piątek, 25 września 2015

ziemia

Im bardziej pokorna jest materia, im bardziej zgadza się uznać, że jest tylko błotem i gliną, tym bardziej może zostać przemieniona przez boskiego rzeźbiarza... jest to jakby tajemnica śmierci z miłości, tajemnica miłującego powrotu do prochu... bez wejścia w tą tajemnicę nie ma zmartwychwstania. (Thomas Philippe)

W dwóch izbach z niewielkim korytarzem mieszka dziesięć osób: rodzice i ośmioro rodzeństwa. Helenka przyszła na świat jako trzecia, ma trzy siostry i czterech braci. Niewielki kawałek ziemi i jedna krowa to zbyt mało żeby dla wszystkich wystarczyło na jedzenie i ubranie, ale rodzina Kowalskich ciężko pracuje żeby zapewnić znośny byt rosnącej gromadce.
Powszechnym wiejskim zwyczajem dzieci od najmłodszych lat pomagają rodzicom w polu i przy zwierzętach. Jedyną odświętną sukienkę mała Helenka musi dzielić z siostrami, podobnie jest z butami, dlatego bardzo przeżywa ilekroć nie może uczestniczyć we mszy świętej w oddalonym o dwa kilometry kościele. Zaszywa się wtedy w ogrodzie i wysłuchuje kiedy dzwony zabiją na Podniesienie. Jej ponadprzeciętnej wrażliwości nie rozumieją bliscy, a dzieci w klasie wyśmiewają za nędzny ubiór – idzie więc za niezwykłym zaproszeniem i wchodzi coraz głębiej w wewnętrzną rozmowę ze światem pełnym niezwykłych zjawisk skrywających się w zwyczajnej codzienności.
Helenka ma dużo obowiązków: opiekuje się młodszym rodzeństwem, oporządza zwierzęta, pomaga w polu, w kuchni, przy praniu. Znajduje jednak czas żeby oddalić się i modlić w samotności. Latem wstaje ze świtem żeby wyprowadzić krowę na łąkę i mieć chwilę dla siebie. Często idzie boso, w koszuli poniżej kolan, okryta chustą matki. Bose stopy dziecka czują dotyk wilgotnej ziemi.
Dotyk ziemi...

Łacińskie słowo humilitas (pokora) pochodzi od humus (ziemia). Pokora to uniżenie. Pokornym jest ten, kto czuje się i zachowuje jak niższy w stosunku do innych. Pokorny jest ten, kto się nie wywyższa, kto żyje blisko ziemi, kłania się jej, zna jej dotyk.
Czy jest coś pokorniejszego niż ziemia? To z niej w akcie stworzenia ulepiony został człowiek i do niej powróci na końcu swoich dni, tak samo nagi jak na początku. Po ziemi kroczy przez życie, przyciągany niewidzialną siłą, a kiedy podniesie wzrok zbyt wysoko i zapomni o ziemi – upadnie.
Upadek, nawet bolesny, jest jednak zawsze spotkaniem z “matką ziemią”. Wtedy ziemia–matka cierpliwie uczy pokory i znowu pozwala dziecku powstać. Upadek jest nauką pokory, powrotem do ziemi, do początku. Bo to ziemia “nosi” człowieka, a nie człowiek “stąpa” po ziemi.

Czy jest coś, co bardziej łączy ludzi niż upadek? Czy jest coś bliższego wszystkim ludziom niż ziemia, ten wspólny dla wszystkich grunt i wspólny dla wszystkich dom? Ziemia, która nosi i karmi, która rodzi życie... ziemia obiecana, w której istnienie wszyscy na swój sposób wierzą i... stale o niej zapominają, wydeptując ścieżki do własnych światów i zadeptując innych.

Im bardziej pokorna jest materia, im bardziej zgadza się uznać, że jest tylko błotem i gliną, tym bardziej może zostać przemieniona przez boskiego rzeźbiarza... jest to jakby tajemnica śmierci z miłości, tajemnica miłującego powrotu do prochu... bez wejścia w tą tajemnicę nie ma zmartwychwstania

poniedziałek, 14 września 2015

Łódź

Zawsze gdy jestem w Łodzi staram się odwiedzić antykwariaty na Piotrkowskiej. Jest ich kilka obok siebie. Czasem w cenie dosłownie kilku złotych można tu znaleźć dobrą książkę albo album z ikonami. Tym razem wychodząc po godzinie na ulicę miałem pod pachą trzy książki. Po chwili dotarło do mnie jak mocno te trzy tytuły wpisują się w historię tego miasta...
"Pisma" Edyty Stein odkryłem na półce z... judaicami. Ktoś umieścił katolicką zakonnicę obok zbiorów midraszy i wspomnień ocalałych z Holocaustu. Karmelitanka bosa, katolicka zakonnica faktycznie była niemiecką Żydowką z religijnej rodziny,  wybitnym filozofem, uczennicą Husserla. Jej nawrócenie na katolicyzm jako młodej dziewczyny było szokiem dla jej rodziny i części naukowego środowiska. Po aresztowaniu przez gestapo w 1940 roku jej dalsze losy są nieznane. Prawdopodobnie zginęła w komorze gazowej zaraz po dotarciu transportu do Auschwitz. Gdy dwa lata temu szedłem z Irlandii do Belgii, przechodząc przez Anglię, w karmelitańskim sanktuarium św. Judy Tadeusza w Favershavn widziałem ciekawą ikonę przedstawiającą Edytę Stein w zakonnym habicie wychodzącą z zatloczonego wagonu na rampie w Oświęcimiu. Po obu stronach żołnierze z psami i ludzie w białych kitlach. Za obie ręce trzymała małe dzieci.

Druga książka to słynny "Los człowieka" Michaiła Szołochowa. Pozycja za 3 zł. Autor "Cichego donu", za którego otrzymał Nagrodę Nobla w latach 60-ych, opisuje wojenne losy żołnierza Sokołowa - m. in. słynną scenę "pa pierwym nie zakusywaju". Okrucieństwo wojny w brutalnym zderzeniu z przyzwoitością prostego człowieka. W Polsce znana jest czarno-biała ekranizacja powieści, która mogłaby mieć tytuł "człowieczeństwo ocalone".  Myślę, że prawdziwą Rosję można poczuć  gdy pozna się ikony Rublowa, "Mistrza i Małgorzatę" i właśnie "Los człowieka".

Trzecia książka jaką kupiłem to  "Szabat" Joshuy Heshela, jednego z najwybitniejszych współczesnych myślicieli żydowskich. Urodził się w 1907 roku w Warszawie, jako potomek wielkich dynastii chasydzkich. W wieku 20 lat wyjechał na studia do Niemiec, skąd wyrzucony wrócił do Warszawy by podjąć pracę naukową w Instytucie Nauk Judaistycznych. Tuż przed wybuchem wojny wyjechał do USA. Heshel łączył miłość do tradycji żydowskiej z głębokim zrozumieniem i osobistym zaangażowaniem w problemy współczesnego świata.

Otwieram i czytam:

"Jakże często jesteśmy dumni z naszych zwycięstw w walce z przyrodą, dumni z wynalezionych przez nas narzędzi, z obfitości towarów, które możemy wyprodukować.
Jednak nasze zwycięstwa kończą się klęską. Pomimo naszych triumfów stajemy się ofiarami naszych własnych rąk; jest tak jakby te siły, które pokonaliśmy, zwyciężyły nas. Czy nasza cywilizacja jest szlakiem klęski, jak zdaje się sądzić wielu z nas? "

Idąc Piotrkowską pomyślałem że Niemcy, Rosjanie, Polacy i Żydzi żyli kiedyś w tym mieście obok siebie. Historia Łodzi, bogata i trudna, a dziś jakby uśpiona, nie jest jednak historią klęski.
"Filmowa Łódź" - pomyślałem - jest jak dobra, niedopowiedziana historia.

wtorek, 1 września 2015

Gott

Jest taka scena w filmie Bohdana Poręby pt. „Hubal” gdy po zwycięskiej potyczce polscy żołnierze biorą do niewoli kilku Niemców i odkrywają że ci na klamrach pasów noszą napis: „Gott mit uns”. Gdy pytają majora Hubala co znaczą te słowa, ten odpowiada: „Bóg z nami”. Zdziwieni żołnierze patrzą z pogardą na Niemców i rzucają pytanie: „Z nimi?!”

1 września.
Zapowiadają że już jutro temperatura ma spaść aż o piętnaście stopni i wreszcie ma się pojawić chłodne, rześkie powietrze. Niespotykane od lat wielotygodniowe upały i brak deszczu zasuszyły w polu kukurydzę i ziemniaki, niebezpiecznie obniżając poziom wody w rzekach i studniach. Ale mimo że słońce tak pali, ciężko oddychać i dla plonów to katastrofa - rolnicy, choć narzekają, są jakoś pogodzeni z tym ekstremalnym latem. Wiedzą, że pogoda to część przyrody i że nie sposób na nią wpłynąć. Pogoda to element wszechświata, którego prawa działają ponad człowiekiem.
Trzeba więc ją zaakceptować.

Łatwo jest usprawiedliwić upał i suszę. Łatwo jest usprawiedliwić wszechświat. Nawet kosmiczną katastrofę łatwiej usprawiedliwić niż ludzką historię. Łatwiej uwierzyć w głęboki sens i piękno wszechświata wyrażone w doskonałości opisujących je matematycznych równań niż w to, że historia ludzkości ma jakiś sens.

Żołnierze majora Hubala zadają w istocie pytanie właśnie o sens historii:
„Po czyjej stronie jest Bóg w „wojnie sprawiedliwej?”
My Polacy dobrze wiemy, że po naszej. Niestety Niemcy wiedzieli, że po ich. I Rosjanie to samo. I Amerykanie. Bojownicy ISIS gotowi są umrzeć za swój sens.

Czym cierpienie dzieci Holokaustu różniło się od cierpienia małych Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu albo małych Syryjczyków ginących od bomb kasetowych albo duszących się w kontenerach i ciężarówkach? Czym różni się śmierć Ormianina, Turka, Kurda, Amerykanina, Rosjanina, Niemca, Belga czy bojownika ISIS? A jednak wojny towarzyszą ludzkości od jej zarania i dziś skonfliktowane narracje polityczne gwałtownie ścierają się między sobą na frontach tak licznych jak tysiąc lat temu.
Gdzie sens?

Pielgrzymując przez Rosję widziałem kilka razy święte prawosławne ikony ustawiane na pomnikach czynu Armii Czerwonej. Jak to możliwe? - pytałem sam siebie – gdzie jest sens? Przecież to właśnie Armia Czerwona rzucała kiedyś te ikony na płonące stosy, burzyła cerkwie, mordowała duchownych! A jednak także w historii mojej ojczyzny są sprawy trudne, które się wybiela, pomija. Ja sam gotów jestem często usprawiedliwić sam siebie, przykryć swój zły czyn milczeniem, ukryć krzywdę zadaną drugiemu i zapomnieć.

Jednak w każdym człowieku, gdzieś na dnie sumienia, jest intuicja która mówi, że żaden człowiek nie jest ważniejszy niż inny, że każde ludzkie życie odbija w sobie całą tajemnicę kosmosu.
Mimo to człowiek usprawiedliwia swoje własne czyny, tworząc SWOJĄ WŁASNĄ historię i nieuchronnie idzie na wojnę „sprawiedliwą” z myślącymi inaczej.

Czy ludzie będą kiedyś w stanie zacząć pisać wspólną historię dla całej ludzkości? Niemcy, Polacy i Rosjanie korzystający z tego samego podręcznika historii? Brzmi jak mrzonka.
Musiałaby to być historia wszystkich ludzkich nadziei, wszystkich walk i wszystkich cierpień. Historia, w której nie zostałoby pominięte żadne ludzkie upokorzenie, żadne pojedyncze cierpienie. Czy istnieje taka ludzka mądrość, takie przebaczenie, które udźwignęłoby ogrom tego zadania?
Czy taka wspólna historia jest możliwa? Czy możliwa jest jedna, wspólna historia całej ludzkości?

Karl Popper, jeden z największych filozofów współczesności jest pesymistą. Wątpi nawet w samo istnienie historii ludzkości:
„Rzecz jasna taka historia nie może być napisana. Tworząc swoje historie ludzie muszą abstrahować, pomijać, wybierać. W ten sposób dochodzimy do istnienia wielu historii. Wśród nich do historii międzynarodowych przestępstw i zbrodni reklamowanych jako historia ludzkości. Bo historia polityki i siły to ostatecznie nic innego jak historia międzynarodowych przestępstw i masowych mordów”.

Czy zatem nie ma nadziei?

Gdzieś na dnie sumienia odzywa się intuicja, że ten absurd historii ludzkości ma jakieś wyjaśnienie.
Przecież historia państw, narodów, społeczeństw, istnieje jako część historii wszechświata. Wspólne zasady i jeden porządek rządzą jednym i drugim. A skoro historia ludzkości to suma losów pojedynczych ludzi, zatem historia ludzkości musi się sprowadzać się do historii pojedynczego człowieka i w tej historii się zawierać!
Prawdziwa historia zatem to nie zawartość historycznych podręczników i politycznych agend tylko to, co dzieje się o poranku w chacie hinduskiego wieśniaka z Uttar Pradesh, w namiocie beduina na Pustyni Judzkiej albo w jednym z mieszkań na warszawskim Ursynowie. W ten sposób, jako suma pojedynczych ludzkich losów, historia wszechświata, ludzkości i człowieka to jedna i ta sama historia, której sens opisują te same prawa. Czy istnieje zatem coś na tyle mocno łączącego wszystkich ludzi niezależnie od pochodzenia, języka, wyznania, poglądów, że pozwoliłoby im na stworzenie jednej wspólnej historii całej ludzkości?

Jak człowiek różni się od reszty świata, tak sens jego historii różni się od sensu historii ludzkości.
Jednak sens wszechświata wyrażony matematycznymi równaniami, sens który przyrodzie został nadany, ten sens został przedstawiony człowiekowi do wolnego zaakceptowania. Dokonując wyborów człowiek może ten sens współtworzyć albo go odrzucić.

Wolność człowieka, wolność wyboru, może prowadzić do koszmaru zwalczających się wyjaśnień historii, do absurdu chaosu i przypadkowości brutalnych sił, ale też daje nadzieję na napisanie kiedyś jednej, wspólnej historii dla wszystkich.

Mając swoją indywidualną tożsamość, będąc ukształtowany odmiennie od reszty i na wiele sposobów różniąc się od innych, każdy człowiek ma tą samą godność i tą samą wolność wyboru.
To historia pojedynczych ludzkich wyborów, historia wolności każdego człowieka – jest prawdziwa historią całej ludzkości. I ta historia jednostki zgniatanej przez absurd całości, a jednak wybijająca się ponad całość i nadająca tej całości sens – ta indywidualna historia każdego z nas może znaleźć usprawiedliwienie jedynie w jakimś kosmicznym wydarzeniu o najwyższej doniosłości i tylko przez nie usprawiedliwić wszystko inne.

Tym wydarzeniem było Odkupienie.
Odkupienie dotyczyło całej ludzkości, ale w jednostkowych losach pojedynczych ludzi.

Tylko Odkupienie człowieka i ludzkości daje nadzieje na napisanie nowej historii dla wszystkich.

sobota, 29 sierpnia 2015

pszczoła

Dziś nad ranem śniły mi hebrajskie znaki. Wielkie i czarne jak skalne opoki albo gigantyczne drzewa wynurzały się z ziemi i rosły w stronę nieba. W ostatnich dniach sporo czytałem o znaczeniu hebrajskich liter i pewnie stąd ten sen.

Żydzi wierzą, że każde słowo ma wielką wagę, głęboki sens i znaczenie. Znaczenie każdego słowa pochodzi zawsze z natury, jest głęboko zakorzenione w historii ludzkiego doświadczenia. Dlatego hebrajski alfabet składa się ze znaków-słów, które kiedyś były dla człowieka praktycznymi, ziemskimi kształtami. Na przykład czwarta litera alfabetu hebrajskiego, Dalet, wygląda jak rozchylana zasłona namiotu i w języku hebrajskim oznacza dosłownie drzwi. Litera u żydów jest zarazem słowem, znakiem, który kiedyś nadał sens jakiejś rzeczy.
Pierwsza litera Biblii (początek Księgi Rodzaju w Torze) to litera Bet, druga w alfabecie, która wygląda jak odwrócone łacińskie „C”, a więc znak, który jakby zamyka spojrzenie w dół, w górę i za siebie, zostawiając tylko kierunek do przodu, niczym wyjście z jaskini, a więc z ciemności. Znak wyruszenia w drogę.

Słowo. Pierwszym słowem wypowiedzianym przez Boga było stworzenie świata z pustki i milczenia. Bóg przerywa milczenie i mówi stwarzając. Stworzenia są Jego słowami, Jego głosem. Cała przyroda jest wielkim boskim poematem.
Potem, powołując kolejno do istnienia formy nieożywione, a z czasem rośliny, zwierzęta i na końcu człowieka, Bóg pozwolił temu ostatniemu nadać wszystkim stworzeniom imiona. Jakie wielkie wyróżnienie i zaufanie! Człowiek mógł własnym słowem współuczestniczyć w boskim akcie stworzenia, a więc dopełnić go nadając sens temu, co nazywał. Potem historia dopełni się Słowem, które stanie się ciałem w Chrystusie. Chrystus będzie więc ostatnim słowem, Słowem które nada ostateczny sens wszystkim rzeczom.

W języku hebrajskim „pszczoła” i „słowo” mają ten sam rdzeń. Oba tworzone są przez spółgłoski D-B-R. (Dalet-Bet-Rosh). „Słowo”(DaBaR) i „pszczoła” (DeBoRah) musiały więc być kiedyś przez Hebrajczyków blisko kojarzone, wynikać z podobnego sensu.

Młynarz z Dąbrowic, u którego ostatnio kupowałem otręby, okazał się jednocześnie pszczelarzem. Mówił, że ma przy domu 20 pszczelich „rodzin” i jeszcze pięć pod lasem. Obserwuje te ciekawe stworzenia od lat i jest coraz bardziej zdumiony ich zdolnościami i organizacją. Pszczoły świetnie widzą i słyszą, potrafią przewidywać pogodę, rozpoznają kierunki świata, są czułe na promieniowanie, żądlą tylko w miejsca chore lub osłabione, ponoć po ruchach postaci potrafią rozpoznawać poszczególnych pszczelarzy. Tworzą doskonale sześciokątne komórki woskowego plastra i wypełniają je miodem i innymi substancjami, których pełnię właściwości człowiek dopiero bada i odkrywa.
Pszczelarz-młynarz opowiadał o świetnej organizacji ula i niezwykłej pracowitości tych stworzeń, ale mówił o czymś jeszcze...

Pszczoły są bardzo silnie nakierowane na cel. One całkowicie poświęcają się swojej misji. Zdumiewa to poświęcenie. Widział wiele razy, jak zmęczone znoszeniem do ula pyłku i nektaru pszczoły przysiadają w drodze na kłosach zboża żeby odpocząć. Dostrzegał, że miały postrzępione od przepracowania skrzydełka. To znak, że może zginą w drodze, nie osiągnąwszy ula, albo dolecą, oddadzą pyłek i zginą. Jest jakaś wielka tajemnica w tym całkowitym oddaniu się stworzenia swojemu celowi. Patrząc na pszczoły można dostrzec, że świat ma naturę celową, jest zwrócony ku celowi, nie może być grą przypadków.
Gdy wędrowaliśmy z Obrazem przez Węgry spotkaliśmy nad Balatonem księdza, który opowiadał, że znał kapłana-pszczelarza, który znany był z tego, że prowadził rekolekcje o pszczołach. Skupiał się na zwyczajach ula, na zachowaniach pszczół. Na tych rekolekcjach księża płakali.


Gdy zastanawiam się nad związkiem pszczoły i słowa przypomina mi się fragment z Księgi Izajasza:

,,Gdyż jak deszcz i śnieg spada z nieba i już tam nie wraca,
dopóki nie zrosi ziemi i nie uczyni jej urodzajną, tak iż porasta roślinnością
i daje siewcy ziarno, a jedzącym chleb,
tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust:
Nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę
i spełnia to z czym je wysłałem”.
(Iz. 55.10-11)

Opis stworzenia świata w Księdze Rodzaju mówi o tym, że Bóg przerywa milczenie i wypowiada pierwsze słowo... Jego słowo staje się najpierw światem, potem staje się stworzeniami, a w końcu staje się Człowiekiem, który wypełni do końca wolę Ojca i zbawi ludzkość i świat.
Kolejne słowa-kroki tego stwórczego aktu tworzą zdumiewający łańcuch stworzeń, wspólnotę istnień powołanych do współistnienia, połączonych od początku na zawsze więzami współzależności i tajemniczej, niezrozumiałej do końca współistotności. Czy dostrzegamy jeszcze tą współzależność i współistotność w ptaku, który przerwał lot przysiadając na rozkołysanej trzcinie, albo w pszczole, która niosąc do ula nektar z kwiatu lipy zatrzymała się dla odpoczynku na kłosie zboża?

Człowiek nie potrafi dostrzec cudu otaczających go stworzeń dopóki się nie zatrzyma, dopóki nie przerwie pogoni za złudą materialnego bezpieczeństwa. Zapatrzony w siebie przestał dostrzegać inne stworzenia, stracił z nimi więź. Natura kryzysu w jakim znalazł się dziś człowiek nie jest więc ekonomiczna, polityczna czy kulturowa. To raczej kryzys tożsamości, zapomnienie o łączności i współzależności z innymi istotami.

W najnowszej ekologicznej encyklice „Laudato si” papież Franciszek pisze:
„Duchowość nie jest odłączona od ciała ani też od natury, czy realiów tego świata, ale żyjemy z nim i w nich, w jedności ze wszystkim co nas otacza” (Laudate si, 216). Chrześcijanie wezwani są do nawrócenia ekologicznego, do spotkania z Chrystusem w relacjach z otaczającym światem (217). Życie powołaniem by być obrońcami dzieła Bożego, jest dla chrześcijanina istotną częścią uczciwego życia, nie zaś czymś opcjonalnym czy drugorzędnym”.

piątek, 21 sierpnia 2015

centrum

W nocy kilka dni temu nad Głogowcem i okolicznymi wsiami przeszła burza, a potem rano przez kilka godzin padał deszcz.
Jest jakaś metafizyka w deszczu, który pada po długiej suszy. Ma się wrażenie że skorupa wyschniętej ziemi aż trzeszczy chłonąc każdą kroplę wilgoci, wróble jak szalone trzepią skrzydłami w kałużach, a spragniona trawa pijąc łapczywie prawie natychmiast odzyskuje soczystą zieleń.

Chyba nic nie opisuje lepiej życia niż deszcz po suszy. Wiedzą o tym rolnicy, którzy tak długo na niego czekali. Co prawda skosili już zboże, ale wody bardzo potrzeba teraz uprawom buraków, ziemniaków i kukurydzy. Bez niej plon będzie słaby.
Jechałem rowerem drogą przez pola czując na twarzy chłodny ożywczy powiew a w nozdrzach zapach parujących ściernisk.
Po raz pierwszy od dwóch tygodni niebo zaszło chmurami i zrobiło się wyraźnie chłodniej. Wdzięczność prowadzi spojrzenie ku szaremu niebu, które wraz z deszczem przyniosło stworzeniom ulgę i radość. Z deszczem na ziemię wróciło życie.

Co takiego ma w sobie ta ziemia?
Czym przyciąga mnie ta okolica że spędzam tu już czwarty rok? Czego wypatruję w różowych świtach i czerwonych zachodach słońca? Co chcę poczuć w zapachu skoszonej trawy albo w silnym aromacie rozgrzanego słońcem sosnowego lasu? Ten płaski teren między wsią Świnice Warckie i osadą Dzierżawy, pokryty głównie polami i z rzadka lasem, nazwaliśmy w naszej wspólnocie pielgrzymów Betlejem Bożego Miłosierdzia. To tutaj w 1905 roku w liczącej kilkanaście chałup wsi Głogowiec przyszła na świat Helenka Kowalska, trzecie z dziesięciorga dzieci Stanisława i Marianny. Od dzieciństwa przywykła do ciężkiej pracy w polu i przy zwierzętach, ale już w wieku siedmiu przeżyła doświadczenie duchowe, które było zaproszeniem do "życia doskonalszego" - jak opisze to po latach w swoim „Dzienniczku”. Jej droga, która zaczęła się tutaj, w krytej strzechą chacie z białego kamienia, poprowadzi ją trudnym szlakiem przez Łódź, Warszawę, Płock, Wilno i Kraków, a stamtąd aż na ołtarze całego świata, gdzie dziś czczona jest jako święta Faustyna, apostołka Bożego Miłosierdzia.

Dlaczego ta historia ma swój początek właśnie tutaj? Co takiego jest w ziemi, która wydając przyszłą świętą przywróciła przez jej orędzie całemu światu nadzieję na odnalezienie pokoju i zagubionego sensu?
To właśnie stąd od czterech lat wyruszają nasze pielgrzymki, które niosą orędzie Miłosierdzia do tych miejsc na świecie, które potrzebują go najbardziej.

Słowo „początek” ma wspólny rdzeń ze słowem „poczęcie”, które oznacza pierwszą chwilę nowego istnienia, brzask życia. Pytanie o początek to może najważniejsze pytanie jakie stawia sobie człowiek. Czy wszechświat znalazł swój początek w przypadkowej grze nieznanych kosmicznych energii? Czy może powstał celowo, a więc został stworzony? Jeśli tak, to ten plan stworzenia musi obejmować wszystko co nastąpiło potem, a więc także przyjście na świat małej Helenki w małej wsi w centralnej Polsce. Zatem jej narodziny, ich miejsce i czas, to elementy tego samego doskonałego planu, w którym nic nie jest przypadkowe.

Słowo „przypadek” chrześcijanie traktują w szczególny sposób. Gdyby skalę znaczeń tego słowa rozpiąć między „ślepy traf” a „doskonały plan” - „przypadek” znalazłby się blisko tego ostatniego.
Czy to możliwe, żeby ta ziemia do czegoś zapraszała, żeby miała jeszcze coś ujawnić?
Jeśli nie było przypadku w tym, że święta Faustyna została powołana do swojej misji właśnie z tego miejsca, to co to oznacza?
Urodziła się 25 sierpnia, u schyłku lata. Jaki to był dzień? Czy słońce grzało tak mocno jak dziś? Kilka dni później do chrztu w oddalonym o dwa kilometry Kościele św. Kazimierza w Świnicach Warckich wieziono ją pewnie wozem. W tamtej pierwszej drodze, mało rozumiejąc z otaczającego świata, słyszała już głosy ludzi, turkot kół, odkrywała zapachy z pól, czuła na policzku pierwsze dotknięcia słońca. W jaki sposób małą Helenkę kształtowała później ta ziemia, jej kolory, zapachy, faktury, obyczaje mieszkańców, tradycje, opowiadane tutaj legendy? Spędziła tu dzieciństwo i wczesną młodość, szesnaście lat życia. Co zabrała stąd na wędrówkę, która trwała niewiele dłużej bo lat siedemnaście i znalazła swój kres w krakowskim klasztorze, gdzie umarła w roku 1938 w wieku zaledwie 33 lat?

Co takiego jest w tym skrawku ziemi wciśniętym w samym środku Polski między historyczne krainy Mazowsza, Wielkopolski i Kujaw? W ziemi, która ma swoją wyjątkowość i odrębność, choć nienazwaną i nieopisaną w historycznych książkach ani atlasach?

Centrum ma zawsze w sobie jakąś omnipotencję, niewykształconą formę, ukrytą treść. W centrum jest początek, tu rozpoczyna się droga. Przychodzi czas gdy punkt opuszcza swoje centrum i przesuwając się ku obwodowi zaczyna kształtować swoją odrębność, nabierać swoistych cech i podąża w stronę jakiejś specjalizacji. Z czasem staje się coraz bardziej określony, nabiera doświadczeń, wagi i znaczenia, ale jednocześnie wraz z rozwojem i dojrzewaniem - traci coś z tamtej prostoty dziewiczego początku.
W ten sam sposób z „punktu zero” ukształtował się kiedyś wszechświat, taki był mechanizm doskonalenia się prostych form życia w bardziej złożone czy przemiany komórek macierzystych w wyspecjalizowane tkanki. Według tej zasady dziecko rozwija się, z czasem traci swoją niewinność, nabiera doświadczeń i staje się dorosłym.

Oddalając się od Głogowca, będąc coraz dalej od rodzinnej ziemi, w jakiś sposób Faustyna utrzymywała jednak stale silną więź ze swoim centrum. Jako młoda dziewczyna musiała zerwać z silną na wsi tradycją posłuszeństwa rodzicom i wyrwała się „do życia doskonalszego”, ale w sercu pozostała nadal prostym, chłopskim dzieckiem, wiernym tradycji pokoleń, potrafiącym cieszyć się z prostych rzeczy i pokornie oddanym codziennym obowiązkom. Świeżość spojrzenia, intensywność i „czystość” odbierania świata i ludzi, naturalność, prostota i ciekawość – pozostały u niej na poziomie dziecka.

„Dzienniczek” tego nie opisuje, ale myślę, że w zakonnym życiu Faustyna stale była w łączności ze swoją rodzinną ziemią, z czasem swojego początku, z „punktem zero” który był jak czyste źródło, stale bijące najczystszą wodą, z którego czerpała przez całe życie.

Jadąc rowerem mijam miejsca, które dobrze znała. Czuła na pewno ten sam zapach parującej po deszczu ziemi. Mam teraz wrażenie, że ona stale tu wraca, że tą ziemię stale napełnia jej obecność.
I że z kazdym ożywczym deszczem spada na tą okolicę jej błogosławieństwo.