Ameryka. Tutaj zaczęla się nowożytna demokracja i wspólczesna ekonomia, tu powstał internet, który zmienia świat. Tutaj przeważyły się losy dwóch wojen światowych, stąd wędrują na cały świat produkty hollywoodzkiej "fabryki snów" i techniczne gadżety Krzemowej Doliny. Tutaj urodził się Martin Luther King i tu zbudowano najokrutniejszą bombę w dziejach.
Kraj założony przez Europejczyków, którzy przekraczając kolejne "frontiers" przestali być Europejczykami, dokonując zagłady Indian wchłonęli legendę Wielkich Równin i do dziś pokonują kolejne granice wpływając na świat, także wbrew woli wielu, którzy chcą żyć inaczej.
Stany Zjednoczone Ameryki to koło zamachowe globalizacji, przed którą nie ukryje się dziś już nigdzie w świecie żaden nomad ani pustelnik. Kraj wielkich możliwości a jednocześnie ogromna przestrzeń biedy i chorób cywilizacyjnych, wielkich karier i wielkich nierówności. Ojczyzna walki o prawa człowieka i jednocześnie największy rynek zbytu narkotyków, legendarna przestrzeń wolności i siedlisko potężnych zniewoleń.
Czy dzisiejsza Ameryka po kilkusetletnim okresie wzrostu i prosperity chyli się ku upadkowi, oddając powoli pozycję światowego lidera nowym globalnym potęgom? Czy z "amerykańskiego snu" przebudzą się milony Amerykanów zaskocznych że ich cudowny świat był zaledwie "Matrixem"?
Gdzieś pośrodku Atlantyku wyprawa Kolumba stanęla przed pytaniem czy wystarczy zapasów żeby osiągnąć brzeg, w którego istnienie tylko wierzyli. Stąd jeszcze mogli bezpiecznie zawrócić do Hiszpanii. Popłynęli jednak dalej ryzykując śmierć. Przekroczenie tej niewidzialnej granicy pozwoliło odkryć nowy kontynent, jednak inny niż się spodziewali.
Pokonanie w pieszej pielgrzymce kontynentu Ameryki Pólnocnej z zachodu na wschód i z południa na pólnoc przypomina tamto mierzenie się z oceanem.
Bezkres pustynnej Nevady, wielkie równiny Arizony, niekończące się pola Utah. Droga przez amerykański ocean od Pacyfiku do Atlantyku i od Meksyku do Kanady to wpłynięcie w ten bezkres i w tą samotność z którymi zetknął się Kolumb. Decyzja o przekroczeniu niewidzialnej granicy może i tym razem zadecydować o życiu lub śmierci. Jednak bardziej niż o tysiące mil i fizyczną przestrzeń chodzi tu o prawdziwy cel tej drogi. Co ma odkryć ta misja? Jaki ma osiągnąć cel?
"Across America" to nazwa która przyszła w modlitwie. Gra słow "poprzez Amerykę - krzyż Ameryki" coś mówi. Z San Francisco do Nowego Jorku i z meksykańskiego Guadeloupe do kanadyjskiego Sasketchewan. Czy ta droga jest potrzebna? Komu? Czy nie jest tylko sportowym wyzwaniem ludzi, którzy nie potrafią się zatrzymać i szukają dla siebie kolejnych wyzwań? A może ten Krzyż o ramionach liczących po 5 tys. km trzeba ponieść po to żeby Ameryka odkryła go na nowo? I żeby Ameryka odkryła na nowo sama siebie? Wtedy "Krzyża Ameryki" nie nieślibyśmy już tylko w swoim własnym imieniu ale też w imieniu tych wszystkich na calym świecie, którzy wierzą w ideał prawdziwej wolności. Nie mamy ambicji zmieniać świata. Modlimy się tylko nogami o Milosierdzie. Obdarowani kiedyś prawdziwą wolnością wyruszamy po to, żeby nią się dzielić. Wolnością, która przekracza wszelkie granice, która nie mieści się w przestrzeniach wirtualnych i której nie ogarnie żadna z naukowych teorii postępu. Tą wolnością, która nie jest fikcją, ktora nadal jest wielkim amerykanskim snem.
Dziennik nieregularny z pieszej pielgrzymki, która rozpoczęła się 3 lipca 2011 roku w Jerozolimie, osiągnęła Asyż 27 października i trwa nadal... Mapa drogi dostępna na stronie www.idzieczlowiek.pl
czwartek, 13 października 2016
wtorek, 11 października 2016
Otchłań
O. Grzegorz, gwardian klasztoru franciszkanów, zlecił mi odnowienie oblicza Jezusa na wielkiej ikonie Krzyża w kaplicy klasztoru. Niemal 3-metrowy krzyż musieliśmy zdejmować ze ściany we trzech żeby położony na płasko na klęcznikach mógł być poddany renowacji. Przez lata postać Jezusa pociemniała a farba w wielu miejscach zaczęła sie łuszczyć. Zgodnie z kanonem ikona nie może być ciemna, powinna zawsze nieść światło.
Po modlitwie o szczerość intencji i trafność przedstawienia i po błogosławieństwie ojca gwardiana zabrałem się do pracy. Nigdy dotąd nie miałem okazji oglądać tej ikony w naturanych rozmiarach z tak bliskiej odległości. Detale obrazu uderzyły mnie swoją głęboką symboliką. Śledzenie twarzy postaci pod krzyżem niemal realnie przeniosło mnie na jerozolimską Golgotę: zapatrzony w Jezusa setnik, Maria Magdalena w pozie wielkiego smutku, Jan i Maryja. Było też kilka zaskoczeń: np. malarz nie umieścił przy nodze Jezusa sylwetki koguta (tego, który przypomniał Piotrowi trzykrotne zaparcie się swojego Nauczyciela), który jest obecny na oryginale ikony w Katedrze św. Klary w Asyżu. Korzystając z dokumentacji fotograficznej odtworzyłem koguta rozmyślając o tym jak sam zachowałbym się w chwili ostatecznej próby.
Dzień po dniu przychodząc do kaplicy i pochylając się nad drewnem ikony, wchodziłem w wielką tajemnicę cierpienia dziwnie połączonego tutaj z radością Zmartwychwstania bo ikona Krzyża z San Damiano ukazuje Jezusa już zmartwychwstałego, choć fizycznie jeszcze na krzyżu. To jedna z tajemnic ikony, dla której czas nie ma znaczenia, ciemność nie istnieje, a życie przekraczając granicę śmierci osiąga pełnię w wieczności.
Pod stopami Jezusa, w miejscu gdzie krew z ran powinna skapywać do otchłani, odkryłem dziwne pole pokryte biało-niebieskimi pasami, trójkąt z literą “P” i pięciocyfrowy numer. Od razu domyśliłem się, że to obozowa symbolika Auschwitz. Co robiły te znaki na ikonie, której pierwowzór powstał tysiąc lat temu? Tajemnicę wyjaśniła zawartość wnęki przykrytej szklaną płytką. Były tam umieszczone relikwie: fragmenty muru z bunkra głodowego w Auschwitz, w którym zginął św. Maksymilian Kolbe i kamień z katakumb rzymskich męczenników z czasu początków chrześcijaństwa. Zdumiał mnie odważny pomysł zastąpienia na ikonie piekła przez symbol obozu zagłady, w którym dokonała sie być może największa w historii ludzkości próba unicestwienia godności człowieka i skąd do dziś śladami dawnych krematoryjnych dymów biegnie do nieba pytanie o sens ludzkiego cierpienia i śmierci.
Kilka dni po ukończeniu renowacji ikony w klasztornej bibliotece znalazłem książkę Viktora Frankla, jak się okazało austriackiego psychiatry, który przeżył koszmar Auschwitz. Obozowe doświadczenia o dziwo nie tylko nie odebrały mu wiary w sens życia człowieka, ale pozwoliły uformować naukową koncepcję logoterapii (od "Logosu", głównej zasady świata) która w skrócie polega na tym, że że człowiek, aby żyć i osiągać z życia satysfakcję potrzebuje odnaleźć swój własny sens, który pomoże mu przetrwać każde cierpienie i każdy trud związany z życiem. Według tej koncepcji cierpienie, także to posunięte do ostatnich granic, nie tylko nie podważa sensu ludzkiej egzystencji, ale może mieć działanie zbawcze i przenieść ocalony sens w wyższy wymiar.
Fragmenty książki Viktora E. Frankla “W poszukiwaniu sensu”
„Nagle poraziła mnie pewna myśl, po raz pierwszy w życiu objawiła mi się prawda po tylekroć wplatania w pieśni poetów i ogłaszana najwyższą mądrością przez filozofów, a mianowicie, że miłość jest najwyższym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek".
"Zrozumiałem, że nawet ktoś, komu wszystko na świecie odebrano, wciąż może zaznać prawdziwego szczęścia, choćby nawet przez krotką chwilę, za sprawą kontemplacji tego, co najbardziej ukochał.”
„W miarę nasilania się wewnętrznych przeżyć więźnia, jak nigdy wcześniej przeżywał on również piękno sztuki i natury.”
„Próba rozwijania własnego poczucia humoru i stałe uczenie się, aby patrzeć na otaczający nas świat z pełnym dystansu rozbawieniem.”
„Pokuszę się na tym miejscu o następującą analogię: z ludzkim cierpieniem jest jak z gazem. Jeśli wpuścić pewną jego ilość do zamkniętego pomieszczenia, gaz wypełni je w sposób równomierny i całkowity, bez względu na jego rozmiary. Podobnie cierpienie całkowicie „wypełnia” duszę i świadomość człowieka, bez względu na to czy cierpimy ogromnie, czy też tylko trochę. Dlatego też „rozmiar” ludzkiego cierpienia jest pojęcia najzupełniej względnym.”
„My, którzy byliśmy więźniami w obozach koncentracyjnych dobrze pamiętamy ludzi wędrujących od baraku do baraku, pocieszających towarzyszy niedoli, ofiarujących im ostatni kawałek chleba. Nie było ich zbyt wielu, lecz stanowią wystarczający dowód na to, że człowiekowi można odebrać wszystko z wyjątkiem jednego – ostatniej z ludzkich swobód: swobody wyboru swojego postępowania w konkretnych okolicznościach, swobody wyboru swojej własnej drogi.(..)
Zasadniczo zatem każdy człowiek jest w stanie – nawet w tak skrajnych okolicznościach – decydować o tym, kim się stanie, zarówno pod względem psychicznym, jak i duchowym. ..
“Spośród tysięcy więźniów tylko nielicznym udało się zachować swoją wewnętrzną wolność i traktować cierpienie jako okazję do duchowego rozwoju, lecz nawet pojedynczy przykład stanowi wystarczający dowód na to, że dzięki wewnętrznej sile można wznieść się ponad wszystko, co przyniesie los.”
„Jak już podkreśliłem, stan psychiczny więźnia był w ostatecznym rozrachunku nie tyle skutkiem wyżej wymienionych czynników psychofizycznych, ile wynikiem świadomie podjętej decyzji. (..) Człowiek, który nie dostrzegał końca swojej „tymczasowej egzystencji”, nie był w stanie dążyć do jakiegokolwiek celu. (..) Nie widząc dla siebie w przyszłości żadnego celu, do którego miałby dążyć, więzień obozu upadał na duchu i pogrążał się w retrospektywnych rozmyślaniach. (..) Odrealnianie naszej „tymczasowej egzystencji” było samo w sobie ważnym powodem, dla którego więźniowie tracili chęć do dalszego życia – z tej perspektywy bowiem wszystko wydawało się pozbawione sensu.
„Więzień, który stracił wiarę w przyszłość – w swoją przyszłość – był skazany na zagładę. Wraz z utratą wiary w przyszłość tracił jednocześnie swoją orientację duchową. Rezygnując z walki o samego siebie, popadał w psychiczną i fizyczną ruinę.(..)
Początkiem wszelkich prób wskrzeszenia w człowieku jego wewnętrznej siły musiało być wskazanie mu jakiegoś celu w życiu. (..) Sami musieliśmy się uczyć, a następnie przekazywać zrozpaczonym towarzyszom, że nie liczy się to, czego my oczekujemy od życia, ale to czego życie oczekuje od nas. Musieliśmy przestać zadawać sobie pytania o sens naszej egzystencji, a w zamian nauczyć się myśleć o sobie jak o ludziach poddawanych przez życie – w każdej godzinie dnia – nieustannemu egzaminowi.(..) Ostatecznie życie sprowadza się do wzięcia na siebie odpowiedzialności za znalezienie właściwego rozwiązania problemów i zadań, jakie stale stawia ono przed każdym z nas.”
„Kiedy uświadomimy sobie, że nie da się zastąpić jednego człowieka drugim, rola odpowiedzialności jaką ponosimy za własne życie i jego podtrzymywanie, ukaże się nam w całej swej wielkości. Człowiek, który zda sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką ma wobec innej istoty ludzkiej, która go kocha i z niecierpliwością wyczekuje jego powrotu, albo wobec jakiejś nieukończonej pracy, nigdy nie będzie zdolny odebrać sobie życia. Wie już, dlaczego żyje, a to pozwoli mu znieść to, jak żyje.”
Fragmenty książki Viktora E. Frankla “W poszukiwaniu sensu”
Po modlitwie o szczerość intencji i trafność przedstawienia i po błogosławieństwie ojca gwardiana zabrałem się do pracy. Nigdy dotąd nie miałem okazji oglądać tej ikony w naturanych rozmiarach z tak bliskiej odległości. Detale obrazu uderzyły mnie swoją głęboką symboliką. Śledzenie twarzy postaci pod krzyżem niemal realnie przeniosło mnie na jerozolimską Golgotę: zapatrzony w Jezusa setnik, Maria Magdalena w pozie wielkiego smutku, Jan i Maryja. Było też kilka zaskoczeń: np. malarz nie umieścił przy nodze Jezusa sylwetki koguta (tego, który przypomniał Piotrowi trzykrotne zaparcie się swojego Nauczyciela), który jest obecny na oryginale ikony w Katedrze św. Klary w Asyżu. Korzystając z dokumentacji fotograficznej odtworzyłem koguta rozmyślając o tym jak sam zachowałbym się w chwili ostatecznej próby.
Dzień po dniu przychodząc do kaplicy i pochylając się nad drewnem ikony, wchodziłem w wielką tajemnicę cierpienia dziwnie połączonego tutaj z radością Zmartwychwstania bo ikona Krzyża z San Damiano ukazuje Jezusa już zmartwychwstałego, choć fizycznie jeszcze na krzyżu. To jedna z tajemnic ikony, dla której czas nie ma znaczenia, ciemność nie istnieje, a życie przekraczając granicę śmierci osiąga pełnię w wieczności.
Pod stopami Jezusa, w miejscu gdzie krew z ran powinna skapywać do otchłani, odkryłem dziwne pole pokryte biało-niebieskimi pasami, trójkąt z literą “P” i pięciocyfrowy numer. Od razu domyśliłem się, że to obozowa symbolika Auschwitz. Co robiły te znaki na ikonie, której pierwowzór powstał tysiąc lat temu? Tajemnicę wyjaśniła zawartość wnęki przykrytej szklaną płytką. Były tam umieszczone relikwie: fragmenty muru z bunkra głodowego w Auschwitz, w którym zginął św. Maksymilian Kolbe i kamień z katakumb rzymskich męczenników z czasu początków chrześcijaństwa. Zdumiał mnie odważny pomysł zastąpienia na ikonie piekła przez symbol obozu zagłady, w którym dokonała sie być może największa w historii ludzkości próba unicestwienia godności człowieka i skąd do dziś śladami dawnych krematoryjnych dymów biegnie do nieba pytanie o sens ludzkiego cierpienia i śmierci.
Kilka dni po ukończeniu renowacji ikony w klasztornej bibliotece znalazłem książkę Viktora Frankla, jak się okazało austriackiego psychiatry, który przeżył koszmar Auschwitz. Obozowe doświadczenia o dziwo nie tylko nie odebrały mu wiary w sens życia człowieka, ale pozwoliły uformować naukową koncepcję logoterapii (od "Logosu", głównej zasady świata) która w skrócie polega na tym, że że człowiek, aby żyć i osiągać z życia satysfakcję potrzebuje odnaleźć swój własny sens, który pomoże mu przetrwać każde cierpienie i każdy trud związany z życiem. Według tej koncepcji cierpienie, także to posunięte do ostatnich granic, nie tylko nie podważa sensu ludzkiej egzystencji, ale może mieć działanie zbawcze i przenieść ocalony sens w wyższy wymiar.
Fragmenty książki Viktora E. Frankla “W poszukiwaniu sensu”
„Nagle poraziła mnie pewna myśl, po raz pierwszy w życiu objawiła mi się prawda po tylekroć wplatania w pieśni poetów i ogłaszana najwyższą mądrością przez filozofów, a mianowicie, że miłość jest najwyższym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek".
"Zrozumiałem, że nawet ktoś, komu wszystko na świecie odebrano, wciąż może zaznać prawdziwego szczęścia, choćby nawet przez krotką chwilę, za sprawą kontemplacji tego, co najbardziej ukochał.”
„W miarę nasilania się wewnętrznych przeżyć więźnia, jak nigdy wcześniej przeżywał on również piękno sztuki i natury.”
„Próba rozwijania własnego poczucia humoru i stałe uczenie się, aby patrzeć na otaczający nas świat z pełnym dystansu rozbawieniem.”
„Pokuszę się na tym miejscu o następującą analogię: z ludzkim cierpieniem jest jak z gazem. Jeśli wpuścić pewną jego ilość do zamkniętego pomieszczenia, gaz wypełni je w sposób równomierny i całkowity, bez względu na jego rozmiary. Podobnie cierpienie całkowicie „wypełnia” duszę i świadomość człowieka, bez względu na to czy cierpimy ogromnie, czy też tylko trochę. Dlatego też „rozmiar” ludzkiego cierpienia jest pojęcia najzupełniej względnym.”
„My, którzy byliśmy więźniami w obozach koncentracyjnych dobrze pamiętamy ludzi wędrujących od baraku do baraku, pocieszających towarzyszy niedoli, ofiarujących im ostatni kawałek chleba. Nie było ich zbyt wielu, lecz stanowią wystarczający dowód na to, że człowiekowi można odebrać wszystko z wyjątkiem jednego – ostatniej z ludzkich swobód: swobody wyboru swojego postępowania w konkretnych okolicznościach, swobody wyboru swojej własnej drogi.(..)
Zasadniczo zatem każdy człowiek jest w stanie – nawet w tak skrajnych okolicznościach – decydować o tym, kim się stanie, zarówno pod względem psychicznym, jak i duchowym. ..
“Spośród tysięcy więźniów tylko nielicznym udało się zachować swoją wewnętrzną wolność i traktować cierpienie jako okazję do duchowego rozwoju, lecz nawet pojedynczy przykład stanowi wystarczający dowód na to, że dzięki wewnętrznej sile można wznieść się ponad wszystko, co przyniesie los.”
„Jak już podkreśliłem, stan psychiczny więźnia był w ostatecznym rozrachunku nie tyle skutkiem wyżej wymienionych czynników psychofizycznych, ile wynikiem świadomie podjętej decyzji. (..) Człowiek, który nie dostrzegał końca swojej „tymczasowej egzystencji”, nie był w stanie dążyć do jakiegokolwiek celu. (..) Nie widząc dla siebie w przyszłości żadnego celu, do którego miałby dążyć, więzień obozu upadał na duchu i pogrążał się w retrospektywnych rozmyślaniach. (..) Odrealnianie naszej „tymczasowej egzystencji” było samo w sobie ważnym powodem, dla którego więźniowie tracili chęć do dalszego życia – z tej perspektywy bowiem wszystko wydawało się pozbawione sensu.
„Więzień, który stracił wiarę w przyszłość – w swoją przyszłość – był skazany na zagładę. Wraz z utratą wiary w przyszłość tracił jednocześnie swoją orientację duchową. Rezygnując z walki o samego siebie, popadał w psychiczną i fizyczną ruinę.(..)
Początkiem wszelkich prób wskrzeszenia w człowieku jego wewnętrznej siły musiało być wskazanie mu jakiegoś celu w życiu. (..) Sami musieliśmy się uczyć, a następnie przekazywać zrozpaczonym towarzyszom, że nie liczy się to, czego my oczekujemy od życia, ale to czego życie oczekuje od nas. Musieliśmy przestać zadawać sobie pytania o sens naszej egzystencji, a w zamian nauczyć się myśleć o sobie jak o ludziach poddawanych przez życie – w każdej godzinie dnia – nieustannemu egzaminowi.(..) Ostatecznie życie sprowadza się do wzięcia na siebie odpowiedzialności za znalezienie właściwego rozwiązania problemów i zadań, jakie stale stawia ono przed każdym z nas.”
„Kiedy uświadomimy sobie, że nie da się zastąpić jednego człowieka drugim, rola odpowiedzialności jaką ponosimy za własne życie i jego podtrzymywanie, ukaże się nam w całej swej wielkości. Człowiek, który zda sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką ma wobec innej istoty ludzkiej, która go kocha i z niecierpliwością wyczekuje jego powrotu, albo wobec jakiejś nieukończonej pracy, nigdy nie będzie zdolny odebrać sobie życia. Wie już, dlaczego żyje, a to pozwoli mu znieść to, jak żyje.”
Fragmenty książki Viktora E. Frankla “W poszukiwaniu sensu”
sobota, 3 września 2016
wytrwać
W swojej transcendentnej (przekraczającej) relacji do Boga człowiek jest istotą tak wyjątkową i tak obdarowaną, że nie można za pomocą słów opisać jego godności, wielkości i wyjątkowości. Każdy człowiek bez wyjątku. Każdy stale odbija obraz swojego Stwórcy, dana mu jest łączność z Jego doskonałością, dlatego więź między tymi dwojgiem jest niepojęta, nie poddająca się zrozumieniu czy opisowi.
Człowiek pozbawiony tej relacji staje się istotą zagubioną, pochodzącą znikąd, żyjącą bez celu i zmierzającą nie wiadomo dokąd. Człowiek bez relacji z Bogiem upada w nicość. Człowiek może istnieć tylko w relacji do Boga. Tworzenie sobie Jego namiastek prowadzi do gorzkich rozczarowań i bolesnych upadków. Jednocześnie Bóg pozostaje cały czas dla człowieka wielką tajemnicą i wielkim wyzwaniem: nieogarniony, odwieczny, wszechmocny i jednocześnie bliski, czuły i kochający. Każda chwila utraty więzi z Bogiem jest wejściem w mrok, niepewność, jest utratą gruntu pod stopami, utratą tożsamości. Jednocześnie przez tajemnicę Bożego Miłosierdzia czas ciemności jest zaproszeniem do powrotu, do odnowienia relacji. Im dłużej trwa rozłąka, im większe tworzy napięcie i ból, tym większą rodzi tęsknotę i tym większym napełnia pragnieniem aby znów doświadczyć Obecności. Czasem pustka trwa długo, niemal wiecznie.
Z zapisków Matki Teresy z Kalkuty:
„Gdzie jest moja wiara? Nawet głęboko... nie ma niczego prócz pustki i ciemności... Jeśli jest Bóg – niech mi wybaczy. Kiedy staram się wznieść moje myśli do Nieba, napotykam na tak wielką pustkę, że te myśli wracają jak ostre noże i ranią moją duszę... Jak wielki jest ten nieznany ból – nie mam wiary. Odraza, pustka, brak wiary, brak miłości, brak zapału... Po co to wszystko? Jeśli nie ma Boga, nie ma i duszy. Więc jeśli nie ma duszy, Jezu, Ty też nie jesteś prawdziwy....”
Skąd brać siłę do trwania w kryzysach? Jak zachować wtedy wiarę? W depresji, rozpaczy, bólu - znika modlitwa. To pytanie pojawia się czasem w drodze, gdy po ludzku nie ma już nadziei: „Czy tak wygląda koniec?” Czy brak ziemskich perspektyw na poprawę losu oznacza ostateczny koniec, pustkę?
Święci znajdują na to odpowiedź. Odpowiedzią jest transcendentna relacja człowieka do Boga, więź, która raz stworzona, nie znika nigdy. Gdy znika ludzka nadzieja, wtedy zostaje jeszcze „nadzieja wbrew nadziei”. Tą drogę odnalazła Matka Teresa, która była pogrążona w ciemności przez wiele lat. Wytrwała.
Jutro w Watykanie zostanie ogłoszona świętą.
Człowiek pozbawiony tej relacji staje się istotą zagubioną, pochodzącą znikąd, żyjącą bez celu i zmierzającą nie wiadomo dokąd. Człowiek bez relacji z Bogiem upada w nicość. Człowiek może istnieć tylko w relacji do Boga. Tworzenie sobie Jego namiastek prowadzi do gorzkich rozczarowań i bolesnych upadków. Jednocześnie Bóg pozostaje cały czas dla człowieka wielką tajemnicą i wielkim wyzwaniem: nieogarniony, odwieczny, wszechmocny i jednocześnie bliski, czuły i kochający. Każda chwila utraty więzi z Bogiem jest wejściem w mrok, niepewność, jest utratą gruntu pod stopami, utratą tożsamości. Jednocześnie przez tajemnicę Bożego Miłosierdzia czas ciemności jest zaproszeniem do powrotu, do odnowienia relacji. Im dłużej trwa rozłąka, im większe tworzy napięcie i ból, tym większą rodzi tęsknotę i tym większym napełnia pragnieniem aby znów doświadczyć Obecności. Czasem pustka trwa długo, niemal wiecznie.
Z zapisków Matki Teresy z Kalkuty:
„Gdzie jest moja wiara? Nawet głęboko... nie ma niczego prócz pustki i ciemności... Jeśli jest Bóg – niech mi wybaczy. Kiedy staram się wznieść moje myśli do Nieba, napotykam na tak wielką pustkę, że te myśli wracają jak ostre noże i ranią moją duszę... Jak wielki jest ten nieznany ból – nie mam wiary. Odraza, pustka, brak wiary, brak miłości, brak zapału... Po co to wszystko? Jeśli nie ma Boga, nie ma i duszy. Więc jeśli nie ma duszy, Jezu, Ty też nie jesteś prawdziwy....”
Skąd brać siłę do trwania w kryzysach? Jak zachować wtedy wiarę? W depresji, rozpaczy, bólu - znika modlitwa. To pytanie pojawia się czasem w drodze, gdy po ludzku nie ma już nadziei: „Czy tak wygląda koniec?” Czy brak ziemskich perspektyw na poprawę losu oznacza ostateczny koniec, pustkę?
Święci znajdują na to odpowiedź. Odpowiedzią jest transcendentna relacja człowieka do Boga, więź, która raz stworzona, nie znika nigdy. Gdy znika ludzka nadzieja, wtedy zostaje jeszcze „nadzieja wbrew nadziei”. Tą drogę odnalazła Matka Teresa, która była pogrążona w ciemności przez wiele lat. Wytrwała.
Jutro w Watykanie zostanie ogłoszona świętą.
czwartek, 1 września 2016
dom
Co może zaproponować światu pielgrzym, człowiek bez domu, stale borykający się z niepewnością jutra? Dla wędrowca, który przekracza wiele granic, jest uczestnikiem różnych kultur i przyjmuje chleb z wielu rąk, niepewność staje się codziennością. Ale pierwszą zasadą drogi jest wiara. Bez niej pielgrzym zgubiłby się w ciemności albo we mgle. To wiara podnosi go i prowadzi. Modlitwa nogami jest codziennym przekraczaniem granic i stawaniem wobec wstrząsającej prawdy o Bogu i o mnie samym, że oto jesteśmy tu razem: On i ja, bez barier, nic nas nie rozdziela. I w tym spotkaniu stale rodzi się pytanie: czy mój kierunek jest drogą do Niego czy ucieczką, pełnieniem Jego woli czy wygodnym odchodzeniem od mojej powinności? Pielgrzymka to pytanie o prawdę.
Czy człowiek niezakorzeniony w świecie ma coś do zaoferowania? A jednak wspólny posiłek w domu muzułmanów, żydów czy u prawosławnego mnicha, niesie bardzo ważną ideę: że nie musimy definiować siebie przez dzielące nas różnice. Pielgrzym jest bezbronny, jest w duchowej drodze, prosi o pomoc, dlatego budzi zaufanie. Gdy siadamy do stołu okazuje się, że każdy ma swoją historię, swoją godność i swoje lęki: Palestyńczyk z Jerycha i żyd z Hajfy, Kurd z Mersin, Turek z Izmiru i Grek z Nicosii. Ale tą zdumiewającą wspólnotę ludzkiej rodziny można dostrzec dopiero w wolności pielgrzyma, w wolności od schematów i uprzedzeń, w wolności od przywiązań. Za tą wolność pielgrzym płaci wysoką cenę.
Nie ma ziemskiego domu, który nie składałby się z muru. A mur, dając poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie oddziela, tworzy granicę. Wielokrotnie doświadczałem tego w miastach stając przed zamkniętą klatką z domofonem. Podobny paradoks wolności był doświadczeniem żydów wędrujących z Arką. Wiedzieli, że Boga nie można zamknąć w ścianach, dlatego na czas wędrówki Arka miała namiot, podobny do tego, w którym sami mieszkali.
Przyszedł jednak czas, gdy trzeba było się zatrzymać, zbudować stały dom, świątynię.
Nad stanami jest i stanów-stan,
Jako wieża nad płaskimi domy
Stercząca w chmury...
Wy myślicie, że i ja nie Pan,
Dlatego, że dom mój ruchomy
Z wielbłądziej skóry...
Przecież ja? aż w nieba łonie trwam,
Gdy ono dusze mą porywa,
Jak piramidę!
Przecież i ja? ziemi tyle mam,
Ile jej stopa ma pokrywa,
Dopokąd idę!...
(C.K. Norwid, wiersz pt. "Pielgrzym")

środa, 13 kwietnia 2016
Proporcjum
Chyba nikt nie zna mnie lepiej niż Wojtek. Nawet moja mama. Przeszliśmy we dwóch kilka tysięcy kilometrów – tylko on i ja – przez Polskę, szlakami Europy i przez rosyjski step. Tygodniami znosząc chłód, deszcz, spiekotę i zmęczenie. W drodze poznaliśmy dobrze swoje dobre i złe strony, bo tam, gdy opadają zasłony i nie ma się gdzie schować - trudno cokolwiek ukryć. Było między nami wiele tarć, czasem ostrych. Pamietam jak trudno mi było przyznać się do tego, co Wojtek po prostu obserwował w moim zachowaniu jako fakt. Broniłem rozpaczliwie swojego prawa do … oszukiwania siebie samego. Uczylismy się siebie nawzajem powoli, te kilometry potrzebne były nam obu. Nadal jesteśmy w drodze ale dziś obaj już lepiej rozumiemy, że to, jak bardzo się różnimy, było i jest naszym wielkim kapitałem. A może jeszcze cenniejsze jest to, co z tymi różnicami robimy. Wojtek jest logiczny i uporządkowany, ja wybiegam naprzód i często nie patrzę na szczegóły. Jesteśmy jakby na dwóch przeciwnych biegunach percepcji rzeczywistości i może właśnie dzięki temu RAZEM mamy bardziej kompletny obraz całości. Pamiętam nasze rozmowy w drodze o grzechu i przebaczeniu, o boskości I człowieczeństwie Jezusa, o duchu i materii. Te logiczne antynomie, (pozorne) przweciwieństwa, które są nie do ogarnięcia samym rozumem - potrzebują wiary. Wiara i rozum są sobie potrzebne i wzajemnie się dopełniają tak samo jak zawierzenie i roztropność czy jak miłosierdzie i sprawiedliwość. Dopełniają się nie mieszając. Pozostając sobą tworzą coś nowego. Dochodziliśmy do tego w drodze.
Tylko tam, gdzie są przeciwne bieguny może pojawić się iskra. Bez napięcia nie ma przepływu energii. Różnica potencjałów na błonie komórkowej jest warunkiem żeby istniało życie. Czy ja się we wszystkim zgadzam z Wojtkiem? Nie! Ale staram sie zawsze wysłuchać go do końca. I potem długo jeszcze noszę ze sobą to, z czym się nie zgadzam. Ale to nie jest ciężar, który rodzi niepokój, którego chcę sie pozbyć. Ja po prostu staram się zrozumieć to, czego natura jest mi obca. Staram się przyjąć do siebie odmienność drugiej osoby, tajemnicę innego spojrzenia na świat. Kiedyś tego w ogóle nie potrafiłem, bo będąc słaby i bojąc się utraty własnej tożsamości - broniłem się agresją. Gdy nie skupiam się tylko na sobie, gdy staram się NIE upatrywać siły tylko w sobie samym, gdy oddaję to Bogu – ten lęk znika. Jak pogodzić przeciwieństwa? Gdzie jest ten punkt spotkania? Wojtek cytuje czasem Fredrę: "Znaj proporcjum mocium panie!" Każdy ma swoją osobistą relację z Bogiem i ja niewiele wiem o prawdziwych intencjach drugiego człowieka.
Myślę, że jakąś miarą chrześcijańskiej dojrzałości jest stosunek do tego, z czym się nie zgadzam. Jeżeli coś albo ktoś budzi mój sprzeciw, to zanim nazwę to coś złem, chciałbym najpierw umieć oddać to pod osąd Bogu. Zło nazywać złem, ale w reakcjach zachować "Boże proporcjum". Instynkt podpowiada mechaniczne reakcje, ale one często chronią tylko mnie samego, mój własny światopogląd i tych, którzy są do mnie podobni. A nie tylko o mnie tu przecież chodzi. Tak jest z pytaniami: “Czy tylko w chrześcijaństwie jest zbawienie?”, “Czy islam jest zły?”, “Czy jestem pewien swojego nieba?”
Kiedyś miałem mniej wątpliwości. I wtedy spotkałem Wojtka...
Tylko tam, gdzie są przeciwne bieguny może pojawić się iskra. Bez napięcia nie ma przepływu energii. Różnica potencjałów na błonie komórkowej jest warunkiem żeby istniało życie. Czy ja się we wszystkim zgadzam z Wojtkiem? Nie! Ale staram sie zawsze wysłuchać go do końca. I potem długo jeszcze noszę ze sobą to, z czym się nie zgadzam. Ale to nie jest ciężar, który rodzi niepokój, którego chcę sie pozbyć. Ja po prostu staram się zrozumieć to, czego natura jest mi obca. Staram się przyjąć do siebie odmienność drugiej osoby, tajemnicę innego spojrzenia na świat. Kiedyś tego w ogóle nie potrafiłem, bo będąc słaby i bojąc się utraty własnej tożsamości - broniłem się agresją. Gdy nie skupiam się tylko na sobie, gdy staram się NIE upatrywać siły tylko w sobie samym, gdy oddaję to Bogu – ten lęk znika. Jak pogodzić przeciwieństwa? Gdzie jest ten punkt spotkania? Wojtek cytuje czasem Fredrę: "Znaj proporcjum mocium panie!" Każdy ma swoją osobistą relację z Bogiem i ja niewiele wiem o prawdziwych intencjach drugiego człowieka.
Myślę, że jakąś miarą chrześcijańskiej dojrzałości jest stosunek do tego, z czym się nie zgadzam. Jeżeli coś albo ktoś budzi mój sprzeciw, to zanim nazwę to coś złem, chciałbym najpierw umieć oddać to pod osąd Bogu. Zło nazywać złem, ale w reakcjach zachować "Boże proporcjum". Instynkt podpowiada mechaniczne reakcje, ale one często chronią tylko mnie samego, mój własny światopogląd i tych, którzy są do mnie podobni. A nie tylko o mnie tu przecież chodzi. Tak jest z pytaniami: “Czy tylko w chrześcijaństwie jest zbawienie?”, “Czy islam jest zły?”, “Czy jestem pewien swojego nieba?”
Kiedyś miałem mniej wątpliwości. I wtedy spotkałem Wojtka...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)