Jak pisać o Miłości?
Tej jedynej, która jest prawdziwą tęsknotą każdego człowieka?
Jest tak samo bliska każdemu, więc może nie trzeba pisać?
(...)
Zaczyna się w nieskończoności, po czym wyrusza żeby okrążyć świat i gdzieś na drodze spotyka samotnego człowieka, zapraszając do wspólnej wędrówki. Dokąd?
Do Swojego początku.
(...)
Wyruszam więc za Nią, z tęsknoty, choć już wiem, że kilometry nie mają znaczenia.
(...)
Wczoraj poczułem Ją znowu i jest tu ze mną cały czas.
(Zaraz... Jak to było? W którym momencie...?)
Nie, nie... To Ona dostrzegła MNIE i wybrała. Ja tylko tam byłem, na drodze.
Powiedziałem:
- Już wiem, jakie to uczucie być aniołem. Wystarczy zdjąć z ramion plecak po 30 kilometrach marszu. To drealnione uczucie unoszenia się... jakby już nic nie ciążyło ku ziemi, choć kształty i kolory widać teraz wyraźniej.
Jak pisać o Miłości?
W odpowiedzi na moje pytania - milczała. Chyba uśmiechając się delikatnie.
I już znałem odpowiedzi.
Tak, trzeba byśmy oboje zdjęli plecaki.
Dziennik nieregularny z pieszej pielgrzymki, która rozpoczęła się 3 lipca 2011 roku w Jerozolimie, osiągnęła Asyż 27 października i trwa nadal... Mapa drogi dostępna na stronie www.idzieczlowiek.pl
niedziela, 18 listopada 2012
piątek, 9 listopada 2012
Szukajcie
Szukajcie dobra, a nie zła, abyście żyli, a Pan Bóg będzie z wami. (Am 5,14)
Słowa z Księgi Amosa przypomniały mi się, gdy zobaczyłem zdjęcie, na którym stoją obok siebie Nergal i ks. Boniecki.
Pierwszą reakcją było zdziwienie. Widziałem wcześniej kilka teledysków zespołu Behemoth - są wyjątkowe. Nigdy wcześniej nie widziałem tak mrocznych obrazów w tak atrakcyjnej dla zmysłów aranżacji. Muzycznie na wysokim poziomie (żeby to dostrzec trzeba lubić mocniejsze uderzenie), ale szybko mnie zmęczył jednostronny przekaz - totalny, niesmaczny, nawet perwersyjny atak na Kościół i jego symbole. Wiem, że Nergal, lider zespołu, podczas koncertu podarł na scenie Biblię wykrzykując słowa obraźliwe dla chrześcijan, ludzi Księgi. Nie wiem ile w tym działaniu "artystycznego" marketingu, jak mówią jedni, a ile zmaterializowanego zła w czystej postaci, co widzą inni. W każdym razie nie popieram takich działań i nie lubię jego muzyki.
Na zdjęciu obaj panowie stoją blisko siebie, ale się nie stykają. Twarz Nergala jest uśmiechnięta w taki jakby przymilny sposób, a ks. Boniecki ma swoją swoją typową minę "badawczej życzliwości".
Jeśli nasz wzrok wybierze najpierw Nergala, może pojawić się oburzenie: "Oto satanista znalazł sobie legitymację dla swojego procederu i marketingową dźwignię dla zarabiania na sianiu zła: włącza w swój przekaz księdza, a więc kolejny w mediach przykład relatywizacji zła".
Jeśli natomiast wzrok najpierw skieruje się na ks. Bonieckiego (też jest znaną osobą, ale jakby nieco mniej medialną), wtedy może pojawić się myśl: "Czy aby Nergal nie zaczyna się nawracać, skoro szuka kontaktu z księdzem?".
Idąc za radą proroka Amosa, czyli szukając dobra, wybierzemy ks. Bonieckiego. Ufając kapłanowi, znanemu publicyście katolickiemu (nie ze wszystkimi jego poglądami trzeba się zgadzać), można przyjąć, że dobro w starciu ze złem (posługuję się tu modelem, nie oceniam rzeczywistości) ma wyższą pozycję i silniejsze działanie i że Bóg - w sobie wiadomy sposób - poradzi sobie z tą sytuacją.
Gdy czytam, że znany dziennikarz, pisarz i podróżnik, Wojciec Cejrowski, publicznie żąda ekskomunikowania ks. Bonieckiego za to zdjęcie (rozumiem, że dla podróżnika jest to przykład legitymizacji zła przez przedstawiciela Kościoła), to się zastanawiam, którą z postaci na zdjęciu analizuje on staranniej. Wychodzi na to, że Nergala. Może dlatego, że do niego jest mu w pewien sposób bliżej, bo obaj funkcjonują w dużej mierze dzięki mediom.
Kiedyś prowadziłem szkolenia dla kadry kierowniczej dużych firm z tworzenia strategii i osiągania celów. Mówiłem o tzw. teorii ograniczeń Eliahu Goldratta. W dużym uproszczeniu chodzi w niej o to, żeby znaleźć w firmie prawdziwą przyczynę problemu, który hamuje rozwój, zamiast poruszać się jedynie po powierzchni zjawiska i skupiać się na samych objawach. Otóż wnikając w procesy własnej firmy pracownicy odkrywali ze zdumieniem, że hamulcem rozwoju ich firmy są oni sami, kierownictwo.
Dobre chęci to za mało, trzeba jeszcze przyznać się, że sami nie jesteśmy doskonali.
Wiedział to prorok Amos i doszedł do tego Goldratt.
Czy ma jakieś znaczenie, że obaj byli żydami?
Dla wielu (niestety) tak.
Szukajcie dobra, a nie zła, abyście żyli, a Pan Bóg będzie z wami.
wtorek, 6 listopada 2012
Bluźnierstwo
Przedwczoraj u dominiakanów "na Zielonej" w Łodzi po mszy rozmawiałem z dwoma młodymi filmowcami. Pawła, reżysera, znałem już wcześniej. Odkryliśmy że łączy nas zamiłowanie do obrazu, on zajmuje się filmem, ja - ikonami. Maciek pojawił się na mszy niespodziewanie, rozstał się z wiarą jakoś w dzieciństwie, ale teraz droga wewnętrznych poszukiwań przyprowadziła go do kościoła. Wcześniej na Vimeo obejrzałem dokumentalny film jego autorstwa opowiadający historię jego babci, która przeżyła trzy obozy: Auschwitz, Buchenwald i Ravensbruck. Maciek mówi, że chciałby pójśc do spowiedzi, ale nie wie jak do tego podejść po tych wszystkich latach.
- To musiałaby być długa spowiedź - patrzy na nas niepewnie.
Coś tam mu doradzamy. W samochodzie, gdy po mszy podwozimy go z Pawłem, opowiada jak latem po pijanemu bluźnił Bogu.
- Krzyczałem, nie pamiętam nawet co, ale to było największe bluźnierstwo, jakie chyba można wykrzyczeć - Maciek mówi o tym niepewnie, jakby bojąc się co na to powiemy.
- Może tak było trzeba - nie wiemy tak do końca jak odpowiedzieć.
Przy pożegnaniu daję Maćkowi obrazek ze św. Maksymilianem Kolbe i jego słowami: "Tylko miłość jest twórcza". Maciek patrzy na obrazek w skupieniu.
- Kolega mówił mi niedawno, że w tworzeniu chodzi o emocje, że gniew i nienawiść jest świetnym tematem dla sztuki. Ale ja się z tym nie zgadzam.
Pomyślałem, że gniew wobec Boga to u chrześcijan chyba najbardziej skrywana emocja. Lęk przed bluźnierstwem, przed karą. Może Bóg nie ma nic przeciwko temu, żeby mu coś wykrzyczeć. Na przykład to że jest niedoskonały. Że nie ma Go wtedy, gdy jest potrzebny. Że leci mu krew, że jest taki słaby.
Łódź to miasto filmu. Może dlatego, że jest szare i zostawia tyle przestrzeni dla myśli.
- To musiałaby być długa spowiedź - patrzy na nas niepewnie.
Coś tam mu doradzamy. W samochodzie, gdy po mszy podwozimy go z Pawłem, opowiada jak latem po pijanemu bluźnił Bogu.
- Krzyczałem, nie pamiętam nawet co, ale to było największe bluźnierstwo, jakie chyba można wykrzyczeć - Maciek mówi o tym niepewnie, jakby bojąc się co na to powiemy.
- Może tak było trzeba - nie wiemy tak do końca jak odpowiedzieć.
Przy pożegnaniu daję Maćkowi obrazek ze św. Maksymilianem Kolbe i jego słowami: "Tylko miłość jest twórcza". Maciek patrzy na obrazek w skupieniu.
- Kolega mówił mi niedawno, że w tworzeniu chodzi o emocje, że gniew i nienawiść jest świetnym tematem dla sztuki. Ale ja się z tym nie zgadzam.
Pomyślałem, że gniew wobec Boga to u chrześcijan chyba najbardziej skrywana emocja. Lęk przed bluźnierstwem, przed karą. Może Bóg nie ma nic przeciwko temu, żeby mu coś wykrzyczeć. Na przykład to że jest niedoskonały. Że nie ma Go wtedy, gdy jest potrzebny. Że leci mu krew, że jest taki słaby.
Łódź to miasto filmu. Może dlatego, że jest szare i zostawia tyle przestrzeni dla myśli.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Gorczyca
Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie:
"Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze!", a byłaby wam posłuszna.
Łk 17, 5
16 lipca wchodziłem na Górę Karmel w Hajfie w Izraelu. Dookoła rozciągał sie widok, jakby wszystko było pod stopami: lazurowe morze pieniące się bezszelestnie wokół skał, miasto z białymi domami i port, który ciągnął się daleko wzdłuż brzegu.
Od dwóch tygodni szedłem przez Ziemię Świętą na północ, aż pod granicą Syryjską musiałem zawrócić z powodu wojny domowej i przyszedłem do Hajfy, bo tutaj - jak się spodziewałem - mogłem wsiąść na statek płynący na Cypr. Potem czekała mnie przeprawa do Turcji i wędrówka na zachód, do Europy.
16 lipca to święto Karmelu, Dzień Matki Bożej z Góry Karmel, wielki dzień.
To tutaj Eliasz wyzwał na pojedynek proroków Baala i wyprosił u Boga wielki ogień z nieba, który strawił cały stos ofiarny wraz z okalającą go wodą. Wiara bez granic.
Siedziałem z polskim karmelitą na ławce z widokiem na morze. Rozmawialiśmy o tym, czym jest wiara, ale wkrótce zapadła cisza i mieliśmy już tylko przed oczami ten sam widok, w którym Eliasz ze swoim uczniem wypatrywali chmury, znaku łaski po długim okresie suszy.
Potem poszliśmy do ogrodu na wewnętrznym dziedzińcu klasztoru i zakonnik pokazał mi drzewo gorczycy. Zerwał malutki suchy strąk i wysypał jego zawartość na moją dłoń. Coś jak czarny pył. Ledwo dostrzegłem malutkie drobinki - kuleczki mniejsze od drobnych ziarenek piasku.
- To nie ta gorczyca, którą znamy z musztardy sarepskiej - uśmiechnął się.
Faktycznie. Znana mi dotychczas gorczyca była wielkości ziarenek pieprzu, a te drobinki na mojej dłoni były prawie niedostrzegalne.
Marnie z moją wiarą - pomyślałem. Ale po chwili odetchnąłem z ulgą, że już za dwa dni wyruszam w dalszą drogę w stronę Asyżu
"
16 lipca wchodziłem na Górę Karmel w Hajfie w Izraelu. Dookoła rozciągał sie widok, jakby wszystko było pod stopami: lazurowe morze pieniące się bezszelestnie wokół skał, miasto z białymi domami i port, który ciągnął się daleko wzdłuż brzegu.
Od dwóch tygodni szedłem przez Ziemię Świętą na północ, aż pod granicą Syryjską musiałem zawrócić z powodu wojny domowej i przyszedłem do Hajfy, bo tutaj - jak się spodziewałem - mogłem wsiąść na statek płynący na Cypr. Potem czekała mnie przeprawa do Turcji i wędrówka na zachód, do Europy.
16 lipca to święto Karmelu, Dzień Matki Bożej z Góry Karmel, wielki dzień.
To tutaj Eliasz wyzwał na pojedynek proroków Baala i wyprosił u Boga wielki ogień z nieba, który strawił cały stos ofiarny wraz z okalającą go wodą. Wiara bez granic.
Siedziałem z polskim karmelitą na ławce z widokiem na morze. Rozmawialiśmy o tym, czym jest wiara, ale wkrótce zapadła cisza i mieliśmy już tylko przed oczami ten sam widok, w którym Eliasz ze swoim uczniem wypatrywali chmury, znaku łaski po długim okresie suszy.
Potem poszliśmy do ogrodu na wewnętrznym dziedzińcu klasztoru i zakonnik pokazał mi drzewo gorczycy. Zerwał malutki suchy strąk i wysypał jego zawartość na moją dłoń. Coś jak czarny pył. Ledwo dostrzegłem malutkie drobinki - kuleczki mniejsze od drobnych ziarenek piasku.
- To nie ta gorczyca, którą znamy z musztardy sarepskiej - uśmiechnął się.
Faktycznie. Znana mi dotychczas gorczyca była wielkości ziarenek pieprzu, a te drobinki na mojej dłoni były prawie niedostrzegalne.
Marnie z moją wiarą - pomyślałem. Ale po chwili odetchnąłem z ulgą, że już za dwa dni wyruszam w dalszą drogę w stronę Asyżu
"
niedziela, 28 października 2012
wspólnota
Jest taki portal "Niezależna.pl". Hasło w nagłówku brzmi: "My informujemy, oni kłamią". Ja nie zajmuję się polityką ani zaangażowaną publicystyką, ale czasem czytam jakiś tekst i chcę na niego odpowiedzieć. Może tak dla siebie.
Pan Maciej Świrski napisał na tym portalu tekst pt. "Celnik z Caravaggia" (http://niezalezna.pl/34262-celnik-z-caravaggia). Zaczyna się od słów:
Mamy szanse na uruchomienie wielkiego potencjału społecznego. Tak aby wspólnotowo odwojować Polskę z rąk oligarchii, która zawłaszczyła kraj w toku budowy III RP.
Jestem katolikiem, moje poglądy określiłbym jako prawicowe, ale jakoś nie przekonuje mnie podział zastosowany w tekście na "my" (dobrzy, pragnący wspólnoty) i "oni" (żli, sprzeniewierzeni przysiędze itd.). Wiele jest w tekście celnych spostrzeżeń, ale to nadal tylko język publicystyki, pełen malarskich metafor, zaangażowany. Widać, że autor tekstu aktywnie uczestniczy w przepływie informacji, czyta gazety, ogląda tv, dużo rozmawia, ma sporą wiedzę - w przeciwieństwie do mnie - prawie nie czytam gazet, nie mam tv, do internetu mam 8 km rowerem. Dlatego moja odpowiedź jest tylko moim własnym komentarzem, bez ambicji tworzenia jakiejś diagnozy czy oceniania sytuacji w kraju. To moje zdanie, pisane na wsi, pół godziny na piechotę od podwórka Helenki Kowalskiej.
Dobre jest to, że autor pokazuje pewne tendencje, które wyraźnie sugerują, że coś się zmienia i dobre jest to, że porządanym kierunkiem wydaje się być "Polska obywatelska", tylko co to naprawdę znaczy? Do jakiego ideału Polski się odwołujemy, żeby ją "odwojować" z rąk tych, którzy ją niecnie zawłaszczyli? W jakim okresie historycznym Polacy żyli w kraju, którego ideał chcieliby teraz przywołać? Może chodzi o ten krótki sen Solidarnosci, nigdy nie spełniony, bo być może był tylko naszym polskim, szlachetnym i dobrym śnieniem jedynie?
Uczestniczyłem w marszu "Obudź się Polsko" i gdybym wtedy poczuł, że bardziej był on "za czymś" a nie "przeciwko czemuś", to uwierzyłbym, że marsz reprezentował jakieś szerokie wspólnotowe dążenie. Obawiam się jednak, że był on kontynuacją owego polskiego snu i robienie z tego wydarzenia przyczułka do istotnej zmiany w kraju to chyba trochę nieuprawnione.
Rozumiem, jak bardzo ludzie pragnący godnego życia w swoim kraju dla siebie i rodzin - pragną zmiany. Ale powinni chyba najpierw zrozumieć, że są oni częścią tego systemu, który tak bardzo chcą zmienić. Że mnie, protestującego przeciwko "pancernej brzozie", "obłudzie, kłamstwu i arogancji władzy" etc, w istocie niewiele różni od tych, którzy oddają się karierze w korporacji, czerpiąc wiedzę o świecie z TVN24 i biorą coś wieczorem na spokojny sen. Podział na "My" i "oni" na początku dokonywania zmiany stwarza podobną sytuację, jaką jest próba zbudowania dobrej strategii ewangelizacji rozpoczęta od podziału na "wierzących" i niewierzących". To rodzi kolejne polaryzacje, otwiera nowe fronty sporów, zamienia dobrą intencję w niekończące się zmaganie z wrogiem, który jest "tam".
Zło należy wskazywać. Bez tego obraz rzeczywistości będzie zamazany, a wybory pozbawione prawdziwych przesłanek. Tylko że zło najpierw należy dostrzec w sobie i wtedy dopiero wyjść do tych, których pragnie się zmieniać. Stara prawda, żeby zaczynać od siebie, tak trudna zawsze do przyjęcia i do realizowania.
Ewangelizować przez przytulenie, nie mieczem teologii. Robić politykę przez odwołanie do przyzwoitości tu i teraz, na moim podwórku, a nie pokładając nadzieję w zrywach, mężach opatrznościowych etc.
Wierzę że i z tą sytuacją Pan Bóg sobie poradzi. Chcę się w tą zmianę włączyć. Dlatego modlę się i ograniczam własne potrzeby. Tam, gdzie jestem, staram się okazywać dobro wszystkim ludziom, a najbardziej tym, z którymi się nie zgadzam. Mój największy nauczyciel to osoba, z którą mam duchowy problem. W przeciwieństwie do publicystów i polityków ja nie mam poczucia, że jestem w stanie coś zmienić (czy kogoś nawrócić). Natomiast mogę i chcę zmieniać siebie.
I tęsknię za wspólnotą ludzi podobnie myślących.
Pan Maciej Świrski napisał na tym portalu tekst pt. "Celnik z Caravaggia" (http://niezalezna.pl/34262-celnik-z-caravaggia). Zaczyna się od słów:
Mamy szanse na uruchomienie wielkiego potencjału społecznego. Tak aby wspólnotowo odwojować Polskę z rąk oligarchii, która zawłaszczyła kraj w toku budowy III RP.
Jestem katolikiem, moje poglądy określiłbym jako prawicowe, ale jakoś nie przekonuje mnie podział zastosowany w tekście na "my" (dobrzy, pragnący wspólnoty) i "oni" (żli, sprzeniewierzeni przysiędze itd.). Wiele jest w tekście celnych spostrzeżeń, ale to nadal tylko język publicystyki, pełen malarskich metafor, zaangażowany. Widać, że autor tekstu aktywnie uczestniczy w przepływie informacji, czyta gazety, ogląda tv, dużo rozmawia, ma sporą wiedzę - w przeciwieństwie do mnie - prawie nie czytam gazet, nie mam tv, do internetu mam 8 km rowerem. Dlatego moja odpowiedź jest tylko moim własnym komentarzem, bez ambicji tworzenia jakiejś diagnozy czy oceniania sytuacji w kraju. To moje zdanie, pisane na wsi, pół godziny na piechotę od podwórka Helenki Kowalskiej.
Dobre jest to, że autor pokazuje pewne tendencje, które wyraźnie sugerują, że coś się zmienia i dobre jest to, że porządanym kierunkiem wydaje się być "Polska obywatelska", tylko co to naprawdę znaczy? Do jakiego ideału Polski się odwołujemy, żeby ją "odwojować" z rąk tych, którzy ją niecnie zawłaszczyli? W jakim okresie historycznym Polacy żyli w kraju, którego ideał chcieliby teraz przywołać? Może chodzi o ten krótki sen Solidarnosci, nigdy nie spełniony, bo być może był tylko naszym polskim, szlachetnym i dobrym śnieniem jedynie?
Uczestniczyłem w marszu "Obudź się Polsko" i gdybym wtedy poczuł, że bardziej był on "za czymś" a nie "przeciwko czemuś", to uwierzyłbym, że marsz reprezentował jakieś szerokie wspólnotowe dążenie. Obawiam się jednak, że był on kontynuacją owego polskiego snu i robienie z tego wydarzenia przyczułka do istotnej zmiany w kraju to chyba trochę nieuprawnione.
Rozumiem, jak bardzo ludzie pragnący godnego życia w swoim kraju dla siebie i rodzin - pragną zmiany. Ale powinni chyba najpierw zrozumieć, że są oni częścią tego systemu, który tak bardzo chcą zmienić. Że mnie, protestującego przeciwko "pancernej brzozie", "obłudzie, kłamstwu i arogancji władzy" etc, w istocie niewiele różni od tych, którzy oddają się karierze w korporacji, czerpiąc wiedzę o świecie z TVN24 i biorą coś wieczorem na spokojny sen. Podział na "My" i "oni" na początku dokonywania zmiany stwarza podobną sytuację, jaką jest próba zbudowania dobrej strategii ewangelizacji rozpoczęta od podziału na "wierzących" i niewierzących". To rodzi kolejne polaryzacje, otwiera nowe fronty sporów, zamienia dobrą intencję w niekończące się zmaganie z wrogiem, który jest "tam".
Zło należy wskazywać. Bez tego obraz rzeczywistości będzie zamazany, a wybory pozbawione prawdziwych przesłanek. Tylko że zło najpierw należy dostrzec w sobie i wtedy dopiero wyjść do tych, których pragnie się zmieniać. Stara prawda, żeby zaczynać od siebie, tak trudna zawsze do przyjęcia i do realizowania.
Ewangelizować przez przytulenie, nie mieczem teologii. Robić politykę przez odwołanie do przyzwoitości tu i teraz, na moim podwórku, a nie pokładając nadzieję w zrywach, mężach opatrznościowych etc.
Wierzę że i z tą sytuacją Pan Bóg sobie poradzi. Chcę się w tą zmianę włączyć. Dlatego modlę się i ograniczam własne potrzeby. Tam, gdzie jestem, staram się okazywać dobro wszystkim ludziom, a najbardziej tym, z którymi się nie zgadzam. Mój największy nauczyciel to osoba, z którą mam duchowy problem. W przeciwieństwie do publicystów i polityków ja nie mam poczucia, że jestem w stanie coś zmienić (czy kogoś nawrócić). Natomiast mogę i chcę zmieniać siebie.
I tęsknię za wspólnotą ludzi podobnie myślących.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)