wtorek, 21 lutego 2012

Kohelet



Tej zimy dużo podróżuję pociągami. We trzech odwiedzamy szkoły, wspólnoty, więzienia i poprawczaki, mówiąc o tym, co przyszło do nas w samotnej drodze. Opowiadamy tylko historie, które sami przeżyliśmy, bo z faktami trudno się spierać, nawet jeśli te zderzają się z mniej lub bardziej skrywanymi wątpliwościami w pytaniach słuchaczy.

Jazda pociągiem to wyjątkowe miejsce i czas. Czuje się wtedy znane z samotnego pielgrzymowania zawieszenie, gdy widoki przesuwają się w szerokiej panoramie, a myśli wędrują razem z nimi - czasem do wspomnień, czasem do tego co boli, albo dotykają tego, co chciałoby się w sobie zmienić.

W przedziale jestem zwykle samotnym widzem wpatrzonym w ten film wyświetlany w oknie, bo pasażerowie w przedziale w tym czasie albo drzemią  albo ze słuchawkami na uszach wpatrują się w swoje smartfony lub też wystukują staccato na klawiaturach swoich laptopów.

Białe półwyspy śniegu wciskają się w żywo brązowe skiby ziemi zaoranej po zeszłorocznych żniwach, już wyczekującej majowych zasiewów. Kępy spłowiałych traw trzymają straż przy wciąż bezlistnych drzewach. Wszystko znieruchomiało w oczekiwaniu, jednocześnie przesuwając się w jednostajnym, spokojnym ruchu w kierunku wiosny i nowego życia, ale ten czas zimowej zadumy i zawieszenia w podróży jest wszystkim potrzebny. 

We wtorek rano, po dwóch pracowitych dniach spędzonych naszą trójką w Gdańsku, wsiadłem prawie w ostatniej chwili w pociąg TLK do Łodzi i zająłem miejsce w pustym wagonie restauracyjnym zamierzając przy herbacie poczekać na konduktora, który wystawiłby mi bilet. 

- Poproszę herbatę i.... tak.... niech będzie, śniadanie z jajecznicą i sałatką z pomidorów.
Zwykle nie zamawiam jedzenia w pociągu, ale barman robi sympatyczne wrażenie, więc postanawiam, że trochę podniosę mu obrót. Zresztą okazuje się że jestem głodny, a bar wygląda schludnie i zachęcająco.
- Herbata teraz czy podać wszystko razem? - jego uśmiech potwierdza, że się nie pomyliłem.
- Może być wszystko razem. Czy mogę na chwilę rozłożyć mojego laptopa? - wolę zapytać bo nad barem wisi kartka z przekreślonym czerwonym krzyżem komputerem. 
- Tak, może pan. Znak jest dla tych przepracowanych nerwusów, którzy nie mają czasu nawet na to, żeby coś u mnie zamówić - mruga porozumiewawczo.
Wszystko jasne - myślę sobie. Sam znak wydaje się absurdem. Bo jak można dziś komuś zabronić używania komputera w barze? Czy to zresztą nie świadczy źle o barmanie, który takim zakazem pokazuje swoją nienowowczesność i odstrasza klientów?

- Miałem tutaj ostatnio taką przygodę - ciągnie barman mieszając na patelni jajecznicę -  pewna elegancka pani weszła tutaj z bagażami, zajęła ostatnie wolne siedzące miejsce i przystąpiła do pracy na komputerze. Nie odpowiedziała gdy spytałem ją czy chce coś zamówić. Gdy po jakimś czasie zapytałem ponownie, usłyszałem, że nie ma na nic ochoty. Wie pan, był tłok, ludzie na stojąco jedli zupę na bufecie, a ta pani rozłożona z dokumentami całkowicie pochłonięta była pracą na komputerze. Wtedy pokazałem jej ten tutaj znak, a ona się oburzyła. Usłyszałem kilka uwag na swój temat oraz na temat poziomu nowoczesności naszego kraju. 

- Pewnie w Ameryce są inne standardy - próbowałem włączyć się w rozmowę.
Barman odpowiedział szerokim uśmiechem nakładając jajecznicę na talerz.
- To samo mówię. Ameryka to kraj idiotów, tam nikt bez instrukcji kroku nie zrobi. Tylko tory są tam może prostsze i nie rzuca tak wagonami na rozjazdach. Kiedyś podobno jakiejś pani w pociągu na laptopa wylała się herbata i oskarżyła przewoźnika o straty, bo zalany laptop uległ uszkodzeniu. Kobieta winnego szukała i sobie znalazła. Ciekawe czyja to wina, że mamy takie tory: Tuska, Gierka, a może Stalina? A ta pani procesuje się o to do dzisiaj.
- W Ameryce?
- Co pan! U nas to było. Od tego czasu jest zarządzenie, że w wagonie bufetowym ma wisieć ten znak z przekreślonym komputerem. To przecież dla dobra tych nerwusów z laptopami.

Usiadłem z jajecznicą na końcu wagonu przy oknie. Wtulone w białe poduchy wiejskie chaty czekały spokojnie na koniec zimy. Rolnik wie, że wszystko ma swój czas i sam niczego nie przyśpieszy. Gdyby kombinował tylko po swojemu, zawsze plany pokrzyżuje mu zbyt długa zima, zbyt suche lato albo inny czort. Przyroda wie, że wszystko ma swój czas. Wie to każdy chłop, choć nie przeczytał tego w księdze Koheleta.
Skończyłem śniadanie i wyjąłem laptopa żeby spisać myśli, które właśnie przyszły mi do głowy.
Pociąg zbliżał się do Bydgoszczy i w międzyczasie wagon zapełnił się ludźmi. Jedyne wolne miejsce siedzące, akurat naprzeciwko mojego, zajął elegancko ubran pan w jaskrawym krawacie w zamaszyste wzory.
- Jedyne miejsce gdzie można spokojnie popracować, co? - uśmiechnął się znacząco kładąc na stole swojego laptopa.
Odpowiedziałem niepewnym uśmiechem i szybko spojrzałem w okno. 
Zauważyłem że przykryte jeszcze śniegiem łąki miejscami zaczynają już się zielenić. 
Ale OK. Mogło mi się tylko wydawać.



czwartek, 9 lutego 2012

Jerozolima


JEROZOLIMA
1 – 3 lipca

Prośmy o pokój dla Jeruzalem
(Ps 122,6)

1 lipca

Jest piątek, ósma rano. Mrużę oczy do słońca, które zaczyna swoją wędrówkę nad miastem z różowego kamienia. Dwa tysiące lat temu o tej porze Jezus czekał na rozmowę z Piłatem. Z dachu sierocińca na Górze Oliwnej mam widok na Mur Zachodni. Miasto Dawida budzi się do nowego dnia, a ja nie mam nawet żadnego planu zwiedzania. Wczoraj wieczorem przyjechałem do Jerozolimy busem z lotniska w Tel-Avivie i od razu zapłaciłem podatek od wstępu do miasta: pieczony bób od ulicznego sprzedawcy kosztował mnie dwa razy zwykłą cenę. Ale przynajmniej wliczona była informacja jak dojść do sierocińca prowadzonego przez siostry elżbietanki. Nie ochłonąłem jeszcze po tym, co widziałem po drodze. Cała wiedza o świętym mieście trzech religii zaczerpnięta z przeczytanych przed przylotem do Izraela książek gdzieś wyparowała. Czuję się jak dziecko które się zgubiło i teraz samo musi odnależć rodziców. Poza kilkoma głównymi punktami na trasie pielgrzymki i celem w Asyżu, szczegółowego planu nie ma też moja droga, którą rozpoczynam stąd za kilka dni. Pójdę w kierunku Betlehem, a potem Morze Martwe i dalej na północ, do Samarii i Galilei.  
Oszołomiony widokiem patrzę w dół i postanawiam zacząć od „Ojcze nasz...”. Modlitwa trochę mnie uspokaja. Delikatny szum dochodzący z dołu brzmi jak zaproszenie. Między drzewami oliwnymi schodzę w wyschniętą dolinę Cedronu i wkraczam w mury, gdzie ciasnymi uliczkami przeciskają się ocierając o siebie: lęk i nadzieja, koniec i początek, śmierć i życie.

*

Przeciskam się przez wielojęzyczny gwar kupców i przyjezdnych, zupełnie jak pielgrzymi wieki temu. Kadzidło, przyprawy, zioła, ubrania, buty, sprzęty i pamiątki, a wśród nich różańce trzech religii, menory drewniane, mosiężne i z alabastru, skręcone shofary różnej wielkości i tysiące mniej lub bardziej tandetnych produktów rozłożone na straganach wzdłuż ciasnych uliczek przyciągają wzrok przechodniów i szybko stają się przedmiotem targów. Święte miasto przyjmuje ofiarę wierzących i niewierzących z całego świata. Czy to zresztą dobry podział w miejscu, gdzie każdy oddycha powietrzem nasyconym obecnością Elohim? Szukam drogi do Bazyliki Grobu stąpając po kamieniach, które mają tysiące lat.

W Bazylice panuje półmrok. Najważniejsze miejsce świątyni, kamienna konstrukcja pośrodku zabezpieczona jest żelaznymi klamrami. Przyciszony szmer kolorowego tłumu krążącego wokół to oznaka szacunku dla miejsca, gdzie dwa tysiące lat temu poniósł hańbiącą śmierć na krzyżu rabbi z Nazaretu.
Zadzieram głowę i spoglądam w górę, gdzie z okrągłego otworu w zwieńczeniu kopuły wpada do wnętrza wiązka białego światła. Pierwsza myśl upatruje jego źródło gdziś ponad dachem i śledzi promienie, które biegnąc w dół ulegają w końcu rozproszeniu. Ale zaraz pojawia się myśl, że przecież ich kierunek może być odwrotny. Może światło zbiera się tutaj w dole, gdzieś nad kamienną posadzką, układa się w świetlisty stożek i biegnie w górę, żeby przez rozświetlone koło w suficie połączyć się na zewnatrz z upałem lipcowego popołudnia?
Zachodnie chrześcijaństwo, które koncentruje się na męce i śmierci Mesjasza nazwało to miejsce Bazyliką Grobu. Chrześcijański Wschód, adorujący ikonę Chrystusa zmartwychwstałego, używa nazwy Bazylika Zmartwychwstania. To tutaj kończy się  ziemski szlak i rozpoczyna życie wieczne, spotyka się zamknięcie i otwarcie, słowo i obraz, analiza i synteza. Patrzę w górę. Świetlisty otwór bieleje jak hostia. Przypominam sobie słowa Mistrza Echkarta z jednego z kazań, w którym porównał wiarę do światła słońca. Światło opromienia świat, dzięki niemu dostrzegam otaczającą mnie rzeczywistość. Ale w tej samej chwili  padające na mnie promienie otwierają mnie na Boga, porywając do Jego wewnętrznego życia.



środa, 8 lutego 2012

Viator



Wojtek szykuje się już do drogi na północ - szlakiem przez Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię aż do grobu św. Olafa. Dominik myśli o Madagaskarze i spotkaniu młodych chrześcijan - żeby pielgrzymując z nimi przez Czerwoną Wyspę dodać kilometry do naszej pielgrzymki dookoła świata. A ja słyszę wezwanie żeby ikonowym szlakiem powędrować na południe, do Radożdy nad Jeziorem Ohrydzkim w Macedonii, gdzie 365 cerkwi spogląda na jezioro z okolicznych wzgórz. Znowu trzy szlaki w jedną drogę połączy intencja cywilizacji miłości i pokoju, który każdy człowiek niesie w sobie, w swoim centrum.

Rozpocząłem pracę nad ikoną Archanioła Rafała. Podczas pracy myśli wędrują do macedońskiej "Jerozolimy Bałkanów". Praca nad ikoną jest jak samotna pielgrzymka. Początek to ciemnooliwkowy sankir z umbry palonej i ochry - oblicze ma najpierw kolor ziemi. Potem kolejne warstwy rozjaśnień podnoszą oblicze aż do blików - jasnych rozbłysków Bożej obecności. W pielgrzymce i w pracy nad ikoną sam nigdy nie osiągnąłbym celu. Potrzeba modlitwy. Żeby rozpocząć trzeba najpierw zrzucić ciężar nieprzebaczenia. Tylko tak zaczyna się drogę.
W swej słynnej książce „Homo viator” („Człowiek drogi”) Gabriel Marcel pisze:
Być ciekawym - to wychodzić ze swojego nieruchomego centrum, ująć ów przedmiot, o ktorym miało się jedynie niejasne lub schematyczne wyobrażenie. W tym znaczeniu wszelka ciekawość skierowana jest ku peryferiom. Natomiast być niespokojnym – to nie być pewnym swojego centrum, to poszukiwać swojej równowagi.
Absolutyści wierzą, że ta droga ku peryferiom, ku zaspokajaniu ciekawości, nie jest tylko wędrowaniem, a więc niekończącą się podróżą w poszukiwaniu siedzib, pożywienia, wiedzy czy nowych doświadczeń. Wierzą, że ta droga ma głębszy wymiar i że ma swój kres, choć może nie jest nim tylko punkt na mapie. Żeby wyruszyć w daleką i nieznaną drogę bez zabezpieczeń, a więc bez pieniędzy, znajomości języków obcych czy bez namiotu, trzeba mieć świadomość swojego centrum. W pielgrzymkę nie wyprawia pielgrzyma niepokój ani nawet nie sama tęsknota za niewiadomym. W takiej drodze trudno byłoby odnaleźć to, po co się wyrusza. Paradoks pielgrzyma polega na tym, że mimo odczuwanego niepokoju, a czasem zwykłego lęku przed niepewnością, jest on spokojny o swoje centrum, bo obraz tego centrum niesie w swoim sercu - nie mając żadnej pewności czym on się może okazać w trudnym doświadczeniu - i niesie ten obraz z odwagą i wiarą podobną do szaleństwa. Jednak z perspektywy ukończonej drogi pielgrzym wie, że to, co go prowadziło było szaleństwa zaprzeczeniem. 

Nie każda podróż jest pielgrzymką, ale każda pielgrzymka jest podróżą. Nie tylko do jakiegoś miejsca na mapie. Przede wszystkim podróżą do własnego wnętrza, do sumienia, do prawdy o swoim życiu. Odkrywanie tej prawdy jest istotą pielgrzymowania, tak trudną do wyrażenia i opisania komuś, kto w pielgrzymkę nigdy nie wyruszył. Najdalsze wyprawy i najtrudniejsze doświadczenia, jeśli nie prowadzą podróżnika do spotkania z nim samym, mogą być kolekcjonowaniem przygód, śmiałym poszukiwaniem nowych wyzwań i odważnym eksplorowaniem nowych przestrzeni. Nie są jednak pielgrzymowaniem. Każdy z wielkich odkrywców nie tylko mierzył się z samym sobą, ale także pokonywał siebie, był więc pielgrzymem, który z wiarą podążał na spotkanie swojego centrum. W drodze do Asyżu przychodziła do nas ta sama myśl, choć ujmowaliśmy ją na trzy sposoby: „Gdy nie masz niczego, dostajesz najwięcej”. „Gdy na nic się nie nastawiasz, odkrywasz najwięcej”. „Gdy zaprzeczasz sobie – odkrywasz SIEBIE”. Pielgrzym nie ocenia, za wszystko dziękuje, wtedy na drodze rozchylają się najcięższe zasłony i ukazuje się światło tam, gdzie wędrowiec zdany jedynie na siebie, na własne siły i swoje ludzkie zabezpieczenia, znieruchomiałby w ciemności. Czy to już szaleństwo? – zadawaliśmy sobie nie raz pytanie, gdy na trzech szlakach, które prowadziły do Asyżu: Moskwy, z Jerozolimy i z Fatimy, gubiliśmy drogę w nocy na górskim odludziu, zostawaliśmy bez wody na pustyni albo gdy odmawiano nam pomocy w kryzysowych sytuacjach. 

Każdy z nas przeszedł ponad trzy i pół tysiąca kilometrów w niecałe cztery miesiące. Szliśmy przez pustynie, góry, lasy, stepy, wzdłuż morskich plaż i przez wielkie miasta, pokonując granice ponad dwudziestu krajów Europy i Azji. Za promowe przeprawy płaciliśmy tym, co dostaliśmy od ludzi. Dochodząc do Alp zamienialiśmy sandały na podarowane górskie buty. Gdy temperatura stopniowo spadała z 30 stopni w nocy w Turcji do -5 w Apeninach w październiku – chroniliśmy się w tubie z folii NRC podarowanej przez napotkanych wcześniej wędrowców. Przyjmowano nas w meczetach, synagogach, monastyrach, kościołach, w domach ludzi bogatych i biednych, mówiących różnymi językami, wierzących w Boga i niewierzących. Cel naszej potrójnej drogi był ponadreligijny i wewnątrzludzki. Odkrywaliśmy i pozwalaliśmy odkrywać napotykanym ludziom, że każdy człowiek ma swoją godność, każdy ma swoją historię i swoje poglądy. Żeby poznać prawdę i piękno mijanych krain, musieliśmy otwierać się na nowe doświadczenia, często rezygnując z dotychczasowych zapatrywań i opinii, które okazywały się nieprawdziwe lub niepełne. W każdym nowym miejscu słyszeliśmy nową historię, często różniącą się od tej poprzedniej. Stawaliśmy się więc w pewien sposób bezbronni, ale ten lekki plecak, odchudzony przez odrzucenie uprzedzeń i przywiązań, pozwalał pokonywać duże odległości, a przyznanie się do głodu i zmęczenia otwierało domy i serca napotkanych ludzi. Nigdy nie zapominaliśmy tego kim jesteśmy ani jaki jest cel naszej drogi. Otwartość na inne kultury, zwyczaje i religie, nie mogła osłabiać w nas poczucia własnej tożsamości, bo wtedy łatwo zgubilibyśmy drogę. Pogodzenie własnego centrum ze zmieniającym się centrum spotykanych ludzi było chyba największym wyzwaniem naszej drogi. Co nam wtedy pomagało? Prowadziła nas wiara w to, że między ludźmi istnieje coś ponad podziałami i historią konfliktów. Że jest coś, co łączy nas wszystkich mimo tak wielu różnic. Idąc bez zabezpieczeń, zdani na pomoc napotkanych ludzi, przestaliśmy ich dzelić ze względu na rasę, język, religię czy status społeczny. Interesowało nas to, czy dostaniemy pożywienie i schronienie. Za każdym razem spotykaliśmy więc tak jakby kogoś z rodziny. Z rodziny ludzkiej, wielkiej i czasem skłóconej, ale zawsze jednoczącej się i okazującej wzajemną pomoc w sytuacji wspólnego zagrożenia. 

Pokonywaliśmy więc granice konfliktów: w Palestynie, na Cyprze, w Turcji (Ormianie, Kurdowie), na Bałkanach (Serbowie, muzułmańscy Bośniacy, Albańczycy), w Kraju Basków i w Środkowej i Południowej Europie (Romowie, mniejszości imigrantów z Afryki i Azji). Niosąc przez ponad 10 tysięcy kilometrów cztery ponadreligijne prymaty cywilizacji miłości (1. „Człowiek przed rzeczą”, 2. „Być przed mieć”, 3. „Etyka przed Techniką” i 4. „Miłosierdzie przed sprawiedliwością”), byliśmy dla wielu znakiem nadziei w czasach, gdy konflikty i różnice poglądów rozstrzyga się często decyzjami tych, którzy nie potrafią lub nie chcą zrozumieć sytuacji mniej uprzywilejowanych. 

Dowiedzieliśmy się dużo na temat jak radzić sobie w kryzysach, wypracowaliśmy wiele technik zdobywania i przygotowywania żywności, szukania schronienia przed deszczem, nocą i chłodem, leczenia się w warunkach, gdy nie można skorzystać z apteki czy porady specjalisty. Poznawaliśmy też granice naszych fizycznych możliwości, choć te często w zadziwiający sposób przesuwały się aż do miejsc, gdzie odnajdywały nas w końcu pożywienie i nocleg.


sobota, 7 stycznia 2012

Jasność

Wczoraj rano wyruszyłem z pustym plecakiem na dworzec Łódź Kaliska, skąd miałem jechać do Warszawy żeby z drukarni sióstr loretanek na Rembertowie odebrać nasze kalendarze pielgrzymkowe. Dwanaście miesięcy, dwanaście zdjęć i dwanaście historii z trzech samotnych wędrówek do Asyżu. Jeszcze dzień wcześniej nie miałem żadnych środków na koncie, ale dostałem potwierdzenie, że pieniądze wyszły od nadawcy poprzedniego dnia rano, więc jadąc tramwajem na dworzec byłem spokojny, że mam za co kupić bilet i z czego zapłacić siostrom. Przelewy zawsze dochodziły do mnie następnego roboczego dnia po wysłaniu oprzez nadawcę. Plan spotkań w Warszawie był bardzo napięty. Z kalendarzami miałem odwiedzić kilka miejsc, a część wysłać paczkami kolejowymi do Gdańska i do Poznania. Powrót do Łodzi zaplanowałem na niedzielę.
Od rana padał deszcz, było zimno i nieprzyjemnie. W tramwaju odmawiałem różaniec. Gdy przejeżdżałem obok starego kościoła na Bałutach, zobaczyłem na ścianie kamienicy tablicę upamiętniającą Żydów wymordowanych w łódzkim gettcie. Znałem te liczby. W 1940 roku stłoczono tu tu 160 tys. miejscowych Żydów. Od 16 października do 4 listopada 1941 roku do getta przybyły transporty Żydów przesiedlonych z Austrii (ok. 5 tys.), Czech (ok. 5 tys.), Luksemburga (ok. 600) i Rzeszy (ok. 10 tys. osób), a od 7 grudnia 1941 do 28 sierpnia 1942 – również z innych likwidowanych gett Kraju Warty (ok. 18 tys. osób). Połowa zamkniętych tu ludzi zmarła w strasznych warunkach lub została wywieziona do obozów koncentracyjnych. Częśc z nich pochowano w miejscu, gdzie po wojnie zbudowano bloki i położono tory tramwajowe.
Padał deszcz a tramwaj zgrzytał na zakrętach. Gdy dojechałem na dworzec miałem kwadrans do pociągu. Skierowałem się do bankomatu żeby wypłacić pieniądze. Gdy wkładałem kartę do maszyny, coś mnie tknęło. A jeśli coś zawiodło i pieniądze nie dotarły? Jeśli nie mam środków na koncie - cały misterny plan pobytu w Warszawie weźmie w łeb bo nawet nie wyjadę z Łodzi. Szybko odgoniłem te absurdalne myśli. Skąd w ogóle taki pomysł? Ale myśl nurtowała mnie nadal.
Co jeśli nie mam tych pieniędzy? Poczułem ciężar. Lęk przed tym, że trzeba będzie dostosować się do trudnej sytuacji. Tyle spraw odwołać? Nie, to niemożliwe...
Z rosnącym niepokojem wpisywałem numer PIN i czekałem na pojawienie się na ekranie potwierdzenia wykonywanej przez bankowmat operacji. W ostatniej chwili postanowiłem, że jakikolwiek okaże się stan konta - zaakceptuję każdy rezultat. To postanowienie przyszło jak światło, które czasem nagle rozbłyskuje w ciemności, w dziwny sposób przynosząc ulgę wbrew wszystkim lękom. Wstrzymałem oddech.
Stan konta: ZERO.
Oparłem się o bankomat.
A więc jednak. Ciężar niepewności przycisnął mnie do ziemi z siłą, której się nie spodziewałem.
Ruszyłem wolno w stronę wyjścia z hali biletowej.
Na zewnątrz solidnie padało i wzbierał zimny wiatr. Wyjąłem różaniec. Wtedy przypomniało mi się, że dzisiaj jest święto Objawienia Pańskiego. Pamiątka odwiedzin trzech mędrców w grocie-stajence.
Dziwnie objawia się Bóg - pomyślałem - czasem wbrew wszelkim oczekiwaniom. Ale poczułem ulgę, że jednak byłem przygotowany na to, co nastąpiło, choć mimo postanowienia, że poddam się Jego woli, to co mnie spotkało było wstrząsem. No tak - uświadomiłem sobie - dzisiaj święto i banki nie księgują środków. O tym wcześniej nie pomyślałem.
Poprawiłem plecak i ruszyłem na piechotę w stronę domu. W święta autobusy kursują rzadko. Nie chciałem moknąć w bezruchu na przystanku.
Gdy doszedłem do ulicy Piotrkowskiej powitały mnie świetlne gwiazdy i choinki dekorujące najbardziej reprezentacyjną ulicę Łodzi. Było jeszcze pusto. Pochód z okazji Trzech Króli miał się rozpocząć za godzinę po drugiej stronie - przy Placu Wolności.
Poszedłem w tamtą stronę. Z głośników okrytych folią płynęły kolędy. Był to czysty, kobiecy, piękny śpiew, z niewielkim akompaniamentem. Niósł się nad ulicą, którą przemykali pojedynczy przechodnie. Zasłuchałem się w słowa i jakoś pozwoliłem się ponieść melodii: "Dzisiaj w Betlejem... wesoła nowina". Poczułem ulgę. Już wiedziałęm, że wydarzenie na dworcu i zmiana planów miały swój sens. Zacząlem dostrzegać plan, który właśnie otwierał się przede mną w nieoczekiwanej odsłonie. Zmoknięty szedłem ulicą w sronę Placu Wolności zasłuchany w kolędowe śpiewanie. Wtedy zobaczyłem idących z przeciwka dwóch podchmielonych panów w złotych koronach z papieru. Jeden skręcił w moją stronę i zagadał tonem dobrego znajomego:
- Nie będę pierd..ił że o bułkę chodzi. Potrzebujemy dwa złote do butelki. - patrzył zamglonymi oczami.
- Nie mam nawet złotówki - odpowiedziałem czując ulgę, że nie muszę nawet szukać jakiegoś tłumaczenia. Odszedł mamrotając coś pod nosem.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że jestem nadal na pielgrzymce. Że moja droga cały czas trwa. Plecak, brak pieniędzy, kapryśna aura - to była moja codzienność przez 105 dni wędrowania z Jerozolimy do Asyżu.
Zaakceptować niepewność. To jest droga pielgrzyma. Gdy nie mam niczego, wtedy wszystko dostaję. Zaakceptować niepewność. Otworzyć się na niewiadome. Iść dalej wierząc, że ciężkie doświadczenie, które mnie teraz spotyka, jest tylko doświadczeniem. Po nim może przyjść kolejne i kolejne, ale ja wiem, że ta niepweność jest sensem mojego pielgrzymowania, bo na końcu drogi jest to w co wierzę, czemu całkowicie zaufałem. Z głośników dobiegły słowa:

Gdy się Chrystus rodzi,
i na świat przychodz1.
Ciemna noc w jasności
promienistej brodzi
Aniołowie się radują...

Na chodniku przede mną stały duże szklane gabloty. Ekspozycja zdjęć z planu filmu "W ciemności" Agnieszki Holland. Czytam, że część zdjęć zrealizowano w Łodzi, na terenie byłego getta, w kanałach rzeki Łódki i na Starym Mieście. Fotosy są bardzo realistyczne. Pokazują czasy okupacji w ostrych kolorach czerwieni ceglanego gruzu, różu przebijającego spod brudu na twarzach. Jest też jaskrawo żółta gwiazda Dawida na płaszczu brązowym jak świeżo zaorana ziemia. Dziewczynka z przewiązanymi białą wstążką kucykami stoi na ciężarówce w tłumie innych dzieci trzymając za rękę szmacianą lalkę. Na twarzach nie ma lęku. Są jasne jak oblicza aniołów.
Jedno ze zdjęć przykuwa moją uwagę. Ujęcie z góry. Żydzi ustawieni w rzędach w kształcie litery C. Pośrodku koń oficera trzymany za uzdę przez adiutanta. Żydzi trzymają w dłoniach czapki. Na twarzach napięcie, może wyczekiwanie. Pada deszcz. Krople na twarzach. Pod stopami i kopytami szkli się błotnista maź. Oficer stoi przed szeregiem więźniów z pistoletem wycelowanym z bliska w twarz jednego z nich. Porażająca realność tej sceny sprawia, że znowu czuję krople deszczu na mojej twarzy.

O niebieskie Duchy,
i posłowie nieba.
Powiedzcież wyraźniej
co nam czynić trzeba:
Bo my nic nie pojmujemy,
Ledwo od strachu żyjemy

Ale nie jestem tym, w którego wymierzono pistolet. Stoję w tym samym rzędzie, tuż obok, z gołą głową, w rękach ściskam czapkę. Czy teraz padnie strzał? Niepewność. Wszyscy stoją nieruchomo, jak sparaliżowani. Tylko jeden oficer i adiutant z koniem. Gra obozowa orkiestra. Co to za melodia? Co to za melodia? Czy to lęk sprawia, że nie mogę się poruszyć? Czy ja się zwyczajnie godzę, na wszystko, co teraz nastąpi?
Zaakceptować niepewność to przekroczyć samego siebie, pójść dalej. Dlaczego nie mogę zrobić kroku?
Pojawia się nagle silne pragnienie modlitwy za tych ludzi. Za to cierpienie. Ale nie potrafię unieść ciężaru. Nie potrafię modlić się nawet za jedną z tych osób. Ciężar nie do udźwignięcia.
Coś ściska mi gardło, łzy płyną po mokrej od deszczu twarzy.

-Gloria, gloria, gloria,
in excelsis Deo!

Już wiem, że sam nigdy nie uniósłbym tego wszystkiego.
Czy to możliwe, że cały ten ciężar ktoś już wziął na siebie?
Poprawiam plecak i raźnym krokiem ruszam w stronę moich Starych Bałut.

piątek, 30 grudnia 2011

Mar Saba

Z Betlehem do Morza Martwego jest w linii prostej 50 km. Drogami na pewno dalej, choć te znikają na mapie gdzieś pośrodku Pustyni Judzkiej. Ostatnia palestyńska wioska nazywa się Ubeidyia, nabieram wody i robię sobie zdjęcie z dziećmi prowadzącymi osiołka. Dwadzieścia kilometrów stąd mapa pokazuje punkt oznaczony jako Mar Saba, przy nim krzyż – pewnie prawosławny monastyr. Po pięciu godzinach w morderczym upale asfaltowa nitka kończy się przy bramie w murze ze zlotego piaskowca. Ubrany na czarno brodaty mnich obrzuca mnie nieufnym spojrzeniem, ale wpuszcza do środka. Jako katolik muszę mieć zezwolenie od jerozolimskiego igumena na spędzenie tutaj nocy. Mam szczęście - hasło „pielgrzymka do Asyżu” znowu pomaga znaleźć schronienie. Kamienny monastyr częściowo wykuty w skałach od V wieku jest domem pustelników i mnichów. Stąd pisał listy do bizantyjskiego cesarza Leona III Jan Damasceński, w których bronił kultu chrześcijańskich ikon. Jaskrawo kolorowe wizerunki Maryi, apostołów i świętych pokrywają ściany kaplic. Pod posadzkami spoczywają mnisi, podobno niektórzy cały czas wydzielają woń kwiatów.


Noc w klasztorze na pustyni to doświadczenie ciszy. Gdy leżę na kamiennym tarasie z rękami pod głową, gwiazdy zbliżają się do mnie.
O piątej rano wyruszam w stronę Morza Martwego. Mnich przy bramie przerywa lekturę żeby mi otworzyć, z amerykańskim akcentem pytając dokąd idę. Gdy wyjaśniam, kiwa głową i pyta czy znam książkę „Opowieści pielgrzyma”. Od Jerozolimy niosę ją ze sobą w plecaku, choć dotąd jeszcze do niej nie zajrzałem.
W poprzednim życiu mial na imię Jim, mieszkał w Nowym Jorku.
Wzdłuż głębokiego koryta Cedronu kieruję się na wschód. Mam półtora litra wody i czuję lekki niepokój gdy patrzę jak nad pustynią wstaje słońce.
Niebo jest doskonale błękitne, wczesna pora dodaje mu świeżości i głębi. Tylko jedna mała chmurka zawisła nad horyzontem. Niepewność.

W tradycji rabinicznej Księga Koheleta czytana jest w Szabat przypadający podczas święta Sukot, które jest wspomnieniem 40-letniej wędrówki Izraelitów przez pustynię. Jest to okres o wyjątkowej wymowie. Nietrwałość ludzkich siedzib – sukot (szałasów) – w których wówczas Żydzi przez siedem dni przebywają, studiują Torę, spożywają posiłki i śpią, ma przypominać namioty, w których żyli na pustyni przed wejściem do Erec Israel, oraz kruchość i zmienność ludzkiej egzystencji.
Analogia ta ukazuje wędrówkę, jaką jest życie każdego człowieka, jako ciąg zdarzeń, często dla niego niezrozumiałych, lub wręcz tragicznych, nad którymi czuwa jednak stale Boża Opatrzność.
Łaciński przekład biblii nadał słowom Koheleta raczej pesymistyczny wydźwięk: „vanitas vanitatum” (pustka, marność), sugerując brak jakiejkolwiek absolutnej wartości w życiu człowieka. Nawet Czesław Miłosz, dokonując tłumaczenia Koheleta, dwie trzecie przedmowy do tego dzieła poświęcił zagadnieniu „marności nad marnościami”.
Oryginał hebrajski używa w tym miejscu słów hawel hawalim. Słowo hawel oznacza dym, opar, coś mglistego, a jednocześnie coś ulotnego, zmiennego, nieuchwytnego. Hawel ma pewną cechę wspólną ze słowem ruach – oba terminy mają znaczenie podwójne. Ruach w najprostszym znaczeniu to wiatr, ale oznacza także tchnienie, powiew. Ten sam, w którym Eliaszowi objawia się Bóg po wichrze, trzęsieniu ziemi i ogniu:
"A po ogniu cichy łagodny powiew" (I Ks. Król. 19, 11-13).
Najnowsze opracowania ekumeniczne Koheleta w miejsce zwrotu „marność nad marnościami” (marność to coś bezwartościowego, pustka, a nawet nicość) tłumaczą hawel hawalim jako „daremna ulotność”, jakby Kohelet chciał powiedzieć: Wszystko mija, światu na imię „przemijanie”, do niczego nie warto się przywiązywać, nic co ziemskie nie ma znaczenia w obliczu niewzruszonej stałości i mocy Tego Który Jest.
Na pustyni Bóg objawił się Mojżeszowi jako chmura, za którą codziennie podążali Izraelici. Ulotność i zmienność chmury, to właśnie hawel, któremu tak trudno było podporządkować się Żydom w drodze do Ziemi Obiecanej.

Czy ja potrafię podążać za moim hawel – ruach? Czy w trudnym znaku cierpienia w samotności, odrzucenia i bólu, potrafię zaakceptować zmienność i nietrwałość mojego losu, zdać się na Opatrzność i w miejsce zabezpieczeń, o które dotąd zabiegałem, postawić wolę Boga, pójść za Nim aż na skraj zaparcia się się samego siebie, odrzucić wszystko, czym byłem dotychczas i iść, iść dalej, iść aż brzmienie trudnych pytań i wyrzutów zostanie zastąpione przez proste dżwięki odnalezionej codzienności?

Na hawel nic nie mogę poradzić. Ale przecież choć kres życia jest taki sam dla każdego, to bilans tego życia bywa różny. Bóg stwarzając człowieka powołał go do drogi która nie jest bezcelową wędrówką, samym zbieraniem doświadczeń. Ta droga ma cel, którym jest spełnienie. Kto nie uzna tego celu, będzie umierał od jadu skorpionów i żmij, jak zbuntowani Żydzi. Jak zatem mimo hawel człowiek ma osiągać szczęście? Gdzie ono mieszka? Jak reagować na hawel, gdy znika ostatnia nadzieja, jak wypełniać wolę Boga w naszym życiu, ów najlepszy dla nas plan, skoro każdy krok zdaje się prowadzić w otchłań? Gdyby człowiek ugiął się pod ciężkim doświadczeniem, jakie często daje zmienność i ulotność życia na ziemi, musiałby odrzucić wszystko i zatracić się w rozpaczy albo w odosobnieniu oddawać się tylko ascezie i umartwieniu. Jednak nie tego chce dla człowieka Bóg.
Kohelet nie daje na te pytania odpowiedzi, otwiera je tylko dla nas, abyśmy – wiernie podążając za naszym hawel-ruach – nigdy nie tracili z oczu Chmury, która ma nas zawsze prowadzić, aż do Ziemi Obiecanej.