piątek, 4 kwietnia 2014

myśl

Jedyną prawdziwą wiedzą o Bogu jest ta, którą poznaje się przez niewiedzę.
     
/Pseudo-Dionizy Areopagita/


"Panie – mówiłem – tam na gałęzi drzewa siedzi kruk. Rozumiem, że Twój majestat nie może zniżać się do mówiącego, lecz ja potrzebuję znaku. Gdy skończę moją modlitwę, spraw, żeby ten kruk odleciał. To będzie jakby skinienie w moją stronę na znak, że nie jestem zupełnie sam na świecie.

I patrzyłem na ptaka. Ale on siedział nieruchomo na gałęzi. Wtedy znowu zwróciłem się do kamienia.

Panie – mówiłem – masz słuszność. Twój majestat nie może się zniżać do moich żądań. Gdyby kruk odleciał, byłbym jeszcze smutniejszy. Bo taki znak byłby znakiem danym mi przez kogoś równego - a więc znowu przeze mnie samego, znowu byłby odbiciem moich pragnień. I ciągle tkwiłbym w samotności.

I oddawszy cześć wróciłem. Lecz wtedy właśnie moja rozpacz ustąpiła miejsca nieoczekiwanej radości".

/A. de Saint-Exupery: "Twierdza"/


Myśl. Co chwila nowa myśl. Coraz więcej myśli. Biblioteki, empiki, terabajty słów, które zatrzymują, rejestrują i uwieczniają wciąż nowe myśli milionów, miliardów ludzi.

Gdybym tak choć na chwilę potrafił się zatrzymać...na chwilę powstrzymał się od myślenia.... stanął i pozwolił tłumowi myśli przejść obok!

A co ja robię? Myślę.
Myślę więc jestem? - nie! Jest dokładnie na odwrót. Kim naprawdę czyni mnie nieposkromiona  myśl? Myślę więc kocham siebie! Myślę, więc beztrosko daje się ponieść rosnącej fali myśli i...  idę na wojnę - z myślącymi inaczej.
Myślę bo nie potrafię pogodzić się z moim umieraniem.

Myślę. I piszę o tym. Jakby z lęku że zniknę bez śladu, niezauważony, że nie zdążę  niczym się odcisnąć na tej grząskiej wydmie, którą i tak za chwilę przesunie wiatr. Przesunie w jakim kierunku? Żadna myśl  tego kierunku nie przewidzi, nie  wyznaczy. Powraca zdanie profesora fizjologii z pierwszych lat studiów: "Im więcej informacji nauka ma o mózgu, tym większa staje się on dla niej zagadką".

Czy ludzkość w swojej historii, prowadzona przez myśl, przybliżyła się do odpowiedzi na najważniejsze pytania? Czy mniej jest poniżenia, agresji, kłamstwa i lęku? Boję się że przestać myśleć oznaczałoby spotkać się wreszcie ze sobą. Sam na sam. W niezakłóconym nawet najlżejszym szeptem milczeniu. Milcząca samotność to chyba jedyny uczciwy stan jaki znam. Czy dałoby się go przetrwać? Przerażający stan. Czy po takim doświadczeniu byłoby jeszcze po co żyć?  Co ujrzałaby w sobie ludzkość gdyby na chwilę zatrzymała pęd myśli i w milczeniu przyjrzała się sobie? Czy to byłoby do zniesienia? Czy takie uczciwe i niezakłócone spojrzenie wgłąb siebie pozwoliłoby dalej istnieć ?
Zamilknąć... Żeby zacząć naprawdę żyć. Czy to możliwe?

Ale teraz jest beznadziejnie. Myśli znowu wciskają się zewsząd i szukają dla siebie słów. Jestem słaby więc pozwalam im prawie na wszystko, pozwalam im tworzyć tą śmieszną narrację przecząc mojemu pragnieniu, przecząc samemu sobie. Jestem bezbronny wobec tego tłumu więc robię to samo co on: sam siebie popycham nad przepaść absurdu.
Tłum myśli ma skuteczną strategię poddawania sobie wszystkiego i wszystkich: "Płyń z nami bo nie istnieje nic innego".

"Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać — nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek we mnie ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci?"
/List do Rzymian/

Siedze nad rzeką oparty o drzewo nadgryzione przez bobry. Staram się za każdym razem podejść tu cicho ale tych pracowitych gryzoni dotąd nie spotkałem. Tylko drzewa nad rzeką z każdym dniem są coraz mocniej nadgryzione. Jedno wczoraj musiały zataszczyć do wody. Może wolą pracować w ciemności?  Zostały tylko wióry i ślad wleczenia prowadzący do rzeki . Budują żeremia, w których zamieszkają całą rodziną. Są wierne całe życie jednemu partnerowi. A potem, gdy za rok fala kolejnych roztopów rozbije ich dom, wyruszą żeby ścinać drzewa na nowy.
Bóbr zajęty jest pracą. Robi swoje. Obce są mu rozmyślania.

Ilekroć zdarzy mi się być w Empiku, zawsze  przeraża mnie myśl, że dziś do pomyślenia jest wszystko. To trochę tak jak z jednym z postulatów współczesnej sztuki: nie istnieje bluźnierstwo bo nie istnieje sacrum. Wolność wyrażania myśli przekracza szybko kolejne granice. Nakłady książek maleją, za to szybko  rośnie liczba autorów i nowych tytułów. Nowe narzędzia i znikające granice czynią autora już niemal z każdego. W podobny sposób sztuka podcina własną gałąź bo sama wyrzeka się swojej tajemnicy. Buddyjska sansara też nie zna pojęcia granicy bo wszystko jest w niej przepływem i wszystko zawiera się we wszystkim. Ale buddyzm, mimo że więzi w pułapce zamkniętego kręgu, jakoś nie razi dziwacznoscią. Jedno z wielu lekkich więzień. Chyba że ten importowany, ten jest ciemnym lochem.

W centrum współczesnej debaty na temat człowieka jest pojęcie wolności. Odmiennie rozumianej przez dwie strony debaty. Jest przecież wolność "od" i wolność"do". Ta druga zajmuje mnie bardziej. Odkąd starozytni Grecy uwolnili myśl, furkocze ona na wszystkich sztandardach postępu: zarówno na tych fałszywych i złowieszczych, jak i tych niosących nowe nadzieje. Już za czasów Talesa i Pitagorasa myśl służyła zarówno rozwojowi wielkich idei, jak i była pożywką dla magii i fałszowania rzeczywistości. Zawsze jednak jest nienasycona. Myśl, która ożywia istnienie, jest istotą rozwoju, przynosi nadzieję ...  i jednocześnie zwodzi w niepotrzebnych analizach, przytłacza nadmiarem doznań i gubi drogę w gąszczu kolejnych, niekończących się pytań.  Tak oto nieposkromiona myśl wyruszyła kiedyś  z żyznej Ionii na swoją  wieczną odyseję pewna, że nic już jej nie zatrzyma...
Aż pewnego razu w okolice Efezu (słynącego Artemizjonem) i Wyspy Samos (słynącej Herajonem), do tej kolebki greckiej myśli, zawędrował człowiek o łagodnym obliczu imieniem Jan w towarzystwie starszej, skromnej kobiety.
To był nowy początek... Najbardziej duchowa z czterech ewangelii. Jan musiał dużo rozmawiać ze stoikami, mógł sporo wziąć z Heraklita (ogień jako arche, wieczna przemiana), ale jego ujęcie duchowości, ducha, było czymś zupełnie nowym w rozkwitajacej wtedy przecież kulturze helleńskiej. Zastąpić myśl - duchem! Duchem prawdy!
Tylko Duch nie potrzebuje myśli!
To ostatnia, jedyna nadzieja ludzkości.

W Poznaniu powędrowałem na Stary Rynek. Pośrodku placu stoi ratusz - całkiem urodziwa renesansowa budowla - mierząc urodziwość harmonią proporcji. Pomyślałem, jak to kiedyś po strzelajacych w niebo lekkich iglicach średniowiecznych katedr nastąpiło  odrodzenie greckiego rozmyślania nad człowiekiem i pięknem i zaowocowało renesansową harmonią i finezją krzywizn i ornamentów, którą potem ostatecznie wykoślawi dopiero przesada baroku. Ot zwykła pułapka wolnej myśli i postępu - dumałem. Ale czy na pewno pułapka? Może tylko nieuchronność, która i tak prowadzi do jakiegoś kolejnego dobra? Przecież z baroku ludzka myśl uczyniła kolejny zacny styl, to samo kiedyś zrobi z socrealizmem. Myśl tworzy dorobek którego człowiek się już nie wyrzeknie. Gromadzenie myśli i narzucanie ich innym to jedno z głównych zajęć ludzkości.
Gdy tego ciężaru zgromadzonych myśli jest zbyt wiele, następuje zwykle rewolucja, której towarzyszy rzeź, a potem... gromadzenie zaczyna się od początku.

Obok poznańskiego ratusza jest księgarnia z dobrym wyborem książek w rozsądnej cenie - tam skierowałem swoje kroki. Trafiłem na książkę ks. prof. Hellera, znanego fizyka i myśliciela pt. "Wszechświat jest tylko drogą. Kosmiczne rekolekcje".
Przy kasie książka okazała się tańsza o 8 zł niż informowała naklejka na obwolucie. Nieoczekiwanie obdarowany kwotą ośmiu złotych postanowiłem wydać ją na kawę pod parasolem przy stoliku z widokiem na ratusz. Pokusa? W końcu miałem trochę wolnego czasu.
Kofeina to związek z grupy alkaloidów. Kofeina, heroina, nikotyna, teina - to substancje o podobnej budowie i zbliżonym działaniu : stymulują myśl. Dlatego świecka sztuka wyłaniania się często z oparów alkoholu i dymu palonych używek.
Po kilku łykach kawy myśli rzeczywiście się rozochocily i zaczęły szukać ujścia...najpewniej zupełnie niepotrzebne nikomu poza mną samym. To takie terapeutyczne - pomyślałem - wewnętrzne zajmowanie się czymkolwiek co przynosi myśl. Gdy nie ma się wewnętrznego pokoju myśl jest jedynym ratunkiem przed obłędem.

Podstawą poznańskiego ratusza jest kwadrat. Kwadrat to w symbolice ikonowej figura przedstawiająca ziemię. Koło zaś oznacza doskonałość. Chodząc po twardej ziemi człowiek jednocześnie zapatrzony jest w koliste niebo nad sobą i nieustannie próbuje rozwikłać problem kwadratury koła - szuka wzoru na wyrażenie jednej figury przez drugą. Ludzka myśl jak dotąd nie daje rady temu problemowi, ale próby nie ustają i w ten sposób półki księgarń zapełniają się kolorowymi, pieknie lakierowanymi grzbietami.
- Moja myśl jest tak samo nienasycona jak nie do zatrzymania jest ruch obiektów po kosmicznych orbitach - postanowiłem się trochę skarcić, bo pięknie podana i aromatyczna kawa uwięziła mnie na moment w nieznośnym błogostanie uwolnionych myśli. A może jednak była to próba usprawiedliwienia czegoś? Pocieszenia się?  Coś przywoływało mnie jednak wyraźnie do porządku, odbierając chwilowy błogostan jak czerwona kontrolka hamulców na desce rozdzielczej sunącej gładko autostradą limuzyny kradnie spokój kierowcy. Dopiję tylko kawę i zrobię listę spraw do załatwienia. Mam obowiązki, a dobra kawa w urokliwej scenerii jakby mnie od nich na chwilę odciągnęła.

Wtedy pomyślałem, że istnieje jednak coś potężniejszego niż myśl. Jest to wola.
Świat ludzkiej woli, może nie bogatszy niż świat myśli i pewnie mniej atrakcyjny - jest jednak bardziej od tamtego dynamiczny i ostatecznie bardziej twórczy. Wola jest w istocie bardziej nienasycona niż myśl. To ze świata woli przychodzą najważniejsze - bo potrzebne- pytania, nie ze świata wolnych i nieujarzmionych myśli! Pytanie jakie pojawia się w głowie bobra, to: jak ściąć drzewo tak, żeby przewróciło się do rzeki? Bóbr nie tworzy zbędnych pytań jak np.: Co się stanie gdy kiedyś zetnę wszystkie  drzewa w okolicy? Takie  pytania produkować potrafi tylko ludzka myśl.   Myśli człowieka lubią wędrować wygodnymi drogami, wśród pięknych krajobrazów. Ale nade wszystko myśli uwielbiają zajmować się same sobą. Są zakochane w sobie. Dlatego tak trudno człowiekowi rozstać się z myśleniem. To miłość własna kieruje myśli na wciąż te same tory, które tworzą w koncu okrąg  - figure doskonałą ale zamknietą.  Postanowienia zaś, te trudne dzieci wolnej woli mozolnie i z wysilkiem kroczą wyboistymi ścieżkami znosząc wytrwale zmienną pogodę.  Postanowienia, owi wysłannicy woli, wybiegają z zamkniętego kręgu na cztery strony jak po ramionach krzyża. Są jak zakurzeni pielgrzymi, zmęczeni i głodni, niepewni noclegu, dziwaczni i ośmieszani.
Myśli zaś to jakby turyści stale rządni nowych wrażeń, w swoich zabawnych przeciwsłonecznych kapelusikach, z nieodłączną kartą VISA i kolorowym przewodnikiem Bedeckera w kieszeni.

Niepokój dążenia, trud pokonywania oporu, droga pod górę i pod wiatr - to najpotężniejsze siły jakie działają w obrębie Wszechświata. Pokazuje to zagadka lekkosci gotyckiego łuku, tajemnica przepływu spojrzeń archaniołów w ikonie Rublowa albo największy fenomen kosmosu jakim jest skruszony grzesznik wracający do źródła prawdy o sobie.

To gdzieś na styku myśli i decyzji rodzi się wiara. Pochodzi ona z doświadczenia, ale napędzana jest odwiecznym ludzkim pragnieniem przekraczania, wędrowania dalej...  To wieczne transcendowanie oznacza że świat doskonały do którego tęsknię, ma koloryt bogatszy niż najbardziej wyrafinowane bogactwo myśli.

I gdy tak siedzę nad rzeką wśród niewidzialnych bobrów, mam wreszcie blisko ten prawdziwy świat, wreszcie osiągalny, prawdziwy bo dotykalny, choć stale niedopowiedziany.
Myśl nie jest doskonała bo to tylko ja ją tworzę.
Dopiero rezygnacja z myśli sprawia, że  właśnie tutaj, pod moimi dłońmi, w fasadzie ratusza i w gruchających na dachu kamienicy gołębiach, w krokach które zaraz zaprowadzą mnie na tramwaj, w niedokończonych bobrowych żeremiach budowanych nocą w zakolu leniwej rzeki  - właśnie tu jest świat prawdziwy. On nie potrzebuje rozmyślań.
Ta realność jest tak transcendentna, że aż nie ma o czym pisać.

Nie myślę - więc jestem.

poniedziałek, 31 marca 2014

nieskończoność

W filmie "Misja" jest pewien dialog.
Jezuita przychodzi do człowieka, który w gniewie zabił swojego ukochanego brata. Śmierć nastąpiła w pojedynku, prawo zatem uniewinnia zabójcę. Morderca ma na imię Rodrigo, był bezwzględnym najemnikiem, teraz jest wyzutym z wszelkiego sensu wrakiem pogrążonym w depresji. Wszelkie próby jezuity żeby przedrzeć się przez jego zbroję samooskarzeń i zaproszenie do rozpoczęcia trudnej drogi ponoszą klęskę. W końcu zdobywa się na ostatnią prowokację:
- A może ty nie potrafiłbyś unieść ciężaru prawdziwego zwycięstwa?
Rodrigo z najgłębszego mroku podnosi wtedy soojrzenie na jezuitę i wymierza okrutny cios:
- A gdybym poszedł i przegrał, czy ksiądz zniósłby ciężar swojej klęski?

Wracam czasem do tej sceny bo rozmowa księdza z mordercą dotyczy właściwie najważniejszego z pytań:
- Czy to człowiek tworzy sobie boga z lęku i samotności, czy to Bóg stwarza człowieka z miłości i przebaczenia?

Nieskończoność. Zaprzeczenie tego co znam i po co sam mogę sięgnąć.
Ludzki umysł potrafi dojść do granicy, czasem bardzo odległej, w końcu jednak się zatrzyma.
Bóg Abrahama, Bóg Najdalszej Drogi, nie jest tworem umysłu, bo nie maskuje najtrudniejszych znaków zapytania.
Nie wiem czym On jest, ale mógłby być Czymś, co znakom zapytania daje odpowiedzi.
Absurd to brak sensu, koniec drogi.
Tajemnica nieskończoności natomiast to sens, chociaż niedoczytany do końca, dlatego tak trudny. Ten sens wymaga odwagi porzucenia wszystkiego innego i zrobienia kroku w... Nieznane.
Czy sam czlowiek, zdany na rozum, zrobi ten krok?

Absurd ludzkiego więzienia, bezsens unieruchomienia - jest niestnieniem.
Bo wszystko co istnieje jest stwarzane.

Co ma sobie przebaczyć człowiek żeby istnieć? Żeby pójść swoją drogą? Żeby naprawdę żyć?

sobota, 22 marca 2014

wyprzedaż

Na Piotrkowskiej w Łodzi jest znany antykwariat. Zaglądałam tam czasem gdy przejeżdżam przez to miasto i to pomimo że jego właściciel stale wywiesza w witrynie artykuły z tygodnika "Fakty i mity" jasno deklarując przechodniom swoje poglądy. Gazetę założył w 2000 roku były ksiądz katolicki, a obecnie znanu poseł Ruchu Palikota. Kiedyś zrażała mnie ta dziwna manifestacja niechęci wyrażana wobec Kościoła przez antykwariat. Potem lekceważylem krzykliwe tytuły przy wejściu i przestałem je zauważać..
Przedwczoraj koło południa dojechałem na Kaliską pociągiem z Warszawy. Dalsze połączenie autobusowe miałem dopiero wieczorem więc wolno poszedłem w kierunku Piotrkowskiej, obciążony ładunkiem dziewięciu dużych desek pod ikony które ledwo pomieścił wielki plecak.
Gdy zmęczony dotarłem do znajomej witryny powitały mnie nagłówki:
"Cała prawda o romansie Wojtyły" i "Polacy płacą za Ukrainę".
Przekroczyłem próg i od razu zostałem powitany przez panią przy kasie:
- Nie, nie! Książek tutaj nie przyjmujemy, pod innym adresem!
Chodziło o to żebym nie trudził się ze ściąganiem z pleców ciężkiego plecaka.
Mój uśmiech w odpowiedzi skrzywił się pewnie od wysiłku sciągana z pleców ciężaru.
- Nie mam książek, chciałem się rozejrzeć.
Pani przy kasie obrzuciła mnie serdecznym spojrzeniem.
- Dużo ludzi przychodzi teraz z książkami. Kierujemy ich do innego punktu, trzy domy dalej.
- A jakie tytuły teraz są najbardziej poszukiwane? - korzystałem ze sprzyjającej atmosfery żeby czegoś się dowiedzieć o współczesnym czytelnictwie.
- Ah, ja do niedawna pracowałam w Empiku, w ogóle to już 20 lat w ksiegarstwie (szeroki uśmiech) tutaj jestem od trzech miesięcy i najczęściej słyszę teraz pytania od młodych o trzecia część Greya... Ah pan nie zna... Taka dzisiejsza post-proza przesiąknieta chwytliwych erotyzmem, młodzi to uwielbiają, nawet jak ktoś wchodzi taki młody i zaczyna "Czy jest trzecia część..." to ja już po człowieku poznaję że o Greya chodzi, ale ja tego nie czytałam - szeroki uśmiech był szczery.

Skierowałem się do półki oznaczonej jako JUDAICA, ale nie znalazłem tego po co przyszedłem. Na półce obok za to zauważyłem stare wydanie "Listów Nikodema" Dobraczynskiego. Dobry pisarz. Niestety stracił popularność za przynależność do reżimowych struktur w stanie wojennym. Otworzyłem książkę i trafiłem na ex-libris watykanskiego Sekretariatu Stanu. "Listy Nikodema" to świetnie napisana w formie listów historia walki duchowej ojca, który jest bezradny wobec śmiertelnej choroby córki. Ojcem jest faryzeusz Nikodem, znany z Ewangelii członek Sanhedrynu, który - zafascynowany postacią tajemniczego Jeshuy z Nazaretu rozważa czy w świetle Prawa może prosić o uzdrowienie córki.
Podszedłem z książką do kasy.
Uśmiechnięta pani kontynuowała nasz przerwany wątek.
- A w Empiku to pytają o Chodakowską. To jest teraz na fali - pan wie, trzeba trzymać formę - uśmiech tym razem był niemal zuchowały.
- A może sprawdzi pani dla mnie jeden tytuł... "Człowiek szukający Boga"....
- Aaa... Joshua Heshel, antologia myśli żydowskiej - ściągnęła usta ze znawstwem wpatrując się przez chwilę w ekran - już nie mamy... niestety, takie rzeczy od razu schodzą, dawno "Znak" nie robi wznowień.
- Dobrze, to ja poproszę to - położyłem na ladzie "Listy" - ile płacę?
Przerzucila kartki żeby znaleźć cenę.
- Cztery złote. Cztery złote. Mamy wyprzedaż niektórych tytułów.

czwartek, 13 marca 2014

niemoc

W drodze przychodzi w końcu niemoc. Wiem że bierze się z lęku, to on unieruchamia.
Ten lęk towarzyszy mi od pierwszego biblijnego wygnania, ale teraz materializuje się w przepaść, która przecina drogę jak nóż.
Dalej nie ma już nic. Nogi pokryte kurzem dziwnie drżą gdy nienaturalnie wygięty żeby nie stracić równowagi próbuje spojrzeć w dół.
Nie widać dna. Za to drugi brzeg widzę wyraźnie... Nieosiągalny choć tak bliski.
Tęsknota rozrywa serce jak ta przepaść skałę. Unieruchomienie. Bezsilność.
Tutaj doprowadziła mnie droga. Czy to koniec?
Dalej nie ma już nic więc co zostaje? Zawrócić...
Jeszcze tylko raz spojrzę w dół choć ta otchłań powoduje jakiś skurcz, to boli.
Gdy natężam siły żeby pokonać ból czerń otchłani staje się tak gęsta że przez moment wydaje się że da się po niej przejść. Ale już wiem że to złudzenie, pokusa szaleństwa i śmierć. Tego nauczyła mnie już droga: stąpania po twardym.
Fantazje są słodkie, ale tylko oszukują.
Jak teraz stawić czoła niemożliwemu?
Czy ten głos, który się odzywa jest prawdziwy?


Łaskawy stwórca gwiazd

zrodzony przed jutrzenką

pragnący zbawienia świata

pod wieczór tego świata

wchodzi do łona blasku


To anioł, byt subtelny, podejmuje pierwszy rozmowę

"Bądź pozdrowiona"

w małej kamiennej izdebce nad przepaścią.

Pod wieczór, jeszcze zanim pojawią się gwiazdy, On wejdzie do łona blasku.

Bezsilność, unieruchomienie, nicość.
Całkowita ciemność - czy ja widzę błyski czy to złudzenie?
Czy noc może być doskonała skoro widzę gwiazdy?

Pomost po którym przeszedłbym nad przepaścią byłby promieniem światła!
Tyle wystarczy!
Czarna przepaść uświadamia mi teraz jak brutalnie oddzielony jestem od miejsc i spraw za którymi tęsknię, choć przecież wystarczy przejść...


Ujrzał Bóg człowieka nad przepaścią

którego uczynił rękami

schylił się ku niemu z nieba

posłał promień

i wdział naturę z Niewiasty

ktora nic dla siebie nie zatrzymała

czysta czystością światła

jasna jasnością światła

belka, most drewniany

niedziela, 9 marca 2014

najbliżej

Natura człowieka, moja natura, stale, świadomie lub nieświadomie, szuka porządku, sensu istnienia, celowości życia. Chciałbym wiedzieć że w moich działaniach opowiadam się po stronie dobra, że moje decyzje służą czemuś, że moje życie ma cel i nie jest jedynie splotem przypadków, grą mrocznych sił, że nie jestem rzucony w czarną otchłań kosmosu jak kości jakiegoś szalonego gracza - hazardzisty. I w tych poszukiwaniach porządku i sensu, w tym ciągłym wędrowaniu, potrzeba mi drogowskazów, planów, w które mógłbym się wpisać albo autorytetów na których możnaby się oprzeć.
Nawet jeśli za chwilę mielibyśmy wszyscy przestać istnieć jako cywilizacja na skutek jakiejś wielkiej katastrofy kosmicznej, to pragnąłbym aby i to wydarzenie pomieścił ów wyższy plan, żeby to było nadal częścią scenariusza nad którym ktoś panuje.
Czy to nie aby moje naiwne marzenie, powodowane lękiem przed końcem i przed ostateczną samotnością?
Wielu odrzuca Przyczynę Celową świata  i zastępuje ją przyczyną sprawczą - używając terminologii Arystotelesa. Czym one się różnią? Na pytanie "Dlaczego cierpię?" - a cierpienie i śmierć przychodzi w końcu do każdego - można szukać odpowiedzi dwiema drogami. Jedna to: "Bo zostałem skrzywdzony". I to jest przyczyna sprawcza mojego cierpienia. Inna droga podpowiada: : "Bo mam to ofiarować". To będzie przyczyna celowa.
Ofiarować cierpienie? Ofiarować wątpliwości? Ofiarować niemoc i samotność? Czy to ma sens? Jak? Komu?
W naturalny sposób, odruchowo kieruję się na pierwszy tor, szukając winnego mojej sytuacji, chcąc odebrać to, co mi zabrano: spokój, zdrowie, radość, pewność. Życie w podążaniu za przyczyną sprawczą wydaje się racjonalne.
Po co i jak miałbym to niby odwrócić? Mam się cieszyć z mojego poniżenia? Z mojej nędzy? Celebrować chorobę? Mam traktować jako prezent od życia moją niemoc, samotność, smutek, beznadzieję? Mam wierzyć że Holocaust, Wołyń, Rwanda, Bałkany - że to miało sens i było potrzebne?  I kto niby zechciałby ten "prezent" przyjąć?

Jan Kazimierz pokazał mi tydzień temu gniazdo sroki. Zdziwiła mnie jego doskonałość konstrukcyjna. Wszystkie elementy od najcieńszej trawki do najgrubszej gałązki były precyzyjnie zaplecione w doskonałą pół-sferę i to w taki sposób, że niemożliwe byłoby usunięcie któregokolwiek z nich bez naruszenia struktury całości. Tak samo zdumiewa doskonałość każdego drzewa, gdy mu się uważniej przyjrzeć. Drzewo jest niedostrzegalne z innego powodu niż gniazdo: jest stałym elementem krajobrazu, więc zbyt banalne żeby dziwiło. A jednak po chwili w drzewie zdumiewa porządek wzrostu, ta niezwykła droga od nasienia do rozpostartej korony. Drzewo rozgałęzia się i rośnie w sposób optymalny a wiec doskonały bo jedyny możliwy, właśnie taki jaki jest najlepszy dla danych warunków. Trudno oprzeć się wrażeniu ze drzewo wie jak rosnąć i nie pyta przy tym nikogo o drogę, nie szuka drogowskazów ani map, nie pokonuje milionów zawahań. Drzewo zwyczajnie realizuje plan, którego tak bardzo potrzebuje człowiek. Co zatem różni drzewo od człowieka? Albo srokę od człowieka?
Człowiek dźwiga pewien ciężar, którego nie zna sroka ani drzewo. Ten ciężar to raczej pewien dramatyczny deficyt, coś, czego człowiekowi brak, a co stale ukrywa się za horyzontem. Horyzont pozostaje jednak dla człowieka nieruchomy, stale tak samo odległy, choć zmienia swój kształt.
Czym zatem jest wędrówka człowieka w poszukiwaniu sensu? Czym jeśli nie odkrywaniem siebie przez zamianę kierunku poszukiwań z przyczyny sprawczej na celową?
Nie wyruszam więc po to aby szukać tego czego mi  brakuje tylko wędruje dlatego bo chcę podarować coś co już posiadam.
Tego sensu, porządku, wyższego scenariusza nie odnajdę zatem gdzie indziej jak tylko w sobie bo to właśnie ja jestem celem, to siebie samego mam obdarować własną niedoskonałością. W praktyce oznacza to przebaczenie samemu sobie. Pogodzenie się z moją marnością.  Czy to możliwe ze w tym najprostszym "tu i teraz", które bylo ze mną zawsze - że w tym zawiera się wszystko czego tak daleko szukałem? A więc wszystko czego pragnąłem, czego szukałem i za czym tęskniłem jest już tu, ze mną? I zawsze było? To by znaczyło że od początku miałem w sobie doskonałość której szukałem. A zatem jestem stworzony na doskonały obraz. Na obraz Doskonałości. Jestem już częścią doskonałego planu. I jeśli tylko pozostanę wierny tej wdzięczności, którą wreszcie poczułem - nic złego nie może mnie spotkać.