Pustka. Lodowata nicość. Tego doświadczali uczniowie Jezusa po Jego śmierci w piątek wieczorem. Z niczym ludzki rozum nie zderzył się dotychczas tak brutalnie, jak z tą prawdą: Jezus umarł. Nie ocalił się. Wlekli go na Górę Czaszki jak złoczyńcę, plując w twarz i bijąc po twarzy. Krwawił jak zwykły człowiek. Nauczyciel umarł jak zwykły śmiertelnik. Były na to dowody: włócznia, ciało złożone do grobu. Krzyż ciągle stał, pod nim nadal była jeszcze nieusunięta krew. Szok, przerażenie i osamotnienie.
Przed nimi otwierała się bezdenna czeluść sobotniego poranka.
Wojtek zorganizował w tym roku Ekstremalną Drogę Krzyżową. Według pomysłu ksiedza Stryczka z Krakowa. Wojtek to solidna firma, więc solidnie ogarnął temat, a pracy miał dużo, bo przedsięwzięcie wymagało dopracowania wielu elementów: wytyczenia i oznakowania trasy z czternastoma stacjami Drogi Krzyżowej, powiadomienia lokalnych władz, przygotowania pakietów dla uczestników, zabezpieczenia medycznego i zapewnienia transportu na wypadek kontuzji czy zasłabnięć.
W piątek wieczorem po mszy świętej ok. 70 osób w różnym wieku wyruszyło z Nowego Warpna w kierunku na południe, do odległej o 43 kilometry katedry w Szczecinie. Poważnie potraktowali napomnienie Wojtka, że droga krzyżowa ma prowadzić w ciszy. Nie musiał dodawać że także w zmęczeniu, bólu, zniechęceniu, osamotnieniu, przez las, asfaltem i piaszczystymi drogami. Ale o tym każdy przekonał się osobiście kilka godzin póżniej. Mieliśmy wejść w pustkę nocy, z krzyżem z sosnowych bali niesionym na zmianę. Ale każdy z nas niósł własny krzyż, każdy na swoją miarę. I każdy miał zmierzyć się sam na sam ze swoją ciemnością, ze swoją pustką i swoim "już dość".
W granice miasta wszedłem w deszczu szarzejącym świtem. Ból nóg i mokre zimno nie były tak dotkliwe jak narastająca senność i rozlane po całym organiźmie zmęczenie. Grupa pokonujących Ekstremalną Drogę Krzyżową rozciągnęła się tak, że nie widziałem teraz nikogo. Sobotni poranek. Przedmieścia Szczecina były pomnure, okna bloków jeszcze ciemne, smętnie zgrzytały pierwsze tramwaje. Kryzys przyszedł przed XII stacją: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu. Zgubiłem drogę i kluczyłem w uliczkach nie mogąc znależć kościoła. Chciałem usiąść na przystanku pod daszkiem, ale zatrzymanie się oznaczało szybką utratę ciepła i marznięcie. Lepiej już iść. Wlokłem się więc czując że krok za krokiem wchodzę w jakąś klejącą ciemność. Zniknęły dobre myśli, które były ze mną wcześniej, nawet na odcinku przez ciemny las. Osamotnienie i czarne myśli opadły mnie zewsząd i szczelnie oddzieliły od jakiejkolwiek pociechy. Skrajne osamotnienie, lęk i poczucie bezdomności. Dziwny chłód wlewał sie teraz do środka, nie mogłem nic z tym zrobić. Nie ma treści, na której możnaby się choć na chwilę oprzeć. Szedłem jak automat. Nic już nie ma.
- Więc to tak wygląda utrata nadziei - zdążyłem pomyśleć zanim pochłonęła mnie już tylko walka o każdy kolejny krok. - A jednak idę dalej - odkrywałem zdziwiony. Fizycznie i psychicznie to chyba już kres. Senność i zmęczenie uruchamia instynkt przetrwania: położyć się gdzieś. Albo wziąć taksówkę. Z trudem utrzymuję uniesione powieki. Drobny ostry deszcz zacina w twarz. Mokre spodnie. Stawiam kroki jak automat. Co takiego więc sprawia, że nadal posuwam się naprzód? Śmierć Pana Jezusa na krzyżu. Trzeba tam dojść żeby przekonać się jak to jest. jak to jest dojść do końca.
Jaka była tamta sobota w Jerozolimie? Pochmurna? Czym ją wypełnili?
Dziennik nieregularny z pieszej pielgrzymki, która rozpoczęła się 3 lipca 2011 roku w Jerozolimie, osiągnęła Asyż 27 października i trwa nadal... Mapa drogi dostępna na stronie www.idzieczlowiek.pl
sobota, 4 kwietnia 2015
sobota, 7 marca 2015
John
Ciężko się idzie przez Anglię, mokry plecak, chlapią samochody. Za to ludzi spotyka się niezwykłych. Do Preston w zachodniej Anglii wchodziłem przy wieczornej mżawce. Dla pielgrzyma duże miasto niekoniecznie przekłada się na większą szansę noclegu. Przed kościołem podeszli do mnie ludzie. Od razu znalazła sie pani gotowa wziąć mnie na nocleg do swojego domu. Tak poznałem Margaret. Rozmowa w wiktoriańskim salonie przy kominku, potem kąpiel, puszyste ręczniki, ciepła kolacja i biała pościel. Od tamtego spotkania minęło już ponad pół roku, ale nadal utrzymujemy kontakt przez listy. Jej mąż był podczas wojny mechanikiem w RAF, znał polskich pilotów. Wczoraj dostałem list od Margaret. Oprócz dwóch kartek zapisanych starannym pismem był w kopercie obrazek z modlitwą za beatyfikację pewnego człowieka, który na zdjęciu wygląda trochę jak uśmiechniety rastaman.
Tekst brzmi następująco:
JOHN BRADBURNE
Mistyk, poeta, przyjaciel trędowatych. Urodzonyw Anglii, w 1921 roku, służył podczas II wojny światowej w oddziałach Gurków na Malajach i w Birmie. Przeszedł nawrócenie podobnie dramatyczne jak św. Paweł i został wędrownym poszukiwaczem (pilgrim seeker), najpierw z benedyktynami, potem u kartuzów, ale do końca pozostał w stanie świeckim. Poszukiwania woli Bożej prowadziły go przez Anglię i Europę, Ziemię Świętą, głównie pieszo. W 1962 roku przybył do Afryki “szukać jaskini” w Zimbabwe. Zamiast tego znalazł osadę trędowatych Mutemwa. Tam zaczął opiekować się osiemdziesięcioma trędowatymi, oddając im swoje życie aż do śmierci 5 września 1979 roku.
Podczas pogrzebu zauważono, że z dołu trumny na posadzkę wydostaje sie krew. Po otwarciu okazało się, że ciało nie miało żadnych zranień, żadnego miejsca skąd krew mogłaby wypływać. Przy okazji okazało się, że ciało nie jest ubrane w habit franciszkański, co było przywilejem świeckich franciszkanów i ostatnią wolą Johna. Ciało ubrano w habit i pochowano.
Od jego śmierci pojawiło się wiele znaków świętości zmarłego: znaki, uzdrowienia z chorób, wysłuchane modlitwy. Ale najważniejsze, że wiele osób nawraca się przez świadectwo życia tego prostego, niezwykłego człowieka.
Tekst brzmi następująco:
JOHN BRADBURNE
Mistyk, poeta, przyjaciel trędowatych. Urodzonyw Anglii, w 1921 roku, służył podczas II wojny światowej w oddziałach Gurków na Malajach i w Birmie. Przeszedł nawrócenie podobnie dramatyczne jak św. Paweł i został wędrownym poszukiwaczem (pilgrim seeker), najpierw z benedyktynami, potem u kartuzów, ale do końca pozostał w stanie świeckim. Poszukiwania woli Bożej prowadziły go przez Anglię i Europę, Ziemię Świętą, głównie pieszo. W 1962 roku przybył do Afryki “szukać jaskini” w Zimbabwe. Zamiast tego znalazł osadę trędowatych Mutemwa. Tam zaczął opiekować się osiemdziesięcioma trędowatymi, oddając im swoje życie aż do śmierci 5 września 1979 roku.
Podczas pogrzebu zauważono, że z dołu trumny na posadzkę wydostaje sie krew. Po otwarciu okazało się, że ciało nie miało żadnych zranień, żadnego miejsca skąd krew mogłaby wypływać. Przy okazji okazało się, że ciało nie jest ubrane w habit franciszkański, co było przywilejem świeckich franciszkanów i ostatnią wolą Johna. Ciało ubrano w habit i pochowano.
Od jego śmierci pojawiło się wiele znaków świętości zmarłego: znaki, uzdrowienia z chorób, wysłuchane modlitwy. Ale najważniejsze, że wiele osób nawraca się przez świadectwo życia tego prostego, niezwykłego człowieka.
piątek, 6 marca 2015
drzewo
Na pograniczu Wschodu i Zachodu był zwyczaj, żę gdy stawiano nową świątynię – sadzono przy niej lipę. Tak też było w Rajskiem w Bieszczadach. Cerkiew i drzewo razem wrastały przez wiele pokoleń w pofalowany krajobraz. Pierwsza budowla była drewniana i wzmiankowano ją już w roku 1493. Ostatnią, murowaną, wzniesiono w latach 1872-75 oddając pod opiekę świętej Paraskewii, męczennicy dawnych wieków. Cerkiew zasłynęła ikonowymi freskami i malowniczym położeniem na szczycie góry, na którą – wzywani dźwiękiem dzwonów - co niedziela ciągnęli ludzie z okolic na bogosławienije.
Demony wojny rozerwały pokój i ciszę tego zakątka, raniąc okrutnie ludzi i przyrodę. Cerkiew i stara lipa przetrwały jednak wojnę, patrząc w cichości z góry na zakola Sanu. Dopiero barbarzyńska ręka komunistycznego Urzędu Bezpieczeństwa w 1980 roku podłożyła trotyl pod stare mury żeby zapobiec odnowieniu świątyni i przejęciu przez lokalną społeczność na kościół.
Rankiem 24 marca potężna eksplozja wybiła szyby nawet w odległych chatach Rajskiej Doliny. Blaszaną cerkiewną kopułę zdmuchnęło na wody zalewu, gdzie unosiła się niczym widmo jeszcze przez dwa lata.
Po cerkwi na szczycie pozostała góra gruzu otoczona zarastającym cmentarzem.
Wybuch okutnie poranił też starą lipę – ścinając koronę i rozpruwając pień. Drzewo miało umrzeć tak samo jak pamięć o pokoleniach ludzi, którzy tutaj się rodzili, modlili i umierali.
Po latach kamienie porosły mchem i krzakami. Z cmentarza zachowały się dziś już tylko pojedyncze nagrobki. Czyjaś dobra ręka uporządkowała teren cmentarza, wbiła między kamienie czerwony od rdzy krzyż niegdyś wieńczący światynię. Postawiono tablicę opisującą historię tego miejsca.
Lipa o dziwo przetrwała. Jakimś zdumiewającym zrządzeniem drzewo nie umarło. Pokraczny kaleki kadłub, czerpiąc ze starych korzeni, wypuścił z otwartego wnętrza pnia nowe gałęzie, które urosły w konary. Z kory ponad ziemią wyszły nowe korzenie, jakby lipa chciała się za wszelką cenę odrodzić się do nowego życia, wbrew ludzkim wyrokom i prawom tego świata.
Odwiedzam to miejsce przynajmniej raz w roku. Ostatniej jesieni zrobiłem zdjęcia starej lipy. Zaglądając do wnętrza pnia odkryłem coś niezwykłego. Poraniona, popękana i nadpalona lipa, która wyrwała się śmierci i odrodziła na nowo – utworzyła w kolejnych latach w swoim wnętrzu zdumiewający bogactwem świat faktur, spękań, pofalowań, jakby śmierć musiała ustąpić przed siłą życia i bogactwem piękna. Seledyny, rudości i sepie tych obrazów przypominają teraz o żywych kolorach ikon zdobiących niegdyś wnętrze nieistniejącej cerkwi.
Siedziałem potem na kamieniach patrząc na krzyże.
Przyszła myśl, że śmierć nigdy nie wygra z życiem.






























Demony wojny rozerwały pokój i ciszę tego zakątka, raniąc okrutnie ludzi i przyrodę. Cerkiew i stara lipa przetrwały jednak wojnę, patrząc w cichości z góry na zakola Sanu. Dopiero barbarzyńska ręka komunistycznego Urzędu Bezpieczeństwa w 1980 roku podłożyła trotyl pod stare mury żeby zapobiec odnowieniu świątyni i przejęciu przez lokalną społeczność na kościół.
Rankiem 24 marca potężna eksplozja wybiła szyby nawet w odległych chatach Rajskiej Doliny. Blaszaną cerkiewną kopułę zdmuchnęło na wody zalewu, gdzie unosiła się niczym widmo jeszcze przez dwa lata.
Po cerkwi na szczycie pozostała góra gruzu otoczona zarastającym cmentarzem.
Wybuch okutnie poranił też starą lipę – ścinając koronę i rozpruwając pień. Drzewo miało umrzeć tak samo jak pamięć o pokoleniach ludzi, którzy tutaj się rodzili, modlili i umierali.
Po latach kamienie porosły mchem i krzakami. Z cmentarza zachowały się dziś już tylko pojedyncze nagrobki. Czyjaś dobra ręka uporządkowała teren cmentarza, wbiła między kamienie czerwony od rdzy krzyż niegdyś wieńczący światynię. Postawiono tablicę opisującą historię tego miejsca.
Lipa o dziwo przetrwała. Jakimś zdumiewającym zrządzeniem drzewo nie umarło. Pokraczny kaleki kadłub, czerpiąc ze starych korzeni, wypuścił z otwartego wnętrza pnia nowe gałęzie, które urosły w konary. Z kory ponad ziemią wyszły nowe korzenie, jakby lipa chciała się za wszelką cenę odrodzić się do nowego życia, wbrew ludzkim wyrokom i prawom tego świata.
Odwiedzam to miejsce przynajmniej raz w roku. Ostatniej jesieni zrobiłem zdjęcia starej lipy. Zaglądając do wnętrza pnia odkryłem coś niezwykłego. Poraniona, popękana i nadpalona lipa, która wyrwała się śmierci i odrodziła na nowo – utworzyła w kolejnych latach w swoim wnętrzu zdumiewający bogactwem świat faktur, spękań, pofalowań, jakby śmierć musiała ustąpić przed siłą życia i bogactwem piękna. Seledyny, rudości i sepie tych obrazów przypominają teraz o żywych kolorach ikon zdobiących niegdyś wnętrze nieistniejącej cerkwi.
Siedziałem potem na kamieniach patrząc na krzyże.
Przyszła myśl, że śmierć nigdy nie wygra z życiem.



środa, 4 marca 2015
niebo
4 lipca 2011.
Drugi dzień pielgrzymki Jerozolima-Asyż
Leżę na plecach z rękami pod głową.
Odgarnąłem suche, ostre trawy i kolczaste krzewy, żeby móc się położyć i patrzeć stąd w niebo.
Żywy błękit przez suche kolce sprawia, że czuję, jakby to tam było życie, a nie na tej spalonej lipcowym żarem ziemi.
Przyglądam się z bliska wysuszonym roślinom. Wszystkie mają przemyślne haczyki, kolce albo rzepy, jakby jedynym ich pragnieniem było uczepić się czyjegoś buta i wywędrować z tej suchej krainy do miejsca, gdzie jest więcej wody.
Dlaczego droga do źródła jest zawsze pod górę?
Woda. Nad wodą tydzień drogi na północ stąd zaczęła się ta historia, a tu, na tej górze znalazła swój ziemski finał.
Tutaj uczniowie widzieli Go po raz ostatni, gdy odchodził do nieba.
Co wtedy mówił?
-Iďźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu...
Pokazał, jak zwycięża miłość...
ale potrzeba jeszcze mojej decyzji.
Jak iść Jego drogą...
Którędy?
Jak robić to, co do mnie należy...?
Drugi dzień pielgrzymki Jerozolima-Asyż
Leżę na plecach z rękami pod głową.
Odgarnąłem suche, ostre trawy i kolczaste krzewy, żeby móc się położyć i patrzeć stąd w niebo.
Żywy błękit przez suche kolce sprawia, że czuję, jakby to tam było życie, a nie na tej spalonej lipcowym żarem ziemi.
Przyglądam się z bliska wysuszonym roślinom. Wszystkie mają przemyślne haczyki, kolce albo rzepy, jakby jedynym ich pragnieniem było uczepić się czyjegoś buta i wywędrować z tej suchej krainy do miejsca, gdzie jest więcej wody.
Dlaczego droga do źródła jest zawsze pod górę?
Woda. Nad wodą tydzień drogi na północ stąd zaczęła się ta historia, a tu, na tej górze znalazła swój ziemski finał.
Tutaj uczniowie widzieli Go po raz ostatni, gdy odchodził do nieba.
Co wtedy mówił?
-Iďźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu...
Pokazał, jak zwycięża miłość...
ale potrzeba jeszcze mojej decyzji.
Jak iść Jego drogą...
Którędy?
Jak robić to, co do mnie należy...?
piątek, 27 lutego 2015
liceum
Po przyjeździe do Warszawy od razu kieruję się do klasztoru sióstr dominikanek, gdzie mam nocleg przed jutrzejszym porannym spotkaniem z młodzieżą. Na zaproszenie siostry M., katechetki, mam opowiedzieć w liceum o swoim życiu, o pielgrzymowaniu i o ikonach.
Moje świadectwo to część rekolekcji wielkopostnych pt. „Za kogo Mnie uważacie?”. Oprócz mnie spotkania z młodzieżą poprowadzą: opiekunka z hospicjum i zakonnik - misjonarz. Siostra zatytułowała moje wystąpienie trochę romantycznie „Ikona życiem pisana czyli od sukcesu do wolności”. Czy to zainteresuje młodych ludzi z renomowanego warszawskiego liceum?
Dziwny jest ten klasztor. Mieści się w zwykłym mieszkalnym bloku w centrum miasta i składa się z dwóch połączonych mieszkań z kaplicą pośrodku. Po sąsiedzku mieszkają zwyczajni Warszawiacy. Mieszkają tu cztery siostry. Dwie młodsze jeżdżą codziennie do zwykłej pracy, dwie starsze dbają o klasztor, który jest jednocześnie "warszawskim punktem przesiadkowym" dla sióstr wyruszających z Polski na misje i powracających.
W bloku działa agencja towarzyska. Siostry czasem jadą windą z panami, którzy na widok białego habitu spuszczają wzrok.
Czeka na mnie wygodna cela z pościelą i ciepła kolacja. Przez ścianę mam kaplicę z tabernakulum. Po modlitwie długo nie mogę zasnąć.
Gdy w końcu przychodzi sen, śni mi się że idąc długim korytarzem w jakimś budynku nagle słyszę krzyk, jakby ktoś wołał o pomoc. Biegnę na ratunek przechodząc miękko przez kolejne ściany, które ustępują jakby były z gęstej mgły. Ostatnia ze ścian, ta zza której dochodzi krzyk, stawia nieoczekiwanie opór. Grzęznę w niej nie mogąc zrobić kolejnego kroku, ale już widzę wnętrze pomieszczenia: na łóżku, przykryty kołdrą pod szyję leży przerażony człowiek, a na nim – dociskając go i dusząc rozciąga się czarna postać – od razu wiem, że to demon. Wtedy czarne oblicze powoli odwraca się w moją stronę, ale zanim zobaczę jego oczy – budzę się z krzykiem. Gdy mija pierwsze przerażenie i uświadamiam sobie, że to tylko sen, zastanawiam się czy mój krzyk nie obudził sióstr. Jest całkowicie cicho. Przypominam sobie, że za ścianą jest Najświętszy Sakrament, ale i tak nie mogę już zasnąć do rana.
Przy śniadaniu – niewyspany – opowiadam siostrze M. mój sen.
- O której godzinie to było? - pyta.
- Między drugą a a trzecią.
- No to witamy w klubie – mówi lekko krzywiąc uśmiech.
Do liceum jedziemy 40 minut zatłoczonym tramwajem a potem autobusem. Czas porannego szczytu. Siostra M. ma na oko 27 lat, gdyby nie habit i welon byłaby po prostu jedną z młodych warszawianek w drodze do pracy. W pewnej chwili przeprasza, wyjmuje czytnik Kindle i odmawia z niego poranną modlitwę brewiarzową. Ja w tym czasie wyjmuję różaniec. Kątem oka widzę że siedząca obok mnie kobieta czyta pismo święte.
Przeraźliwy dźwięk dzwonka na lekcje przypomina mi moje licealne czasy. Sala gimnastyczna zapełnia się młodzieżą. Jest ich chyba ze 150. Radosny gwar, roześmiane twarze, niektórzy przyglądają mi się. Od siostry, która zorganizowała te rekolekcje, wiedzą, że mam za sobą przemytniczą przeszłość w Azji, karierę w korporacji, więzienie, utratę wszystkiego i ponad dziesięć tysięcy kilometrów samotnej drogi. I że teraz zajmuję się ikonami, a latem wyruszam w drogę.
Historia pokręcona, dziwaczna. Wiem, że młodzież filtruje wszystko bardzo starannie, są czujni, wrażliwi na fałsz i tani blichtr. Z ulgą przychodzi myśl, żeby po prostu opowiedzieć normalnie o tym tak jak było i jak jest. Niech potem pytają o to co ich interesuje.
Mówię powoli, pozwalając historii układać się tak, jak przychodzą myśli. Mam na sobie wiele spojrzeń, ale czuję pokój. Nie czuję obciążenia że muszę coś cenzurować. Słuchają uważnie. Mówię, o tym jak wzrastałem bez wiary, o włóczędze po świecie, o łatwym pieniądzu, o zakłamaniu, w którym pogrążałem się coraz bardziej, o mirażach fałszywego spełnienia, o pustce pięknie urządzonych wnętrz i bogactwie, które jest ucieczką. Mówię o krzywdzie, którą zadawałem sobie i moim bliskim, o manipulowaniu innymi ze strachu i dla własnej korzyści, w końcu o upadku, o nagłej utracie wszystkiego: rodziny, domu, firmy. O tym jak chcąc wyzwolić się z zakłamania wyruszam w drogę bez zabezpieczeń, żeby szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania, szukać sensu. Gdy dochodzę do momentu upadku i wyruszenia w drogę - na moment drży mi głos – nie potrafię ukryć emocji, choć przed chwilą słuchali o tym, że profesjonalnie zajmowałem się przemytem w wielu krajach, uczyłem innych sukcesu w biznesie, a manipulacja była moją drugą naturą.
Pytania które zadają mi na koniec spotkania świadczą o tym, że ta historia nie jest im obojętna. Czuje ulgę bo widzę, że to jest ważny czas – dla nich i dla mnie.
- Z kilkoma kolegami myślimy o nowatorskim biznesie, mamy finansowanie, jest dobry biznesplan, byliśmy na targach, mamy zainteresowanych klientów. Czy sądzi pan, że jest możliwe prowadzić biznes w zgodzie z sumieniem, na czysto, bez kompromisów z tym, co jest nieuczciwe?
Jestem zaskoczony. To chyba jedno z najważniejszych pytań jakie sam sobie stawiam: Czy można żyć w świecie i pozostać wiernym ideałowi, w który się wierzy? Ja kiedyś po prostu uciekałem ze świata, który określałem jako zły, świat zysku, koniunktury i wykorzystywanie innych. Ta ucieczka była odruchem. Ale dziś, po wielu samotnych drogach, już inaczej patrzę na życie. Znam ludzi, którzy tutaj pozostają. Niektórzy mówią o "żródle na pustyni miasta". Można być tu, w tym świecie, tutaj pokonywać swoją drogę – może to jest najtrudniejsze? Odpowiadam powoli, chcę być teraz całkowicie szczery.
- Nie wiem. Mnie się nie udało. Ale może to jest możliwe. Jeśli swój cel, swoją intencję, ten motor działania, nakierujesz na coś dobrego. Święty Maksymilian spał pod starym połatanym kocem, ale w baraku obok miał najnowocześniejsze w Europie maszyny drukarskie. Może ci się uda.
Przed szkołą podchodzi do mnie drobna blondynka i nieśmiało pyta:
- A czy nie jest panu trochę żal tamtego poprzedniego życia?
Pytanie porusza coś bardzo głęboko we mnie...
- Czasem tęsknię.... Tak, czasem brakuje mi tej normalności, bliskości drugiego człowieka, takiej zwyczajnej codziennej bliskości i wymiany jaka jest w rodzinie. Żyję sam. Ale po latach i po tych wielu kilometrach w drodze, inaczej teraz odczuwam samotność. Mam córkę, z którą mam dobry kontakt. Ona jest już dorosłą piękną i mądrą kobietą, ma swoje życie. Bardzo ją kocham i chociaż niewiele jej mogę zaofiarować w sprawach materialnych, to chcę przynajmniej żeby mogła liczyć na moją stałość, na to, że kiedy będzie potrzeba, będę przy niej. Chciałbym żeby mogła na mnie polegać, żeby mi ufała. I chyba jesteśmy na dobrej drodze.
Ale w tych najtrudniejszych chwilach, gdy jest naprawdę ciężko, wtedy skądś pojawia się nadzieja. I ona towarzyszy mi w drodze. Nadzieja, że jednak nie jestem sam.
Moje świadectwo to część rekolekcji wielkopostnych pt. „Za kogo Mnie uważacie?”. Oprócz mnie spotkania z młodzieżą poprowadzą: opiekunka z hospicjum i zakonnik - misjonarz. Siostra zatytułowała moje wystąpienie trochę romantycznie „Ikona życiem pisana czyli od sukcesu do wolności”. Czy to zainteresuje młodych ludzi z renomowanego warszawskiego liceum?
Dziwny jest ten klasztor. Mieści się w zwykłym mieszkalnym bloku w centrum miasta i składa się z dwóch połączonych mieszkań z kaplicą pośrodku. Po sąsiedzku mieszkają zwyczajni Warszawiacy. Mieszkają tu cztery siostry. Dwie młodsze jeżdżą codziennie do zwykłej pracy, dwie starsze dbają o klasztor, który jest jednocześnie "warszawskim punktem przesiadkowym" dla sióstr wyruszających z Polski na misje i powracających.
W bloku działa agencja towarzyska. Siostry czasem jadą windą z panami, którzy na widok białego habitu spuszczają wzrok.
Czeka na mnie wygodna cela z pościelą i ciepła kolacja. Przez ścianę mam kaplicę z tabernakulum. Po modlitwie długo nie mogę zasnąć.
Gdy w końcu przychodzi sen, śni mi się że idąc długim korytarzem w jakimś budynku nagle słyszę krzyk, jakby ktoś wołał o pomoc. Biegnę na ratunek przechodząc miękko przez kolejne ściany, które ustępują jakby były z gęstej mgły. Ostatnia ze ścian, ta zza której dochodzi krzyk, stawia nieoczekiwanie opór. Grzęznę w niej nie mogąc zrobić kolejnego kroku, ale już widzę wnętrze pomieszczenia: na łóżku, przykryty kołdrą pod szyję leży przerażony człowiek, a na nim – dociskając go i dusząc rozciąga się czarna postać – od razu wiem, że to demon. Wtedy czarne oblicze powoli odwraca się w moją stronę, ale zanim zobaczę jego oczy – budzę się z krzykiem. Gdy mija pierwsze przerażenie i uświadamiam sobie, że to tylko sen, zastanawiam się czy mój krzyk nie obudził sióstr. Jest całkowicie cicho. Przypominam sobie, że za ścianą jest Najświętszy Sakrament, ale i tak nie mogę już zasnąć do rana.
Przy śniadaniu – niewyspany – opowiadam siostrze M. mój sen.
- O której godzinie to było? - pyta.
- Między drugą a a trzecią.
- No to witamy w klubie – mówi lekko krzywiąc uśmiech.
Do liceum jedziemy 40 minut zatłoczonym tramwajem a potem autobusem. Czas porannego szczytu. Siostra M. ma na oko 27 lat, gdyby nie habit i welon byłaby po prostu jedną z młodych warszawianek w drodze do pracy. W pewnej chwili przeprasza, wyjmuje czytnik Kindle i odmawia z niego poranną modlitwę brewiarzową. Ja w tym czasie wyjmuję różaniec. Kątem oka widzę że siedząca obok mnie kobieta czyta pismo święte.
Przeraźliwy dźwięk dzwonka na lekcje przypomina mi moje licealne czasy. Sala gimnastyczna zapełnia się młodzieżą. Jest ich chyba ze 150. Radosny gwar, roześmiane twarze, niektórzy przyglądają mi się. Od siostry, która zorganizowała te rekolekcje, wiedzą, że mam za sobą przemytniczą przeszłość w Azji, karierę w korporacji, więzienie, utratę wszystkiego i ponad dziesięć tysięcy kilometrów samotnej drogi. I że teraz zajmuję się ikonami, a latem wyruszam w drogę.
Historia pokręcona, dziwaczna. Wiem, że młodzież filtruje wszystko bardzo starannie, są czujni, wrażliwi na fałsz i tani blichtr. Z ulgą przychodzi myśl, żeby po prostu opowiedzieć normalnie o tym tak jak było i jak jest. Niech potem pytają o to co ich interesuje.
Mówię powoli, pozwalając historii układać się tak, jak przychodzą myśli. Mam na sobie wiele spojrzeń, ale czuję pokój. Nie czuję obciążenia że muszę coś cenzurować. Słuchają uważnie. Mówię, o tym jak wzrastałem bez wiary, o włóczędze po świecie, o łatwym pieniądzu, o zakłamaniu, w którym pogrążałem się coraz bardziej, o mirażach fałszywego spełnienia, o pustce pięknie urządzonych wnętrz i bogactwie, które jest ucieczką. Mówię o krzywdzie, którą zadawałem sobie i moim bliskim, o manipulowaniu innymi ze strachu i dla własnej korzyści, w końcu o upadku, o nagłej utracie wszystkiego: rodziny, domu, firmy. O tym jak chcąc wyzwolić się z zakłamania wyruszam w drogę bez zabezpieczeń, żeby szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania, szukać sensu. Gdy dochodzę do momentu upadku i wyruszenia w drogę - na moment drży mi głos – nie potrafię ukryć emocji, choć przed chwilą słuchali o tym, że profesjonalnie zajmowałem się przemytem w wielu krajach, uczyłem innych sukcesu w biznesie, a manipulacja była moją drugą naturą.
Pytania które zadają mi na koniec spotkania świadczą o tym, że ta historia nie jest im obojętna. Czuje ulgę bo widzę, że to jest ważny czas – dla nich i dla mnie.
- Z kilkoma kolegami myślimy o nowatorskim biznesie, mamy finansowanie, jest dobry biznesplan, byliśmy na targach, mamy zainteresowanych klientów. Czy sądzi pan, że jest możliwe prowadzić biznes w zgodzie z sumieniem, na czysto, bez kompromisów z tym, co jest nieuczciwe?
Jestem zaskoczony. To chyba jedno z najważniejszych pytań jakie sam sobie stawiam: Czy można żyć w świecie i pozostać wiernym ideałowi, w który się wierzy? Ja kiedyś po prostu uciekałem ze świata, który określałem jako zły, świat zysku, koniunktury i wykorzystywanie innych. Ta ucieczka była odruchem. Ale dziś, po wielu samotnych drogach, już inaczej patrzę na życie. Znam ludzi, którzy tutaj pozostają. Niektórzy mówią o "żródle na pustyni miasta". Można być tu, w tym świecie, tutaj pokonywać swoją drogę – może to jest najtrudniejsze? Odpowiadam powoli, chcę być teraz całkowicie szczery.
- Nie wiem. Mnie się nie udało. Ale może to jest możliwe. Jeśli swój cel, swoją intencję, ten motor działania, nakierujesz na coś dobrego. Święty Maksymilian spał pod starym połatanym kocem, ale w baraku obok miał najnowocześniejsze w Europie maszyny drukarskie. Może ci się uda.
Przed szkołą podchodzi do mnie drobna blondynka i nieśmiało pyta:
- A czy nie jest panu trochę żal tamtego poprzedniego życia?
Pytanie porusza coś bardzo głęboko we mnie...
- Czasem tęsknię.... Tak, czasem brakuje mi tej normalności, bliskości drugiego człowieka, takiej zwyczajnej codziennej bliskości i wymiany jaka jest w rodzinie. Żyję sam. Ale po latach i po tych wielu kilometrach w drodze, inaczej teraz odczuwam samotność. Mam córkę, z którą mam dobry kontakt. Ona jest już dorosłą piękną i mądrą kobietą, ma swoje życie. Bardzo ją kocham i chociaż niewiele jej mogę zaofiarować w sprawach materialnych, to chcę przynajmniej żeby mogła liczyć na moją stałość, na to, że kiedy będzie potrzeba, będę przy niej. Chciałbym żeby mogła na mnie polegać, żeby mi ufała. I chyba jesteśmy na dobrej drodze.
Ale w tych najtrudniejszych chwilach, gdy jest naprawdę ciężko, wtedy skądś pojawia się nadzieja. I ona towarzyszy mi w drodze. Nadzieja, że jednak nie jestem sam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)