czwartek, 9 listopada 2017

Ofiarność

W dzisiejszych czasach nie wystarcza już sam postulat sprawiedliwości. Po obu stronach barykady oddzielającej strony walczące o wyższość idei własnej nad ideą przeciwnika coraz mocniej pojawia się myśl, że po czasie walki nadchodzi czas ofiary.

Dwa zwalczające się pragmatyzmy: oczyszczonego marksizmu i zanieczyszczonego chrześcijaństwa dochodzą dziś do wspólnego wniosku: że wszystkim najbardziej potrzeba dziś bezinteresowności.

Filozoficzne i teologiczne tropy poszukiwań globalnej sprawiedliwości nie posunęły ludzkości znacząco naprzód. Zdobycze postępu nadal zawodzą pokładane w nich nadzieje. Powoli dla wszystkich staje się jasne, że człowiek dopiero wtedy w pełni staje się człowiekiem, gdy zdobywa się na ofiarność wobec drugiego.

Być może nowym kierunkiem dla ludzkości będzie nie sukces jako spełnienie ale ofiara jako dopełnienie. Tylko czy takie odrodzenie jest możliwe bez katastrofy?


wtorek, 26 września 2017

przezroczystość

Idąc przez Turcję wybrałem drogę wzdłuż brzegu morza. Skrótem przez góry byłoby krócej o kilka dni, ale myślałem że nad morzem będzie chłodniej. Pomyliłem się. Przez miesiąc odkąd wyruszyłem z Jerozolimy, każdego dnia z doskonale czystego nieba lał się ciężki żar. Bolały odparzone stopy, plecak bardzo ciążył. Upał mijał dopiero przed nocą. Kładłem się wtedy na wznak na piasku z rękami pod głową i patrzyłem w gwiazdy.  Łagodny szum fal wlewał się w głębię czarnego aksamitu nade mną. Wspomnienie tych nocy wróciło ostatnio, gdy na rekolekcjach z pisaniem ikony Oblicza o. Jerzy mówił nam o siódmej ikonie.

- Być może wielu z was nigdy nie przeżyje miłości. Ani nawet prawdziwej przyjaźni. Być może wasze próby z pędzlem nigdy nie będą ikoną, lecz zaledwie... staraniem. Ta prawdziwa ikona to doskonale czyste okno, które ukazuje Drugą Stronę. Okno, które nie zatrzymuje nas żadną skazą. Przepuszcza do nieskończoności prowadząc na spotkanie… Natomiast gdy dostrzegamy na desce ślady pędzla, linie znaczone pigmentem, błyszczenie złota - zatrzymujemy się na powierzchni deski zajęci analizą  - i odbity od obrazu promień myśli wraca do nas. Dostrzegamy wtedy siebie samych. Cudowna podróż na którą liczyliśmy skończyła się zanim się rozpoczęła. Na powrót jesteśmy w świecie własnych wyobrażeń, pragnień na miarę nas samych. W świecie własnych wyobrażeń o miłości.

Powinniście jednak próbować. Życzę wam żebyście kiedyś napisali waszą siódmą ikonę. Siedem to oczywiście symbol. Chodzi o ikonę prawdziwą, która nie odbije was samych tylko poprowadzi dalej, na spotkanie z największą tajemnicą. Większość z was być może nigdy nie napisze siódmej ikony. Może zrozumiecie dla dobra was samych, że trzeba się z tym pogodzić i nie nazywać ikoną tego, co nią nie jest. Siódma ikona jest przezroczysta. Napiszecie ją, jeśli sami staniecie się transparentni dla światła, gdy przestaniecie cokolwiek z tego światła dla siebie zatrzymywać. Dopiero sami stając się światłem będziecie mogli nim obdarowywać. Wtedy wszystko co podarujecie stanie ikoną – czystym światłem. Ceną za to będzie bolesne rozstanie z tym wszystkim co czystym światłem nie jest. Ale warto. Warto czekać.

Być może wielu z was nie napisze siódmej ikony i nie poczuje prawdziwej miłości. Ale nie starajcie się nazywać ikoną albo miłością tego, co nimi nie jest. Może tutaj, na ziemi,  nie doświadczycie miłości, ale wierząc, że ona istnieje, macie ją stale przed sobą. Oto ukryta  w aksamicie kosmosu, czeka aż będziecie gotowi. To ona daje wam to pragnienie poszukiwania, odwagę wyruszania w drogę.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Samotność

Ostatnia palestyńska wioska przed pustynią nazywa się Ubeidyia. Nabieram wody, poprawiam plecak i robię sobie zdjęcie z dziećmi prowadzącymi osiołka. Dwadzieścia kilometrów stąd mapa pokazuje punkt oznaczony greckim krzyżem i napis Mar Saba. Pewnie prawosławny monastyr. Jest bardzo gorąco, ale do wieczora powinienem tam dojść. Zawiązuję na głowie kafiję tak, jak mnie uczył sprzedawca w Jerozolimie. Dobrze zawiązana chusta ma chyba jakieś kanały z powietrzem, bo nie tylko chroni od słońca ale wyraźnie chłodzi głowę.
Po pięciu godzinach marszu w morderczym upale asfaltowa nitka kończy się przy bramie w murze ze złotego piaskowca. Budynki z kamienia wyglądają na stary klasztor. Dookoła pustynne skaliste pustkowie, nad którym unosi się drżąca mgiełka gorącego powietrza. Tutaj mapa pokazuje koniec drogi, dalej aż do Morza Martwego rozciąga się Pustynia Judzka. Jeśli mnisi przyjmą mnie tu na nocleg to jutro wczesnym rankiem wyruszę dalej przez pustynię na wschód, do grot w Qmran. Martwi mnie trochę , że mój bidon mieści tylko 2 litry wody.

Bramę otwiera ubrany na czarno brodaty mnich, obrzuca nieufnym spojrzeniem, ale wpuszcza do środka. Jako katolik muszę mieć zezwolenie od jerozolimskiego igumena na spędzenie tutaj nocy. Mam szczęście, hasło „pielgrzymka do Asyżu” znowu pomaga znaleźć schronienie.  Młody mnich o imieniu Anastasios prowadzi mnie do małej celi obok refektarza. Drewniana skrzynia z siennikiem i ikona Jana Chrzciciela na ścianie to jedyne wyposażenie. Kamienny monastyr wygląda jak przeniesiony z pierwszych wieków po Chrystusie. Częściowo wykuty w skałach nad doliną rzeki Cedron jest od V wieku domem pustelników i mnichów. Żyją tu w bardzo surowej regule, dzień wypełnia głównie modlitwa. Jedzą dwa razy dziennie głównie warzywa. Po wodę schodzi się w dół skalnymi korytarzami i ustawia wiadra pod sączącym się ze skały strumykiem. Ściany kaplic pokrywają jaskrawo kolorowe wizerunki Maryi, apostołów i świętych. Pod posadzkami są krypty z grobami mnichów, Anastasios mówi, że niektórzy cały czas wydzielają woń kwiatów.

W nocy budzi mnie jakiś rytmiczny dźwięk. To jeden z mnichów wzywa wszystkich na modlitwę uderzając kołkiem o niesioną na plecach drewnianą belkę. W poświacie oliwnych lampek ciemne postacie przesuwają się korytarzami w stronę kaplicy. Pokazują mi że nie mogę wejść pod ołtarz, zostaję więc w przedsionku. Śpiewana modlitwa trwa około godziny. Gdy mnisi wracają do swoich cel, wychodzę na kamienny taras z widokiem w dół na dolinę Cedronu. Noc jest jasna, a niebo tak potężnie rozgwieżdżone jak potrafi być tylko nad pustynią. Po drugiej stronie głębokiego kanionu majaczy skalne zbocze. Anastasios mówił, że są tam wykute w skałach setki wnęk. Dziś nikt już tam nie mieszka, ale w minionych stuleciach te niedostępne pustelnie były zamieszkałe. Do niektórych jedzenie i wodę wciągano po sznurach.

Kładę się na kamiennej posadzce tarasu i patrzę w gwiazdy. Dobrze będzie wyruszyć jutro w drogę wcześnie rano żeby zyskać kilka godzin chłodu zanim wzejdzie słońce. 40 km do Qmran muszę pokonać zanim zapadnie zmrok. Potem na północ do Jeryha i dalej Doliną Jordanu przez Samarię do Nazaretu. Jeśli nie wydostanę się z Izraela przez Syrię, będę musiał szukać połączenia promem z Hajfy na Cypr. Mam cztery miesiące żeby dotrzeć do Asyżu we Włoszech. Próbuję jakoś wyobrazić sobie drogę, która jest przede mną, ale szybko okazuje się, że planowanie czegokolwiek mija się z celem. Jestem tutaj cały w rękach Boga. Ta pielgrzymka jest Jego Drogą, w przeciwnym razie nie miałbym środków ani odwagi żeby dotrzeć choćby do miejsca gdzie teraz jestem.

Cisza jest teraz tak głęboka jak aksamit kosmosu nade mną. Ktoś dmuchnął w niego złotym pyłem. Gwiazdy są tak piękne, że przychodzi chęć podzielenia się z kimś tą chwilą. Odganiam szybko te myśli. Myślę o surowym życiu mnichów w Mar Saba, o samotności na pustelni wśród skał i o mojej jutrzejszej drodze przez pustynię do Morza Martwego. Wiem, że pustynia może być błogosławieństwem, doświadczeniem bliskości Boga, ale może też być przekleństwem. Tylko stałe podążanie drogą woli Bożej pozwala utrzymać się w łasce, każde zboczenie z tej drogi na krok to wejście w wątpliwości, niepewność i lęk. Nie mam pieniędzy, prowiant tylko na jeden dzień, nie wiem gdzie jutro będę spał, ale wiem, że ta droga taka właśnie jest. Dzięki modlitwie codziennie przekraczam próg niepewności. Po drugiej stronie zawsze odnajduje mnie światło. Tutaj nic do mnie nie należy, niczego nie da się zabezpieczyć, zawierzenie musi być niemal zupełne. A roztropność? Co z roztropnością? – pytam siebie czasem. "Nieustannie się módlcie" - przychodzą słowa św. Pawła. W drodze zawierzenia tylko Jezus jest  roztropnością. Jestem cały w rękach Boga. Kroki są nieustanna modlitwą. Czuję, że blisko jest granica szaleństwa, ale odczuwam też wyraźnie pokój, jakbym przebywał w jakimś kokonie bezpieczeństwa, przez który nie może mnie dosięgnąć nic złego. Czuję, że wytrwała samotność jest zdolna uczynić człowieka prawdziwie wolnym od niepokoju. Ale odkrywam, że ta prawdziwa wolność nie jest „od” czegoś. Prawdziwa wolność to wolność „do”, porzucenie wszystkiego dla tej jednej drogocennej perły. Czuję, że nadzieja, która mnie prowadzi może osiągnąć swoją pełnię w całkowitym ogołoceniu ze świata i doczesnych problemów. Rozsypane na niebie gwiazdy zdają się potwierdzać, że istnieje szczęście bez ciągłego przytulania się do jakiejś osoby, instytucji czy nałogu. Istnieją drogi bez ziemskich drogowskazów.  Moja znikomość i kruchość w bezmiarze kosmosu otwiera kanał zdumiewającej mocy. Nikt o mnie tu nie wie, nic nie znaczę, jestem zupełnie nieużyteczny dla świata, znikome ziarno pyłu w otchłani kosmosu, ale czuję jak każda chwila nabrzmiewa wielkim znaczeniem. Zgoda na samotność jest jak odkrycie na pustyni smaku krystalicznej wody.
Gdzieś tutaj blisko jest ten punkt spotkania, którego szukałem. To spotkanie jest niemożliwe bez surowego odsunięcia się od świata, bez milczenia, samotności i pokuty – poświęcenia całego życia dla tej jednej wytęsknionej chwili. A jednak gdzieś na dnie serca czuję kłucie. Przez kokon bezpieczeństwa do wewnątrz przenikają pytania. Czy istnieje samotność, która jest przepowiadaniem światu Chrystusa? Czy istnieje samotność, przez którą Bóg naprawia świat?  Czy przez oddalenie mogę mieć łączność z tymi, których kocham?

niedziela, 5 lutego 2017

powidoki


Kadr z „Powidoków” Andrzeja Wajdy. Nika, 10-letnia córka Władysława Strzemińskiego, stoi w pracowni ojca, w czerwonym płaszczyku, na tle ikony Matki Boskiej Kazańskiej, którą otrzymała kiedyś od swojej prawosławnej matki, Katarzyny Kobro.
Nika jest zawieszona między dwoma silnymi, skonfliktowanymi osobowościami rodziców, z których każdy inaczej postrzega rzeczywistość i inaczej ją wyraża, tworząc własną, odrębną koncepcję sztuki. Ten konflikt indywidualności doprowadzi ich do rozstania, które będzie wielkim dramatem dla ich córki.

Konstruktywista Strzemiński, autor koncepcji unizmu, był przez Jakiś czas w Petersburgu asystentem Kazimierza Malewicza, który zasłynął odrzuceniem w malarstwie logiki koloru. Malewicz, jako oddany idei komunizmu artysta, szukając czysto egzystencjalnych możliwości w sztuce, doszedł do samej granicy wyrazu malarskiego tworząc słynny obraz „Czarny kwadrat na białym tle”, który był swoistym manifestem „końca sztuki”. Socrealizm doprowadził w ten sposób do kresu sztukę tradycyjną, podobnie jak pół wieku wcześniej Fryderyk Nietzsche obwieścił „śmierć Boga”, jako koniec religijnych iluzji ograniczających postęp ludzkości.

Oto dwaj wieszcze upadku tradycyjnych wartości i chrześcijańskiej wizji świata staną się symbolami dla dwóch totalitarnych systemów ateistycznych, które doprowadzą ludzkość do największej tragedii w dziejach, gdzie po raz pierwszy w historii nienawiść skierowana przeciwko drugiemu człowiekowi przyjmie instytucjonalne, systemowe i globalne formy.

Film Wajdy przedstawia dramatyczny spór o rolę i znaczenie sztuki w życiu człowieka i społeczeństwa i w tym kontekście ukazuje postawy ludzi, ich moralne dylematy i tragiczne wybory.
Na tym tle cicho i pokornie ledwie zaznacza swą obecność milczący prostokąt ikony. Występuje tylko w dwóch scenach. Nie ma w filmie jej zbliżenia, pozostaje cały czas na drugim planie, jak brutalnie odrzucona naiwność wieku dziecięcego, obraz wzgardzony, ośmieszony, nieprzydatny, a jednak skrywający wielką siłę, ukrytą ideę, która w jakiś sposób przeciwstawia się tworzonym przez „wolny” umysł teoriom rzeczywistości i okrutnym pragmatyzmom i relatywizmom.

Ikona wyraża największą z tajemnic i największe z ludzkich pragnień: spotkanie ducha i materii. Jest według tradycji przestrzenią spotkania prawdy i piękna, oknem na świat „przyszłego wieku”. Dla chrześcijan jedynym prawdziwym pięknem i kresem poszukiwań jest sam Bóg, a sztuka to różne drogi do tego celu.
Dziesięć wieków przed Strzemińskim, ukryty na Pustyni Judzkiej św. Jan z Damaszku napisze o tajemnicy ikony, że „jest widzialnym znakiem Niewidzialnego”.

Strzemiński, po okresie fascynacji rewolucją komunistyczną, odrzuci socrealizm i skazany za to przez władze komunistycznej Polski na artystyczny niebyt, umrze w nędzy. Jego artystyczny manifest, teoria, którą pragnie uwieńczyć swoje życie, jest krzykiem o prawo do własnej wizji, do wyrażenia twórczej wolności.
Znamienna jest scena, gdy okazuje się, że artysta musi schować ikonę do szuflady żeby nie przeszkadzała mu w realizacji jego malarskich poszukiwań.

niedziela, 22 stycznia 2017

Kreski



Jak technika półsuchych kresek może być zaproszeniem do wyruszenia w drogę...
Ikona „Serafin w błękitach” była od początku pewnym eksperymentem, próbą wejścia na nieznany teren. Miałem dobre zdjęcia fresku Serafina z prawosławnej cerkwi, ale czułem się niepewnie. Chciałem spróbować nowej techniki, wydobyć z błękitnego tła oblicze i skrzydła anioła nie używając znanej mi dobrze techniki rozświetleń, tylko pracować używając tysięcy cienkich kresek, delikatnych dotknięć półsuchego pędzla. Ta technika bardziej przypomina szkicowanie niż tradycyjne malowanie. Kreseczki kładzie się miejsce przy miejscu. Jedna czy dwie nie dają jeszcze efektu, dopiero gdy dochodzą kolejne kreski, ich suma daje dostrzegalną różnicę i stopniowo tworzy obraz, który dzięki tej technice ma wyjątkową dynamikę, jakby był „w ruchu”.
Po nałożeniu na deskę kilku warstw błękitnego tła i odczekaniu aż wyschnie, sięgnąłem po biel cynkową żeby przygotować odpowiednią farbę do „kresek”. Znaczenie ma gęstość farby, a wcześniej także „tłustość” spoiwa żółtkowego, które jest rozpuszczalnikiem dla pigmentu. W ikonie wszystko ma znaczenie, najmniejszy detal, mała zmiana jednego z wielu czynników może spowodować dramatyczny skutek, wprowadzić zaskakującą zmianę. Nowy efekt może być dla ikony korzystny lub poprowadzić w złą stronę. Pisanie ikony to ciągłe rozeznawanie drogi.
Biel cynkowa jest mocno transparentna czyli daje słabe krycie, spod farby przebija to, co pod spodem. Kreska nie może być czysto biała, zbyt duże byłyby kontrasty. Delikatnie łamię więc biel dodając okruch błękitnego pigmentu. Nie widzę zmiany koloru, ale wiem, że to już inna biel, „biel ascetyczna”. Po modlitwie, która jest właściwie tylko westchnieniem o właściwą miarę, kroplami odmierzam ilość spoiwa żeby uzyskać odpowiednią gęstość farby. Sięgam po cienki pędzel, zanurzam go w farbie odsączając nadmiar na brzegu palety. Pędzel gotowy do pracy na chwilę zatrzymuje się nad deską.
Pierwsze dotknięcie pędzlem jest jak pierwszy krok na nowej drodze. Kładę pierwszą kreskę i od razu zaskoczenie. Nie ma jej. Nie widzę śladu farby. Jakby była całkowicie przezroczysta. Może farba jest zbyt rzadka… za mało dodałem bieli? Wtedy nagle kreska sama się pojawia. Teraz widzę ją wyraźnie… A więc… zaczynam rozumieć… biel cynkowa na błękitnym podłożu działa tak, że nie pojawia się od razu, tylko dopiero gdy wysycha. Potrzebuje chwili czasu żeby się pojawić. Trwa to sekundę-dwie, ale ten czas zawieszenia wprowadza niepokój. Gdy kładę farbę, spodziewając się znanego mi efektu, że pędzel zostawi ślad, tymczasem na desce nic się nie dzieje. Odkrywam, że mój niepokój jest wywołany tym, że nie mam teraz kontroli nad pędzlem. Przecież to niemożliwe tak pracować bez kontroli nad efektem. Nie mogę malować nie widząc skutku. Nie widząc kreski nie wiem gdzie mam postawić kolejną. Dziwne uczucie. A może to jednak zaproszenie do czegoś? Może mam spróbować postawić kilka tych nieporadnych kroków w ciemno i poczekać co się stanie.
Teraz dopiero dostrzegam jak trudno zaufać, gdy tracę kontrolę, gdy nie wiem co mnie dalej czeka. Ale przecież radziłem sobie wiele razy w trudnych sytuacjach na drodze, gdy po ludzku nie było rozwiązania i trzeba było mocniej zacisnąć dłoń na kiju i zrobić krok w niepewność. Wtedy okazywało się, że „po tamtej stronie ciemności” czekało na mnie rozwiązanie. Przed chwilą go nie widziałem, ale ono było, czekało na mnie, czekało na moje „fiat”.
Postanawiam pójść tą niepewną drogą „niewidzialnych” kresek. Pierwsze kroki są nieporadne, jak nauka pisania lewą ręką, ale po chwili zaczynam znajdować rytm. To nowe doświadczenie. Czuję się znów jak dziecko, które podało dłoń tacie i idzie pod jego opieką, pozwala się prowadzić bo zaufało. Patrzę jak szkic cienkich białych kreseczek wyłania się z „niebytu”, jakby niesiony niewidzialną falą. Ta zmiana delikatnie „płynie”, stopniowo ukazując światło oczu, ust, nosa. Kształty serafina wyłaniają się nieoczekiwanie, jakby „znikąd”. Każdy kto pisał ikonę zna to niezwykłe uczucie, gdy w pewnej chwili oczy ikony stają się żywe, zaczynają patrzeć. Jednak teraz, gdy oddając kontrolę zdaję się na prowadzenie, moje zdumienie jest jeszcze większe.
Na nowo odkrywam znaczenie słów, które powtarzałem to tyle razy na warsztatach pisania ikon: „Ikonograf oddaje dłoń Duchowi Świętemu, to On jest prawdziwym autorem ikony". Przyjmuję pokornie tą pierwszą lekcję ikonografii. A więc droga znowu się zaczyna