołów i tym, że były puste. Wrażenie robiło na nas bogactwo zabytków, jakiś spokój w twarzach Czechów i oczywiście zaopatrzenie sklepów – nieporównywalne z szarością półek w Polsce.
Padał deszcz gdy rano przekraczając most na Wełtawie w wielkim tłumie szliśmy na Wzgórze Letna żeby zająć miejsca w naszym sektorze. Przyglądałem się tłumom pod parasolami, które w skupieniu oczekiwały na przyjazd papieża.
Później dotarło do mnie, że Reublika Czeska dopiero kilka dni wcześniej nawiązała stosunki dyplomatyczne z Watykanem, że była najbardziej zlaicyzowanym krajem w Europie, o bardzo nielicznym odsetku osób deklarujących wiarę w Boga i bardzo skromnej grupie katolików. Sam będąc niewierzący stałem w deszczu pośród wielkich tłumów, nie do końca rozumiejąc dlaczego tu jestem, odczuwając rodzaj zaciekawienia połączonego z oczekiwaniem na coś. Gdy pojawił się oszklony, biały papamobile, udzielił mi się nastrój tłumu. Z odległości stu kroków nie widziałem wyraźnie, ale wydawało mi się, że dostrzegam jego uśmiech. Machając biało-czerwoną flagą pozdrawiałem człowieka w bieli zupełnie go nie znając, a on nie widząc mnie, wykonał w moim kierunku gest ręką. To był jedyny raz, gdy widziałem Jana Pawła II. Nigdy później już go nie spotkałem, chociaż w jakiś sposób musiał mi towarzyszyć. Dwadzieścia lat później wybrałem się w samotną pieszą pielgrzymkę z Częstochowy do jego grobu w Watykanie. Dzisiaj czuję, że Karol Wojtyła, mój papież-Polak, cały czas był przy mnie bardzo blisko. Z naszego spotkania w Pradze zapamiętałem jego uśmiech. A może ten uśmiech kojarzę z billboardów, plakatów i okładek książek? A może z zupełnie innego miejsca?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz