poniedziałek, 16 stycznia 2017

Step


Z drogi przez Rosję. Lipiec 2013

Cóż dla człowieka lepszym sposobem poznania tajemnicy Bóstwa,
aniżeli człowieczeństwo, które Ono przyjęło?

           Bł. Henryk Suzo, „Księga Mądrości przedwiecznej”

Rosyjski step zatraca jak ocean. Linia horyzontu jest cały czas boleśnie daleko. Czasem idę godzinami mając tylko towarzystwo traw i białych brzóz. Gdy staję, słyszę szum krwi w skroniach, poprawiam plecak i uczepiam się drzewa na horyzoncie żeby mieć jakiś punkt odniesienia. W ciszy, która zdaje się teraz podpierać niebo, robię kolejny krok w niepewność.  

Samotność rosyjskiego stepu sprawia, że każde spotkanie z drugim człowiekiem jest niczym święto. Rosjanie mieszkają bardzo skromnie w drewnianych domach z zarośnietymi ogródkami. Nauczyłem się jeść twardą słoninę. Trzeba ją żuć powoli. Zapraszają na nocleg, do łaźni. Pytają czego jeszcze mi potrzeba. Mogę się odwzajemnić tylko obrazkiem Jezusa Miłosiernego. Niektórzy całują go jak ikonę.

Czy pielgrzym, człowiek niezakorzeniony w świecie, ma coś do zaoferowania? A jednak wspólny posiłek u rosyjskiej rodziny rodzi ważną myśl: że nie musimy określać siebie przez dzielące nas różnice. Pielgrzym jest bezbronny, jest w duchowej drodze, prosi o pomoc, dlatego budzi zaufanie. Gdy siadamy do stołu okazuje się, że każdy ma swoją historię, swoją godność i swoje lęki. Różnimy się, ale  nie różnice są teraz najważniejsze. Jemy ten sam chleb. Tą zdumiewającą wspólnotę można dostrzec dopiero w wolności drogi, w wolności od schematów i uprzedzeń, w wolności od lęku przed obcym.
Siedząc przy stole jesteśmy niczym dalecy krewni. Należymy do tej samej wspólnoty, w której kobiety i mężczyźni podają sobie ręce na przywitanie i patrzą sobie prosto w oczy. Wymiana uśmiechów to misterium spotkania.”Spotykam Innego w epifanii jego twarzy” – mówił francuski filozof dialogu Emmanuel Levinas.

Do tego drzewa przede mną mam może pięć kilometrów. To godzina drogi. Powietrze jest bardzo przejrzyste. Daleki horyzont rysuje się ostro. Białe brzozy rosną w kępach. Trzymają się razem.
Chyba tędy kiedyś szła na Moskwę polska husaria i tędy 200 lat póżniej wracała upokorzona armia Francuzów.
- Od wielkości do śmieszności jest tylko mały krok - powiedział po klęsce zadanej przez Rosjan jeden z ministrów Napoleona. Stąd widzę to bardzo wyraźnie. Czy klęskę dumnemu cesarzowi zadali Rosjanie czy ten bezmiar rosyjskiego stepu? Pośrodku oceanu traw wracają wspomnienia moich życiowych porażek, klęsk, które ujawniły moją niewystarczalność, zapatrzenie w siebie, pychę. Teraz już wiem, że były potrzebne, bez nich może nadal odchodziłbym od prawdy o sobie. A teraz? Co o sobie wiem teraz? W jakim punkcie drogi jestem?

Do bramy Optyńskiej Pustelni pod Kozielskiem pukam gdy już jest ciemno. Otwiera mi brodaty mnich patrząc podejrzliwie. Po rosyjsku tłumaczę, że idę do Moskwy, że jestem katolikiem. Mam na kosturze prawosławną ikonę krzyża, mnich patrzy na nią  i po chwili wpuszcza mnie do środka. Prowadzi do prostego pomieszczenia z małym okienkiem i drewnianym łóżkiem. Na ścianie tylko ikona św. Jana Chrzciciela. Po chwili przynosi koce i kolację dla mnie: chleb i rybną konserwę. Mam więc posiłek apostołów.

Nazajutrz Iwan oprowadza mnie po cerkwiach monastyru. Optyńska Pustelnia to wielki kompleks cerkwi otoczony wysokim murem. Dowiaduję się, że to w tych murach NKWD przetrzymywało polskich oficerów przed transportem na egzekucję do Katynia. Iwan pokazuje mi ikony. Przed każdą oddaje trzykrotny pokłon robiąc za każdym razem zamaszysty znak krzyża, który zaczyna się dotknięciem trzema złączonymi palcami czoła, dotyka serca i prowadzi od prawego ramienia do lewego. Ja żegnam się zwyczajnie, tak jak u nas, całą dłonią: czoło, serce, lewe ramię, prawe ramię. Gdy wychodzimy z cerkwi podchodzi do mnie starsza pani w chustce na głowie i zaczyna mi tłumaczyć jak prawidłowo powinno robić się znak krzyża przed ikoną. Chyba zauważyła w cerkwi że, znak krzyża robię inaczej. Pokazuje mi wyrażnie i powoli  wszystkie gesty, oddając pokłony prawie do ziemi. Jest uprzejma, chyba myśli, że nie wiem jak to robić. Gdy kobieta odchodzi, Iwan widząc moje strapienie, rzuca tylko: „Ty kriż diełaj kak tiebie kriestili” (Ty rób znak krzyża tak, jak byłeś chrzczony).

Każdy dom składa się z muru. A mur, dając poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie oddziela, tworzy granicę. Wielokrotnie doświadczałem tej granicy w miastach stojąc przed zamkniętą klatką z domofonem. Ściany powstają żeby ochronić się przed niebezpieczeństwem. Dla pielgrzyma, który każdego wieczoru puka do innego domu prosząc o nocleg, znak otwartych drzwi pochodzi od samego Boga. Człowiek, który otwiera dom nieznajomemu, robi taki sam krok w niepewność, jak pielgrzym wyruszający w drogę bez zabezpieczeń. W Ewangelii przestraszeni uczniowie Jezusa chronią się przed Żydami za zamkniętymi drzwiami Wieczernika. Jezus przechodzi jednak przez zamknięte drzwi i mówi: „Pokój wam”.




piątek, 2 grudnia 2016

Kapelan

Wojtek jest Polakiem od 10 lat mieszkającym w Londynie. Ukończył teologię na KUL-u, a potem filozofię już tutaj, na Uniwersytecie Londyńskim. Pracuje jako świecki kapelan marynarzy w Porcie Tilbury, zatrudniony przez Episkopat Anglii w Apostleship of the Sea Stella Maris (Apostolstwo Morza Stella Maris). Dostaję od niego swój kask ochronny i kamizelkę, Wojtek zabiera mnie na statki, pokazuje swoją pracę wśród marynarzy różnych bander, języków i religii. Odwiedzamy gigantyczny kontenerowiec z Birmy i rorowiec z polsko-ukraińsko-filipińską załogą.

- Tutaj trzeba bardziej być po prostu człowiekiem, wsłuchanym i wyczulonym na problemy i potrzeby drugiego człowieka. Ewangelizacja odbywa się przy okazji, choć przecież o Boga tu cały czas chodzi. Ale On działa też przez okazywanie serca temu kto jest w potrzebie.

Wojtek rozwozi marynarzom karty telefoniczne i do Internetu, pomaga w zakupach, formalnościach, nagłych sprawach, gdy potrzeba konsula albo prawnika. Jest na miejscu gdy trzeba duchowej posługi, pocieszenia, albo zwyczajnej rozmowy. Wręcza obrazki i broszury z Dobrą Nowiną.
- Cieszę się gdy mogę porozmawiać z kimś o Bogu, ale nie mogę się narzucać. Załogi są mieszane. Często Chorwaci dzielą miesiącami jeden pokład z Serbami, Ukraińcy z Rosjanami. Morze stawia wszystkich wobec swojej zmienności i nieprzewidywalności. Marynarz wie, że wobec potęgi żywiołu niewiele zależy od samego człowieka.

Wojtek niedawno się ożenił. Razem z żoną, Milą, dają mi nocleg w swoim małym mieszkaniu w centrum Londynu i mimo protestów kupują wszystko co mi potrzebne na drogę.
W niedzielę Mila ma dyżur w szpitalu, wychodzimy więc we dwóch z Wojtkiem na mszę do katolickiej katedry, a potem Wojtek oprowadza mnie po mieście.

Westminster Abbey w Londynie jest dla Anglików tym, czym dla Polaków jest Wawel. Tu spoczywają królowie, poeci, Darwin i Newton, tutaj koronuje się królów. Kiedyś było to potężne opactwo Benedyktynów, dziś jest to główna świątynia Kościoła Anglikanskiego. W latach 90-tych dokonano renowacji frontu kościoła i umieszczono nad portalem rząd dziesięciu figur przedstawiających największych męczenników chrześcijaństwa XX wieku.
Ku mojemu zdziwieniu rząd świętych otwiera święty Maksymilian Kolbe. Od Mili wiem, że wybierając osoby do tego panteonu anglikanie byli bardzo "picky" - staranni i drobiazgowi. Obok Maksymiliana Martin Luther King, potem biskup Romero z Nikaragui, Dietrich Benhofer niemiecki pastor zamęczony przez hitlerowców tuż przed końcem wojny.

Kult świętych jest mało popularny w kościołach protestanckich, podobnie jak pielgrzymowanie i ikony. Gdy stajemy z Wojtkiem przed okazałym frontem potężnej świątyni akurat otwierane są drzwi – za chwilę odbędą się anglikanskie nieszpory. Turyści są proszeni o nie wchodzenie do środka w czasie modlitwy. Na skierowane do nas w przejściu pytanie o cel wizyty odpowiadamy z Wojtkiem zgodnie: - Prayer. (modlitwa).

Wewnątrz kolejne zaskoczenie. Witają nas bowiem dwie wielkie ikony - zgodnie ze wschodnim porządkiem: po lewej od wejścia Matka Boska Hodegetria, a po prawej Chrystus Pantokrator. Ikony są z pewnością kanoniczne, poznaję świetny warsztat, może dar prawosławnych?
Nie ma czasu się przyglądać, zaraz rozpoczynają się nieszpory.

Modlitwa ma bardzo podniosły charakter, początek na stojąco, dużo śpiewu. Liturgia często odnosi się w pięknych słowach do Matki Bożej. Potem następuje homilia pastora. I tu znowu zaskoczenie bo tematem kazania jest "Czarna Madonna".

To co słyszymy z Wojtkiem z ust protestanckiego pastora daje wyraźnie odczuć, że zbliżenie anglikanów i katolików to proces realnie zachodzący w przestrzeni Kościoła.

Po wyjściu z katedry widzę pastora żegnającego się z wiernymi. Czekam na odpowiedni moment i w końcu podchodzę żeby krótko przedstawić ideę pielgrzymki. Pastor słucha mocno zaciekawiony. Pdodaję mu adres strony i mój mail z prośbą o przesłanie mi tekstu homilii o Czarnej Madonnie. Jesteśmy we trzech mocno poruszeni tym spotkaniem. Na pożegnanie pastor z uśmiechem mówi:
- Ta nasza rozmowa była jak modlitwa.

Nazajutrz dostaję maila:

Dear Roman,

It was great to meet with you yesterday and to learn about your pilgrimage.
The sermon is attached.
As you continue your journey, you will remain in my prayers. Please pray for us!

Every blessing.

Tony

Tony Kyriakides
Chaplain, Westminster Abbey


Drogi Romanie,

Dobrze było cię spotkać i posłuchać o twojej pielgrzymce.
Załączam tekst homilii.
Jestem z tobą w modlitwie w twoim dalszym pielgrzymowaniu. Proszę módl się za nas.

Z błogosławieństwem,

Tony Kyriakides,
Kapelan, Opactwo Westminster

sobota, 22 października 2016

Rozmowa miłosiernego Boga z duszą w rozpaczy
(Dzienniczek św. siostry Faustyny)

Jezus: Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest miłością i miłosierdziem samym.
— Lecz. niestety, dusza pozostaje głucha na wołanie Boże i pogrąża się jeszcze w większych ciemnościach.
— Jezus woła powtórnie: Duszo, usłysz głos miłosiernego Ojca swego.
Budzi się w duszy odpowiedź: Nie ma już dla mnie miłosierdzia. I wpada w jeszcze większą ciemność, w pewien rodzaj rozpaczy, który daje jej pewien przedsmak piekła i czyni ją całkowicie niezdolną do zbliżenia się do Boga.
Jezus trzeci raz mówi do duszy, lecz dusza jest głucha i ślepa, poczyna się utwierdzać w zatwardziałości i rozpaczy. Wtenczas zaczynają się niejako wysilać wnętrzności miłosierdzia Bożego i bez żadnej współpracy duszy daje jej Bóg swą ostateczną łaskę. Jeżeli nią wzgardzi, już ją Bóg pozostawi w stanie, w jakim sama chce być na wieki. Ta łaska wychodzi z miłosiernego Serca Jezusa i uderza swym światłem duszę, i dusza zaczyna rozumieć (83) wysiłek Boży, ale zwrócenie [się do Boga] od niej zależy. Ona wie, że ta łaska jest dla niej ostatnia, i jeżeli okaże jedno drgnienie dobrej woli — chociażby najmniejsze — to miłosierdzie Boże dokona reszty.
— [Jezus:] Tu działa wszechmoc mojego miłosierdzia, szczęśliwa dusza, która skorzysta z tej łaski.
— Jezus: Jak wielką radością napełniło się serce moje, kiedy wracasz do mnie. Widzę cię bardzo słabą, dlatego biorę cię na własne ramiona i niosę cię w dom Ojca mojego.
— Dusza, jakby przebudzona: Czy to możliwe, żeby jeszcze dla mnie było miłosierdzie? — pyta się pełna trwogi.
— Jezus: Właśnie ty, dziecię moje, masz wyłączne prawo do mojego miłosierdzia. Pozwól mojemu miłosierdziu działać w tobie, w twej biednej duszy; pozwól, niech wejdą do duszy promienie łaski, one wprowadzą światło, ciepło i życie.
— Dusza: Jednak lęk mnie ogarnia na samo wspomnienie moich grzechów i ta straszna trwoga pobudza mnie do powątpiewania o Twojej dobroci.
— Jezus: Wiedz, duszo, że wszystkie grzechy twoje nie zraniły mi tak boleśnie serca, jak obecna twoja nieufność; po tylu wysiłkach mojej (84) miłości i miłosierdzia nie dowierzasz mojej dobroci.
— Dusza: O Panie, ratuj mnie sam, bo ginę, bądź mi Zbawicielem. O Panie, resztę wypowiedzieć nie jestem zdolna, rozdarte jest moje biedne serce, ale Ty, Panie...
Jezus nie pozwolił dokończyć tych słów duszy, ale podnosi ją z ziemi, z otchłani nędzy i w jednym momencie wprowadza ją do mieszkania własnego Serca, a wszystkie grzechy znikły 374 w oka mgnieniu, miłości żar zniszczył je.
— Jezus: Masz, duszo, wszystkie skarby mojego serca, bierz z niego, cokolwiek ci potrzeba.
— Dusza: O Panie, czuję się zalana Twoją łaską, czuję, jak nowe życie wstąpiło we mnie, a nade wszystko czuję Twą miłość w mym sercu, to mi wystarcza. O Panie, przez wieczność całą wysławiać będę wszechmoc miłosierdzia Twego; ośmielona Twoją dobrocią, wypowiem Ci wszystek ból serca swego.
— Jezus: Mów, dziecię, wszystko bez żadnych zastrzeżeń, bo słucha cię serce miłujące, serce najlepszego przyjaciela.
— O Panie, teraz widzę całą swoją niewdzięczność i Twoją dobroć. Ścigałeś mnie swoją łaską, a ja udaremniałam wszystkie Twoje wysiłki, widzę, że należało (85) mi się samo dno piekła za zmarnowanie Twych łask.
Jezus przerywa duszy rozmowę — i [mówi]: Nie zagłębiaj się w nędzy swojej, jesteś za słaba, abyś mówiła; lepiej patrz w moje serce pełne dobroci i przejmij się moimi uczuciami, i staraj się o cichość i pokorę. Bądź miłosierna dla innych, jako ja jestem dla ciebie, a kiedy poczujesz, że słabną twe siły, przychodź do źródła miłosierdzia i krzep duszę swoją, a nie ustaniesz w drodze.
— Dusza: Już teraz rozumiem miłosierdzie Twoje, które mnie osłania jak obłok świetlany i prowadzi mnie w dom mojego Ojca, chroniąc mnie przed strasznym piekłem, na które nie raz, ale tysiąc razy zasłużyłam. O Panie, nie wystarczy mi wieczności na godne wysławianie Twojego niezgłębionego miłosierdzia, Twojej litości nade mną.

Rozmowa

Rozmowa miłosiernego Boga z duszą w rozpaczy

Jezus: Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest miłością i miłosierdziem samym.
— Lecz. niestety, dusza pozostaje głucha na wołanie Boże i pogrąża się jeszcze w większych ciemnościach.
— Jezus woła powtórnie: Duszo, usłysz głos miłosiernego Ojca swego.
Budzi się w duszy odpowiedź: Nie ma już dla mnie miłosierdzia. I wpada w jeszcze większą ciemność, w pewien rodzaj rozpaczy, który daje jej pewien przedsmak piekła i czyni ją całkowicie niezdolną do zbliżenia się do Boga.
Jezus trzeci raz mówi do duszy, lecz dusza jest głucha i ślepa, poczyna się utwierdzać w zatwardziałości i rozpaczy. Wtenczas zaczynają się niejako wysilać wnętrzności miłosierdzia Bożego i bez żadnej współpracy duszy daje jej Bóg swą ostateczną łaskę. Jeżeli nią wzgardzi, już ją Bóg pozostawi w stanie, w jakim sama chce być na wieki. Ta łaska wychodzi z miłosiernego Serca Jezusa i uderza swym światłem duszę, i dusza zaczyna rozumieć (83) wysiłek Boży, ale zwrócenie [się do Boga] od niej zależy. Ona wie, że ta łaska jest dla niej ostatnia, i jeżeli okaże jedno drgnienie dobrej woli — chociażby najmniejsze — to miłosierdzie Boże dokona reszty.
— [Jezus:] Tu działa wszechmoc mojego miłosierdzia, szczęśliwa dusza, która skorzysta z tej łaski.
— Jezus: Jak wielką radością napełniło się serce moje, kiedy wracasz do mnie. Widzę cię bardzo słabą, dlatego biorę cię na własne ramiona i niosę cię w dom Ojca mojego.
— Dusza, jakby przebudzona: Czy to możliwe, żeby jeszcze dla mnie było miłosierdzie? — pyta się pełna trwogi.
— Jezus: Właśnie ty, dziecię moje, masz wyłączne prawo do mojego miłosierdzia. Pozwól mojemu miłosierdziu działać w tobie, w twej biednej duszy; pozwól, niech wejdą do duszy promienie łaski, one wprowadzą światło, ciepło i życie.
— Dusza: Jednak lęk mnie ogarnia na samo wspomnienie moich grzechów i ta straszna trwoga pobudza mnie do powątpiewania o Twojej dobroci.
— Jezus: Wiedz, duszo, że wszystkie grzechy twoje nie zraniły mi tak boleśnie serca, jak obecna twoja nieufność; po tylu wysiłkach mojej (84) miłości i miłosierdzia nie dowierzasz mojej dobroci.
— Dusza: O Panie, ratuj mnie sam, bo ginę, bądź mi Zbawicielem. O Panie, resztę wypowiedzieć nie jestem zdolna, rozdarte jest moje biedne serce, ale Ty, Panie...
Jezus nie pozwolił dokończyć tych słów duszy, ale podnosi ją z ziemi, z otchłani nędzy i w jednym momencie wprowadza ją do mieszkania własnego Serca, a wszystkie grzechy znikły 374 w oka mgnieniu, miłości żar zniszczył je.
— Jezus: Masz, duszo, wszystkie skarby mojego serca, bierz z niego, cokolwiek ci potrzeba.
— Dusza: O Panie, czuję się zalana Twoją łaską, czuję, jak nowe życie wstąpiło we mnie, a nade wszystko czuję Twą miłość w mym sercu, to mi wystarcza. O Panie, przez wieczność całą wysławiać będę wszechmoc miłosierdzia Twego; ośmielona Twoją dobrocią, wypowiem Ci wszystek ból serca swego.
— Jezus: Mów, dziecię, wszystko bez żadnych zastrzeżeń, bo słucha cię serce miłujące, serce najlepszego przyjaciela.
— O Panie, teraz widzę całą swoją niewdzięczność i Twoją dobroć. Ścigałeś mnie swoją łaską, a ja udaremniałam wszystkie Twoje wysiłki, widzę, że należało (85) mi się samo dno piekła za zmarnowanie Twych łask.
Jezus przerywa duszy rozmowę — i [mówi]: Nie zagłębiaj się w nędzy swojej, jesteś za słaba, abyś mówiła; lepiej patrz w moje serce pełne dobroci i przejmij się moimi uczuciami, i staraj się o cichość i pokorę. Bądź miłosierna dla innych, jako ja jestem dla ciebie, a kiedy poczujesz, że słabną twe siły, przychodź do źródła miłosierdzia i krzep duszę swoją, a nie ustaniesz w drodze.
— Dusza: Już teraz rozumiem miłosierdzie Twoje, które mnie osłania jak obłok świetlany i prowadzi mnie w dom mojego Ojca, chroniąc mnie przed strasznym piekłem, na które nie raz, ale tysiąc razy zasłużyłam. O Panie, nie wystarczy mi wieczności na godne wysławianie Twojego niezgłębionego miłosierdzia, Twojej litości nade mną.

wtorek, 18 października 2016

Marek

Historia Marka nauczyła nas czegoś ważnego. Klucz do prawdy, do tajemnicy miłosierdzia i sprawiedliwości, niesiemy wszyscy, a właściwie każdy z nas ma jego ważną część. Dopiero razem, we wspólnocie, możemy otworzyć zamknięte drzwi. To takie trudne znosić przywary brata, uświęcać się przez cierpliwe towarzyszenie komuś, z kim się nie zgadzamy, kto nas rani. Ale nie można zejść z tej drogi, jeśli celem jest Chrystus. Ta droga prowadzi czasem przez ofiarę z siebie dla tej osoby, którą odruchowo łatwo odrzucić, która jest dla nas trudna, która zabiera nam pokój, która czasem nas niszczy. Pchając przez trzy miesiące wózek z obrazem Jezusa do Watykanu, Bóg powoli odsłaniał nam swoje Oblicze. Zmęczenie, niepewność, ból -ujawniały naszą nędzę, na codzień ukrytą pod rutyną, wygodą i poczuciem bezpieczeństwa. Opadały maski złudzeń, egoizmu, samozadowolenia. Teraz prawdziwy obraz Boga zaczęliśmy dostrzegać w drugim człowieku. Bolało. Ale tak miało być. Ta droga trwa nadal.

Misja miłosierdzia osiąga cel zawsze w nietypowy sposób. Na początku potrzeba czegoś na granicy szaleństwa żeby uwierzyć, że droga pod górę ma sens, że to się może udać. Potem niemal dzikiej wytrwałości, żeby pokonywać przeciwności, obojętność, wzruszenia ramion, kpiny. To, że udało się zebrać środki, zbudować wehikuł wielkości samochodu, znaleźć chętnych do misji, dojść z Polski przez siedem krajów do Watykanu z nieuszkodzonym obrazem - było wynikiem tak wielu korzystnych zwrotów akcji, że sami z pewnością nie dalibyśmy rady. Sami nie, więc kto pomógł? Skąd przyszły środki? Od kogo przychodziła pomoc w kryzysach? Kto podczas drogi odnajdywał wyjścia z sytuacji po ludzku beznadziejnych? Kto hamował temperamenty „ludzi z przeszłością”, że nie zrobiliśmy sobie nawzajem krzywdy nad przepaściami w Górach Bośni, w załamaniach pogody w Chorwacji, szukając pożywienia czy schronienia w nocy? Obraz Jezusa, którego byliśmy kustoszami, był tylko malunkiem na płótnie, lecz w trudnych chwilach stawał się ruchomym tabernakulum, Arką na trzech kołach. Przez obraz Jezusa Bóg był z nami obecny realnie.

Prawdziwy sukces nie ma miary ilościowej. Tak jest z każdą pielgrzymką. Powodzenie jest rezultatem wytrwałości i wiary gdy znika nadzieja, pokoju wbrew niepokojom, uśmiechu gdy wszystko wskazuje, że nadciąga katastrofa. To jest jak jazda bez siodła na dzikim koniu, któremu na imię Paradoks.
Paradoks miłosierdzia polega na tym, że im trudniej zaakceptować „niepasujący” element, tym większym okazuje się on błogosławieństwem i tym ważniejszy jest dla całości, a może nawet decyduje o powodzeniu misji. Każdy z powołanych jest potrzebny. Każdy jest niezbędną częścią wspólnoty, nieważne jak ciężkim zadaniem będąc dla pozostałych.

Dla nas w drodze do Watykanu tym trudnym elementem był „niepasujący” Marek. Był cały czas jak jątrząca się rana na „zdrowym” ciele wspólnoty wózka. Nie potrafił dostosować się do wspólnych zasad, nie uczestniczył w tej drodze tak, jak według reszty „być powinno”, irytował, prowokował, aż w końcu coś pękło i Marek „sam się wykluczył” i trzy dni wędrował samotnie.
„Przypadkiem” odnaleźliśmy się potem w Asyżu, gdzie po wspólnej modlitwie dostał „nową szansę” i znów zaczęliśmy pchać nasz wózek razem. Marek wrócił do nas jak do domu, jak biblijny syn po samotnej tułaczce. Okazało się że wszyscy czekaliśmy na niego, każdy miał go cały czas w swojej modlitwie. Czy wtedy w Asyżu przyszło uwolnienie? Czy Marek został uzdrowiony? Nie wiemy. Nasza droga trwa dalej. Uzdrowienie od Boga przychodzi w Jego czasie, nie w naszym, ludzkim. Dziś wiemy na pewno, że Marek był i jest nam bardzo potrzebny. W drodze był ważnym elementem wspólnoty. Był dla nas w tej pielgrzymce lekarstwem. Jest nim nadal. Gorzkim lekarstwem. Lekarstwem na niedowiarstwo, na ślepotę, na egoizm. Był jak lustro, w którym mogliśmy dostrzec siebie samych w całej naszej niewystarczalności. Bez niego nie osiągnęlibyśmy celu misji. Bo okazało się, że celem wędrówki Obrazu Jezusa Miłosiernego nie był Watykan ani Kair. Ta droga trwa i nadal szuka zakończenia, w sercu każdego z nas.