JEROZOLIMA
1 – 3 lipca
Prośmy o pokój dla
Jeruzalem
(Ps 122,6)
1 lipca
Jest piątek, ósma rano. Mrużę oczy do słońca, które zaczyna
swoją wędrówkę nad miastem z różowego kamienia. Dwa tysiące lat temu o tej
porze Jezus czekał na rozmowę z Piłatem. Z dachu sierocińca na Górze Oliwnej
mam widok na Mur Zachodni. Miasto Dawida budzi się do nowego dnia, a ja nie mam
nawet żadnego planu zwiedzania. Wczoraj wieczorem przyjechałem do Jerozolimy busem
z lotniska w Tel-Avivie i od razu zapłaciłem podatek od wstępu do miasta: pieczony
bób od ulicznego sprzedawcy kosztował mnie dwa razy zwykłą cenę. Ale
przynajmniej wliczona była informacja jak dojść do sierocińca prowadzonego
przez siostry elżbietanki. Nie ochłonąłem jeszcze po tym, co widziałem po
drodze. Cała wiedza o świętym mieście trzech religii zaczerpnięta z przeczytanych
przed przylotem do Izraela książek gdzieś wyparowała. Czuję się jak dziecko
które się zgubiło i teraz samo musi odnależć rodziców. Poza kilkoma głównymi punktami na
trasie pielgrzymki i celem w Asyżu, szczegółowego planu nie ma też moja droga,
którą rozpoczynam stąd za kilka dni. Pójdę w kierunku Betlehem, a potem Morze
Martwe i dalej na północ, do Samarii i Galilei.
Oszołomiony widokiem patrzę w dół i postanawiam zacząć od
„Ojcze nasz...”. Modlitwa trochę mnie uspokaja. Delikatny szum dochodzący z
dołu brzmi jak zaproszenie. Między drzewami oliwnymi schodzę w wyschniętą dolinę
Cedronu i wkraczam w mury, gdzie ciasnymi uliczkami przeciskają się ocierając o
siebie: lęk i nadzieja, koniec i początek, śmierć i życie.
*
Przeciskam się przez wielojęzyczny gwar kupców i
przyjezdnych, zupełnie jak pielgrzymi wieki temu. Kadzidło, przyprawy, zioła,
ubrania, buty, sprzęty i pamiątki, a wśród nich różańce trzech religii, menory
drewniane, mosiężne i z alabastru, skręcone shofary różnej wielkości i tysiące mniej
lub bardziej tandetnych produktów rozłożone na straganach wzdłuż ciasnych
uliczek przyciągają wzrok przechodniów i szybko stają się przedmiotem targów.
Święte miasto przyjmuje ofiarę wierzących i niewierzących z całego świata. Czy
to zresztą dobry podział w miejscu, gdzie każdy oddycha powietrzem nasyconym
obecnością Elohim? Szukam drogi do Bazyliki Grobu stąpając po kamieniach, które
mają tysiące lat.
W Bazylice panuje półmrok. Najważniejsze miejsce świątyni, kamienna
konstrukcja pośrodku zabezpieczona jest żelaznymi klamrami. Przyciszony szmer kolorowego
tłumu krążącego wokół to oznaka szacunku dla miejsca, gdzie dwa tysiące lat
temu poniósł hańbiącą śmierć na krzyżu rabbi z Nazaretu.
Zadzieram głowę i spoglądam w górę, gdzie z okrągłego otworu
w zwieńczeniu kopuły wpada do wnętrza wiązka białego światła. Pierwsza myśl
upatruje jego źródło gdziś ponad dachem i śledzi promienie, które biegnąc w dół
ulegają w końcu rozproszeniu. Ale zaraz pojawia się myśl, że przecież ich kierunek
może być odwrotny. Może światło zbiera się tutaj w dole, gdzieś nad kamienną
posadzką, układa się w świetlisty stożek i biegnie w górę, żeby przez rozświetlone
koło w suficie połączyć się na zewnatrz z upałem lipcowego popołudnia?
Zachodnie chrześcijaństwo, które koncentruje się na męce i
śmierci Mesjasza nazwało to miejsce Bazyliką Grobu. Chrześcijański Wschód,
adorujący ikonę Chrystusa zmartwychwstałego, używa nazwy Bazylika
Zmartwychwstania. To tutaj kończy się ziemski szlak i rozpoczyna życie wieczne, spotyka się
zamknięcie i otwarcie, słowo i obraz, analiza i synteza. Patrzę w górę.
Świetlisty otwór bieleje jak hostia. Przypominam sobie słowa Mistrza Echkarta z
jednego z kazań, w którym porównał wiarę do światła słońca. Światło opromienia
świat, dzięki niemu dostrzegam otaczającą mnie rzeczywistość. Ale w tej samej
chwili padające na mnie promienie
otwierają mnie na Boga, porywając do Jego wewnętrznego życia.
Mieszkam na wsi.Pochodzę z chłopskiej rodziny.Urodziłam się jako czwarte dziecko a trzecia córka.Moi rodzice ciężko pracowali na roli.Ojciec był obowiązkowy ale nie stronił od alkoholu.Mama była zawsze z nami.Zimą wieczorami siadała przy piecu otwierała biblię i czytała nam siedzącym u jej stup na małych drewnianych stołeczkach zrobionych przez dziadka.Niczego nie pamiętam z czytanej treści tylko, bycie razem.Były też wieczory wspólne z sąsiadkami które nad wielką balią darły pierze na poduchy.Pewnego wieczoru wszedł wypity tato i ze śpiewem na ustach wpadł w balię wypełnioną puchem. W chwili podmuchu wszystko co możliwe stało się ubrane w piórka,śmiech sąsiadek i wesołość taty utkwiła głęboko w pamięci.To wszystko działo się dawno temu, na wsi, do której kursował tylko jeden autobus.
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję ci za tą historię. Dla mnie jest ona o pielgrzymowaniu - do ważnego miejsca. Opowiesz co było potem?
OdpowiedzUsuńMój dziadek pochodził ze Stanisławowa na Ukrainie.Dziadek miał sześciu braci.Ich rodzice a moi pradziadkowie byli ziemianami.
OdpowiedzUsuńPrababcia lubiła kakao.Lubiła do tego stopnia że kupując je straciła cały majątek.Dziadek jako przesiedleniec, na ziemiach wyzwolonych dostał dom.Czas był niepewny dlatego też dla bezpieczeństwa w jednym domu kwaterowały po dwie rodziny. Jako małe dziecko nosiłam wartę.Warta to był wyciosany w kształcie trójkąta palik, z wyżłobionymi kreskami oznaczającymi dni tygodnia.Na końcu palika była dziurka w która włożono sznurek potrzebny do powieszenia na haczyku.Rodzina u której pojawiła się warta miała obowiązek pilnowania całej wsi nocą przed bandytami.
o! pojawily się nowe komentarze. "Darcie pierza" kojarzy mi się ze sztuką teatralną A. Osieckiej. To bardzo śmieszne ale zapamiętaŁam z niej tylko "że najważniejsza w życiu jest czuŁość".
OdpowiedzUsuńZ wiejskim pozdrowieniem! (choć urodziŁam się w mieście to moi dziadkowie też pochodzili ze wsi).
Jako nastolatka z rodzeństwem miałam swoje obowiązki.Wczesną wiosną z siostrą chodziłam w pole przerywać gęsto posiane buraki.Wstawałyśmy skoro świt,czwarta rano by zdążyć popracować przed narastającym upałem.W drodze towarzyszył nam budzący się do życia głośny świergot ptaków. Praca była uciążliwa przez ciągłe schylanie się ku ziemi.Opalenizna na ramionach,plecach i nogach dawała o sobie znać.Pracę trzeba było wykonać dokładnie, w innym razie musiałaby być powtórzona.Nasi rodzice nie uznawali żadnych sprzeciwów.Taka postawa rodziców względem dzieci uczy je pokory.
OdpowiedzUsuńKorona cierniowa...
OdpowiedzUsuń