niedziela, 26 września 2010

Samarytanin

Ta historia wydarzyła się w połowie lipca w Cisnej.

W piątek rano rozpoczęliśmy podejście na Tarnicę. W górze przed nami, na skalistym szczycie odcinał się na tle niebieskiego nieba krzyż, zwieńczenie naszej dwutygodniowej pielgrzymki.
Na ostatnim podejściu różaniec rwał się od przyspieszonych oddechów. Każdy krok, każde podciągnięcie się w górę było cichym krzykiem zmęczenia, które próbowało opierać się modlitwie, ale za każdym razem ustępowało przed kolejnym „Zdrowaś Mario...".
(...)
Pożegnaliśmy się w Dołżycy koło Cisnej. Nasza bieszczadzka droga dobiegła końca. Może to było zmęczenie, ale nie padły żadne wzniosłe słowa. Patrząc w oczy uścisnęliśmy sobie dłonie. Dwutygodniowy zarost, pokryte skorupą zeschłego błota buty, koszulki szare od prania w strumieniach. Obaj wiedzieliśmy, że w naszym życiu stało się coś ważnego i że ta droga będzie trwała nadal. Dawid postanowił zostać jeszcze kilka dni w górach, ja wyruszyłem w drogę powrotną.
(...)
Idąc asfaltową drogą w kierunku Sanoka próbowałem zatrzymać jakiś samochód, ale bezskutecznie. Z nieba lał się żar, unosząc się nad asfaltem drżącą mgiełką.
Zmęczenie było teraz bardziej dotkliwe. W drodze na szczyt Opatrzność karmiła nas i poiła, dając zawsze na czas schronienie i odpoczynek, a teraz, gdy pielgrzymka dobiegła końca, wszystko wydawało się trudniejsze, jakby osiągnięcie celu zabrało siły i pozostawiło mnie samego.
Zdumiało mnie to. Dlaczego wejście na szczyt i pokłonienie się krzyżowi miało oznaczać koniec? Potrzebowałem teraz sił do dalszego marszu, więc postanowiłem, że nie będzie żadnego końca, że moja pielgrzymka trwa cały czas, że krzyż na szczycie góry jest cały czas przede mną. Ta myśl dodała mi otuchy i sił. Zasznurowałem mocniej buty, poprawiłem plecak i wyciągnąłem różaniec.
Idąc w spiekocie nie martwiłem się już myślą, że nie mam pieniędzy na powrót. Opatrzność, której zawierzyliśmy naszą drogę nie przestała mnie przecież prowadzić. Rozum ze swoim zwykłym smutnym zatroskaniem próbował jeszcze swoich sztuczek, ale usłyszawszy zdecydowane: „To Jezus jest moją roztropnością”, rozpłynął się wśród pokrytych łąkami pagórków.
(...)
Gdy doszedłem do Cisnej poczułem głód. Miałem w kieszeni ostatnie 2 zł. W małym sklepiku przy drodze poprosiłem o chleb i napełnienie butelki wodą. Z chlebem pod pachą rozejrzałem się za miejscem, gdzie mógłbym zjeść posiłek. Niedaleko od drogi, otoczony wysokimi drzewami stał kościół. Wyglądał na bardzo ubogi. Nieotynkowane ściany wyglądały jakby budowa przedłużała się z braku środków. Pomyślałem o biedzie jaka panowała w okolicy.
Wszedłem po stopniach z surowego betonu i przez otwarte na oścież drzwi wkroczyłem w chłodną ciszę świątyni. Od razu powitała mnie ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Obraz przystrojony był tylko zmarszczoną draperią z prostego materiału i bukietem polnych kwiatów w wazonie z przezroczystego szkła.
Po obu stronach dziewczyny trzymającej na ręce dziecko unosili się archaniołowie z narzędziami męki. Maria patrzyła na mnie.
- Matko! Byłaś z nami całą drogę i teraz pozwoliłaś mi dojść tutaj, przed twoje oblicze. Wypraszasz u swojego Syna to, co dla mnie najlepsze. Nawet jeśli ma to być cierpienie, przyjmę je z wdzięcznością, bo ufam, że to będzie tylko cierpienie fizyczne. Nie proszę cię o radość. Proszę o siłę wytrwania w służbie Twojemu Synowi. Gdy mgła fałszywych emocji zasłoni mi Boga, proszę bądź przy mnie i pokaż mi drogę do twojego Syna.
Za kościołem odkrywam coś w rodzaju drewnianej sceny-amfiteatru, pewnie miejsce teatralnych przedstawień. Nad sceną wisi transparent: „Przez Maryję do Jezusa”. Uśmiecham się do Maryi uznając, że to dobre miejsce na posiłek, a może też na nocleg. Scena jest metr nad ziemią i nie prowadzą na nią żadne schodki, muszę się wspiąć wrzucając wcześniej na górę plecak.
Na scenie pod scianami ustawione są sprzęty, ich zestwienie przemawia niczym symbolika teatralnych rekwizytów: stary konfesjonał, mównica i zakurzony instrument klawiszowy przypominający organy z wyciąganymi porcelanowymi gałkami, na których widać stare napisy w języku niemieckim.
Amfiteatr jest doskonałym schronieniem. Daje cień i odosobnienie. W głębi sceny na karimacie rozkładam chleb i po krótkiej modlitwie rozkoszuję się jego smakiem. Po posiłku rozciągam się wygodnie opierając głowę na plecaku. Pismo Święte otwiera się na Księdze Mądrości:
„Nie urodzaj plonów żywi człowieka lecz słowo Twoje utrzymuje przy życiu ufających Tobie.
Noc jest spokojna i ciepła. Zza budynku kościoła pojawiają się czasem światła przejeżdżających drogą samochodów, ale koło północy ruch zamiera i z desek otulonej nocą kościelnej sceny patrzę w gwiazdy. Zasypiam uspokojony myślą, że jestem w bezpiecznym miejscu i że moja sytuacja z pewnością znajdzie rozwiązanie. Jutro niedziela i pierwsza poranna msza jest o ósmej. Liczę, że słowo Boże da mi wskazówkę jak wrócić do domu. Pogoda zapowiada się słoneczna, może zabiorę się jakimś samochodem w stronę Krakowa.
Obudzony słońcem poranka odawiam „Pod Twoją obronę” i pakuję rzeczy do plecaka. Czuję głód i zmęczenie po trudach wędrówki. Kościół jest jeszcze zamknięty. Opieram plecak o schody i czytam parafialną gazetkę w gablocie. Od razu uderzają mnie słowa najtrudniejszej nauki Jezusa, po których wielu uczniów Go opuściło, nie potrafiąc przyjąć największej tajemnicy Jego posłania :
„ Ja jestem chlebem życia. (...) Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, Krew moja prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim.”
Po chwili zbliża się starsza pani z pękiem kluczy, rzuca mi badawcze spojrzenie, ale zaraz odpowiada uśmiechem na mój uśmiech.
Klękam przed ikoną Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
- Maryjo! Woli Twojego Syna pragnę podporządkować ten dzień i wszystkie jego trudności.
Chłopiec w objęciach Matki widzi aniołów zwiastujących cierpienie i śmierć na krzyżu. W dziecięcym odruchu szuka schronienia w matczynych ramionach w tym nagłym zrywie gubi sandałek, który zawisł na złotym rzemyku z prawej stopy. W takim samym geście całkowitego powierzenia się opiece Maryi święty Maksymilian upodabniał się przez całe życie do Chrystusa aż do żertwy całopalnej ofiary w głodowym bunkrze.
Kościół zapełnia się ludźmi. Zajmuję miejsce z przodu przed ołtarzem. Liturgia jest prosta i skromna jak surowe mury kościoła czekające na elewację. Głos księdza jest naturalny i pozbawiony tego oratorskiego zadęcia, od którego trudno się uwolnić wielu kaznodziejom. Zagłębiam się w tajemnicy sprawowanej Ofiary. Czuję sympatię do kapłana, w którego słowach i gestach jest prostota i otwartość Nauczyciela z Nazaretu. Pojawia się myśl, żeby zbliżyć się do niego, porozmawiać. Może od niego dostałbym pomoc. 35 złotych potrzebne na autobusowy bilet mógłbym oddać przekazem pocztowym po powrocie do domu.
Z tych myśli wyrywa mnie czytanie Ewangelii. Chrystus opowiada przypowieść o Samarytaninie, który napotkał na drodze rannego człowieka. Inni przechodzą obok, ale on okazuje mu serce i pomoc, opatruje mu rany i płaci za jego pobyt w gospodzie i opiekę.
Ksiądz mówi spokojnym, równym tonem, ale najważniejsze słowa wypowiada z naciskiem, uważnie przyglądając się twarzom wiernych.
- Człowiek, który potrzebuje pomocy to nasz brat, w którym przychodzi do nas Chrystus. Pomoc, którą mu wyświadczamy jest najcenniejsza wtedy, gdy pomagamy nie z tego, na czym nam zbywa, ale gdy musimy poświęcić coś dla nas cennego. Gdy biedny wspomaga większego biedaka, gdy dzielimy się ostatnią kromką chleba, wtedy Chrystus działa w nas, przez nas, dla nas i wraca z nagrodą tysiąckroć powiększoną. Pytają mnie dlaczego nasza parafia wspomaga Kościół na Białorusi, skoro nie mamy środków na dokończenie budowy własnej Świątyni. Odpowiadam, że może Chrystus chętniej przychodzi do surowych ścian niż gdybyśmy pobielili je za pieniądze, którymi nie wsparliśmy naszego brata w potrzebie.
Gdy jego spojrzenie pada na mnie, spuszam zawstydzony wzrok. Już wiem, że pomysł z prośbą o 35 złotych na bilet jest nieaktualny. Jak miałbym teraz prosić o pieniądze. Postanawiam, że gdy wrócę do domu, pomyślę jak mógłbym wesprzeć ten biedny kościół, który dał mi schronienie w nocy i pokrzepił mnie tak bogatym słowem. Eucharystię poświęcam w intencji dokończenia budowy, którą prowadzi ten odważny ksiądz. Jestem głodny i nie mam pieniędzy na jedzenie, ale pokrzepienie, które teraz czuję zastępuje mi najbardziej wykwintny posiłek. Czuję wielką wdzięczność za łaskę bycia tutaj, za dar tych słów. Po mszy klękam jeszcze przed ikoną Nieustającej Pomocy. Wychodzę jako jeden z ostatnich. Gdy przed kościołem zarzucam plecak, słyszę za plecami znajomy głos:
- A dokądto droga prowadzi?
Odwracam się i widzę wycelowany we mnie szeroki uśmiech księdza.
- Do domu. Chciałbym księdzu podziękować za kazanie...
- Dzisiaj niedziela i autobus do Sanoka jeździ rzadko...
- Spróbuje złapać jakąś okazję, i tak nie mam już pieniędzy.
Gryzę się w język. Zalewa mnie fala duszącego wstydu i pozbawiając oddechu oddechu utyka w zaciśniętym gardle. Czuję złość na moją słabość, która oczekując wsparcia zrobiła teraz z księdza zakładnika jego płomiennego kazania. Ksiądz poważnieje. Szukam słów, żeby się jakoś wytłumaczyć, ale szybko kładzie mi ręke na ramieniu.
- Poczekaj tu na mnie.
Znika w budynku plebanii. Mija dziesięć minut i pojawia się niosąc reklamówkę w której widać zawinięte w papier trzy pokażnej wielkości kanapki i jabłko. Przyjmuję prowiant z wdzięcznością, którą pewnie dostrzega w moich oczach.
Ksiądz przeprasza, ale spieszy się odprawić mszę w pobliskiej wsi. Żegnamy się uściskiem dłoni, po czym wsiada do starego osobowego nissana i odjeżdża.
Siadam na murku przy kościele. Niedzielne śniadanie. Myślę o tym, jak dziwnymi drogami chleb trafia do głodnego. Świeży chleb z białym serem smakuje wybornie. Przegryzam jabłkiem i gdy sięgam po drugą kanapkę, dostrzegam w reklamówce kopertę. Powoli wyciągam z niej 50-złotowy banknot. Spoglądam za samochodem, ale zniknął już za zakrętem.

środa, 15 września 2010

tęcza



Warsztaty pisania ikon rozpoczęliśmy 8 września, w dniu urodzin Maryi.
Wadowice przywitały nas pochmurną pogodą. Lekki deszcz padał cały dzień, z krótkimi przerwami, które dawały nadzieję na popołudniowy spacer do wadowickiego rynku, oddalonego od naszego domu o dwadzieścia minut drogi. Od rana pracowaliśmy nad ikoną Chrystusa Pantokratora. Naniesienie szkicu, położenie oliwkowo-brązowego sankiru na oblicze i pozłocenie nimbu zajęło czas prawie do wieczora. Gdy poczuliśmy głód, niebo lekko się rozjaśniło. W drodze do bazyliki minęliśmy po lewej stronie kościół i budynki klasztoru karamelitów, gdzie kilkunastoletni Karol Wojtyła otrzymał szkaplerz. Zgodnie z ostatnią wolą papieża połączone tasiemkami dwa kawałki sukna wróciły tu po jego śmierci.

Chmurzy się i lekko kropi, gdy ze wzgórza wadowickiego karmelu schodzimy do rynku. Msza jest o osiemnastej, mamy więc chwilę żeby uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem w Kaplicy Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Kaplicę wypełnia pełne zatroskania spojrzenie Maryi z ikony nad tabernakulum. Kopia bizantyjskiego wizerunku przywędrowała do wadowickiego kościoła pod koniec XIX wieku z Rzymu, gdzie opiekują się nim oo. Redemptoryści w bazylice na Eskwilinie. Od tamtego czasu prace konserwatorskie nieco zmieniły pierwotną urodę wadowickiej kopii. Unosząc się w złotej przestrzeni archaniołowie Michał i Gabriel niosą narzędzia męki, na widok których Chrystus, zwracając się do matki w dziecięcym odruchu szukania schronienia, gubi sandałek. Matka Boża Nieustającej Pomocy szczególną opieką otacza opuszczonych i cierpiących w samotności. Przed ikoną modlił się mały Karol po śmierci matki.
Po mszy świątynia wypełnia się radosnymi akordami organowej muzyki. Radość organisty jest nieoczekiwanym dopełnieniem piękna i czystości nabożeństwa, które przynosi pokój.


Gdy wychodzimy z kościoła, niebo ma kolor ciemnobłekitny. Zachodzące słońce oświetla kamienice miękkim światłem, delikatnie przesuniętym w stronę czerwieni. Siadamy na ławeczce przed bazyliką żeby podziwiać to światło. I wtedy przed naszymi oczami pojawia się tęcza. Pięciobarwny łuk, ikonowy znak Bożej opieki, łączy wieże kościoła z domem papieża.
Komuś wyrywa się cichy okrzyk zachwytu.
Siedzimy w milczeniu zanurzeni w ciepłym świetle. Przez otwarte drzwi kościoła dobiega do nas radość wadowickiego organisty.

wtorek, 24 sierpnia 2010

książka

Krzyż to najmądrzejsza książka świata,
napisana prostymi znakami w zrozumiałym dla wszystkich języku,
ale otwierają ją tylko wybrani.
Czytają ją mędrcy, dla których zagłebianie się w jej goryczy
jest największą z ziemskich radości.
Krzyż jest centrum wszechświata,
ale ustawiono go poza murami miasta.
Nie stanął na centralnym placu obok pomników ludzkiej chwały
i dostojnych gmachów.
Wzniesiono go na uboczu, w miejscu hańby.
To oddalenie daje mu szczególną moc.
Żeby móc w nim czytać trzeba oddalić się od hałaśliwego centrum,
od tłumu szukającego obiektów swego uwielbienia.
Trzeba opuścić mury powierzchowności i pośpiechu,
pokonać drogę na peryferia uznania i ludzkiej mądrości
i w ciszy osamotnienia czytać w śladach po gwoździach.
Te znaki nie szukają winnych, nie oskarżają.
Nie zmuszają do pokłonów
Opowiadają o poświęceniu bez chwały, o samotnym cierpieniu.
o miłości ukrytej w pęciu ranach.
Nagie drzewo ze śladami po gwoździach
czeka w ciszy,
pokornie i wytrwale,
na to jedno serce,
które znowu pozwoli się przebić,
Serce analfabety.

sobota, 21 sierpnia 2010

poeta

Poetę spotkałem na odpuście Wniebowzięcia Matki Bożej w Kalwarii Zebrzydowskiej.
Moją sztalugę z ikonami od jego kocyka oddzielała żebrząca Cyganka z dzieckiem na ręku. Ekspozycja ikon prezentowała się okazale. Duży napis antyczną czcionką informował, że ikony pisane są tradycyjną techniką tempery jajowej na starej desce. Słońce odbite od złotych nimbów przyciągało wzrok przechodniów, którzy przystawali i przyglądali się z zaciekawieniem jak kładłem na twarzy Madonny kolejne warstwy rozjaśnień – nic tak nie przyciąga uwagi jak praktyczny pokaz malarskiego warsztatu. Pierwszy znalazł nabywcę Archanioł Gabriel na złotym tle. Rozszczebiotana starsza pani z Łodzi w dowód wdzięczności obdarowała mnie kawą.
Co jakiś czas spoglądałem na siedzącego na murku poetę. Na kocyku przed sobą rozłożył tomiki poezji, skromnie wydane własną metodą z użyciem ksero. Wciśnięty miedzy Cygankę i oblegany przez dzieci aparat do waty cukrowej był ledwo widoczny dla tłumu przesuwającego się wąską uliczką wzdłuż kolorowych straganów.
Cyganka potrząsała kubkiem, do którego co chwila ktoś wrzucał drobne pieniądze. Poeta siedział zatopiony w lekturze, samotny, niezauważony przez przechodniów. Tylko czasem powiew wiatru smętnie podnosił kartki jego tomików. Zaczytany poeta obudził moją ciekawość i być może zrobiło mi się go żal. Postanowiłem kupić jego tomik i zamienić z nim kilka słów. Wyczułem moment, gdy ruch trochę zelżał i podszedłem. Podniosłem z kocyka żółty zeszyt zatytułowany „Śladami świętych”.
Spojrzał na mnie znad książki i uśmiechnął się łagodnie.

- To mój ostatni tomik. Zapis z moich wędrówek po krakowskich kościołach.

Na trzydziestu pięciu stronach pomieściło się 16 wierszy pisanych w krótkich wersach. Nawet poszczególne słowa wydawały się krótkie, jakby celowo pozbawiono je ornamentów.
Zatrzymałem się na wierszu pt. „Furta”

Jezu!
otwórz fiołkiem rany
I z troską tam, gdzie świątynia
Dziewczęcej urody Pani
Dziecko na ręku trzyma
Śpiew szczygła trąca perłami

Spojrzałem na poetę. Siedział przede mną łagodnie uśmiechnięty i patrzył mi prosto w oczy. Zaimponowała mi odwaga tego człowieka. Mówić prosto o tym, co się czuje. I tak żyć. Poczułem, że bardzo potrzebuję takiej odwagi i takiej szczerości. Chciałem jakoś wesprzeć poetę. Niezgrabnie wyjąłem banknot.

- Widziałem, że ikony sprzedają się dobrze – w jego uśmiechu nie było cienia zazdrości.
- Tak, miałem kilku klientów. Widać je z daleka. Ekspozycja to ważna rzecz.
Mimowolnie obaj spojrzeliśmy na kocyk z tomikami.
- Myśli pan, że gdybym to lepiej pokazał, znaleźliby się chętni?
- Możnaby umieścić to wyżej, dodać jakiś napis, który przyciągnie uwagę. Zrobiłem tak z ikonami i wtedy zaczęły się sprzedawać.
Już chciałem dodać, że przez wiele lat pracowałem ucząc technik sprzedaży, ale zamilkłem zawstydzony.

Wróciłem na swoje stoisko i po chwili sprzedałem Matkę Bożą na ciemnoniebieskim tle. Wiedziałem, że kontrast ciemnego błękitu i złota przyciągnie czyjąś uwagę.
Spojrzałem na poetę. Siedział samotny, zatopiony w lekturze. Obok przelewał się kolorowy tłum pielgrzymów. Cyganka potrząsnęła kubkiem z monetami.

Upadły anioł człowiek pokolenia
Twarz kryje w skrzydłach na wyspie Ikaria
W cieniu epoki w oktawie zaćmienia
Rozdziera szaty prorok stary wariat
(fragment wiersza "Upadły anioł")

czwartek, 12 sierpnia 2010

choroba

Słusznie obawiałem się, że informacja o chorobie Nergala stanie się podobnym zarzewiem nieuczciwej paplaniny i konflktu interesów jak krzyż przed pałacem.
„Milczenie to najlepszy język modlitwy” powiedział pewien zamieszkały na pustyni mistyk, ale kto dziś słucha głosu średniowiecza?
Oczywiście Nergal odciął się bardzo ostro, twierdząc, że „nawróci się po swoim trupie”.
Cóż, oby te słowa nie stały jego self-fulfilling prophecy...

Szatan kusi nieograniczoną władzą. Wyśmiewa słabeuszy, nieudaczników, samotnych, chorych.
Głosząc nietzsche'ańską apoteozę siły i sprawności nawołuje do pełnego wyzwolenia z chorych złudzeń głoszonych przez „dyszący żądzą władzy” kler. Te „złudzenia”, które wyszydza szatan to pokora, czystość, posłuszeństwo, braterska miłość, poświęcenie. Podsuwa krzywe zwierciadło, w którym naiwność ma w ręku różaniec, wiara nosi moherowy beret a miłość i wierność budzą śmiech radosnej młodzieży, która od ciemności średniowiecza woli światło postępu, wolności, spełnienia przez posiadanie i nieskrępowanej radości przez chemiczną antykoncepcję.

W ostatnich czasach zwycięstwem szatana jest pogląd, że zło, czyli on sam... nie istnieje. Nie zależy mu na samym sobie, zależy mu na pozyskaniu dusz, na wpojeniu im przekonania, że walka o dobro nie ma sensu, bo nie ma dobra, tak jak nie ma zła. Dlatego rozpowszechnia atrakcyjny pogląd, nie ma systemów weryfikowalnych, że istnieje tylko ciągłość doświadczania, nauka, która tworzy wynalazki, systemy, które dają człowiekowi oparcie i bezpieczeństwo. Horoskopy, numerologia, wróżbiarstwo, pierścień atlantów, programowanie neurolingwistyczne – mają dać człowiekowi oparcie i moc w świecie, gdzie nie istnieje żaden absolut.

Do naszej chaty nad strumieniem przyszło w nocy sześć młodych, sympatycznych osób, w wieku 20-25 lat. Mieli gitarę, bęben, trochę alkoholu i nieco trawy. Mówili, że chatę znają od jakiegoś czasu. Tłumaczyli się, że zawsze przychodzili tu z plecakami wędrując po górach, ale tym razem przyjechali samochodem, bo na piechotę już im się nie chciało, poza tym za dużo mieli ze sobą rzeczy. Gdy podziękowaliśmy uprzejmie za alkohol, zaczęli pić we własnym towarzystwie, mzykując przy tym i wesoło śpiewając. Chata w lesie była ucieczką od miasta pełnego ograniczeń.

Szatan mówi: Posiądź wszystko, pełną władzę, staniesz się panem i bogaczem, tylko uznaj, że nie ma dobra, nie warto się poświęcać dla drugiego człowieka, twoje życie tu i teraz, jest najważniejsze, nie marnuj go słuchając tych prymitywnych nawoływań do pustych samoudręczeń i ofiar, na których od stuleci zbija swój kapitał kler. Ciesz się i baw. Raduj się tym, że nie jesteś chory ani słaby jak tamci naiwni nieszczęśliwcy.

Bóg mówi: wyrzeknij się wszystkiego co posiadasz, wszelkich zabezpieczeń. Zostań ostatnim wśród biedaków, tak jak Ja to zrobiłem. Ogołoć się, stań przede mną nagi i bezbronny, a wtedy otrzymasz uzdrowienie i całą moc Boga, moją miłość.

Jeden z młodych ludzi wypił za dużo i zwymiotował na deski podłogi. Z trudem wdrapali się na górę po drabinie, skąd po chwili zaczęły spadać na trawę przed chatą butelki i żarzące się niedopałki.

Teraz, po tygodniu od tamtych wydarzeń, manifestacja przeciwników obecności krzyża przed pałacem przypomniała mi tamte wydarzenia. Radosna młodzież, w środku wakacji, postanowiła zamanifestować brak zgody na ograniczanie im wolności. „Kto nie skacze jest za krzyżem!”

Obok doniesień spod pałacu przeczytałem kilka niepozornych informacji agencyjnych: że kilka stanów w USA nie ma już środków na wypłaty dla lekarzy i nauczycieli, co może jeszcze bardziej napędzić astronomiczny dług państwa, że ekonomiści w Europie nie mają już wizji przyszłości i tylko reagują na bieżące problemy, że giełdy znowu zareagowały spadkami.