piątek, 8 marca 2013

Maciek



Pięć lat temu zawaliło się moje życie. Byłem na dnie. Niewiele wiedziałem o Bogu, ale czułem, że tylko On może teraz coś zdziałać. Samotna wędrówka była jedynym wyjściem jakie pozostało. 
Po raz pierwszy w życiu pojechałem do Częstochowy.
Z Jasnej Góry miałem wyruszyć na Giewont.
Tak poznałem Maćka.

Od stacji szliśmy już ponad godzinę. Asfalt piął się pod górę, porośniętą strzelistymi świerkami. Chmurzyło się coraz bardziej i w powietrzu wisiała już ulewa. Maciek szedł kilka kroków przede mną trzymając przed sobą ikonę Madonny Jasnogórskiej. Przewieszona przez ramię plastikowa torba w stylu handlarzy ze stadionu X-lecia  mieściła cały jego dobytek. Znoszone parciane klapki na gołych stopach z każdym krokiem wydawały żałosny dźwięk, jakby za chwilę miały się rozpaść. Pokazał mi głębokie pęknięcia na skórze pięt. Nie skarżył się, mówił tylko że ma to od dwóch tygodni i że nie boli. Skóra zaczęła pękać gdy wypisali go ze szpitala i wyruszył pieszo do Częstochowy. Szedł w klapkach kilka dni znajdując na noc schronienie pod dachem ludzi, których uprosiła o pomoc Matka z ikony.

Spotkaliśmy się na nocnym czuwaniu przy Obrazie Madonny Jasnogórskiej, które prowadzili ojcowie Misjonarze Świętej Rodziny. Trafiłem tam przypadkiem, gdy po północy prosto z dworca wszedłem na Jasną Górę i przed murami klasztoru rozglądałem się za miejscem pod namiot. Furta była uchylona, więc pomyślałem że spytam kogoś w środku. W Kaplicy Matki Boskiej misjonarze odprawiali akurat mszę, było tam dużo młodych ludzi i kilka gitar. Potem jeden z misjonarzy zapytał czy ktoś chciałby opowiedzieć swoje świadectwo. Wtedy na ołtarz wyszedł 30-letni mężczyzna o jasnych włosach i uśmiechniętej twarzy. Mówił z prostotą i zapałem, które od razu zjednały mu słuchaczy, łącząc się z wypełniającą kaplicę atmosferą głębokiego duchowego poruszenia. Od ośmiu lat leczył się na schizofrenię. Był w różnych szpitalach i próbowano na nim różnych leków, ale przekonał się, że lekarstwem na jego chorobę może być tylko miłość. Dlatego przyszedł do Częstochowy. Postanowił zostać maryjnym księdzem i będzie prosił ojców Paulinów o przyjęcie do klasztoru. Potem wyrecytował swój wiersz poświęcony Maryi. Kaplica przyjęła jego słowa pełną zrozumienia ciszą, po której odezwały się gitary. Maryja spoglądała z obrazu wzrokiem pełnym smutku i zatroskania.

Nagły poryw wiatru zahuczał nad nami i silnie zakołysał świerkami. Deszcz zaczął padać od razu wielkimi kroplami. Miałem na sobie solidne górskie buty, nieprzemakalną kurtkę i zabezpieczony pokrowcem plecak. Patrzyłem z przestrachem na Maćka, który był tylko w cienkim swetrze. Pomyślałem, że klapki całkowicie rozpadną się przy pierwszym kontakcie z wodą. Byłem zły na siebie, że pozwoliłem mu wyruszyć ze mną w drogę na Giewont. Czułem, że to powinna być moja droga, że powinienem pokonać ją w samotności, a teraz pakowałem się w kłopoty z kimś zupełnie nie przygotowanym do górskiej wędrówki, do tego chorym na schizofrenię.
Z przestrachem patrzyłem, jak najpierw stopy zaczynają mu się ślizgać w zmoczonych klapkach, a po chwili zrywa się pasek trzymający podeszwę, uwalniając lewą stopę.
- To nic! – Maciek z uśmiechem zdjął drugi klapek i rzucił go w pokrzywy – Będę szedł boso.
- Maciek zaczekaj! – zdjąłem plecak i nie zważając na deszcz zacząłem w nim szukać moich zapasowych adidasów.
- Roman, to niepotrzebne, dam sobie radę.
- Zobacz na pięty, daleko tak nie ujdziemy.
Pięty wyglądały fatalnie. Skóra spęczniała i pobielała od wody. Bruzdy pogłębiły się, zdawało się że aż do mięśni. Wyjąłem z plecaka buty i apteczkę. Nie byłem pewien, ale przypomniało mi się, że w takiej sytuacji pomaga babka lancetowata. Zacząłem się rozglądać po zaroślach przy drodze, wypatrzyłem liście, które przypominały leczniczą roślinę, obłożyłem nimi stopy Maćka i obandażowałem. Buty były o numer za duże, więc z opatrunkiem pasowały w sam raz. Nie sądziłem, że to wiele pomoże, ale przynajmniej rany były teraz opatrzone, a ja uspokoiłem trochę sumienie.
Sznurując buty Maciek promieniał z wdzięczności.
- Dzięki bracie. Teraz to mogę wejść na każdą górę!
Spojrzałem na niego najwyraźniej krzywo, bo szybko dodał: - Zobaczysz, odwdzięczę ci się.
- Trzeba się gdzieś schować przed deszczem – rozglądałem się zakładając plecak.
- Maryja nam pomoże znaleźć schronienie. – Jego twarz zaklinała mnie żebym się nie poddawał.
Szliśmy w deszczu milcząc. Przodem Maciek z ikoną. Za zakrętem pojawiły się gospodarskie zabudowania, stanęliśmy pod dachem wiejskiej chałupy. Wiatr ustał i duże krople uderzały teraz pionowo, rozbryzgując się w kałużach. Mokre spodnie przykleiły mi się do ud. Maciek stał oparty o ścianę patrząc w strugi deszczu.
- Trafiliśmy na złą pogodę, możemy nie zdążyć przed nocą. – Wskazałem na mapie miejsce, w którym się zatrzymaliśmy i odległy o 15 kilometrów punkt oznaczony jako Kikula, gdzie znajdowała się franciszkańska pustelnia, cel dzisiejszej drogi. Byliśmy już  wysoko w górach. Wiedziałem, że na pochyłościach trudno będzie znaleźć w miarę płaskie miejsce na biwak. Do tego zbliżała się noc i cały czas padało.
Maciek nie tracił dobrego humoru. Był przemoczony, ale twarz z przyklejonymi do czoła strąkami włosów jaśniała optymizmem.
- Za cztery godziny zrobi się ciemno – ciągnąłem chłodno – zastanawiam się, czy nie powinniśmy poszukać jakiegoś miejsca pod dachem u któregoś z gospodarzy po drodze.
- Zdążymy. Jeśli szybko pójdziemy, to zdążymy – niebieskie oczy błyszczały. Z ikoną w rękach wyglądał jak nawiedzony średniowieczny pątnik.
Gdy tylko deszcz nieco zelżał ruszyliśmy szybszym krokiem. Przejeżdżające z hukiem ciężarówki spowijały nas co chwila chmurą rozpylonego deszczu. W spojrzeniu Maćka był spokój i pewność. Wiedział, że zmierzamy do franciszkańskiej pustelni, w której czeka na nas suche miejsce do spania i gorąca herbata. Nie byłem pewien co nas tam czeka. O franciszkańskich pustelnikach na Jaworzynce przeczytałem w internecie. Pomyślałem, że to dobre miejsce na rozpoczęcie górskiej wędrówki na Giewont. Chciałem tam usłyszeć słowo na drogę.
Nie wiedziałem jak przyjmą nas pustelnicy, czy nie przeszkodzimy im w modlitwie i czy ubóstwo franciszkańskiej pustelni przewiduje choćby suche miejsce na nocleg dla niezapowiedzianych gości.

Z asfaltu skręciliśmy w las i szliśmy po rozmokłej ścieżce wybierając bardziej kamienisty grunt. Co jakiś czas drzewa odsłaniały niezwykłe widoki w dolinach. Dzień dobiegał końca. Po niebie ciągnęły ołowiane chmury, gnane wiatrem, który szumiał w koronach drzew. Deszcz ustał. Wezbrane ulewami ostatnich dni potoki z hukiem toczyły żółtawą od porwanej gliny wodę.  Pustelnia musiała być już gdzieś blisko. Nie wiedzieliśmy jak wygląda, ale spodziewaliśmy się przynajmniej jednego oświetlonego okna. Daremnie wypatrywaliśmy wśród drzew.
Noc przyszła niespodziewanie. Przez chwilę poczułem się niepewnie. Widziałem przed sobą tylko plecy Maćka, ale miarowy rytm jego kroków wskazywał, że najwidoczniej niewiele robił sobie z ciemności. Przed nami ledwo majaczyła ścieżka, ale podłoże po którym stąpaliśmy ginęło w ciemności. Zewsząd otaczał nas ciemny las. Szemrały potoki, a z delikatnie poruszanych wiatrem drzew spadały krople z perlistym grzechotem uderzając o położone niżej liście. Nie wiedzieliśmy, czy pustelnia jest jeszcze przed nami, czy już ją minęliśmy. Mieliśmy latarkę, ale nie dawała zbyt wiele światła. Mapa także przestała być pomocą, bo okolica oznaczona była tylko pustą zieloną plamą.
Do chrzęstu kamieni pod butami dołączył głos Maćka. Zaczął odmawiać różaniec, specjalnie wolno, żebym mógł się włączyć. Ściągnąłem z szyi koronkę i zaczęliśmy wspólnie odmawiać modlitwę, dostosowując ją do tempa naszych kroków i przyspieszonych oddechów. Las przestał być groźny. Nagle Maciek przerwał i nie odwracając głowy powiedział ściszonym głosem:
- Zobacz.
W ciemności przed nami majaczył zarys ścieżki. Gdzieś z boku huczał strumień ukryty w czarnych zaroślach. Wpatrywałem się w napięciu przed siebie, ale niczego nie mogłem dostrzec. Wtedy niespodziewanie wynurzyły się z ciemności. Najpierw kilka pojedynczych, potem dziesiątki i setki malutkich świecących punkcików. Znacząc swój lot świetlistymi śladami świetliki przesuwały się na tle doskonałej czerni nocy tworząc magiczną sieć świetlnych szlaków. Wydawało się, że światło setek latających stworzonek wydobyło pod naszymi stopami szczegóły kamienistej ścieżki. Ruszyliśmy przed siebie otoczeni chmurą delikatnego światła. Świetliki z jakiegoś powodu dostosowały się do nas i przesuwały się razem z nami, oświetlając nam drogę. Szliśmy tak dłuższą chwilę w milczeniu, zachwyceni tym zjawiskiem. Potem świetliki nagle skręciły w prawo i zniknęły w lesie. Odprowadziliśmy je wzrokiem.
- Powinniśmy rozbić namiot.  - mój głos przerwał ciszę – Pustelni poszukamy jutro.
Dochodziła północ. Wśród drzew po prawej stronie, w miejscu gdzie zniknęły świetliki, dostrzegłem coś jakby drewniane żerdzie ustawione w konstrukcję przypominającą literę X.
Podeszliśmy bliżej.
- Żłóbek! – prawie wykrzyknął Maciek.
Był to paśnik dla saren, wyłożony sianem. Obok świeciła jaśniej bryła soli.
- Tu jest płaskie miejsce dobre na namiot – powiedziałem zrzucając z ulgą plecak.
Nie jest łatwo rozbić namiot przy świetle latarki. Trzeba znaleźć w miarę równe podłoże, bez szyszek, korzeni i gałązek. Poza tym w ciemności giną przedmioty, a zmęczenie i senność nie ułatwiają zadania. Paśnik miał daszek, więc zrobiliśmy z niego wieszak i półkę. Gdy uporaliśmy się z namiotem,  pozostał do rozwiązania pewien problem.
- Mamy tylko jedną karimatę i jeden śpiwór. Położymy ją na środku i przykryjemy się razem śpiworem – zaproponowałem.
- Na pewno będzie dobrze - Maciek jakby chciał mnie uspokoić, ale widziałem że też jest bardzo zmęczony.
Zostaliśmy w ubraniach, ale mimo to było nam zimno. Karimata była zbyt wąska dla dwóch osób, a śpiwór nie dawał okrycia nogom, bo jego dolna część była nierozpinana. Leżeliśmy na wznak obok siebie w całkowitej ciemności. Każdy z nas miał po jednej nodze w śpiworze i po jednym pośladku na karimacie. Bardzo chciałem zasnąć, ale byłem zbyt zmęczony drogą i emocjami całego dnia. Marzyłem o tym, żeby rozciągnąć się wygodnie w ciepłym śpiworze, ale dzieliłem miejsce z Maćkiem. Nie mogłem zrobić ruchu, żeby nie zsunąć się z karimaty i nie stracić mojego fragmentu śpiwora. Czułem, że Maćkowi też nie jest wygodnie. W końcu przerwał ciszę:
- Nie potrafię zasnąć w tej pozycji.
- To znaczy?
- Zawsze zasypiam skulony, z kolanami pod brodą.
- Rozumiem, ale teraz musimy sobie jakoś poradzić. Jeśli zwiniesz się jak embrion, wtedy zabierzesz cały śpiwór.
- Nic nie poradzę, nie zasnę w taki sposób.
- Maciek, wiesz co? Ja z kolei nie potrafię zasnąć leżąc na plecach. Zawsze zasypiam na boku, ale teraz staram się dostosować do ciebie.
- Nic na to nie poradzę.
Trudy całego dnia dawały o sobie znać. Zacząłem odczuwać rosnącą irytację.
- Każdy z nas musi się trochę dostosować. Mnie też nie jest łatwo.
Zapadła cisza. Musiałem już zasypiać, gdy obudziły mnie wypięte w moją stronę pośladki Maćka. Zasnął i odruchowo zwinął się w embrion zabierając cały śpiwór. Było mi zimno i niewygodnie, ale zdałem sobie sprawę, że przecież nie mogę być na niego zły. Pewnie gdybym sam usnął pierwszy, też odruchowo ściągnąłbym na siebie śpiwór. Pomyślałem, że poznałem go zaledwie dwa dni temu, a teraz leżymy obok siebie w namiocie w środku ciemnego lasu. Szliśmy razem na Giewont i czeka nas jeszcze wiele takich nocy. Dziwaczność ostatnich wydarzeń musiała mieć jakieś wytłumaczenie. Przyszło mi do głowy, że jeśli ułożyłbym się w pozycji embriona tak jak Maciek i przytulił do niego, wtedy wystarczyłoby śpiwora i karimaty dla nas obu. Zaraz odrzuciłem tą myśl. Przytulać się do faceta w ten sposób! Spróbowałem odwrócić się do niego plecami, ale wtedy zostawałem zupełnie bez śpiwora na zimnej podłodze namiotu. Leżałem w ciemności na plecach unieruchominony beznadziejnością sytuacji.  Przypomniało mi się, że w takich momentach zawsze pomaga modlitwa. . Z bocznej kieszeni plecaka wyjąłem Pismo Święte i zapaliłem latarkę. Przebiegłem pamięcią księgi Starego Testamentu aż zatrzymałem się na Księdze Koheleta. Surowość i mroczna tajemnica tej księgi pasowały do tej chwil. Przeczytałem kilka akapitów aż trafiłem na słowa:
„Lepiej jest dwom niż jednemu,
Gdyż mają dobry zysk ze swojej pracy.
Bo gdy upadną, jeden podniesie drugiego.
Również gdy dwóch śpi razem,
Nawzajem się grzeją;
Jeden natomiast jakże się zagrzeje?”
Przyjmując jego pozycję, przytuliłem się do Maćka i okryłem nas śpiworem, którego teraz wystarczało dla nas obu.
Sen musiał przyjść bardzo szybko.

Obudził mnie krzyk Maćka.
- Roman, wstawaj! Zobacz jaki dzień!
W zielony brezent nad moją głową uderzało gorące słońce, nagrzewając wnętrze namiotu i wypełniając je duszną wilgocią. Wychyliłem głowę na zewnątrz. Maciek stał w samych majtkach wystawiając blade ciało na poranne słońce.
- Tu zaraz w dole jest strumień, chodź, można się umyć. – Gorące słońce i błękit nieba nad lasem dodawały jego słowom mocy, której od razu uległem. - Zostaw ubranie, nie jest potrzebne!
Rozebrałem się do krótkich spodenek i wyczołgałem się z namiotu. Niebo było wypełnione czystym błękitem, a las rozbrzmiewał radosnym śpiewem ptaków, które witały nowy dzień.
Po miękkim mchu, igliwiu i gałązkach zszedłem w dół, gdzie po kolana w strumieniu stał Maciek. Widząc mnie usiadł na kamieniach wsadzając głowę pod strumień wody, która spadała kaskadą ze skalnej półki.
- Zimna? – spytałem niepewnie.
- Lodowata! – krzyknął i zaczął uderzać rękami o powierzchnię wody.
Zanurzyłem stopę. Przeszedł zimny prąd. Słońce, błękit nieba i śpiew ptaków dodały mi siły do kolejnego kroku i po chwili siedzieliśmy obok siebie głośno się śmiejąc i rozchlapując wodę jak małe dzieci.
Wyszliśmy na brzeg odmienieni. Słońce dawało nam teraz ciepło, które rozgrzewało cudowną mocą.

sobota, 2 marca 2013

Przed


Przed.

Jak zrozumieć czym jest „Miłosierdzie przed sprawiedliwością”?
Co oznacza najważniejszy z czterech prymatów cywilizacji miłości Jana Pawła II głoszonych przez Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia?
Relacja miłosierdzia i sprawiedliwości jest trudna do zrozumienia, a może właśnie w tej relacji zawiera się jedna z najważniejszych Bożych prawd, może nawet klucz do zrozumienia i przyjęcia najważniejszego z Bożych atrubutów, jakim dla wielu jest Jego miłosierdzie? - pisane czasem z dużej litery dla oddania bliskości miłosierdzia i Boga samego, Jego istoty.
„Bóg jest miłością” – pisze św. Jan, ale słowo „miłosierdzie” w języku hebrajskim ma zupełnie inne brzmienie niż „miłość” i coś innego oznacza.
Miłosierdzie nie jest więc bezpośrednią pochodną miłości, jakimś jej wariantem czy dopełnieniem. Jest odmienną jakością, ma inne znaczenie.

Miłość po hebrajsku to chesed.
Psalm 103, wersy 17 i 18:
„Zaiste miłość (chesed) Pana na wieki wobec Jego czcicieli,
a Jego sprawiedliwość (sedeq) nad synami synów”...

W Biblii tysiąclecia słowo chesed przetłumaczono nawet nie jako „miłość”, lecz jako jako „łaskawość”.
Miłosierdzie w hebrajskim ma swoje osobne słowo i brzmi ono rehem.
Co ciekawe, w języku arabskim, także wywodzącym się z grupy języków semickich, miłosierdzie ma podobnie brzmiący rdzeń: rahim.
„Miłosierny jest Pan i życzliwy” – pierwsze słowa 8-go wersetu Psalmu 103 brzmią w hebrajskim oryginale:
Rahum wehannun Adonay.

Rehem oznacza też kobiece drogi rodne, a więc drogę, która na świat wydaje życie.
Jak zatem rozumieć miłosierdzie w relacji do sprawiedliwości?
Psalm 103 to jeden z tych tekstów w Biblii, które najmocniej przywołują miłosierdzie. Psalm ten opiewa miłosierdzie Boga, które ożywia człowieka przygniecionego jego grzesznością. W liturgii żydowskiej Psalm 103 używany jest podczas święta Jom Kippur (Dzień Przebłagania), ponieważ opisuje miłosierdzie, które przebacza grzech.
W określeniu „Miłosierdzie przed sprawiedliwością” nie jest użyte słowo „zamiast” czy „ponad”. Miłosierdzie i sprawiedliwość usytuowane są na jednym poziomie, mają zatem tą samą rangę. Cóż zatem oznacza owo „przed”?

Niemal na początku Dzienniczka św. Faustyny Kowalskiej Jezus zwraca się do niej słowami:
„Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia”.
(Dzienniczek, 83).

Św. Faustyna używa słowa „wpierw” (a więc „najpierw”) – chodzi tu właśnie o wyprzedzenie: „wpierw jako Król miłosierdzia”, a potem „jako Sędzia sprawiedliwy”.
Co ciekawe, Dzienniczek w odniesieniu do nadejścia Sędziego sprawiedliwego używa czasownika w trybie dokonanym „przyjdę”, a dla pojawienia się Króla miłosierdzia – czasownika w formie oznaczającej ciągłość, stałość działania: „przychodzę”, jakby dla zaznaczenia stałości procesu „przychodzenia”, albo jego ponadczasowości czy nawet pozaczasowości – na wzór słów z Pisma: „Zanim Abraham stał się ja Jestem”. Abraham, człowiek, „stał się” w czasie, a więc urodził się, był człowiekiem. Bóg zaś mówiąc o sobie „Jestem” (hebrajski tetragram JHWH – Jahwe) daje obraz Siebie poza czasem. Jest Tym, który ustanawia zasady i Tym, który może je zmieniać. Działa poza rzeczywistością, którą może pojąć człowiek.

A więc Król miłosierdzia wyprzedza Sędziego sprawiedliwego. Miłosierdzie wyprzedza sprawiedliwość. Oznacza to szansę okazywaną człowiekowi niemal stale i może do końca. Używam słowa „niemal” i „może” bo trudno tu o jakąś inną miarę dla określenia rzeczywistości ponadzmysłowej, ponadrozumowej.

Jeśli sprawiedliwość jest „odpłacaniem odpowiednią miarą” to Miłosierdzie może być najwyższym przejawem sprawiedliwości. Ale czy Bóg może  być zawsze miłosierny i „zapominać” o grzechu człowieka?

Św. Augustyn w komentarzu do Psalmu 103 pisze:

„Chorobą jest grzech, ale Bóg leczy ze wszystkich chorób. Są zbyt wielkie powiadasz? Ale lekarz jest większy od nich. Dla lekarza wszechmocnego nie ma choroby nieuleczalnej.”

Św. Teresa z Lisieux rozumiała Psalm 103 podobnie.
W Liście 226 zapisała:
„Pokładam nadzieję tak w sprawiedliwości dobrego Boga, jak w Jego miłosierdziu. To właśnie dlatego, że jest sprawiedliwy, jest także miłosierny i łagodny, nieskory do karania i bogaty w miłosierdzie; zaiste On zna naszą słabość, pamięta, że jesteśmy prochem”.
„Bóg jest bardziej wrażliwy niż matka. Dobroć i miłosierna miłość Boga są tak mało znane! Ty, który potrafiłeś stworzyć serce matek, znaduję w Tobie najwrażliwszego spośród ojców... dla mnie Twoje serce jest więcej niż matczyne”

Znany biblista J. Jeremias w wersach 13 i 14  Psalmu 103 dostrzegł właśnie wpływ obrazu ojca na nauczanie Jezusa i formułę, którą Ten przyjął w mowach do uczniów: Abba. Ciekawe, że słowo „Abba” to nie tyle ojciec co „tatuś”. Owo zdrobnienie czynione jest przez dziecko, dla którego tatuś oznacza bezpieczeństwo, miłość bezwarunkową a nawet pobłażliwość wobec psot.

W przypowieści Jezusa o „Ojcu miłosiernym”, który wybiega na spotkanie syna, który sprzeniewierzył się wszystkim zasadom, przepuścił swją część majątku i po latach, przyciśnięty nędzą postanawia z głodu nająć się jako robotnik u ojca – mamy sytuację szokującą uczniów Jezusa. Ojciec, głowa rodu, szacowny starzec w szatach i z pierścieniem w tradycji żydowskiej mógł tylko siedzieć i przyjmować szacunek. „Tatuś” jednak zrywa się i (o zgrozo!) wybiega naprzeciw swojego dziecka... żeby dać mu pierścień, okryć go płaszczem i wyprawić mu ucztę. Czy to jest sprawiedliwe? – pyta w duchu rozgoryczony starszy syn, który wróciwszy z pracy w polu dowiaduje się o tym, co zaszło. On od dziecka spełniał wszystkie przepisy prawa, składał należne ofiary i nigdy nie sprzeniewierzył się ojcowskim zaleceniom. Postępował sprawiedliwie. Czego więc mu zabrakło?

„Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia”.

Niepojęte jest zatem Boże miłosierdzie, bez łaski nie sposób go zrozumieć. Trzeba bowiem grzesznika żeby go doświadczyć... i to tylko ze łzami.

To właśnie w imię tej tajemnicy Bożego miłosierdzia Jezus uczy żeby stale przebaczać. Na pytanie Piotra „Ile razy?” odpowiada symboliczną liczbą siedemdziesiąt siedem, która oznacza tyle co „zawsze”.
Jan Paweł II w encyklice „Dives in Misericordia” („Bóg bogaty w miłosierdzie”) idzie nawet dalej i pokazując okazanie przebaczenie jako warunek doświadczenia miłosierdzia wykracza poza Kościół jako wspólnotę wiernych i odnosi to doświadczenie do wszystkich ludzi:
Dlatego też Kościół za swój naczelny obowiązek na każdym, a zwłaszcza na współczesnym etapie dziejów, musi uznać głoszenie i wprowadzanie w życie tajemnicy miłosierdzia objawionej do końca w Jezusie Chrystusie.
Tajemnica ta stanowi nie tylko dla Kościoła jako wspólnoty wierzących ale także poniekąd dla wszystkich ludzi, źródło życia inne niż to, jakie może zbudować człowiek pozostawiony samym siłom działającej w nim trojakiej pożądliwości (przyp. 1 J 2,16: „pożadliwość ciał, pożądliwość oczu i pycha tego życia”).
To w imię tej właśnie tajemnicy Chrystus uczy nas stale przebaczania. Ile razy powtarzamy słowa tej modlitwy, której On sam nas nauczył, prosimy >>odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom<<, tym, którzy przeciw nam zawinili.  
Ileż one mówią każdemu człowiekowi o drugim człowieku, a zarazem i o nim samym! Świadomość, że jesteśmy zwykle wobec siebie dłużnikami, idzie w parze z wezwaniem do tej braterskiej solidarności, której św. Paweł dał wyraz w zwięzłym sformułowaniu: >>Jeden drugiego brzemiona noście<<. Jakaż w tym zawiera się lekcja pokory wobec człowieka – równocześnie bliźniego i siebie samego – jakaż szkoła dobrej woli współżycia na każdy dzień i w różnych warunkach naszego bytowania! Gdybyśmy odrzucili tę lekcję – cóż pozostałoby z jakiegokolwiek „humanistycznego” programu życia i wychowania?

Bliska tym słowom jest postawa życia wielu świętych. Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko mówiąc: „Zło dobrem zwyciężaj” odnosił się do przebaczania tym, którzy nam czynią zło, a nawet śmierć. W trakcie aresztowania przez Gestapo, zabierany z Niepokalanowa o. Kolbe rzucił na pożegnanie swoim braciom: „Pamiętajcie o miłości!”. Jak inaczej odczytywać te słowa jeśli nie jako wezwanie do przebaczania tym, którzy nas krzywdzą?
Pierwotnie chrześcijańska, czysto ewangeliczna postawa „nam nie wolno nienawidzić” budziła zdumienie Rzymian oglądających męczeńską śmierć chrześcijan na cyrkowych arenach, a potem przyczyniła się do przyjęcia nauki Jezusa jako religii całego imperium.

Co zatem z piekłem? Skoro piekło jako miejsce odbywania kary istnieje, to jak to pogodzić z Miłosierdziem wyprzedzającym sprawiedliwość?
Św. Faustyna pisze w Dzienniczku o Miłosierdziu jako wyprzedzającym działaniu Boga, w stosunku do sprawiedliwości, którą człowiek wymierza sam sobie godząc się na grzech.
Przebaczenie jest więc może ofiarą, jaką z siebie samego składa przebaczający. Przebaczenie to wzięcie na siebie krzyża (grzechu) osoby, której przebaczamy. Tak pojmowane przebaczenie bliskie jest zachęcie Jezusa aby „swoje życie mieć w nienawiści” i „zaprzeć się siebie”, bo cała ziemska natura człowieka sprzeciwia się „oddaniu życia”, dobrowolnej śmierci i to w imię kogo – w imię grzesznika, który mnie krzywdzi?
Przebaczenie jako ofiara z siebie samego jest może najwyższą formą współuczestniczenia w ofierze Jezusa, utożsamieniem się w pełni z Nim samym, pójściem do końca Jego drogą, zrobieniem tego, co zrobił On sam i poniesieniem tych samych konsekwencji.

Wiele osób w Kościele traktuje „przebaczanie zawsze, wszędzie i każdemu” jako postawę naiwną, nieuzasadnioną teologicznie, a nawet siejącą zamęt i wypaczającą właściwe pojmowanie sprawiedliwości. Wymieniają oni warunki, które powinny być spełnione aby przebaczenie było pełne. Czy jednak Jezus stawia warunki przebaczeniu? A może Bóg przekracza ową granicę, niemożliwą do przekroczenia dla samego człowieka? Może Bóg miłosierdzia wyprzedza Swój sprawiedliwy sąd działając poza czasem, w rzeczywistości cudu i tym samym daje człowiekowi „wieczną szansę” na zbawienie?

To jednak bliskie jest herezji głoszenia „pustego piekła”. Piekło istnieje, ponad wszelką wątpliwość. Czym zatem jest piekło i gdzie ono jest?

Jan Paweł II w cytowanej encyklice „O Bożym miłosierdziu” odnosi się do tego zagadnienia:
Oczywiście to tak szczodrze wymagane przebaczenie nie niweczy obiektywnych wymagań sprawiedliwości. Właściwie rozumiana sprawiedliwość stanowi ponikąd cel przebaczania. W żadnym miejscu orędzia ewangelicznego ani przebaczenie ani miłosierdzie jako jego źródło, nie oznacza pobłażliwości wobec zła, wobec zgorszenia, wobec krzywdy czy wyrządzonej zniewagi. W każdym wypadku naprawienie tego zła, naprawienie zgorszenia, wyrównanie krzywdy, zadośćuczynienie za zniewagę, jest warunkiem przebaczenia. Tak więc podstawa sprawiedliwości wkracza zawsze na obszar miłosierdzia. To wypełnia sprawiedliwość nową treścią. Treść ta najpełniej uwydatnia się w przebaczeniu. Ono bowiem ukazuje, że poza całym procesem „wyrównawczym” czy „rozejmowym”, który właściwy jest dla samej sprawiedliwości, dochodzi do głosu miłość, czyli afirmacja człowieka. Spełnienie zaś warunków sprawiedliwości jest nade wszystko nieodzowne, aby ta miłość mogłą niejako odsłonić swoje oblicze. (...) Ten, kto przebacza i ten, kto doznaje przebaczenia spotykają się w jednym punkcie: tym punktem jest godność, czyli wartość człowieka, która nie może być zagubiona, której potwierdzenie czy odnalezienie stanowi źródło największej radości.

Przebaczenie w świetle tych słów jawi się jako postawa przekraczająca zdolności samego człowieka. Jeśli przyjąć, że przebaczenie zakłada interwencję Boga i dzieje się niejako „przez Niego”  - jest cudem podwójnym. Doświadcza go bowiem zarówno przebaczający, jak i doznający przebaczenia.
Miłosierdzia doświadcza tylko skruszony grzesznik. Tylko on może je poczuć, bo jest ono doświadczeniem działania samego Boga, który przychodzi do grzesznika aby go zbawić.
Bez grzechu nie ma miłosierdzia.
A tam, gdzie grzech rozlewa się najsilniej, tam...

W ikonografii bizantyjskiej rzadkie jest przedstawienie piekła, bo ikona to świat przebóstwiony, doskonały – stąd treści w ikonografii wyraża specjalny symboliczny język. Ikona nie jest próbą przedstawiania rzeczywistości w taki sposób, jak czyni to sztuka: przetwarzając przez wrażliwość artysty. Ikonę piszę się oddając rękę Duchowi świętemu. Jest ona „widzialnym znakiem niewidzialnego” – jak pisał św. Jan Damasceński. Ikony są świetliste, kolorowe i jasne, dużo w nich złota – koloru Bożej chwały. Czarny kolor natomiast używany jest w ikonach tylko wyjątkowo – zarezerwowany jest dla otchłani, piekła, a więc zła i chaosu. Dlatego źrenice maluje się używając mieszanki umbry palonej i błękitu zamiast czarnego pigmentu.
Spotkałem raz starą ikonę przedstawiającą piekło. Są tam pokazane demony, odrażające skrzydlate bestie. Jeden z diabłów trzyma na kolanach nagiego Judasza. Judasz uchwycony jest w pozycji dynamicznej, jakby nadal wyrywał się z objęć złego ducha, który - jak się zdaje – ma trudność żeby utrzymać Judasza w zamkniętym objęciu.

piątek, 1 marca 2013

Dni



Boża łaska i błogosławieństwo pozwalają mi teraz przebywać w miejscu ustronnym, cichym, gdzie mogę bez przeszkód się modlić i przyglądając się swojej grzeszności wzbudzać skruchę i dziękczynienie za miłosierdzie, które Bóg okazuje mi nieustannie i niezasłużenie.
Wiem, że ten stan jest łaską szczególną, daną mi na ten czas po to, aby przygotować mnie do nowych doświadczeń i nowych dróg.
Staram się ten czas dobrze wykorzystać, ćwicząc się w pokorze tak, jak potrafię, mając za najbliższą nauczycielkę Maryję Niepokalaną Bogarodzicę, która prowadzi tylko do Niego, wcielonego Słowa, jedynej Drogi, Prawdy i Życia.

Zauważam, że codzienny rytm modlitwy, lektura Pisma Świętego i praca przy ikonach dają mi odczuwać bliskość Boga, choć dostarczają także trudnych doświadczeń, które staram się składać jako ofiarę.
Bliskość Boga doświadczam przez pokój i radość, jakich mi udziela, a czasem też przez łzy.
Ten pokój, ta radość i łzy kierują mnie na samotny szlak, nie potrzebują być okazywane na zewnątrz. Czuję jednak, że to co mnie spotyka nie jest moją własnością, przeciwnie, jest dane mi po to, abym to niósł dalej i przekazywał w duchu miłości. Jak pisze Ewangelista Mateusz: „Darmo otrzymalicie, darmo dawajcie”.

Daleki jestem od stałego wewnętrznego pokoju i uporządkowania, działam impulsywnie, zgodnie z moją ziemską naturą, podejmuję pewne tropy spontanicznie, później dopiero korygując je po głębszym rozeznaniu, ale w każdej chwili gdy zmysły zdają się kierować mnie wyżej, albo zapraszają do nowej drogi, staram się spojrzeć w duchu na ten kierunek i to wezwanie i od razu widzę, że jeśli całkowicie nie są oddane woli Bożej, jeśli pochodzą od samej tylko dobrej intencji nie popartej Bożym błogosławieństwem - mam je porzucać.
I to jest najtrudniejsze ćwiczenie: porzucać siebie i wybierać stale wolę Bożą. Najlepsza nawet ludzka intencja, która nie jest wolą Bożą, staje się trudem daremnym albo nawet zgubnym, bo odciągającym od prawdy i pozwalającym spoczywać w pozornym zadowoleniu. To jest moje codzienne ćwiczenie.

Czynię codzienne dziękczynienie za łaski których doświadczam, ale ćwiczę się też w gotowości do porzucenia tych radości gdyby przyszło mi pełnić wolę Bożą w inny sposób. Czasem aż wzdrygam się na myśl, jakie ofiary mogą mnie czekać na tej drodze, ale ufam Bożemu Miłosierdziu i wierzę, że gdy Bóg do czegoś wzywa to wyposaża odpowiednio.
To jest droga pielgrzyma: nie zatrzymywać się nigdzie na dłużej niż konieczne.

Moi przyjaciele, osoby, które mnie tu odwiedzają, reagują na mnie różnie. Widzą wyraźnie, że od pewnego czasu żyję inaczej – dostrzegają to choćby po otoczeniu i skromnych warunkach w którym przebywam. Więcej czasu na modlitwę, cisza ustronnej, wiejskiej okolicy i brak wielu zakłóceń, trosk czy pokus, jakich dostarcza „życie w świecie” - to czasem przedmiot zazdrości. Może trudno z zewnątrz dostrzec drugą stronę mojego obecnego życia: ćwiczenia się w gotowości do porzucania.

Niektórzy od razu potrzebują określić samych siebie wobec mojej sytuacji i tego co widzą. Dostrzegam tu trzy różne postawy. Jedni z dużą ostrożnością rozmawiają ze mną, jakby badając na ile mogą zaufać temu, co widzą. Gdy dowiadują się, że jestem w poście o wodzie, ostrożnie sugerują, żebym uważał na pychę, choć rozeznałem to z kierownikiem duchowym. Podejmują rozmowy na trudne tematy, ale raczej po to aby pokazać, jakie sami pokonują trudności. Niewiele z tych naszych rozmów wynika, brakuje zaufania, ducha zgody i pokoju.
Inni od razu mi okazują zaufanie i wchodzą we wspólną modlitwę. Ci wyraźnie czegoś pragną, wyraźnie są do czegoś wzywani i otwierają się, licząc, że uzyskają wsparcie na swojej drodze.
Jest też trzecia grupa. Ci przyjmują to, co widzą, ale nie komentują. Łączą się ze mną, ale w sposób szczególny, głównie w milczeniu. Nie oceniają mnie. Dają mi znaki swojej sympatii i razem ze mną korzystają z tego, co oferuje to spokojne miejsce. Dostrzegam, że pokonują drogę podobną do mojej. Jest im trudno, choć słowami nie mówią wiele. Widzę, że od nich mogę się uczyć, czuję ożywczy przepływ między nami. Ci są mi najbliżsi.

(...)

Chwilami wszystko jest takie proste: Miłość samopoświęcająca zaprasza żeby pójść Jej drogą. Wdzięczność za wszystko co dostaję porywa mnie do dziękczynienia i skruchy – według samej sprawiedliwości dawno bym nie istniał.
On jednak ożywia mnie, prowadzi, pozwala kochać i czuć się kochanym. Mam miłość, mam więc wszystko!
Czasem czuję, że niebo zaczyna się przed lasem, gdy idę 6 kilometrów do Świnic Warckich. Dzisiaj obudziły się wiewiórki, pachnie ziemia, uśmiechają się mijani ludzie. Jak za to dziękować?

(...)

Dzisiaj na mszy w sanktuarium – siostry jak anioły w pokornej modlitwie skłaniały się z oddaniem i miłością, zapatrzone tylko w Niego. Czystość tej oblubieńczej relacji zachwyciła mnie, jakby była nie z tego świata.
Zapragnąłem tak samo oddać się służbie woli Bożej.

(...)

Wróciłem do mojego spokojnego miejsca na wsi po dziesięciu pracowitych dniach spędzonych w rozjazdach po Polsce. Dopiero teraz czuję jak trudne jest życie bez duchowej stabilizacji, o którą niełatwo w napływie nowych bodźców, pokus i dynamicznych kontaktów z ludźmi. Dziękuję Bogu za ten czas spędzony „w świecie” bo bardzo mnie ubogacił, ale jednocześnie naraził na wiele rozproszeń, a nawet doprowadził do upadków. Jestem naturą niestałą, podatną na wyzwania, dlatego potrzeba mi ćwiczyć się w stałości podjętych kierunków. Tą stałość daje mi rytm modlitwy w miejscu odosobnionym. Ale przecież nie mogę przyzwyczajać się do wygody pustelni.  Jestem pielgrzymem. Czuję teraz jak jestem słaby i jak wiele zależy od łaski, nie od samych moich starań.
Czytam słowa napisane niezmywalnym pisakiem na termosie podarowanym mi wczoraj jako imieninowym prezent:
„Olśnienie jest najczęściej chwilą.
Wiara – trudną drogą.
Naprawdę wierzymy po ciemku”
(ks. J. Twardowski)

 
Najpierw była Warszawa i dwie noce w klasztorze Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Gdy odwiedzamy z Wojtkiem naszych kochanych braci – „mnichów na pustyni miasta” – czekają tam dla nas osobne cele – identyczne jak cele zakonników. Wspólna modlitwa i posiłki w ciszy to czas umocnienia. Ojciec Ireneusz wręczył mi pięknie rzeźbiony pokaźny kostur pielgrzymi. Sam go wykonał we francuskiej Magdalii, gdzie mieści się ich pierwszy klasztor, założony przez Pierre’a Marie Delfieux w 1975 roku. Brat Pierre odbył kiedyś pielgrzymkę do Ziemi Świętej, a potem po dwóch latach spędzonych na pustelni na Saharze napisał regułę życia Jerozolimskich Wspólnot Jerozolimskich, która polega na uświęcaniu się przez pracę i modlitwę w centrach współczesności – dużych miastach. Reguła łączy elementy liturgii chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu, akcentuje nabożeństwo do ikony, bizantyjski śpiew, naukę ojców pustyni i otwartość na ludzi poszukujących, tych często zagubionych we współczesnym świecie. Gdy jestem w klasztorze na Łazienkowskiej czuję się jednym z tych wędrowców: słabym i głodnym, obdarowanym przez braci łaską chrześcijańskiej miłości.
Ojciec Ireneusz wręczając mi kostur z uśmiechem mówi, że rzeźbiąc go pragnął wyruszyć w daleką samotną wędrówkę, ale nie uzyskał zgody przełożonych. W jego oczach nie ma cienia buntu czy żalu. Posłuszeństwo to dla niego pełnienie woli Bożej. Gdy go słucham wraca najtrudniejsza chyba nauka z samotnego pielgrzymowania, że czasem najtrudniejszą pielgrzymką jest pozostać na swoim miejscu. Pełnić pokornie i z oddaniem obowiązki stanu, realizować swoje codzienne zadania - szare i przyziemne – tam, dokąd zostaliśmy posłani. Czy ja to potrafię?
Godzinę po naszym spotkaniu przychodzi z Francji smutna wiadomość: zmarł Ojciec Pierre. Odszedł do nieba w Magdalii. W refektarzu wymieniamy spojrzenia z bratem Ireneuszem. Czuję się trochę tak, jakbym ten kostur dostał nie tylko od niego, z wyraźnym zadaniem: rezygnuj z woli własnej i pełnij wolę Bożą.
W nocy czuwamy przed Najświętszym Sakramentem.

(...)

Z Warszawy jedziemy z Wojtkiem do Lublina. Gospodarzem VIII spotkania Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia jest ks. Mieczysław Puzewicz, ktory udostępnia nam wygody podlubelskiego Domu Spotkania – kiedyś zamku znanego rodu Firlejów, dziś – ośrodka Caritasu. Jest z nami Jacek i Darwina – niezwykłę małżeństwo pielgrzymów (nawet ślub wzięli na pielgrzymce), dołącza też dziewczyna z Lublina – pisze doktorat z chorału gregoriańskiego. W ośrodku są z nami młodzi wolontariusze, kórymi opiekuje się ks. Puzewicz – słuchają o naszym pielgrzymowaniu, przyjmują krzyże pielgrzymie, niektórzy myślą o wyruszeniu w drogę żeby głosić prymaty cywilizacji miłości. Czas wypełnia nam wspólna modlitwa, codzienna Eucharystia, świadectwa i rozmowy. Układamy plany tegorocznych pielgrzymek, omawiamy punkty tworzącej się reguły naszej wspólnoty.
Ksiądz zaprasza nas do zakładu karnego w Lublinie, gdzie opowiadamy młodym więźniom o naszym wędrowaniu i o cywilizacji miłości. Część z tych młodych ludzi po wyjściu na warunkowe zwolnienie wyruszy w towarzystwie opiekuna na swoją pierwszą pielgrzymkę. Będą szli polskimi szlakami św. Jakuba. Projekt resocjalizacji przez pielgrzymowanie nazywa się „Nowa Droga” i jest wzorowany na doświadczeniach francuskich, gdzie realizowany jest z powodzeniem od kilku lat. Po odbyciu pielgrzymki ośmiu na dziesięciu nie wraca na drogę przestępstwa. Myślę, że działa tu mechanizm znany każdemu, kto wyruszył w samotną drogę: gdy opadają zasłony i w zmęczeniu dostrzegam prawdę o swojej słabości – doznaję skruchy i czuję wdzięczność za to, co mam. To początek wewnętrznej przemiany. Gdy widzę swoją pychę i zakłamanie – pojawia się to trudne do opisania światło, które wskazuje drogę pod górę, ale już wiadomo że tylko ona ma sens i nie chce się już innej. 
-       Czy ktoś ma pytania? – pyta pani wychowawca.
Nikt się nie odzywa. Może wstydzą się przed sobą nawzajem pokazać słabość.
Słuchali nas godzinę w skupieniu.

Odwiedziliśmy też zakład poprawczy. Ks. Puzewicz ostrzegł, że to jeden z najcięższych zakładów tego typu w Polsce. Trafiają tu także młodociani zabójcy. Czterdziestu chłopaków słuchało w milczeniu. Pokazaliśmy im zdjęcia i kilka filmów kręconych komórką w naszych samotnych pielgrzymkach. Co czuje młody człowiek przebywający za kratami, który zabił swoją matkę, widząc przestrzeń od horyzontu do horyzontu, tysiące kilometrów wolności i tylko jedno zasada: żyć tak, żeby nie uciekać. Może z tego spotkania pozostanie w nich jedno zapamiętane zdjęcie albo jakieś zdanie i kiedyś przyjdzie im z pomocą? Po spotkaniu mogłem spojrzeć z bliska w ich twarze. Widziałem, że część z nich, mimo jakiegoś starania, było całkowicie odciętych. Ich usta próbowały się uśmiechać, ale oczy były zimne i puste.
Wierzę że każda dusza została stworzona do miłości, że każdy kat kiedyś był ofiarą. Jednak teraz dopiero dostrzegam jak mało wiem o Bożym Miłosierdziu, o przebaczeniu, i jak mało ufam Miłości. Tylko Ona może uzdrowić.

Po wizycie w Radiu eR, gdzie młodzi dziennikarze prowadzą z nami ciekawą rozmowę, zadając dobre pytania, odwiedzamy też lubelskich wolontariuszy. Młodzi ludzie pełni pasji, oddani pomaganiu potrzebującym, słuchają nas uważnie, ale to my uczymy się od nich. Nie używają w swojej pracy wielkich słów, mało kto dostrzega herozim w odwiedzaniu hospicjum czy ośrodka dla uchodźców z Czeczenii.
Jak Matka Teresa nie głoszą żadnej teologii poza jedną: w każdym odrzuconym i potrzebującym mieszka Chrystus. Tak naprawdę to Jemu pomagają.

Obóz zagłady w Majdanku. Wojtek powiedział, że nie jedzie. Rozumiem go.
Czy ja jest gotów przyjąć świadomie tą ilość cierpienia?
Idziemy wzdłuż drutów. Wieje zimny wiatr. Tutaj ich gazowano. Kobiety, starcy i dzieci. Przy drzwiach komory gazowej przystajemy żeby zmówić modlitwę.
Wieszam nasz mały drewniany krzyż ze znakami trzech religii Księgi. Gdy wychodzimy idę ostatni bo z oczu same lecą mi łzy. Płaczę chyba głównie nad sobą samym bo nic nie rozumiem.
Zostaje tylko wiara.
Stoję nad przepaścią Bożego Miłosierdzia, w dole nic nie widać.
Skoro to, co tutaj się stało jest do wybaczenia...
Pod betonowy dach pomnika-mauzoleum zwieziono prochy spalonych w krematorium Żydów. Usypano z tego wielki okrągły kopiec. Wygląda jak góra piasku pomieszanego z popiołem.
Obok przechodzi wolno grupa żydowskiej młodzieży z Izraela. Łopocze kilka białych flag z niebieskimi pasami i gwiazdą Dawida. Kolorowe stroje młodzieży kontrastują z powagą na twarzach.
Podchodzę do pary 18-latków. Chłopak i dziewczyna zaskoczeni niepewnie spoglądają na franciszkański krzyż „tau” na mojej dłoni. Nie robią żadnego ruchu.
Palcem wskazuję wygrawerowany na krzyżu w kształcie „tau” siedmioramienny świecznik i wyjaśniam:

- Taw. Last letter in hebrew alphabet. Paschal sign from Tora. Book of Ezechiel.
End and begining. Sign of those chosen to survive...

Dziewczyna niepewnie bierze do ręki krzyż na którym widać rybę, menorę i arabską surę z Koranu „Bóg jest jeden”.
Uśmiecha się delikatnie i słyszę ciche:
- Thank you.