wtorek, 20 lipca 2010

hermeneia

Greckie słowo hermeneia, użyte przez św. Pawła Apostoła w Pierwszym Liście do Koryntian (1 Kor 12,10), gdzie jest mowa o darze wykładania języków, oznacza: tłumaczenie, wyjaśnienie, objaśnienie.
Forma czasownikowa, czyli hermeneuo, znaczy tyle, co tłumaczyć, przekładać, wykładać, wyjaśniać, wyrażać słowami.

Słowem "Hermeneia" Dionizjusz z Furny zatytułował napisany po grecku wczesnochrześcijański zbiór zasad (kanon) tworzenia ikon, technik malarskich i szablonów (szkiców) ikonowych. W traktacie tym Dionizjusz zwraca szczególną uwagę na pokorę, posłuszeństwo i wierność malarskiej tradycji, którą należy cierpliwie zgłębiać ucząc się od mistrzów. Ważny jest mozolny i cierpliwy postęp ucznia na ścieżce mistrzostwa, nie w oczach świata, ale wobec Boga i zależny jedynie od Jego woli:
„Ci, którzy posiądą sztukę, nie powinni się tym szczycić jak jakimś dobrem i którego wcale nie otrzymali; i niech się nim pokornie radują w Bogu, od którego i przez którego wszystkie rzeczy się dzieją i bez którego nic nie ma”.

Jakże odległy to język od pełnego wiary w siebie i we własną wielkość pseudonaukowego wywodu artystów renesansu, jak Vasari czy Leonardo, według których najwięksi twórcy posiadają „boski” przywilej bycia ocenianymi przez Historię, czyli przez człowieka i jego rozum. Ta ateistyczna pycha okresu największej „świetności” ludzkiego umysłu będzie początkiem końca sztuki, która kilka wieków później wejdzie w okres ostatecznego rozkładu i martwoty w XXI wieku.

W przeciwieństwie do egoistycznej sztuki współczesnej, sztuka ikonowa jest odejściem artysty w cień Bożego dzieła, rezygnacją z uznania i chwały, poświęceniem własnego imienia dla piękna wizerunku doskonałego, dla którego deska ikony jest tylko oknem. Dlatego najwspanialsze ikony pochodzące z Bizancjum i z Rusi nie noszą podpisu autora.

Dla ikonopisa czynność malowania (pisania) ikony jest związana z pragnieniem choćby częściowego odzyskania utraconego wraz z rajem pierwotnego piękna i podobieństwa Bożego. W okresie największego rozkwitu sztuki ikonowej odbiorcy ikon byli w większości niepiśmienni. Ewangelię pisano więc i głoszono obrazem na desce, opowiadając ewangeliczne sceny „barwnym” językiem jaskrawej tempery, blików, wydłużonych proporcji, odwróconej perspektywy. Tak jak apostoł Paweł, nawrócony faryzeusz, opuścił ekskluzywizm "wiary tylko dla Żydów" i wyruszył z Chrystusem do pogan, tak ikona zaniosła dobrą nowinę tym, którzy nie potrafili czytać.

To właśnie utrata boskiego dziecięctwa, nie potrzebującego słów doskonałego obrazu, Adamowej rajskiej wiedzy wrodzonej, zrodziła potrzebę uprawiania sztuki. Proces dochodzenia do stanu mistrzostwa w tworzeniu ikony przebiega zatem podobnie jak przemiana świadomości, w której upokorzenie materii (ciała) prowadzi do Wcielenia Słowa Bożego.

W ewangelii św. Jana Chrystus jest „Słowem, które było u Boga” i które „ciałem się stało i zamieszkało wśród nas”. W Liście do Kolosan (1,15) znajdujemy natomiast naukę, że Jezus jest „obrazem Boga niewidzialnego”.
„Słowo” i „obraz” to dwie sfery, dwa sposoby pojmowania i „przekładania” rzeczywistości, które stale uprawiają swoisty dialog.
Telogia Zachodu, która upodobała sobie słowo i duchowa tradycja Wschodu, dla której ważniejszy jest obraz, są jak dwa potrzebne sobie nawzajem aspekty jednej rzeczywistości, dla których miejscem spotkania jest ikona - okno na świat Bożej miłości.

Dla niedoskonałego człowieka słowo potrzebuje urzeczywistnienia, swojego potwierdzenia w obrazie. Rzeczywistość widzialna natomiast, czyli obraz, potrzebuje określenia słowem.
Hermeneia jest zatem próbą „przekładu”, mediacją między „słowem” i „obrazem”, która ma wskazać drogę do poznawania Bożej prawdy. Ikonoklaści i późniejsi protestanccy krytycy obrazów w religii, którzy odwoływali się do Mojżeszowego przykazania zakazującego tworzenia „wizerunków” popełnili ten sam błąd, co faryzeusze, niesłusznie zarzucając Chrystusowi odejście od przepisów starego zakonu.

W dzisiejszych czasach upadku sztuki i dewaluacji obrazu, który prawie powszechnie utożsamiany jest z manipulacją dla zysku, prawdziwa sztuka ikonowa pozostaje oazą czystości idei pierwotnej sztuki, tworzonej dla Boga, nie dla człowieka.

środa, 14 lipca 2010

coś

Chcieliśmy jeszcze raz podziękować, ja i mój towarzysz drogi, wszystkim, którzy powierzyli nam swoje intencje. Pamiętaliśmy o nich w codziennej modlitwie podczas wędrówki i odczytaliśmy je po wejściu na szczyt.

Maciek, z którym ruszałem w drogę w poprzednich latach, nie mógł tym razem pójść ze mną, trafił do szpitala kilka dni przed planowanym początkiem pielgrzymki. Zadzwoniłem do niego z Częstochowy. Jego schizofrenia nie przeszkodziła nam jednak, i tak wyruszyliśmy razem, połączeni modlitwą.

W miejsce Maćka Opatrzność zesłała innego człowieka, uczestnika forum wsparcia dla samobójców "przyjaciele.org". Okazał się dobrym kompanem w trudach pielgrzymki i otworzył mi oczy na wiele moich słabości. Z jego choroby (borderline - graniczne zaburzenie osobowości)- płynęły najszczersze, najprawdziwsze modlitwy, choć nie było w nich może pięknych słów ani duchowych uniesień.

W drodze byliśmy dla siebie jaby emocjonalnymi lustrami, w których odbijały się wiernie wszystkie nasze brudy, ale chwilami jaśniały także miejsca czyste.

Nie była to ani romantyczna przygoda z górami ani ucieczka od „systemu” w poszukiwaniu miejsc, gdzie lęki, absurdy i beznadzieję zagłuszy huk wiatru w bukach przed burzą albo szum krwi w skroniach na ostrych podejściach.
Droga, nawet trudna, potrafi zamienić się w sentymentalną widokówkę, która żółknie od ciągłego pokazywania tym, którym bardzo chcemy coś udowodnić.

Chcieliśmy czegoś więcej. Chcieliśmy, żeby nasza droga do krzyża na Tarnicy nie skończyła się tylko pokonaniem czegoś w sobie i zdobyciem najwyższej góry Bieszczadów, ale żeby odtąd trwała w nas każdego dnia, odkłamywała fałszywy obraz nas samych, demaskowała przywiązanie do rzeczy zbędnych, żeby pot i palące mięśnie wypaliły smutek i zadręczanie się poczuciem klęski, żeby po kolejnym upadku otwierała nową drogę i po wejściu na kolejny szczyt odsłaniała na nowo nadzieję.

Żeby dawała wiarę.

Gdy po dwóch tygodniach przedzierania się przez błoto i pokrzywy, zasypiania ze zmęczenia przy ognisku, proszenia ludzi o jedzenie, stanęliśmy wreszcie na górze, zastanawiałem się, czy kilka lat temu, gdy byłem sparaliżowaną depresją rośliną, czy wtedy jakieś słowa, albo czyjś przykład, czy cokolwiek poza silnymi lekami, było mnie w stanie wyrwać z cierpienia i zniechęcić do samobójstwa?

Może nigdy się już nie dowiem. Ale droga nauczyła nas kilku rzeczy.

Lęk jest brakiem wiary.

Samotność jest brakiem wiary.

Brak celu jest brakiem wiary.

Brakiem wiary w co? W Boga? W jakiego Boga? Czy istnieje Bóg stale cierpiących? Czy istnieje Bóg zgwałconych w dzieciństwie? Czy istnieje Bóg opuszczonych w największej potrzebie?
Czy istnieje Bóg chorych na depresję, schizofreników, wypalających sobie codziennie czerwonym żelazem na czole znak BŁAGAM O ŚMIERĆ?

Tak, jest Bóg. Ten, Który Jest. Który nie dzieli na przypadki "łatwiejsze" i "trudniejsze", który uzdrawia ciało i duszę gdy wypowie się słowa: "Panie, nie jestem godzien...", gdy wypowie się je z wiarą...

Spotkaliśmy na drodze wiele osób, które szły pod rękę ze śmiercią. Kamil, schizofrenik ze starym Pentax'em z Połoniny Wetlińskiej, którego przedramiona wyglądały jakby je orał sierpem, leczący się górami. Adelajda, po kolejnej operacji usunięcia narośli na czaszce, która prosiła o modlitwę za cierpliwość. Pająk, wytatuowany i ostro zakolczykowany 30-latek, który nigdy nie poznał ojca, a matki nienawidzi, który dosiadł się do naszego ogniska z baterią strongów i patrząc w ogień rzucił pytanie:
Kto to jest wierzący?

Byliśmy zmęczeni, zakurzeni i głodni, ale widzieliśmy teraz ostro i nie padało zbyt wiele słów o cierpieniu, sensie życia czy o „prawdziwej religii”.
Odpowiedź padła jakoś sama.
Wierzący to ten, który wierzy w coś jeszcze poza sobą samym.

Chciałbym coś powiedzieć wszystkim, którzy teraz bardzo cierpią i myślą o śmierci jako jedynym rozwiązaniu. Istnieje COŚ JESZCZE.

Może kiedyś wyruszymy razem w drogę!

niedziela, 20 czerwca 2010

wezwanie

W średniowiecznej Italii, na opromienionej słońcem umbryjskiej ziemi, wśród starych lasów, oliwnych gajów, winnic i pól uprawianych od pokoleń nabożną ręką utrudzonego chłopa, żył człowiek.
Trudna i niezwykła, a dla wielu niezrozumiała, świętość jego życia stanie się dla umęczonej poszukiwaniem Absolutu ludzkości nieprzemijającym znakiem nadziei i wiary w to, że życie człowieka nie musi być wstydliwym kompromisem z jego prawdziwymi pragnieniami.

Żył prostym życiem, wyrzekłszy się wszelkiego posiadania, oddając wszystko Bożej miłości. Miał odwagę cieszyć się biedą. Ale do wieczności u boku ukochanego Chrystusa nie przeniosły go ani ewangeliczne ubóstwo, ani męstwo zdania się całkowicie na Bożą Opatrzność, ani nawet stygmaty męki Pańskiej.
Świętością Franciszka były pokora i posłuszeństwo. Mawiał do swoich braci, że nikt nie ma dość siły, żeby zmienić świat pełen grzechu i zepsucia. Ale każdy powołany jest do tego, żeby zmieniać siebie na wzór Chrystusa i to świadectwo wierności Jemu w codziennym życiu ma nieskończoną moc przemieniania świata.
Dał przykład skrajnego umiłowania Jezusa nie tylko w drugim człowieku, ale w całym stworzeniu, którego piękna nie przestawał wychwalać w pieśniach, nawet gdy tracąc wzrok umierał leżąc na gołej ziemi w skromnej kaplicy Porcjunkuli.
Jego kazania do ptaków, czułe rozmowy z roślinami czy dialogi z deszczem, wiatrem i słońcem, zdumiewały jednych, a gorszyły innych. Franciszek głosił pochwałę wszelkiego życia, bez wyjątku wszystkich stworzeń powołanych do życia Bożym aktem stworzenia. Głosił niepojętą naukę, że nie tylko człowiek, ale cała natura czeka na Zbawiciela, chłonie Jego zbawcze przesłanie i wychwala Go pod niebiosa. Przemierzając boso umbryjską ziemię śpiewem łączył się z otaczającym go pięknem, jakby powtarzał słowa z Księgi Mądrości:
"Stworzenie całe odmieniło się znów w swej naturze, powolne Twoim rozkazom, by dzieci Twe ustrzec bez szkody." (Mdr 19,6).
Ścieżkami Franciszka musiał wędrować kiedyś św. Paweł, gdy w Liście do Rzymian pisał o wyzwoleniu w Chrystusie nie tylko ludzkości, ale całego wszechświata:
"Bo stworzenie gorąco oczekuje objawienia się chwały synów Bożych. Całe bowiem stworzenie zostało poddane marności - nie z własnej chęci, ale z woli Tego, który je poddał - w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych."

Radosny radykalizm Franciszka, tak odmienny od mrocznych umartwień współczesnych mu katarów i albigensów - przyciągał do niego coraz to nowych braci, budząc ostrożność władzy kościelnej. Biografowie Franciszka spierają się o to do dziś, ale jest prawdopodobne, że Biedaczyna z Asyżu miał odwagę zaproponować papieżowi, żeby jego zakon przyjął jedyną możliwą dla Franciszka regułę, czyli świętą Ewangelię.

Świętość Franciszka stała się dla wielu jemu współczesnych i dla licznych jego następców dużym kłopotem, jakby drogę do skarbu który po sobie zostawił skrywała tajemna mapa pełna niezrozumiałych symboli. Do dziś święty Franciszek wprawia w zakłopotanie teologów, zawodowych kaznodziejów i bogobojnych mężów naszych czasów stale przypominając, że ludzka mądrość to tylko kolejne bogactwo, które pokryje rdza lub zjedzą mole, że każde posiadanie i przywiązanie to oddalenie się od Boga, że radość doskonała polega na pokornym znoszeniu ucisku i niedoli, nie zaś na uwalnianiu się od trosk i szukaniu duchowych poruszeń.

800 lat po jego śmierci zdumiewa wierność z jaką naśladował Chrystusa w swoim życiu i dosłowność z jaką traktował Jego wezwania:
„Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj co posiadasz i daj ubogim.” (Mt 19,21).
„Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien.” (Mt 10, 10).
Kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16,24).
Kto dzisiaj naprawdę wierzy, że mógłby pójść do Niego po wodzie? Kto potrafi oprzeć się niewypowiedzianemu wprost, łagodnemu i pełnemu wyrozumiałości dla ludzkiej słabości przyzwoleniu naszych czasów na traktowanie Ewangelii jako pewnego symbolu, przenośni, której dzisiaj nie sposób już przyjmować dosłownie?
Gdy ostatnio zapytałem mojego znajomego, szefa agencji reklamowej, czy jest szczęśliwy i czy w swoim życiu realizuje to, w co wierzy, odpowiedział, że łączenie pragnienia wolności i prawdy z codziennością jest niemożliwe i że tak żył będzie dopiero na emeryturze.
Wolna sobota, urlop i emerytura to wynalazki całkiem niedawne. Miejsce dzisiejszych emerytur zajmowało kiedyś wsparcie rodziny albo wspólnoty, która dawała oparcie ludziom starym i słabym. Pracowało się bez urlopu przez całe życie sześć dni w tygodniu. Za to niedziela była naprawdę święta. Dziś człowiek pracuje ponad siły żeby wydawać ponad potrzeby i tęskni, stale tęskni: za weekendem, za urlopem, za emeryturą, żeby wreszcie odpocząć od tego nieznośnego ciężaru, jakim stało się życie.
W jakim momencie dziejów człowieka wezwanie Chrystusa i Jego wiernego naśladowcy Franciszka przestało być aktualne w swoim dosłownym brzmieniu? W którym momencie historii człowiek zapomniał o znikomości swojego ziemskiego życia i o chwale zbawienia i dał sobie prawo do pośpiechu, do smutku, do widzenia w drugim człowieku konkurenta, do samotności, do zatracania się w zabieganiu o rzeczy niepotrzebne, do zapomnienia o swoim największym pragnieniu, jakim jest wieczne szczęście?
Wezwanie świętego Franciszka do naśladowania Chrystusa jest dziś szczególnie aktualne. Jest trudniej niż 800 lat temu, ale - jak mawiał Biedaczyna - właśnie o to chodzi, żeby było trudno.

sobota, 19 czerwca 2010

Rodzina


Był słoneczny sobotni ranek. Wstałem w świetnym nastroju i po krótkiej modlitwie o Boże prowadzenie dłoni zabrałem się za pisanie ikony Świętej Rodziny, którą zacząłem poprzedniego wieczoru. Ikona była zamówiona na ślubny prezent. Byłem podekscytowany, bo kontury postaci, kolory szat i pozłotę nimbów kładłem na 75-letniej czereśniowej desce, którą podarowano mi tydzień wcześniej w Wadowicach. Drzewo ikony zrodziła więc ta sama ziemia, na której urodził się i wychował człowiek, który miłość między mężczyzną i kobietą umieścił wśród największych świętości.

Ikona Świętej Rodziny nie należy do surowego kanonu tradycji bizantyjskiej. Jej historia liczy niecałe 30 lat. Powstała w 1987 na zamówienie ojców Misjonarzy Świętej Rodziny z Kanady w pracowni prawosławnego pisarza ikon. W klasycznej ikonografii, podobnie jak w Piśmie Świętym, Jezus, Maryja i Józef nie są przedstawiani jako typowa wspólnota rodzinna, jakby świętość rodziny Jezusa okryta była mistyczną tajemnicą. Kompozycja ikony i rysy postaci w zestawieniu z doskonałym porządkiem i surowym pięknem klasycznych ikon wydają się tchnąć naiwnym sentymentalizmem. Szybko jednak odganiam te myśli przywołując słowa objawione Faustynie: „Nie w piękności pędzla i farby jest wielkość tego obrazu, tylko w Mojej łasce”. Ikona nie przedstawia rzeczywistości widzialnej. Mimo kanonu, któremu podlega, nie ma być doskonała w swojej materialnej formie. „Piękno Boga nie jest materialne” pisał w „Teologii piękna” największy znawca ikon Paul Ewdokimov. Modlitwa przed ikoną jest jak patrzenie w okno, które łaska Boża otwiera na Bożą rzeczywistość. Może dzisiejszy świat potrzebuje we współczesnej ikonie znaku, w którym świętość rodziny na nowo stanie się fundamentem wiary?

Najważniejszą postacią w kompozycji jest święty Józef . Wypełnia ikonę opiekuńczym gestem objęcia Jezusa i Maryi, jakby w akcie ofiarowania opieki i odpowiedzialności, nawet za cenę niezrozumienia swojej misji. Maryja ufnie przytula się do męża, spoglądając ze smutkiem i troską, jakby wpatrzona już w wizję z proroctwa Symeona. Chrystus ubrany w szatę promieniującą światłem Bożej chwały unosi prawą dłoń w geście błogosławieństwa. W dolnej części kompozycji dłonie całej trójki dążą ku sobie, ale się nie stykają. Ta przestrzeń niezetkniętych dłoni, pokornie oddająca miejsce Bożej tajemnicy, jest znakiem poświęcenia przez rodziców najsilniejszego z ziemskich pragnień dla najświętszego Ciała, które przyniesie zbawienie ludzkości.

„Miłość to prawda uczuć” – napisał Karol Wojtyła w traktacie „Miłość i odpowiedzialność”. Jak odczytać to zdanie dzisiaj, gdy zapracowani rodzice zdobywają uczucia swoich dzieci w hipermarketach a16-letnim córkom kupują antykoncepcję hormonalną, tłumacząc, że to dla dobra wszystkich?
Gdzie dzisiaj jest prawda uczuć? Skąd wziąć siły do walki z pokusami świata, w którym czystość przedmałżeńska wydaje się być poczciwym mitem, naiwną legendą nie przystającą w żaden sposób do współczesnej codzienności?
Miłości nie zastąpią najsilniejsze nawet emocje i wielkie poruszenia, do których tęsknią młodzi ludzie dorastający w odhumanizowanym świecie, gdzie wszystko ma być "dotykalne" i "przeliczalne". Prawdziwe uczucie nie należy do rzeczywistości, w której receptą na spełnienie jest posiadanie a definicją szczęścia jest wolność od trosk. Nawet wieloletnie relacje oparte na bliskości i wzajemnym szacunku pozbawione Prawdy, będą tylko tandetną namiastką Miłości prawdziwej.

Odłożyłem pędzel i spojrzałem jeszcze raz na ikonę. Pomyślałem o domu, w którym mąż zawiesi ją na ścianie. Co w niej zobaczą małżonkowie? „Boże spraw, aby przez ten święty obraz objawiała im się prawda Twojej miłości”.

środa, 9 czerwca 2010

troska

Była wiosna Roku Pańskiego 1222. Od kilku lat liczba braci zwiększała się znacznie, dlatego troskliwy pasterz zwołał ich na kapitułę generalną do świętego miejsca Matki Bożej z Porcjunkuli, aby „na ziemi ubóstwa” (Rdz. 41, 52) wyznaczyć każdemu z nich odpowiednie obowiązki wynikające z posłuszeństwa.

Kiedy więc przybyło do Porcjunkuli ponad pięć tysięcy braci, brakowało tam prawie wszystkiego, co było konieczne do życia. Ale bracia, nie zważając na niedostatek i niewygody, siedząc gromadami wkoło Matki Boskiej Anielskiej, tu czterdziestu, tam stu, ówdzie osiemdziesięciu, zajęci byli pokorną modlitwą i rozmowami o Bogu. Przybył do nich z Rzymu pewien kardynał i widząc braci we łzach, ćwiczących się w miłości i tak cichych i pokornych, że nie było słychać żadnej wrzawy ani zgiełku, sam zapłakał i rzekł z wielką czcią: „Zaprawdę obóz to i wojsko rycerzy Bożych”.
Łożem była im goła ziemia, a niektórzy mieli trochę słomy albo kłodę drzewa jako poduszkę. Świętość braci, którzy dla miłości Chrystusa wyrzekli się wszystkiego, była tak wielka, że z okolicy zeszli się możni panowie, hrabiowie i rycerze, żeby na własne oczy zobaczyć to pokorne zgromadzenie.

Kiedy zebrała się kapituła, Franciszek wygłosił słowo Boże i mówił do nich pięknym głosem to, co Duch Święty mówić nakazywał:
- Krótka jest rozkosz świata, ale męka, która po niej następuje jest wieczna. Szara i niepozorna jest męka tego życia, lecz chwała drugiego życia – nieskończona.
W myśl tych słów Franciszek krzepił braci i nakłaniał do posłuszeństwa i czci dla świętej matki Kościoła, do miłości braterskiej, do wielbienia Boga w każdym człowieku, do cierpliwości w przeciwnościach świata, do umiarkowania w szczęściu, do przestrzegania czystości anielskiej, do pokoju z ludźmi i z własnym sumieniem, do kochania ubóstwa przenajświętszego.
Stało się tak, że słów tych słuchał świety Dominik, głowa zakonu kaznodziejskiego, który z siedmioma braćmi wędrował tamtędy z Burgundii do Rzymu.
Franciszek rzekł:
- Rozkazuję, dla zasługi posłuszeństwa świętego, wam wszystkim tu zgromadzonym, by żaden z was się nie troszczył o nic do jedzenia ani do picia, ani o żadną rzecz konieczną dla ciała, lecz oddawał się tylko modlitwie i chwaleniu Boga. Wszelką troskę o ciało wasze zostawcie Jemu, gdyż On ma szczególne o was staranie.
Bracia przyjęli ten rozkaz z sercem wesołym i radosnym obliczem, a kiedy Franciszek skończył mówić, wszyscy zaczęli się modlić.

Święty Dominik dziwił się jednak bardzo rozkazowi Franciszka i nawet wzburzył się, nazywając go nierozumnym. Jak można kierować tak wielkim zgromadzeniem – rozumował - i nie mieć troski ani starania o rzeczy dla ciała konieczne! Bóg przecież o duszę i o ciało nakazuje się troszczyć!
I oto na ścieżkach wiodących z okolicznych wzgórz pojawili się ludzie prowadzący obładowane osły. To okoliczni mieszkańcy słysząc o zgromadzeniu u Matki Boskiej Anielskiej wieźli chleb, wino, bób, ser i inne rzeczy do jedzenia, których potrzebowali ubodzy Chrystusa. Przynieśli też obrusy, dzbany, kielichy i inne potrzebne naczynia. Szczęśliwszy czuł się ten, który mógł przynieść więcej i służyć pilniej.

Święty Dominik widząc to wszystko i poznawszy, że to Opatrzność Boska karmi braci, uklęknąwszy pokornie przed Franciszkiem wyznał swoją winę i wziąwszy Boga na sędziego przyrzekł, że odtąd przestrzegał będzie świętego ubóstwa.