sobota, 30 stycznia 2010

światło


– Nie potrafisz się pozbierać z klęski, dlatego uciekasz w Boga – z krzywym uśmiechem stwierdziła moja znajoma (sama mówi o sobie: niewierząca Żydówka) patrząc ze zgorszeniem jak sięgam po takie lektury, jak „Wyznania” św. Augustyna czy „Droga przez mrok” Brata Efraima. Przyznawałem jej po cichu rację: tak, nie potrafię sam się podnieść, jestem zbyt słaby. Ale czytałem dalej. Książki łagodziły cierpienie, a wtedy chodziło mi tylko o jedno: złagodzić fizyczny ból, który rozchodził się z miejsca za mostkiem. Rozpaczliwie szukałem pomocy u ojców pustyni, mistrza Eckharta, Ignacego Loyoli, ojca Pio, Thomasa Mertona i Jana Pawła II. Ten ostatni poruszył mnie najbardziej, zwłaszcza jego traktat „Miłość i odpowiedzialność”.
Wtedy przyszła myśl, której się rozpaczliwie chwyciłem: a może jest tak, że w tej dziedzinie, w której Bóg najbardziej nas doświadcza, pozwala nam potem odnaleźć sens i wyprowadza z tego dobro? Dotychczas sam nie zadawałem sobie pytania o cel mojego życia. Tak naprawdę żyłem bez celu. Mówiłem, że kocham, ale robiłem rzeczy, które temu przeczyły. Życie bez celu było życiem bez Boga, bezwładnym unoszeniem się na sztormowej fali: raz na szczycie, raz w ciemnej dolinie. Takie dryfowanie było uleganiem wpływom chwili: poddajesz się wtedy każdemu podmuchowi, bez kierunku, bez siły żeby się o coś naprawdę starać. Podczas skoleń powtarzałem moim kursantom: „Gdy nie znasz portu docelowego, zawsze będą ci wiały niesprzyjające wiatry”. Ale dopiero teraz dotarł do mnie prawdziwy sens tych słów. Świadomość celu jest warunkiem sukcesu. To było odkrycie: skupić wszystkie myśli, całego siebie, na tym co najważniejsze i nigdy nie tracić tego z oczu. Wkrótce potem trafiłem do Gdyni, do ośrodka Jezuitów na pierwszą część rekolekcji ignacjańskich. Z okna domu rekolekcyjnego na wzgórzu miałem widok na port jachtowy, z którego kiedyś wypływałem w morze. Po tygodniu spędzonym na medytacji fragmentów Pisma Świętego i rozmowach z przewodnikiem duchowym, uzyskałem odpowiedzi na kilka ważnych pytań. Wtedy złożyłem obietnicę. I tak – jeszcze o tym nie wiedząc -rozpocząłem moją wędrówkę przez pustynię.
~~
Siedzę na parapecie okna z widokiem na nocną panoramę Zatoki Gdańskiej. Widok ze szczytu Wzgórza św. Stanisława jest niezwykły. Oświetlone okna domów schodzą stąd po zboczu aż do portu jachtowego w dole, który z falochronu miga zielonymi i czerwonymi światłami, pokazując drogę świecącym punkcikom statków rozsypanym po farwaterze.
Księżyc przeświecając zza chmur kładzie na wodzie srebrzystą poświatę, w którą właśnie nieśpiesznie wpływa pasażerski prom, oświetlony jak choinka. W oddali po drugiej stronie zatoki świeci w czerni nocy, delikatnie drżący z tej odległości, równy rząd światełek Helu z jaśniejszym punkcikiem latarni na końcu półwyspu, która miga miarowo białym światłem. Poprzez ciemność nocy latarnia daje świetlne znaki statkom rozrzuconym po zatoce. Po każdym 5-sekundowym błysku światło przygasa na kolejne pięć sekund, żeby znowu zaświecić i znowu przygasnąć, w jednostajnym rytmie poobnym do rytmu dnia i nocy. Ktoś, kto nie zna nocnego pływania po morzu nie wie jak piękne jest dla żeglarza światło latarni, które pokazuje w ciemności drogę do domu.
Przez tysiące lat żeglarze byli przekonani, że księżyc, tak jak gwiazdy, świeci własnym światłem. Dopiero całkiem niedawno okazało się, że to tylko odbite światło słońca. Srebrzysta poświata księżyca, która wydobywa z mroku morza drobne, prawie niewidoczne stąd fale, jest tylko kolejnym odbiciem. Czy zatem wszystko, co widzę, jest tylko serią odbić, odległym i nieprawdziwym przetworzeniem światła, które było na początku? Nie, istnieje przecież źródło. Prawdziwe światło, od którego wszystko się zaczyna. Tylko ono wyznacza kierunek dokąd warto pójść.

luty


Cierpienie. W jakiś sposób staje się fizyczne. Już nie potrafię go znieść. Myśl, żeby wyruszyć w drogę przychodzi jak wybawienie. Zmęczenie rozproszy złe myśli, a zmieniający się krajobraz zasłoni okrutne obrazy wspomnień. Chcę żeby droga była trudna, żeby zmęczenie i niepewność zabiły tamten ból. W drogę wyruszam natychmiast. Bez pieniędzy, zegarka, dokumentów. Mam butelkę wody. Jest luty, nawet nie tak mroźno, tylko mocno wieje. Trudno iść pod wiatr. Twarz kurczy się od zimna. Zmęczenie przychodzi szybko, razem z głodem. Piąta, może ósma godzina drogi. Przysypane lekko śniegiem pole po kapuście. Widzę jedną główkę, która ocalała z jesieni. Obrywam nadgniłe, zmrożone liście, w środku kapusta jest dobra. To na chwilę zaspokaja głód.
Gdy dochodzę do klasztoru jest już noc. Furtę otwiera postawna zakonnica. Ze środka płynie ciepłe powietrze, ustawiam się w jego strumieniu. Głód i zmęczenie, rozmarzając powoli, przemawiają cichym głosem: – Czy znajdę tu nocleg na jedną noc?
Duże oczy analizują mój kostur – A pan tu skąd?
- Z Warszawy. Zimno, mogę wejść?
Zakonnica robi niepewnie dwa kroki w tył, tworząc w korytarzu minimalną przestrzeń. Wchodzę w cudowne ciepło.
- Z Warszawy pan przyszedł? – oczy zakonnicy są niebieskie – Na mrozie, w nocy?
Zmęczenie odtajało już zupełnie, nogi uginają się pode mną, z trudem podejmuję dialog.
- Tak, z Warszawy. Proszę dać mi miejsce, chcę przenocować do rana – odpędzam natrętny obraz gorącej herbaty z cytryną.
- Proszę o dokument tożsamości – zakonnica zmienia postawę, jej głos traci napięcie, jest w nim teraz administracyjny chłód.
- Nie mam dokumentów.
Oczy zakonnicy znowu się powiększają – Jakiś dowód, prawo jazdy…?
- Nie mam. Nie zabrałem.
- A skąd ja mam wiedzieć kim pan jest? A może pana ścigają? Może ucieka pan i tu nam kłopotów narobi? Nie mogę pana wpuścić bez dokumentów.
- Dobrze – wolno zbieram myśli – podam siostrze moje dane z pamięci. Mieszkam w Warszawie, normalnie pracuję, nie jestem bezdomny - chcę już dodać, że ktoś może potwierdzić moją tożsamość telefonicznie, ale przypominam sobie, że wszystkie numery do znajomych zostały w pamięci telefonu…
- Nie, tak nie można. Ja tu za porządek odpowiadam, przykro mi.
- Mam rozumieć, że zostawi mnie siostra na mrozie? – nawet nie atakuję, w głosie jest więcej rezygnacji niż oskarżenia. Zakonnica pochyla się w moją stronę, jej głos zmienia ton:
- Proszę mnie zrozumieć, ja nie mogę bez dokumentów – widzę jej zawahanie – Proszę tu zaczekać – znika za wewnętrznymi drzwiami, zostawiając mnie samego w krótkim korytarzu.
Po chwili wraca w towarzystwie zakonnika we franciszkańskim habicie. Teraz patrzą na mnie dwie pary dużych oczu.
- Nie ma pan żadnych dokumentów? – zakonnik rozpoczyna przesłuchanie od początku.
Patrzę na niego zrezygnowany. Nie mam siły odpowiadać. Chcę wyjść, powstrzymuje mnie mróz na zewnątrz.
- Nie możemy pana przyjąć. Były tu różne przypadki. Bez dokumentów nam nie wolno - w spojrzeniach zakonnika i zakonnicy pojawia się współczucie. Patrzymy na siebie z bezradnością.
I wtedy czuję zbliżającą się pomoc, to nieopisane uczucie, gdy słowa, które za chwilę padną, nie będą naszymi słowami, tylko jakby przejdą przez nas, płynąc z niewidzialnego źródła. Słyszę swój głos:
- Święty Franciszek gdy wędrował po Europie, też nie miał przy sobie dowodu osobistego.
Jestem zdziwiony bezczelnością tych słów, ale to przecież są nie całkiem moje słowa. Dwie pary oczu naprzeciw mnie wypełniają teraz cały korytarz. Zakonnik bełkocze:
- Ale… ale to było osiemset lat temu…
I nagle całe napięcie tej sceny w ciasnym korytarzu gdzieś znika. Wszyscy czujemy odprężenie. Gdyby nie groteskowość sytuacji, wybuchnęlibyśmy śmiechem. Zakonnica przerywa ciszę i przenosząc wzrok z zakonnika na mnie pyta z uśmiechem, który wyraża ulgę całej naszej trójki:
- Ale pieniądze za pokój pan ma?
- Nie mam żadnych pieniędzy.
Wybuchamy jedną salwą śmiechu. Zakonnik klepie mnie po ramieniu kręcąc głową, a zakonnica prowadzi do refektarza, gdzie po chwili podaje mi kolację: gorące kotlety schabowe, sałatkę z pomidorów i cebuli, świeży chleb z masłem. Do herbaty dostaję wyciśnięty sok z cytryny w białym porcelanowym dzbanuszku. Kontrast tych wspaniałości na stole i trudów dzisiejszego dnia sprawia, że w oczach mam łzy. – Panie pobłogosław ten posiłek, tych którzy go przyrządzili… i naucz nas dzielić się radością ze wszystkimi. Amen.

wtorek, 26 stycznia 2010

piątek


Nad szczytem Gubałówki słońce stoi już wysoko, choć w powietrzu czuje się jeszcze świeży chłód poranka. Śnieg na szczytach Tatr wygląda stąd jakby ktoś z fantazją poupinał białe prześcieradła. Wyżej kłębią się chmury jak z malunków na suficie w renesansowym kościele. Brakuje tylko brodatego starca, który wychyla się z obłoku i pokazuje coś wyciągniętą ręką. Przypomina mi się że dzisiaj Wielki Piątek. Nie uśmiechało mi się spędzać Świąt samotnie w Warszawie. Zakopane było jakimś pomysłem, chyba nienajlepszym. Nie czuję się dobrze. Deptak na Gubałówce jest o tej porze jeszcze prawie pusty. Wlokę się w stronę drewnianego kościółka, o którym pamiętam, że stoi kilometr dalej. Kościółek okazuje się małą drewnianą kapliczką z ostro spadzistym dachem, zamknięta żelazną kratą Przez kratę widać skromny ołtarz, a przed nim prosty drewniany krzyż położony na białym płótnie. Odruchowo klękam trzymając się kraty, ale myśli krążą wokół mojej niezdolności do poruszeń. Nie czuję nawet żalu z powodu wewnętrznej pustki. Właściwie niczego nie czuję. W tłumie głośno domagającym się ukrzyżowania Jezusa byłbym milczącym gapiem. Spędzam chwilę na ławce przed kapliczką bezmyślnie mrużąc oczy do słońca, po czym ruszam wolno z powrotem w stronę stacji kolejki. Przy drodze na zboczu góry dostrzegam coś jakby prosty drewniany taras zbity z surowych desek. Rozbieram się do pasa i kładę na wznak na szorstkim rozgrzanym drewnie, kłądąc pod głowę ręce ze zwiniętą koszulą. Mam nad sobą bezludne morze czystego błękitu z jedną płynącą wyspą. Czuję zapach rozgrzanej sosnowej żywicy. Zamykam oczy ze świadomością, że wewnętrzny niepokój nie pozwoli mi tak długo leżeć. Po chwili unoszę się opierając łokcie na deskach i znowu spoglądam na ośnieżone szczty rozciągnięte na całym horyzoncie, spokojne i nieskończenie cierpliwe. Na krótką chwilę przestaję czuć w sercu dźgnięcia zardzewiałych gwoździ samotności. W tym samym momencie na deptaku za moimi plecami zaczyna się ruch. Dolatują do mnie urywane fragmenty rozmów turystów.
- Dobrze, że nie założyłam tej cienkiej bluzki na naramkach... Kupili jej takie ładne, dwupokojowe mieszkanie... Nie ma ich już w Polsce, wyjechali do Kanady.
Ich spojrzenia swędzą mnie na plecach. Przyglądam się mojej niechęci do tych ludzi i zauważam, że w końcu mają prawo tędy przechodzić i rozmawiać o czym im się podoba. Zakładam koszulę. Chyba lepiej będzie jak wrócę na dół. Idąc drogą widzę obok duży, prostąkątny, biały namiot z napisem: „KIERMASZ TANIEJ KSIĄŻKI”. Wchodzę bez zainteresowania między góry książek usypane w wielkich plastikowych koszach. Podnoszę pierwszą z brzegu i czytam przypadkowy fragment. Robi na mnie wrażenie czysty, prosty język najwyraźniej prawdziwej historii. Kolejna książka informuje na obwolucie, że autor długo leczył się psychiatrycznie, wiele podróżował i kilka razy otarł się o śmierć. Odkładam przekonany, że to także bardzo ciekawa pozycja. Patrzę z przestrachem na tysiące książek wysypujących się z koszy. Wydaje mi się, że widzę samych dobrych autorów i zachęcające tytuły naprawdę interesujących powieści. Stoję teraz przy końcu pracującej na najwyższych obrotach taśmy produkcyjnej gigantycznej fabryki książek i staram się nadążyć z podsuwaniem koszy, których jest cały czas za mało, książki sypią się w końcu na mnie i ginę pod nimi jak pod stosem rybnych konserw. Brakuje mi powietrza. Wychodzę z namiotu prosto na słońce, które bezlitośnie odkrywa wszystkie najdrobniejsze szczegóły świata opisywanego na żywo przez niezliczonych autorów zatrudnionych przez fabrykę. Znajduję drewnianą ławę, na którą opadam bez sił i zamykam oczy, ale mam ciągle przed sobą tamtą przemysłową produkcję intymnych przeżyć, samotnych cierpień i niespełnionych miłości. Mogę zrozumieć ludzi piszących dla siebie po to żeby zapełnić wewnętrzną pustkę albo żeby przytłumić ból istnienia. Ale handel pisaniem to dla mnie akt zgniłej zdrady, zohydzenie czystej, niepokornej i nieprzekupnej myśli, którą genialny umysł twórcy zmaterializował w świętym akcie jednokrotnego, niepowtarzalnego stworzenia. Przypomina mi się moje wielkie rozczarowanie gdy dowiedziałem się, że „Zbrodnię i karę” Dostojewski pisał w odcinkach dla jakiejś gazety. Wynalazkiem druku Gutenberg dokonał mordu na prawie każdego z nas do pozostania sam na sam ze swoim wyjątkowym dziełem, którego przecież nikt inny już nie pojmie. Takim samym mordem na uczciwej skromności jest próżność cywilizacyjnego postępu, bezmyślne budowanie miast i tuczący wzrost dobrobytu. Ogarnia mnie paraliżująca niechęć do jakiegokolwiek wysiłku, który będzie częścią tego ślepego pędu do tworzenia zbędnych konstrukcji. Nie chcę nazywać tego lenistwem, wolę żeby to była egzystencjalna niemoc, beznadziejna nadwrażliwość i niepotrzebne prześwietlanie na wylot każdej rzeczy w daremnym poszukiwaniu prawdziwego sensu. Powoli się uspokajam i pozwalam uchodzić ze mnie tej resztce przeszkadzającej energii. Jak balon z nieszczelną powłoką powoli opadam coraz niżej i niżej, aż do miejsc, gdzie znika wszelki niepokój, a mlecznobiała ciemność wokół mnie staje się przyjazna, ciepła i miękka jak miejsce nad nozdrzami konia. Dotknięcie dna jest prawie niezauważalne. Czekam spokojnie aż rozpłyną się ostatnie kształty i kolory. Zawieszony wreszcie bez ruchu w spokoju przyjaznej pustki pozwalam teraz przypłynąć pierwszej myśli, która nie jest wcale przykra ani natrętna. Przyglądam się jej ze spokojem i widzę jak powoli dołączają do niej kolejne, nabierąc kolorów i znaczenia i jak stając się coraz bardziej wyraziste, delikatnymi podmuchami powoli unoszą mój balon, który po chwili znów żegluje wzdłuż upiętych prześcieradeł i obłoków. Rozglądam się teraz za ręką, która wskazałaby mi kierunek.... Ciszę nagle przerywa ostry zgrzyt, który jak bagnet przebija czaszkę. Nie chcę patrzeć w stronę bólu, ale ostry dźwięk dochodzący z dołu jest natarczywy jak syrena alarmowa na statku. Budzę się w hotelowym pokoju, przez zaciągnięte zasłony przebija słońce, które powoli zbliża się do horyzontu. Na szafce obok łóżka dzwoni mój telefon.
- To ja, Wojtek. Dwonię żeby złożyć ci życzenia. – Głos w słuchawce jest całkiem obcy, ale pozwalam mu mówić - Niech Jezus Zmartwychwstały, Światło Życia, prowadzi cię i podnosi z upadków. Błogosławionych Świąt Roman! – Gdy słyszę swoje imię zaczynam kojarzyć właściciela głosu. Wydaje się niemożliwe, żeby po trzech latach odezwał się do mnie ktoś, kogo znałem krótko w jakimś mało znaczącym projekcie. Odpowiadam standardową formułką i opadam na poduszkę. Czuję głód. Wyobraźnia od razu podsuwa mi obraz szaszłyków, które podają prawdziwi górale w restauracji obok hotelu. Znowu wraca myśl, że jest Wielki Piątek i ostatnim wysiłkiem woli postanawiam nic już dzisiaj nie jeść. Nie potrafiąc znaleźć sobie żadnego zajęcia wychodzę na Krupówki. Wchodzę w tłum turystów i bezwiednie kieruje się w dół ulicy. Potrącają mnie rodziny z goframi w rękach. Na szyjach ciężkie aparaty fotograficzne, dzieci ciągnące rodziców w stronę straganów z pamiątkami. Po prawej stronie pojawia się kamienny kościół. Wchodzę po granitowych schodach. Wewnątrz panuje mrok, w ławkach siedzi kilkanaście osób. Gdy siadam, okazuje się że obok przy konfesjonale spowiada się dziewczynka. Nagle pojawia się myśl, żeby uklęknąć i powiedzieć o wszystkim. Zanim jeszcze podejmuję decyzję dziewczynka odchodzi i słyszę z wnętrza ciche ale wyraźne „Proszę”. Nie myśląc o tym co robię podchodzę i klękam przy konfesjonale robiąc znak krzyża.
- Właściwie wszystko jest mi obojętne, nawet Twoje cierpienie dzisiaj... Jestem słaby, niezdolny do wysiłku, skupiony na sobie. Czuję niechęć do świata i do ludzi, ale jednocześnie czegoś od nich potrzebuję... - mój głos układa zgrabne zdania, w których nie ma żarliwości. Myślę, że nie tak powinna wyglądać spowiedź i już chcę sięgnąć do tego, co naprawdę mnie boli, ale widocznie zawieszam głos na zbyt długą chwilę, bo słyszę ze środka spokojny głos:
- Nie modlisz się synu. Jako pokutę odmówisz litanię do imienia Jezus - po czym dobiega mnie szept formuły rozgrzeszenia.
A więc to już? Tak łatwo się wybacza?
Wstaję i chcę skierować się do wyjścia, ale nagle świątynia zapełnia się ludźmi. Widocznie procesja Drogi Krzyżowej weszła do kościoła. Przyglądam się twarzom i ze zdumieniem stwierdzam, że to ci sami ludzie, których widziałem na Gubałówce i Krupówkach. Wyglądają teraz inaczej. Świątynia rozbrzmiewa głosem kapłana:
- Stacja dziesiąta. Jezus z szat obnażony. Panie Jezu, zostałeś obnażony z szat, wystawiony na wyszydzenie, wygnany ze społeczności. Wziąłeś na siebie hańbę i cierpienie tych, którzy są wygnańcami świata. Nie potrafimy tego pojąć ale właśnie tak wypełniasz słowo proroków nadając sens temu, co wydaje się pozbawione znaczenia.
Czuję jak wielki żal, rozchodzący się z miejsca, gdzie kiedyś było serce, zaciska gardło i sprawia, że nie potrafię głośno dołączyć do słów, które dochodzą teraz zewsząd:
- Któryś za nas cierpiał rany...
Na zewnątrz pada lekki deszcz. Krupówki prawie opustoszały. Rozglądam się za ludźmi, ale najwidoczniej schowali się w restauracjach. Idę z podniesioną głową w górę ulicy. Po twarzy spływają mi krople deszcu. Uśmiecham się gdy czuję ich słony smak.

chata


Chowając się za chmurami słońce zabrało kolory lasom i poczerniło asfalt drogi, schodzącej stąd w dolinę łagodnymi seprentynami. Dumne jodły zafalowały pod dotykiem wiatru, który spiesząc dalej zdążył jeszcze uciszyć ptaki nasłuchujące już nadchodzącej burzy.
Trzeci dzień wędruję przez słowackie Karpaty. Spotykam ludzi o jasnych twarzach i pogodnym uśmiechu. Mijam wsie, gdzie bez pośpiechu i oznak bogactwa kolejne pokolenia ciężką pracą upraszają kamienistą ziemię o plon, który pozwoli na skromne życie. Czas płynie tu inaczej. Przydrożne kapliczki i wiejskie kościółki tchną na gospodarzy prostą prawdę, że będzie im się darzyło, jeśli pogodzą się z losem i podziękują za każdą pogodę.
Nabieram w płuca powietrze pachnące już deszczem, poprawiam plecak i przyspieszam kroku schodząc ku dolinie, gdzie wzdłuż drogi na zboczu góry przycupnęło rzędem kilka czarnych chałup.
Mijając pierwsze zabudowania czuję na twarzy pierwsze krople deszczu. Wypatruję znaku, którym jeden z domów zaprosi mnie pod swój dach. Wtedy w jednym z przydomowych ogródków dostrzegam małego jelonka. Z początku biorę go za ogrodową ozdobę. Stoi nieruchomo w odległości kilku metrów przyglądając mi się brązowymi oczami ze spokojem, który kontrastuje z otoczeniem nabrzmiałym nadchodzącą nawałnicą. Sekundy rozciągają się uwięzione między dwoma parami oczu. Nagle wzmaga się szum drzew. Grzmot toczy się po górach z łoskotem lawiny kamieni a ciężkie krople z perlistym grzechotem uderzają w liście. Uwolniony jelonek zgrabnie czmycha pod górę i znika w lesie, a ja przez uchyloną furtkę spiesznie wchodzę na podwórko i chronię się pod dachem z ciemnego gontu. Ucieszony, że znowu na czas znalazłem schronienie z ulgą zdejmuję plecak. Woda lejąc się strumieniami szybko tworzy kałuże, w których rozbryzgują się wielkie krople. Dopiero teraz dostrzegam, że przy domu stoi ciasno otoczona drzewami figura Matki Boskiej. Widzę ją teraz trochę z boku i od tyłu, ale po błękitnej szarfie wokół pasa poznaję Marię z Lourdes. Uśmiecham się i w duchu dziękuję za opiekę.
Zamyślony nie zauważam kiedy na ganku pojawia się biała postać. Szlafrok, jasna twarz w chmurze lekko siwiejących blond włosów, w dłoniach trzyma kubek. Czuję potrzebę usprawiedliwienia się za to wtargnięcie pod cudzy dach, ale nie mam śmiałości przeszkodzić zamyślonej kobiecie, która znad kubka patrzy w strugi deszczu. Jest coś nietutejszego w pociągłych, szlachetnych rysach tej szczupłej kobiety, której wiek trudno odgadnąć, ale zmarszczki wokół oczu wskazują, że przekroczyła piećdziesiątkę. Gdy mnie dostrzega, w jej oczach pojawia się niepewność, lekko skłaniając głowę robi krok w tył i znika wewnątrz domu. Po chwili pojawia się w towarzystwie postawnego mężczyzny, który stając krok przed nią przygląda mi się uważnie. Ma długie włosy związane w kitkę i koszulkę z napisem “Celtic Glasgow”. Wiem, że ze Słowakami można rozmawiać po polsku, więc przepraszam i tłumaczę, że schroniłem się tylko na czas burzy i że pójdę dalej gdy minie ulewa. Pytające spojrzenia kierują się na mój plecak, na którym widać flagę z franciszkańskim krzyżem, słowo “Roma” i cyfry 1626 km. Mężczyzna pyta czy znam angielski, a gdy z szerokim uśmiechem odpowiadam twierdząco widzę ulgę w jego oczach. Oboje zapraszają mnie do środka. Wchodzę do skąpo oświetlonego wnętrza, w którym panuje nieład typowy dla siedzib artystów albo ludzi pochłoniętych jakąś swoją tajemnicą. Łuszcząca się ze ścian tapeta, zapach starego kurzu, wiekowe sprzęty i obrazy na ścianach wskazują, że od dawna niewiele tu się zmieniło. Moją uwagę zwracają obrazy słowackich świętych i Matki Boskiej z Dzieciątkiem na czymś w rodzaju domowego ołtarzyka z tkwiącą w ścianie małą żaróweczką świecącą na czerwono. W kącie stary piec, na nim osmalone garnki a obok na krześle biały elektryczny czajnik – samotny symbol technicznej cywilizacji. Po ścianach biegnie niedbale stara instalacja elektryczna z wiekowymi włącznikami światła, a spod poczerniałych belek sufitu zwisa lampa ze szklanym kloszem, do którego przykleiły się pokolenia martwych owadów. Siadamy przy stole zawalonym jakimiś pudełkami, gazetami, i naczyniami po ostatnim posiłku.
- Jestem Connie – umiechając się szeroko człowiek z kitką wita się po angielsku wyciągając rękę. W jego energicznych gestach i sposobie mówienia jest otwartość i optymizm. Kobieta ma na imię Trudy, jest Holenderką, która dwa lata temu kupiła ten dom opuszczając zatłoczone Niderlandy w poszukiwaniu spokoju i odpowiedzi na życiowe pytania. Gdzieś w Europie poznała swojego szkockiego towarzysza, z którym od roku starają się zadomowić w tym odludnym zakątku. Connie mówi o trudnych początkach ich znajomości z miejscowymi. Nauka słowackiego idzie mu dość opornie, ale najtrudniej jest wchodzić w zwyczaje tej społeczności. - Jeszcze potrwa zanim nas zaakceptują – w jego głosie nie ma wątpliwości, że to w końcu nastąpi. Ma na rękach stare tatuaże, widać sporo w życiu przeszedł. Śmiejąc się opowiada, że kiedyś był ministrantem, ale potem to różnie bywało. Opowiadając swoje historie wśród grzmotów i błyskawic czujemy magię tego spotkania Holenderki, Szkota i Polaka w mrocznej chacie na wsi zagubionej gdzieś w słowackich górach. Samotny pielgrzym w wędrówce do Rzymu nie jest tu bardziej niezwykły od pary przedstawicieli Zachodu, którzy mieli odwagę porzucić wygody cywilizacji i zamieszkali w Karpatach, w chacie pod opieką Maryi. Trudy przyznaje, że w Holandii nigdy nie była religijna. Wspomina jak rok temu próbowała sama zaistalować halogenową żarówkę i spaliła stodołę. Śmieje się, że na pewno ktoś czuwał nad nią, bo ogień nie przeniósł się na dom. Wymieniają ze sobą kilka zdań po holendersku, po czym Connie z przejęciem opowiada historię figury przed domem, którą słyszeli od właścicielki domu. Kiedyś pewna dziewczyna przechodziła tędy podczas strasznej burzy. Przestraszona przystanęła przed figurą żeby się pomodlić i wtedy piorun uderzył w słup z przewodami elektrycznymi, który złamał się u podstawy i druty spadłyby na dziewczynę, gdyby nie figura, na której oparł się spadający słup i to uratowało dziewczynę. Connie mówi z przejęciem, że mieszkańcy pamiętają o tamtym wydarzeniu i kładą tu świeże kwiaty.
W oczach tej dziwnej pary widzę żar, jakby te nowe doświadczenia i trudy były ceną, którą chętnie płacą za odkrywanie kolejnych kart ich prawdziwego życia.