wtorek, 15 sierpnia 2017

Samotność

Ostatnia palestyńska wioska przed pustynią nazywa się Ubeidyia. Nabieram wody, poprawiam plecak i robię sobie zdjęcie z dziećmi prowadzącymi osiołka. Dwadzieścia kilometrów stąd mapa pokazuje punkt oznaczony greckim krzyżem i napis Mar Saba. Pewnie prawosławny monastyr. Jest bardzo gorąco, ale do wieczora powinienem tam dojść. Zawiązuję na głowie kafiję tak, jak mnie uczył sprzedawca w Jerozolimie. Dobrze zawiązana chusta ma chyba jakieś kanały z powietrzem, bo nie tylko chroni od słońca ale wyraźnie chłodzi głowę.
Po pięciu godzinach marszu w morderczym upale asfaltowa nitka kończy się przy bramie w murze ze złotego piaskowca. Budynki z kamienia wyglądają na stary klasztor. Dookoła pustynne skaliste pustkowie, nad którym unosi się drżąca mgiełka gorącego powietrza. Tutaj mapa pokazuje koniec drogi, dalej aż do Morza Martwego rozciąga się Pustynia Judzka. Jeśli mnisi przyjmą mnie tu na nocleg to jutro wczesnym rankiem wyruszę dalej przez pustynię na wschód, do grot w Qmran. Martwi mnie trochę , że mój bidon mieści tylko 2 litry wody.

Bramę otwiera ubrany na czarno brodaty mnich, obrzuca nieufnym spojrzeniem, ale wpuszcza do środka. Jako katolik muszę mieć zezwolenie od jerozolimskiego igumena na spędzenie tutaj nocy. Mam szczęście, hasło „pielgrzymka do Asyżu” znowu pomaga znaleźć schronienie.  Młody mnich o imieniu Anastasios prowadzi mnie do małej celi obok refektarza. Drewniana skrzynia z siennikiem i ikona Jana Chrzciciela na ścianie to jedyne wyposażenie. Kamienny monastyr wygląda jak przeniesiony z pierwszych wieków po Chrystusie. Częściowo wykuty w skałach nad doliną rzeki Cedron jest od V wieku domem pustelników i mnichów. Żyją tu w bardzo surowej regule, dzień wypełnia głównie modlitwa. Jedzą dwa razy dziennie głównie warzywa. Po wodę schodzi się w dół skalnymi korytarzami i ustawia wiadra pod sączącym się ze skały strumykiem. Ściany kaplic pokrywają jaskrawo kolorowe wizerunki Maryi, apostołów i świętych. Pod posadzkami są krypty z grobami mnichów, Anastasios mówi, że niektórzy cały czas wydzielają woń kwiatów.

W nocy budzi mnie jakiś rytmiczny dźwięk. To jeden z mnichów wzywa wszystkich na modlitwę uderzając kołkiem o niesioną na plecach drewnianą belkę. W poświacie oliwnych lampek ciemne postacie przesuwają się korytarzami w stronę kaplicy. Pokazują mi że nie mogę wejść pod ołtarz, zostaję więc w przedsionku. Śpiewana modlitwa trwa około godziny. Gdy mnisi wracają do swoich cel, wychodzę na kamienny taras z widokiem w dół na dolinę Cedronu. Noc jest jasna, a niebo tak potężnie rozgwieżdżone jak potrafi być tylko nad pustynią. Po drugiej stronie głębokiego kanionu majaczy skalne zbocze. Anastasios mówił, że są tam wykute w skałach setki wnęk. Dziś nikt już tam nie mieszka, ale w minionych stuleciach te niedostępne pustelnie były zamieszkałe. Do niektórych jedzenie i wodę wciągano po sznurach.

Kładę się na kamiennej posadzce tarasu i patrzę w gwiazdy. Dobrze będzie wyruszyć jutro w drogę wcześnie rano żeby zyskać kilka godzin chłodu zanim wzejdzie słońce. 40 km do Qmran muszę pokonać zanim zapadnie zmrok. Potem na północ do Jeryha i dalej Doliną Jordanu przez Samarię do Nazaretu. Jeśli nie wydostanę się z Izraela przez Syrię, będę musiał szukać połączenia promem z Hajfy na Cypr. Mam cztery miesiące żeby dotrzeć do Asyżu we Włoszech. Próbuję jakoś wyobrazić sobie drogę, która jest przede mną, ale szybko okazuje się, że planowanie czegokolwiek mija się z celem. Jestem tutaj cały w rękach Boga. Ta pielgrzymka jest Jego Drogą, w przeciwnym razie nie miałbym środków ani odwagi żeby dotrzeć choćby do miejsca gdzie teraz jestem.

Cisza jest teraz tak głęboka jak aksamit kosmosu nade mną. Ktoś dmuchnął w niego złotym pyłem. Gwiazdy są tak piękne, że przychodzi chęć podzielenia się z kimś tą chwilą. Odganiam szybko te myśli. Myślę o surowym życiu mnichów w Mar Saba, o samotności na pustelni wśród skał i o mojej jutrzejszej drodze przez pustynię do Morza Martwego. Wiem, że pustynia może być błogosławieństwem, doświadczeniem bliskości Boga, ale może też być przekleństwem. Tylko stałe podążanie drogą woli Bożej pozwala utrzymać się w łasce, każde zboczenie z tej drogi na krok to wejście w wątpliwości, niepewność i lęk. Nie mam pieniędzy, prowiant tylko na jeden dzień, nie wiem gdzie jutro będę spał, ale wiem, że ta droga taka właśnie jest. Dzięki modlitwie codziennie przekraczam próg niepewności. Po drugiej stronie zawsze odnajduje mnie światło. Tutaj nic do mnie nie należy, niczego nie da się zabezpieczyć, zawierzenie musi być niemal zupełne. A roztropność? Co z roztropnością? – pytam siebie czasem. "Nieustannie się módlcie" - przychodzą słowa św. Pawła. W drodze zawierzenia tylko Jezus jest  roztropnością. Jestem cały w rękach Boga. Kroki są nieustanna modlitwą. Czuję, że blisko jest granica szaleństwa, ale odczuwam też wyraźnie pokój, jakbym przebywał w jakimś kokonie bezpieczeństwa, przez który nie może mnie dosięgnąć nic złego. Czuję, że wytrwała samotność jest zdolna uczynić człowieka prawdziwie wolnym od niepokoju. Ale odkrywam, że ta prawdziwa wolność nie jest „od” czegoś. Prawdziwa wolność to wolność „do”, porzucenie wszystkiego dla tej jednej drogocennej perły. Czuję, że nadzieja, która mnie prowadzi może osiągnąć swoją pełnię w całkowitym ogołoceniu ze świata i doczesnych problemów. Rozsypane na niebie gwiazdy zdają się potwierdzać, że istnieje szczęście bez ciągłego przytulania się do jakiejś osoby, instytucji czy nałogu. Istnieją drogi bez ziemskich drogowskazów.  Moja znikomość i kruchość w bezmiarze kosmosu otwiera kanał zdumiewającej mocy. Nikt o mnie tu nie wie, nic nie znaczę, jestem zupełnie nieużyteczny dla świata, znikome ziarno pyłu w otchłani kosmosu, ale czuję jak każda chwila nabrzmiewa wielkim znaczeniem. Zgoda na samotność jest jak odkrycie na pustyni smaku krystalicznej wody.
Gdzieś tutaj blisko jest ten punkt spotkania, którego szukałem. To spotkanie jest niemożliwe bez surowego odsunięcia się od świata, bez milczenia, samotności i pokuty – poświęcenia całego życia dla tej jednej wytęsknionej chwili. A jednak gdzieś na dnie serca czuję kłucie. Przez kokon bezpieczeństwa do wewnątrz przenikają pytania. Czy istnieje samotność, która jest przepowiadaniem światu Chrystusa? Czy istnieje samotność, przez którą Bóg naprawia świat?  Czy przez oddalenie mogę mieć łączność z tymi, których kocham?

niedziela, 5 lutego 2017

powidoki


Kadr z „Powidoków” Andrzeja Wajdy. Nika, 10-letnia córka Władysława Strzemińskiego, stoi w pracowni ojca, w czerwonym płaszczyku, na tle ikony Matki Boskiej Kazańskiej, którą otrzymała kiedyś od swojej prawosławnej matki, Katarzyny Kobro.
Nika jest zawieszona między dwoma silnymi, skonfliktowanymi osobowościami rodziców, z których każdy inaczej postrzega rzeczywistość i inaczej ją wyraża, tworząc własną, odrębną koncepcję sztuki. Ten konflikt indywidualności doprowadzi ich do rozstania, które będzie wielkim dramatem dla ich córki.

Konstruktywista Strzemiński, autor koncepcji unizmu, był przez Jakiś czas w Petersburgu asystentem Kazimierza Malewicza, który zasłynął odrzuceniem w malarstwie logiki koloru. Malewicz, jako oddany idei komunizmu artysta, szukając czysto egzystencjalnych możliwości w sztuce, doszedł do samej granicy wyrazu malarskiego tworząc słynny obraz „Czarny kwadrat na białym tle”, który był swoistym manifestem „końca sztuki”. Socrealizm doprowadził w ten sposób do kresu sztukę tradycyjną, podobnie jak pół wieku wcześniej Fryderyk Nietzsche obwieścił „śmierć Boga”, jako koniec religijnych iluzji ograniczających postęp ludzkości.

Oto dwaj wieszcze upadku tradycyjnych wartości i chrześcijańskiej wizji świata staną się symbolami dla dwóch totalitarnych systemów ateistycznych, które doprowadzą ludzkość do największej tragedii w dziejach, gdzie po raz pierwszy w historii nienawiść skierowana przeciwko drugiemu człowiekowi przyjmie instytucjonalne, systemowe i globalne formy.

Film Wajdy przedstawia dramatyczny spór o rolę i znaczenie sztuki w życiu człowieka i społeczeństwa i w tym kontekście ukazuje postawy ludzi, ich moralne dylematy i tragiczne wybory.
Na tym tle cicho i pokornie ledwie zaznacza swą obecność milczący prostokąt ikony. Występuje tylko w dwóch scenach. Nie ma w filmie jej zbliżenia, pozostaje cały czas na drugim planie, jak brutalnie odrzucona naiwność wieku dziecięcego, obraz wzgardzony, ośmieszony, nieprzydatny, a jednak skrywający wielką siłę, ukrytą ideę, która w jakiś sposób przeciwstawia się tworzonym przez „wolny” umysł teoriom rzeczywistości i okrutnym pragmatyzmom i relatywizmom.

Ikona wyraża największą z tajemnic i największe z ludzkich pragnień: spotkanie ducha i materii. Jest według tradycji przestrzenią spotkania prawdy i piękna, oknem na świat „przyszłego wieku”. Dla chrześcijan jedynym prawdziwym pięknem i kresem poszukiwań jest sam Bóg, a sztuka to różne drogi do tego celu.
Dziesięć wieków przed Strzemińskim, ukryty na Pustyni Judzkiej św. Jan z Damaszku napisze o tajemnicy ikony, że „jest widzialnym znakiem Niewidzialnego”.

Strzemiński, po okresie fascynacji rewolucją komunistyczną, odrzuci socrealizm i skazany za to przez władze komunistycznej Polski na artystyczny niebyt, umrze w nędzy. Jego artystyczny manifest, teoria, którą pragnie uwieńczyć swoje życie, jest krzykiem o prawo do własnej wizji, do wyrażenia twórczej wolności.
Znamienna jest scena, gdy okazuje się, że artysta musi schować ikonę do szuflady żeby nie przeszkadzała mu w realizacji jego malarskich poszukiwań.

niedziela, 22 stycznia 2017

Kreski



Jak technika półsuchych kresek może być zaproszeniem do wyruszenia w drogę...
Ikona „Serafin w błękitach” była od początku pewnym eksperymentem, próbą wejścia na nieznany teren. Miałem dobre zdjęcia fresku Serafina z prawosławnej cerkwi, ale czułem się niepewnie. Chciałem spróbować nowej techniki, wydobyć z błękitnego tła oblicze i skrzydła anioła nie używając znanej mi dobrze techniki rozświetleń, tylko pracować używając tysięcy cienkich kresek, delikatnych dotknięć półsuchego pędzla. Ta technika bardziej przypomina szkicowanie niż tradycyjne malowanie. Kreseczki kładzie się miejsce przy miejscu. Jedna czy dwie nie dają jeszcze efektu, dopiero gdy dochodzą kolejne kreski, ich suma daje dostrzegalną różnicę i stopniowo tworzy obraz, który dzięki tej technice ma wyjątkową dynamikę, jakby był „w ruchu”.
Po nałożeniu na deskę kilku warstw błękitnego tła i odczekaniu aż wyschnie, sięgnąłem po biel cynkową żeby przygotować odpowiednią farbę do „kresek”. Znaczenie ma gęstość farby, a wcześniej także „tłustość” spoiwa żółtkowego, które jest rozpuszczalnikiem dla pigmentu. W ikonie wszystko ma znaczenie, najmniejszy detal, mała zmiana jednego z wielu czynników może spowodować dramatyczny skutek, wprowadzić zaskakującą zmianę. Nowy efekt może być dla ikony korzystny lub poprowadzić w złą stronę. Pisanie ikony to ciągłe rozeznawanie drogi.
Biel cynkowa jest mocno transparentna czyli daje słabe krycie, spod farby przebija to, co pod spodem. Kreska nie może być czysto biała, zbyt duże byłyby kontrasty. Delikatnie łamię więc biel dodając okruch błękitnego pigmentu. Nie widzę zmiany koloru, ale wiem, że to już inna biel, „biel ascetyczna”. Po modlitwie, która jest właściwie tylko westchnieniem o właściwą miarę, kroplami odmierzam ilość spoiwa żeby uzyskać odpowiednią gęstość farby. Sięgam po cienki pędzel, zanurzam go w farbie odsączając nadmiar na brzegu palety. Pędzel gotowy do pracy na chwilę zatrzymuje się nad deską.
Pierwsze dotknięcie pędzlem jest jak pierwszy krok na nowej drodze. Kładę pierwszą kreskę i od razu zaskoczenie. Nie ma jej. Nie widzę śladu farby. Jakby była całkowicie przezroczysta. Może farba jest zbyt rzadka… za mało dodałem bieli? Wtedy nagle kreska sama się pojawia. Teraz widzę ją wyraźnie… A więc… zaczynam rozumieć… biel cynkowa na błękitnym podłożu działa tak, że nie pojawia się od razu, tylko dopiero gdy wysycha. Potrzebuje chwili czasu żeby się pojawić. Trwa to sekundę-dwie, ale ten czas zawieszenia wprowadza niepokój. Gdy kładę farbę, spodziewając się znanego mi efektu, że pędzel zostawi ślad, tymczasem na desce nic się nie dzieje. Odkrywam, że mój niepokój jest wywołany tym, że nie mam teraz kontroli nad pędzlem. Przecież to niemożliwe tak pracować bez kontroli nad efektem. Nie mogę malować nie widząc skutku. Nie widząc kreski nie wiem gdzie mam postawić kolejną. Dziwne uczucie. A może to jednak zaproszenie do czegoś? Może mam spróbować postawić kilka tych nieporadnych kroków w ciemno i poczekać co się stanie.
Teraz dopiero dostrzegam jak trudno zaufać, gdy tracę kontrolę, gdy nie wiem co mnie dalej czeka. Ale przecież radziłem sobie wiele razy w trudnych sytuacjach na drodze, gdy po ludzku nie było rozwiązania i trzeba było mocniej zacisnąć dłoń na kiju i zrobić krok w niepewność. Wtedy okazywało się, że „po tamtej stronie ciemności” czekało na mnie rozwiązanie. Przed chwilą go nie widziałem, ale ono było, czekało na mnie, czekało na moje „fiat”.
Postanawiam pójść tą niepewną drogą „niewidzialnych” kresek. Pierwsze kroki są nieporadne, jak nauka pisania lewą ręką, ale po chwili zaczynam znajdować rytm. To nowe doświadczenie. Czuję się znów jak dziecko, które podało dłoń tacie i idzie pod jego opieką, pozwala się prowadzić bo zaufało. Patrzę jak szkic cienkich białych kreseczek wyłania się z „niebytu”, jakby niesiony niewidzialną falą. Ta zmiana delikatnie „płynie”, stopniowo ukazując światło oczu, ust, nosa. Kształty serafina wyłaniają się nieoczekiwanie, jakby „znikąd”. Każdy kto pisał ikonę zna to niezwykłe uczucie, gdy w pewnej chwili oczy ikony stają się żywe, zaczynają patrzeć. Jednak teraz, gdy oddając kontrolę zdaję się na prowadzenie, moje zdumienie jest jeszcze większe.
Na nowo odkrywam znaczenie słów, które powtarzałem to tyle razy na warsztatach pisania ikon: „Ikonograf oddaje dłoń Duchowi Świętemu, to On jest prawdziwym autorem ikony". Przyjmuję pokornie tą pierwszą lekcję ikonografii. A więc droga znowu się zaczyna

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Step


Z drogi przez Rosję. Lipiec 2013

Cóż dla człowieka lepszym sposobem poznania tajemnicy Bóstwa,
aniżeli człowieczeństwo, które Ono przyjęło?

           Bł. Henryk Suzo, „Księga Mądrości przedwiecznej”

Rosyjski step zatraca jak ocean. Linia horyzontu jest cały czas boleśnie daleko. Czasem idę godzinami mając tylko towarzystwo traw i białych brzóz. Gdy staję, słyszę szum krwi w skroniach, poprawiam plecak i uczepiam się drzewa na horyzoncie żeby mieć jakiś punkt odniesienia. W ciszy, która zdaje się teraz podpierać niebo, robię kolejny krok w niepewność.  

Samotność rosyjskiego stepu sprawia, że każde spotkanie z drugim człowiekiem jest niczym święto. Rosjanie mieszkają bardzo skromnie w drewnianych domach z zarośnietymi ogródkami. Nauczyłem się jeść twardą słoninę. Trzeba ją żuć powoli. Zapraszają na nocleg, do łaźni. Pytają czego jeszcze mi potrzeba. Mogę się odwzajemnić tylko obrazkiem Jezusa Miłosiernego. Niektórzy całują go jak ikonę.

Czy pielgrzym, człowiek niezakorzeniony w świecie, ma coś do zaoferowania? A jednak wspólny posiłek u rosyjskiej rodziny rodzi ważną myśl: że nie musimy określać siebie przez dzielące nas różnice. Pielgrzym jest bezbronny, jest w duchowej drodze, prosi o pomoc, dlatego budzi zaufanie. Gdy siadamy do stołu okazuje się, że każdy ma swoją historię, swoją godność i swoje lęki. Różnimy się, ale  nie różnice są teraz najważniejsze. Jemy ten sam chleb. Tą zdumiewającą wspólnotę można dostrzec dopiero w wolności drogi, w wolności od schematów i uprzedzeń, w wolności od lęku przed obcym.
Siedząc przy stole jesteśmy niczym dalecy krewni. Należymy do tej samej wspólnoty, w której kobiety i mężczyźni podają sobie ręce na przywitanie i patrzą sobie prosto w oczy. Wymiana uśmiechów to misterium spotkania.”Spotykam Innego w epifanii jego twarzy” – mówił francuski filozof dialogu Emmanuel Levinas.

Do tego drzewa przede mną mam może pięć kilometrów. To godzina drogi. Powietrze jest bardzo przejrzyste. Daleki horyzont rysuje się ostro. Białe brzozy rosną w kępach. Trzymają się razem.
Chyba tędy kiedyś szła na Moskwę polska husaria i tędy 200 lat póżniej wracała upokorzona armia Francuzów.
- Od wielkości do śmieszności jest tylko mały krok - powiedział po klęsce zadanej przez Rosjan jeden z ministrów Napoleona. Stąd widzę to bardzo wyraźnie. Czy klęskę dumnemu cesarzowi zadali Rosjanie czy ten bezmiar rosyjskiego stepu? Pośrodku oceanu traw wracają wspomnienia moich życiowych porażek, klęsk, które ujawniły moją niewystarczalność, zapatrzenie w siebie, pychę. Teraz już wiem, że były potrzebne, bez nich może nadal odchodziłbym od prawdy o sobie. A teraz? Co o sobie wiem teraz? W jakim punkcie drogi jestem?

Do bramy Optyńskiej Pustelni pod Kozielskiem pukam gdy już jest ciemno. Otwiera mi brodaty mnich patrząc podejrzliwie. Po rosyjsku tłumaczę, że idę do Moskwy, że jestem katolikiem. Mam na kosturze prawosławną ikonę krzyża, mnich patrzy na nią  i po chwili wpuszcza mnie do środka. Prowadzi do prostego pomieszczenia z małym okienkiem i drewnianym łóżkiem. Na ścianie tylko ikona św. Jana Chrzciciela. Po chwili przynosi koce i kolację dla mnie: chleb i rybną konserwę. Mam więc posiłek apostołów.

Nazajutrz Iwan oprowadza mnie po cerkwiach monastyru. Optyńska Pustelnia to wielki kompleks cerkwi otoczony wysokim murem. Dowiaduję się, że to w tych murach NKWD przetrzymywało polskich oficerów przed transportem na egzekucję do Katynia. Iwan pokazuje mi ikony. Przed każdą oddaje trzykrotny pokłon robiąc za każdym razem zamaszysty znak krzyża, który zaczyna się dotknięciem trzema złączonymi palcami czoła, dotyka serca i prowadzi od prawego ramienia do lewego. Ja żegnam się zwyczajnie, tak jak u nas, całą dłonią: czoło, serce, lewe ramię, prawe ramię. Gdy wychodzimy z cerkwi podchodzi do mnie starsza pani w chustce na głowie i zaczyna mi tłumaczyć jak prawidłowo powinno robić się znak krzyża przed ikoną. Chyba zauważyła w cerkwi że, znak krzyża robię inaczej. Pokazuje mi wyrażnie i powoli  wszystkie gesty, oddając pokłony prawie do ziemi. Jest uprzejma, chyba myśli, że nie wiem jak to robić. Gdy kobieta odchodzi, Iwan widząc moje strapienie, rzuca tylko: „Ty kriż diełaj kak tiebie kriestili” (Ty rób znak krzyża tak, jak byłeś chrzczony).

Każdy dom składa się z muru. A mur, dając poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie oddziela, tworzy granicę. Wielokrotnie doświadczałem tej granicy w miastach stojąc przed zamkniętą klatką z domofonem. Ściany powstają żeby ochronić się przed niebezpieczeństwem. Dla pielgrzyma, który każdego wieczoru puka do innego domu prosząc o nocleg, znak otwartych drzwi pochodzi od samego Boga. Człowiek, który otwiera dom nieznajomemu, robi taki sam krok w niepewność, jak pielgrzym wyruszający w drogę bez zabezpieczeń. W Ewangelii przestraszeni uczniowie Jezusa chronią się przed Żydami za zamkniętymi drzwiami Wieczernika. Jezus przechodzi jednak przez zamknięte drzwi i mówi: „Pokój wam”.




piątek, 2 grudnia 2016

Kapelan

Wojtek jest Polakiem od 10 lat mieszkającym w Londynie. Ukończył teologię na KUL-u, a potem filozofię już tutaj, na Uniwersytecie Londyńskim. Pracuje jako świecki kapelan marynarzy w Porcie Tilbury, zatrudniony przez Episkopat Anglii w Apostleship of the Sea Stella Maris (Apostolstwo Morza Stella Maris). Dostaję od niego swój kask ochronny i kamizelkę, Wojtek zabiera mnie na statki, pokazuje swoją pracę wśród marynarzy różnych bander, języków i religii. Odwiedzamy gigantyczny kontenerowiec z Birmy i rorowiec z polsko-ukraińsko-filipińską załogą.

- Tutaj trzeba bardziej być po prostu człowiekiem, wsłuchanym i wyczulonym na problemy i potrzeby drugiego człowieka. Ewangelizacja odbywa się przy okazji, choć przecież o Boga tu cały czas chodzi. Ale On działa też przez okazywanie serca temu kto jest w potrzebie.

Wojtek rozwozi marynarzom karty telefoniczne i do Internetu, pomaga w zakupach, formalnościach, nagłych sprawach, gdy potrzeba konsula albo prawnika. Jest na miejscu gdy trzeba duchowej posługi, pocieszenia, albo zwyczajnej rozmowy. Wręcza obrazki i broszury z Dobrą Nowiną.
- Cieszę się gdy mogę porozmawiać z kimś o Bogu, ale nie mogę się narzucać. Załogi są mieszane. Często Chorwaci dzielą miesiącami jeden pokład z Serbami, Ukraińcy z Rosjanami. Morze stawia wszystkich wobec swojej zmienności i nieprzewidywalności. Marynarz wie, że wobec potęgi żywiołu niewiele zależy od samego człowieka.

Wojtek niedawno się ożenił. Razem z żoną, Milą, dają mi nocleg w swoim małym mieszkaniu w centrum Londynu i mimo protestów kupują wszystko co mi potrzebne na drogę.
W niedzielę Mila ma dyżur w szpitalu, wychodzimy więc we dwóch z Wojtkiem na mszę do katolickiej katedry, a potem Wojtek oprowadza mnie po mieście.

Westminster Abbey w Londynie jest dla Anglików tym, czym dla Polaków jest Wawel. Tu spoczywają królowie, poeci, Darwin i Newton, tutaj koronuje się królów. Kiedyś było to potężne opactwo Benedyktynów, dziś jest to główna świątynia Kościoła Anglikanskiego. W latach 90-tych dokonano renowacji frontu kościoła i umieszczono nad portalem rząd dziesięciu figur przedstawiających największych męczenników chrześcijaństwa XX wieku.
Ku mojemu zdziwieniu rząd świętych otwiera święty Maksymilian Kolbe. Od Mili wiem, że wybierając osoby do tego panteonu anglikanie byli bardzo "picky" - staranni i drobiazgowi. Obok Maksymiliana Martin Luther King, potem biskup Romero z Nikaragui, Dietrich Benhofer niemiecki pastor zamęczony przez hitlerowców tuż przed końcem wojny.

Kult świętych jest mało popularny w kościołach protestanckich, podobnie jak pielgrzymowanie i ikony. Gdy stajemy z Wojtkiem przed okazałym frontem potężnej świątyni akurat otwierane są drzwi – za chwilę odbędą się anglikanskie nieszpory. Turyści są proszeni o nie wchodzenie do środka w czasie modlitwy. Na skierowane do nas w przejściu pytanie o cel wizyty odpowiadamy z Wojtkiem zgodnie: - Prayer. (modlitwa).

Wewnątrz kolejne zaskoczenie. Witają nas bowiem dwie wielkie ikony - zgodnie ze wschodnim porządkiem: po lewej od wejścia Matka Boska Hodegetria, a po prawej Chrystus Pantokrator. Ikony są z pewnością kanoniczne, poznaję świetny warsztat, może dar prawosławnych?
Nie ma czasu się przyglądać, zaraz rozpoczynają się nieszpory.

Modlitwa ma bardzo podniosły charakter, początek na stojąco, dużo śpiewu. Liturgia często odnosi się w pięknych słowach do Matki Bożej. Potem następuje homilia pastora. I tu znowu zaskoczenie bo tematem kazania jest "Czarna Madonna".

To co słyszymy z Wojtkiem z ust protestanckiego pastora daje wyraźnie odczuć, że zbliżenie anglikanów i katolików to proces realnie zachodzący w przestrzeni Kościoła.

Po wyjściu z katedry widzę pastora żegnającego się z wiernymi. Czekam na odpowiedni moment i w końcu podchodzę żeby krótko przedstawić ideę pielgrzymki. Pastor słucha mocno zaciekawiony. Pdodaję mu adres strony i mój mail z prośbą o przesłanie mi tekstu homilii o Czarnej Madonnie. Jesteśmy we trzech mocno poruszeni tym spotkaniem. Na pożegnanie pastor z uśmiechem mówi:
- Ta nasza rozmowa była jak modlitwa.

Nazajutrz dostaję maila:

Dear Roman,

It was great to meet with you yesterday and to learn about your pilgrimage.
The sermon is attached.
As you continue your journey, you will remain in my prayers. Please pray for us!

Every blessing.

Tony

Tony Kyriakides
Chaplain, Westminster Abbey


Drogi Romanie,

Dobrze było cię spotkać i posłuchać o twojej pielgrzymce.
Załączam tekst homilii.
Jestem z tobą w modlitwie w twoim dalszym pielgrzymowaniu. Proszę módl się za nas.

Z błogosławieństwem,

Tony Kyriakides,
Kapelan, Opactwo Westminster