piątek, 29 sierpnia 2014

rownowaga

Więzienie Elmley to wielki klaster trzech zakładów karnych w hrabstwie Kent, na wschód od Londynu, razem 2300 osadzonych. O 14.00 jest spotkanie z więźniami. Paul zaprosił ich na spotkanie z pielgrzymem. Mam opowiedzieć o mojej pielgrzymce z Irlandii. Jest ze mną Wojtek, kapelan londyńskiego portu, który dał mi nocleg w Londynie. Znają się z Paulem od lat, razem niosą Ewangelię - Wojtek marynarzom, Paul więźniom. Wojtek narysował nawet ulotkę z zaproszeniem na spotkanie, ktorą Paul rozniósł kilka dni temu po celach. Nie wiemy jak zareagują. Czy będą zainteresowani? Ilu przyjdzie?


Telefony zostawiamy w samochodzie, znamy procedury. Wielkość gmachu robi wrażenie. Mamy z Wojtkiem przepustki, przez szereg śluz prowadzi nas ciemnoskóry kapelan anglikański w koloratce. Korytarzami które są jak gigantyczny labirynt przechodzimy w końcu do biura Paula, który pracuje tu od lat jako katolicki kapelan. Jego ojciec urodził się w Tczewie i wyemigrował do Anglii jeszcze przed wojną. Paul uważa się za Polaka choć nie potrafi mówić po polsku. W rozmowie Wojtek omyłkowo używa słowa "cloister" (klasztor) zamiast "cluster", co wywołuje chwilowo nasze rozbawienie, ale to miejsce nie nastraja do żartów. Elmley jest jak zamknięte miasto otoczone niekończącym się wysokim szarym murem. Dla mnie, pielgrzyma, wolność dalekiego horyzontu zderza się tu wyjątkowo brutalnie z ciasnotą betonowych spacerniaków.


Na spotkanie przychodzi 12 osadzonych Polaków. Wojtek zorganizował to spotkanie, robi więc krótkie wprowadzenie.
Opowiadam krótko swoją historię i mówię o naszej drodze, o Wojtku i Grzesiu, którzy swoją pielgrzymkę też zaczynali w więzieniu. Chcę szybko skończyć żeby mogli zadawać pytania. Początek jest trudny, ale gdy mówię szczerze o swoim kiedyś "bezpiecznym" życiu, upadku i pobycie w areszcie - słuchają uważnie. Moja droga to dla nich szok wolności... nieskończona przestrzeń kolejnych państw, codziennie inne miejsce, nowi ludzie. Oni mają tu spacer po betonowym kwadracie raz w tygodniu. Wiedzą że nie są tu bez powodu, ale mówimy też o tym, że pobyt tutaj można dobrze wykorzystać. Wiem od Paula, ze kilku z nich się modli. Jeden mówi, że dopiero tutaj przeczytał całą biblię. Przypomina mi się gra słów klaster - klasztor. Czujemy ze to ważny czas dla nich i dla mnie. Padają trudne pytania. O to, czym naprawdę jest wolność. Mówią o tęsknocie za bliskimi. Dochodzimy do tego na czym w życiu polega ta prawdziwa pielgrzymka, ale nie padają żadne wzniosłe słowa. Rozmowa trwa dwie godziny. Chcielibyśmy dłużej, ale tylko na tyle pozwalają procedury. Na koniec piszą na kartkach swoje intencje. Młody wytatuowany chłopak pyta co to takiego ta intencja. Tłumaczę, że to takie prawdziwe, szczere pragnienie serca.
Żegnamy się szczerym usciskiem dłoni. W oczach widzę wdzięczność. Nie wiem kto komu dał ważniejsze świadectwo.
Po spotkaniu rozmawiamy chwilę we trzech z Wojtkiem i Paulem. Paul mówi, że trafiają tu bardzo różni ludzie. Czasem wystarczy jedną zła decyzja, zboczenie z właściwej drogi albo chwila nieuwagi po alkoholu. I ze teraz wie, że wielu z "tych porządnych ludzi tam na wolności" żyje w straszniejszym więzieniu niż chlopaki w Elmley.

Po więzieniu jedziemy do portowego Sheerness na mój nocleg przy kościele, gdzie Paul sprawuje posługę stałego diakona. Świątynia stoi 80 metrów od morza. Patrzę na żagle przesuwające się wolno na horyzoncie... przed chwilą ciasne zamknięcie a teraz znów otwarcie na bezkres.


Kościół w Sheerness ufundował pod koniec XIX wieku Henry, manager portu, protestant. Widział kiedyś setkę klęczących w deszczu młodych żołnierzy - irlandzkich katolików, którzy nie mogli pomieścić się w ciasnej kaplicy św. Patryka. Poruszony ich widokiem poświęcił się budowie świątyni w czasach gdy prawa katolików były mocno ograniczone.

Kamienny kościół ma bardzo ładną sylwetkę i góruje nad plażą. Od dawna chciałem zobaczyć miejsce, gdzie wisi w bocznym ołtarzu wykonana przeze mnie rok temu ikona Matki Boskiej Czestochowskiej.

Czy pisząc kiedyś tą ikonę w zaciszu mojej pracowni w Sakowie na zamówienie pewnej pani z Podkarpacia, mogłem się spodziewać, ze rok później będę klęczal przed nią dziękując za prowadzenie w drodze przez Wielką Brytanię?



Kościół od morza oddziela betonowy wał - pływy są tu bardzo silne, różnica poziomów morza może sięgać 6 metrów. Kiedyś silny odpływ spowodował niezwykły wypadek statku. W 1944 roku angielski transportowiec klasy "Liberty" z 7 tysiącami ton amunicji i materiałów wybuchowych dla inwazji Normandii osiadł na skałach i przełamawszy się na pół zatonął. Wydobyto z niego tylko małą część ładunku. Po wojnie próbowano coś zrobić z niebezpiecznym wrakiem, ale okazało się to zbyt trudne i kosztowne. Przez lata nikt nie chciał się podjąć wydobycia śmiercionośnego ładunku, więc do dziś rdzewieje pod wodą niczym wielka tykajaca bomba. Gdyby doszło do eksplozji, siła uderzeniowa mogłaby zniszczyć całą okolicę zabijając tysiące ludzi, a podniesiona eksplozją fala poczyniłaby trudne do oszacowania straty. Technika okazuje się bezradna, ryzyko pozostawienia wraku i ryzyko wydobycia ładunku są niemożliwe do oszacowania. Władze ograniczyły się do corocznej kontroli wraku. W 2012 nastąpiło gwałtowne pogorszenie jego stanu. Przez rdzewiejące burty może w każdej chwili wypaść smiercionosny ładunek.
Oglądam miejsce zatonięcia wraku lornetką z gabinetu księdza. 500 metrów stąd, naprzeciwko kościoła starczą przechylone końcówki trzech masztów.
Ktoś ponoć kiedyś rzucił półżartem, że dobrze że to się stało naprzeciw katolickiego kościoła - wiara w opiekę Opatrzności bardzo jest potrzebna całej okolicy. Przypominam sobie, że prawy ołtarz kościoła poświęcony jest Bożemu Miłosierdziu. W centrum umieszczono obraz Jezusa Miłosiernego z wizji św. Siostry Faustyny, a poniżej zdjęcie świętej i słowa po polsku JEZU UFAM TOBIE.
Gdy zasypiam towarzyszy mi dziwne uczucie... skąd mam wiedzieć ze jutro się obudzę?

Nazajutrz jest niedziela. Dzien przerwy w drodze. Po mszy ksiądz zostawia mnie w domu samego i jedzie do posługi w innym kościele.
Widzę że ma sprzęt do obserwacji gwiazd. Gdy wraca pytam go czy gwiazdy coś mówią.
- Ruch odbywa się po okręgu - odpowiada - w doskonale wyważonym porządku. Gdy czasem obserwuję pierścienie Saturna widzę jaka delikatna równowaga rządzi wielkimi siłami w kosmosie i tą wielką przestrzenią. Zdumiewa mnie zawsze gdy pimyśle że ta nieskończona delikatność stworzyła świat i dała życie każdemu z nas. W środku tych kręgów jestem ja, milczący. Bo właśnie tutaj jest środek wszechświata.


poniedziałek, 23 czerwca 2014

niewidomy

Po nocy w hostelu na Nowym Swiecie wyszedlem prosto na ostre slonce ruchliwej ulicy.
Z duzym plecakiem na plecach kierowalem sie na tramwaj i potem w kierunku dworca.
Po tygodniu w drodze z ulga wracalem na moja spokojna wies.
Oczy nie zdazyly jeszcze przyzwyczaic sie do swiatla gdy ktos chwycil moj lokiec i uslyszalem:
- Pomoze mi pan dojsc do toalety?
Obok mnie stal niewidomy. Czarne okulary, biala laska.
- Tak, zaprowadze pana - w sumie az tak mi sie nie spieszylo.
Szlismy pod reke, ja lekko z przodu. Omiatal sprawnie laska droge przed soba.
- Tutaj za rogiem jest EMPiK, trzeba przejsc przez ksiegarnie, a potem do windy.
Wspolna droga okazala sie dluga i kreta. Najpierw kilka schodkow, prog, potem miedzy regalami z ksiazkami. Ja z przodu, niewidomy za mna uczepiony plecaka. Musielismy wygladac dosc komicznie. Ja bylem parowozem, on - wagonem, sunelismy waskimi przejsciami wymieniajac komunikaty:
- Teraz ostroznie, zwezenie...
- OK..
Swietnie znal droge, musial ja pokonywac wielokrotnie, byl bardzo uwazny i szedl ostroznie. Musielismy wypracowac system wspolnego poruszania sie. Nie bylo to latwe, wymagalo zrownania tempa, kilka razy nie ostrzeglem go przed progiem, co skwitowal dosc obcesowo.
W koncu labirynt miedzy regalami doprowadzil nas do windy.
- Teraz trzecie pietro.
Z pietra trzeba bylo wejsc po schodach. W koncu stanelismy przed drzwiami toalety na zeton.
- Prosze wlozyc monete - prawie bezbłędnie trafił zlotowką w moją dłoń.
W srodku spedzil ponad dwadziescia minut. Staralem sie nie niecierpliwic. Chyba sie myl. Co chwila dawal mi uspokajajace komunikaty ze juz konczy.
W koncu otworzyl drzwi i poprosil zebym sprawdzil czy niczego po sobie nie zostawil. Podnioslem z podlogi chyba inhalator i podalem mu. Nasz dziwny pociag ruszyl w droge powrotna.
Gdy zjechalismy winda zmienil plan:
- Prosze mnie zaprowadzic do perfumerii - usmiechnal sie porozumiewawczo - zawsze po myciu psikam sie perfumem.
Wolniutko ruszylismy w strone perfumerii.
Gdy stanelismy przed polka z meskimi wodami podszedl do nas ochroniarz sklepu. Poczulem sie nieswojo szykujac juz wytlumaczenie za nas obu. Nieswiadomy obecnosci ochroniarza niewidomy probowal mi dac wskazowke:
- Tu niech pan szuka... taka buteleczka z okragla zakretka...
Ochroniarz uprzedzil moj ruch i podal mi z polki wode toaletowa BOSS zdejmujac zakretke.
Psiknalem kilka razy na wyciagnieta dlon niewidomego.
- Wie pan - wcieral wode w policzki - ja tylko tego testera uzywam, nie za duzo. Oni mnie tu toleruja, nie moge naduzywac...
Ochroniarz wzial ode mnie wode i z usmiechem dyskretnie sie wycofal.
W koncu nasz pociag dojechal na przystanek tramwajowy, gdzie niewidomy mial wsiac do dziewiatki.
- Wie pan, prawie codziennie pokonuje ta trase do toalety i zawsze z kims innym. Troche juz poznalem sie na ludziach. Nie widze, ale dobrze slysze, wyczuwam ruchy. Jesli pan sie nie pogniewa to moge o panu cos powiedziec.
- Prosze - odparlem troche zaskoczony, ale szczerze zaciekawiony.
- Ma pan w sobie jakis niepokoj, ale to nic takiego. Kilka razy nie uprzedzil mnie pan o progu. Troche skupia sie pan na wlasnej drodze. Ale duzo ma pan dobra w sobie. Wszystko bedzie dobrze. Niech pan nie unika ludzi. Oni panu wszystko powiedza.
Nadjechal tramwaj. Pomoglem mu wejsc po stopniach. Ktos od razu ustapil mu miejsce.
- Wszystko bedzie dobrze - usmiechnal sie i uniosl laske na pozegnanie.

sobota, 21 czerwca 2014

źdźbło

"Wierzę, iż źdźbło trawy nie mniej znaczy
niż rzemiosło gwiazd;
(...)
A mysz jest cudem wystarczającym,
by wstrząsnąć sekstylionem niewiernych"

Walt Whitman,
fragment wiersza "O sobie samym"
ze zbioru "Źdźbła trawy".

Przeczytałem właśnie artykuł o tajemnicach budowy i aerodynamice lotu ptaków. Zdumienie naukowców budzą ich dalekie wędrówki. Nikt nie wie czy naprawdę wyewoluowały z gadów - są zbyt doskonałe, brak poza tym kopalnych dowodów na istnienie form przejściowych. Istnieją doskonałe gady i doskonałe ptaki. Nic pośrodku. Mimo to uczy się w szkole ewolucjonizmu - bo jak nauka ma niby wytłumaczyć dzieciom różnorodność i piękno natury? Bogiem - Stwórcą?

Czytam, że cywilizacja techniczna mimo szybkiego postępu nie zbliżyła się jak dotąd do stworzenia konstrukcji w przybliżeniu choćby odpowiadającej źdźbłu trawy. Chodzi o tą niezwykłą kombinację elastyczności, lekkości, parametrów uginania.

Nie chodzi o to żeby darwinista miał przyjąć istnienie doskonałej siły sprawczej. Może wystarczyłoby gdyby zamiast szukać dowodów i brakujących ogniw zapatrzył się przez chwilę na trzcinę uginającą się pod ciężarem małego skrzydlatego wędrowcy.

środa, 18 czerwca 2014

Charbel

Św. Charbela spotkałem przez ikonę Maryi. Zaczęło się od mojej samotnej pielgrzymki do Rzymu. Wyruszyłem w pieszą wędrówkę bez pieniędzy, trochę w desperacji, uciekając przed depresją, bólem i uczuciem bezsensu po tym, jak upadły wszystkie ważne projekty mojego życia. Ja, do niedawna człowiek sukcesu, uznany ekspert w dziedzinie zarządzania projektami, strategii i ryzyka, spełniony mąż i ojciec, w krótkim czasie straciłem wszystko. Stałem się przykładem klęski totalnej. Bez rodziny, firmy, przyjaciół, bez moralnego prawa do wykonywania zawodu, czułem, że pozostało mi już tylko samotne wejście w niepewność.
 
Czy tam coś jest? – pytałem siebie pakując plecak. Jeśli nie tam, to gdzie? Wyruszyłem szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania.
 
W drodze zacząłem się modlić. Różaniec stał się towarzyszem drogi. Rozważanie tajemnic Tej, która pierwsza „z pośpiechem poszła w góry” stało się moją szkołą pielgrzymowania. W odwiedzanych kościołach szukałem Jej wizerunku. Kojarzyła mi się z prostotą wiejskiej, żydowskiej nastolatki (bose stopy w zwykłych sandałach) ale wszędzie na obrazach spotykałem albo pucołowatą królową albo poważną matronę. Dopiero kilka dni przed Rzymem, w toskańskim kościółku, zobaczyłem Ją na prawosławnej ikonie. Była to ikona Matki Boskiej Włodzimierskiej. Od razu wiedziałem, że to obraz, którego szukam. Delikatność i szlachetność rysów, szczerość, prostota i głębia spojrzenia... to była moja Maryja!. Odtąd towarzyszyła mi w różańcu właśnie Ona – prosta nastolatka, która nie zostawiając niczego sobie, zaufała całkowicie. Odważnie weszła w niepewność. Ta pierwsza pielgrzymka otworzyła przede mną drogę, na której nigdy nie byłem już sam.
 
Po powrocie zapragnąłem poznać bliżej „toskański wizerunek” – i tak wszedłem w świat ikon. Wkrótce znalazłem się na warsztatach ikonopisania w pracowni o. Jacka Wróbla SJ w Warszawie, o nazwie – nomen omen – „Droga ikony”. Obie drogi – letnie samotne wędrówki i pisanie ikon w mojej pracowni na wsi w zimie - obnażały bezlitośnie moje słabości. Ale szedłem dalej, odkrywając prawdę o sobie...
 
W pielgrzymkach co roku odwiedzałem nowe miejsca związane z historią ikony: greckie klasztory Palestyny, prawosławne monastyry Rosji, cerkwie w Bułgarii, Macedonii, Albanii. Przyglądałem się ikonom i niekiedy mistrzom przy pracy. Z czasem zacząłem prowadzić własne warsztaty ikonopisania. W ten sposób poznałem Hanię – a przez nią św. Charbela.

Było to na warszawskim Bemowie, przy parafii św. Łukasza Ewangelisty, patrona ikonografów. Hania spędziła kilkanaście lat w Libanie jako żona libańskiego lekarza, druza. Mieszkali w Bejrucie. Podarowała mi obrazek świętego, którego imienia nigdy nie słyszałem i film o nim w języku arabskim. Powiedziała: „To niezwykły święty, zobaczysz!”
 
Ze ścieżki dźwiękowej filmu nie zrozumiałem nic, ale obraz przemówił do mnie bardzo silnie. Znowu miałem przed oczami prostotę i ubóstwo zwykłego życia w Ziemi Świętej. Zaledwie rok wcześniej wędrowałem doliną Jordanu na północ, do Morza Tyberiadzkiego, a potem do Hajfy. Dalej już była granica z Libanem, zamknięta od wielu lat. Film przypomniał mi osty, pył dróg, zapach sykomor i potężny hałas, jaki robiły cykady. Na tej ziemi żył Charbel.
 
Prostota, szczerość i wierność: te trzy słowa zastąpiły mi arabskie dialogi. Prostota życia, szczerość relacji z Bogiem i wierność miłości. Świętość jest zwyczajna (przypomniałem sobie spotkanie z Maryją w toskańskim kościele). Zapragnąłem napisać ikonę św. Charbela.
 
Przygotowania zacząłem od zebrania dostępnych informacji - nie było ich zbyt wiele. Święty stronił od rozgłosu, nie zostawił notatek ani żadnej podobizny. Pozostawała modlitwa. Miałem w pracowni jedną lipową deskę, którą trzymałem na szczególną okazję. Podarował mi ją Serhij, ukraiński ikonograf, z którym wspólnie piszemy dużą, wieloczęściową ikonę. Ma zostać umieszczona w bieszczadzkiej cerkwi w Łopience jako znak pojednania między Polakami i Ukraińcami. Pomyślałem, że libański maronita to dobry patron na czasy, w których tak wiele jest wzajemnej wrogości i ideologicznych rozłamów. Jako tło ikony odważnie wybrałem czerwień - w ikonografii kolor miłości i cierpienia. Złoto nimbu miało być znakiem Bożej chwały. Zgodnie z kanonem sztuki oczy na ikonie nie mogą być zamknięte, mimo to postanawiłem delikatnie przymknąć św. Charbelowi powieki. W efekcie powstał efekt pokornego wycofania.
 
Postanowiłem, że prawa dłoń będzie trzymała łaciński krzyż. Będzie biały –w kolorze czystości. Lewa dłoń... co z nią? Włożyć w nią Księgę? Nie, sam Krzyż wystrarczy jako dość mocny znak. Co z lewą dłonią? Nie miałem pomysłu, stanąłem z pracą. Zacząłem się modlić:
 
„Panie Jezu Chryste, przyjmij moją modlitwę pisaną trudem przekształcania mojego ciała i duszy w Ciebie samego, oraz trudem przemiany cząstki kosmosu w oblicze Twojego sługi, świętego Charbela. Św. Charbelu, który w pokorze szedłeś do końca za Tym, który połamał bramy śmierci, piekła i szatana, wstawiaj się za mną i daj mi poznać świętą wolę Bożą, Jej ufam i powierzam dłoń”.
 
Dłoń! Sama dłoń wystarczy. Szkicuję wyciągnięta otwartą dłoń w naturalnym geście, jakby coś powstrzymywała. Odpowiedzią jest pogodzenie się z bezsilnością, oddanie się Bogu, Jego sile i prowadzeniu. To, czego szukałem wyruszając w dalekie wędrówki jest nie w tym, co mogę osiągnąć, ale w tym, od czego mam się powstrzymać!
 
Ta myśl kieruje mnie na inną drogę niż dotychczasowe. Do wewnąrz. Na spotkanie z Bogiem, który był obok cały czas. Wierny i miłosierny.


 

piątek, 13 czerwca 2014

Szkot

Wczoraj pojechałem od siebie rowerem 4 km na pocztę do Świnic żeby wysłać paczkę. Korzystając z okazji chciałem wstąpić do kościoła - Sanktuarium Urodzin i Chrztu św. Siostry Faustyny. Tu była chrzczona, tutaj przyjęła Sakrament Komunii oo raz pierwszy. Zachowały się z tamtego czasu chrzcielnica i konfesjonał.
Gdy się zbliżałem z kościoła wychodziła pielgrzymka obcokrajowców. Mówili po angielsku. Postanowiłem podejść do sympatycznego rudego księdza ok. 40-tki i zagadałem po angielsku:
- Przepraszam, skąd jesteście?
- Z różnych miejsc w Wielkiej Brytanii.
- A ja mieszkam tu niedaleko i... właśnie szykuje się do pieszej pielgrzymki przez Wyspy.
- ???
- Jest nas więcej. Modlimy się nogami głosząc Boże Milosierdzie. Co roku gdzieś wędrujemy. Ja w tym roku wyruszy z irlandzkiego Knock, przez Szkocję i Anglię do Francji dalej do Brukseli.
Ksiądz słucha z zaciekawieniem.
- Mieszkam w Saint Andrews, w Szkocji, może to będzie po drodze, proszę mnie odwiedzić.
- Mam do księdza pytanie...
-?
- Będę szedł z kosturem w kształcie krzyża. Jak na taki widok reagować będą ludzie w Szkocji?
Spojrzał na mnie jakoś smutno.
- Wielu nie będzie nawet wiedziało co to za znak.