W swojej transcendentnej (przekraczającej) relacji do Boga człowiek jest istotą tak wyjątkową i tak obdarowaną, że nie można za pomocą słów opisać jego godności, wielkości i wyjątkowości. Każdy człowiek bez wyjątku. Każdy stale odbija obraz swojego Stwórcy, dana mu jest łączność z Jego doskonałością, dlatego więź między tymi dwojgiem jest niepojęta, nie poddająca się zrozumieniu czy opisowi.
Człowiek pozbawiony tej relacji staje się istotą zagubioną, pochodzącą znikąd, żyjącą bez celu i zmierzającą nie wiadomo dokąd. Człowiek bez relacji z Bogiem upada w nicość. Człowiek może istnieć tylko w relacji do Boga. Tworzenie sobie Jego namiastek prowadzi do gorzkich rozczarowań i bolesnych upadków. Jednocześnie Bóg pozostaje cały czas dla człowieka wielką tajemnicą i wielkim wyzwaniem: nieogarniony, odwieczny, wszechmocny i jednocześnie bliski, czuły i kochający. Każda chwila utraty więzi z Bogiem jest wejściem w mrok, niepewność, jest utratą gruntu pod stopami, utratą tożsamości. Jednocześnie przez tajemnicę Bożego Miłosierdzia czas ciemności jest zaproszeniem do powrotu, do odnowienia relacji. Im dłużej trwa rozłąka, im większe tworzy napięcie i ból, tym większą rodzi tęsknotę i tym większym napełnia pragnieniem aby znów doświadczyć Obecności. Czasem pustka trwa długo, niemal wiecznie.
Z zapisków Matki Teresy z Kalkuty:
„Gdzie jest moja wiara? Nawet głęboko... nie ma niczego prócz pustki i ciemności... Jeśli jest Bóg – niech mi wybaczy. Kiedy staram się wznieść moje myśli do Nieba, napotykam na tak wielką pustkę, że te myśli wracają jak ostre noże i ranią moją duszę... Jak wielki jest ten nieznany ból – nie mam wiary. Odraza, pustka, brak wiary, brak miłości, brak zapału... Po co to wszystko? Jeśli nie ma Boga, nie ma i duszy. Więc jeśli nie ma duszy, Jezu, Ty też nie jesteś prawdziwy....”
Skąd brać siłę do trwania w kryzysach? Jak zachować wtedy wiarę? W depresji, rozpaczy, bólu - znika modlitwa. To pytanie pojawia się czasem w drodze, gdy po ludzku nie ma już nadziei: „Czy tak wygląda koniec?” Czy brak ziemskich perspektyw na poprawę losu oznacza ostateczny koniec, pustkę?
Święci znajdują na to odpowiedź. Odpowiedzią jest transcendentna relacja człowieka do Boga, więź, która raz stworzona, nie znika nigdy. Gdy znika ludzka nadzieja, wtedy zostaje jeszcze „nadzieja wbrew nadziei”. Tą drogę odnalazła Matka Teresa, która była pogrążona w ciemności przez wiele lat. Wytrwała.
Jutro w Watykanie zostanie ogłoszona świętą.
Dziennik nieregularny z pieszej pielgrzymki, która rozpoczęła się 3 lipca 2011 roku w Jerozolimie, osiągnęła Asyż 27 października i trwa nadal... Mapa drogi dostępna na stronie www.idzieczlowiek.pl
sobota, 3 września 2016
czwartek, 1 września 2016
dom
Co może zaproponować światu pielgrzym, człowiek bez domu, stale borykający się z niepewnością jutra? Dla wędrowca, który przekracza wiele granic, jest uczestnikiem różnych kultur i przyjmuje chleb z wielu rąk, niepewność staje się codziennością. Ale pierwszą zasadą drogi jest wiara. Bez niej pielgrzym zgubiłby się w ciemności albo we mgle. To wiara podnosi go i prowadzi. Modlitwa nogami jest codziennym przekraczaniem granic i stawaniem wobec wstrząsającej prawdy o Bogu i o mnie samym, że oto jesteśmy tu razem: On i ja, bez barier, nic nas nie rozdziela. I w tym spotkaniu stale rodzi się pytanie: czy mój kierunek jest drogą do Niego czy ucieczką, pełnieniem Jego woli czy wygodnym odchodzeniem od mojej powinności? Pielgrzymka to pytanie o prawdę.
Czy człowiek niezakorzeniony w świecie ma coś do zaoferowania? A jednak wspólny posiłek w domu muzułmanów, żydów czy u prawosławnego mnicha, niesie bardzo ważną ideę: że nie musimy definiować siebie przez dzielące nas różnice. Pielgrzym jest bezbronny, jest w duchowej drodze, prosi o pomoc, dlatego budzi zaufanie. Gdy siadamy do stołu okazuje się, że każdy ma swoją historię, swoją godność i swoje lęki: Palestyńczyk z Jerycha i żyd z Hajfy, Kurd z Mersin, Turek z Izmiru i Grek z Nicosii. Ale tą zdumiewającą wspólnotę ludzkiej rodziny można dostrzec dopiero w wolności pielgrzyma, w wolności od schematów i uprzedzeń, w wolności od przywiązań. Za tą wolność pielgrzym płaci wysoką cenę.
Nie ma ziemskiego domu, który nie składałby się z muru. A mur, dając poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie oddziela, tworzy granicę. Wielokrotnie doświadczałem tego w miastach stając przed zamkniętą klatką z domofonem. Podobny paradoks wolności był doświadczeniem żydów wędrujących z Arką. Wiedzieli, że Boga nie można zamknąć w ścianach, dlatego na czas wędrówki Arka miała namiot, podobny do tego, w którym sami mieszkali.
Przyszedł jednak czas, gdy trzeba było się zatrzymać, zbudować stały dom, świątynię.
Nad stanami jest i stanów-stan,
Jako wieża nad płaskimi domy
Stercząca w chmury...
Wy myślicie, że i ja nie Pan,
Dlatego, że dom mój ruchomy
Z wielbłądziej skóry...
Przecież ja? aż w nieba łonie trwam,
Gdy ono dusze mą porywa,
Jak piramidę!
Przecież i ja? ziemi tyle mam,
Ile jej stopa ma pokrywa,
Dopokąd idę!...
(C.K. Norwid, wiersz pt. "Pielgrzym")

środa, 13 kwietnia 2016
Proporcjum
Chyba nikt nie zna mnie lepiej niż Wojtek. Nawet moja mama. Przeszliśmy we dwóch kilka tysięcy kilometrów – tylko on i ja – przez Polskę, szlakami Europy i przez rosyjski step. Tygodniami znosząc chłód, deszcz, spiekotę i zmęczenie. W drodze poznaliśmy dobrze swoje dobre i złe strony, bo tam, gdy opadają zasłony i nie ma się gdzie schować - trudno cokolwiek ukryć. Było między nami wiele tarć, czasem ostrych. Pamietam jak trudno mi było przyznać się do tego, co Wojtek po prostu obserwował w moim zachowaniu jako fakt. Broniłem rozpaczliwie swojego prawa do … oszukiwania siebie samego. Uczylismy się siebie nawzajem powoli, te kilometry potrzebne były nam obu. Nadal jesteśmy w drodze ale dziś obaj już lepiej rozumiemy, że to, jak bardzo się różnimy, było i jest naszym wielkim kapitałem. A może jeszcze cenniejsze jest to, co z tymi różnicami robimy. Wojtek jest logiczny i uporządkowany, ja wybiegam naprzód i często nie patrzę na szczegóły. Jesteśmy jakby na dwóch przeciwnych biegunach percepcji rzeczywistości i może właśnie dzięki temu RAZEM mamy bardziej kompletny obraz całości. Pamiętam nasze rozmowy w drodze o grzechu i przebaczeniu, o boskości I człowieczeństwie Jezusa, o duchu i materii. Te logiczne antynomie, (pozorne) przweciwieństwa, które są nie do ogarnięcia samym rozumem - potrzebują wiary. Wiara i rozum są sobie potrzebne i wzajemnie się dopełniają tak samo jak zawierzenie i roztropność czy jak miłosierdzie i sprawiedliwość. Dopełniają się nie mieszając. Pozostając sobą tworzą coś nowego. Dochodziliśmy do tego w drodze.
Tylko tam, gdzie są przeciwne bieguny może pojawić się iskra. Bez napięcia nie ma przepływu energii. Różnica potencjałów na błonie komórkowej jest warunkiem żeby istniało życie. Czy ja się we wszystkim zgadzam z Wojtkiem? Nie! Ale staram sie zawsze wysłuchać go do końca. I potem długo jeszcze noszę ze sobą to, z czym się nie zgadzam. Ale to nie jest ciężar, który rodzi niepokój, którego chcę sie pozbyć. Ja po prostu staram się zrozumieć to, czego natura jest mi obca. Staram się przyjąć do siebie odmienność drugiej osoby, tajemnicę innego spojrzenia na świat. Kiedyś tego w ogóle nie potrafiłem, bo będąc słaby i bojąc się utraty własnej tożsamości - broniłem się agresją. Gdy nie skupiam się tylko na sobie, gdy staram się NIE upatrywać siły tylko w sobie samym, gdy oddaję to Bogu – ten lęk znika. Jak pogodzić przeciwieństwa? Gdzie jest ten punkt spotkania? Wojtek cytuje czasem Fredrę: "Znaj proporcjum mocium panie!" Każdy ma swoją osobistą relację z Bogiem i ja niewiele wiem o prawdziwych intencjach drugiego człowieka.
Myślę, że jakąś miarą chrześcijańskiej dojrzałości jest stosunek do tego, z czym się nie zgadzam. Jeżeli coś albo ktoś budzi mój sprzeciw, to zanim nazwę to coś złem, chciałbym najpierw umieć oddać to pod osąd Bogu. Zło nazywać złem, ale w reakcjach zachować "Boże proporcjum". Instynkt podpowiada mechaniczne reakcje, ale one często chronią tylko mnie samego, mój własny światopogląd i tych, którzy są do mnie podobni. A nie tylko o mnie tu przecież chodzi. Tak jest z pytaniami: “Czy tylko w chrześcijaństwie jest zbawienie?”, “Czy islam jest zły?”, “Czy jestem pewien swojego nieba?”
Kiedyś miałem mniej wątpliwości. I wtedy spotkałem Wojtka...
Tylko tam, gdzie są przeciwne bieguny może pojawić się iskra. Bez napięcia nie ma przepływu energii. Różnica potencjałów na błonie komórkowej jest warunkiem żeby istniało życie. Czy ja się we wszystkim zgadzam z Wojtkiem? Nie! Ale staram sie zawsze wysłuchać go do końca. I potem długo jeszcze noszę ze sobą to, z czym się nie zgadzam. Ale to nie jest ciężar, który rodzi niepokój, którego chcę sie pozbyć. Ja po prostu staram się zrozumieć to, czego natura jest mi obca. Staram się przyjąć do siebie odmienność drugiej osoby, tajemnicę innego spojrzenia na świat. Kiedyś tego w ogóle nie potrafiłem, bo będąc słaby i bojąc się utraty własnej tożsamości - broniłem się agresją. Gdy nie skupiam się tylko na sobie, gdy staram się NIE upatrywać siły tylko w sobie samym, gdy oddaję to Bogu – ten lęk znika. Jak pogodzić przeciwieństwa? Gdzie jest ten punkt spotkania? Wojtek cytuje czasem Fredrę: "Znaj proporcjum mocium panie!" Każdy ma swoją osobistą relację z Bogiem i ja niewiele wiem o prawdziwych intencjach drugiego człowieka.
Myślę, że jakąś miarą chrześcijańskiej dojrzałości jest stosunek do tego, z czym się nie zgadzam. Jeżeli coś albo ktoś budzi mój sprzeciw, to zanim nazwę to coś złem, chciałbym najpierw umieć oddać to pod osąd Bogu. Zło nazywać złem, ale w reakcjach zachować "Boże proporcjum". Instynkt podpowiada mechaniczne reakcje, ale one często chronią tylko mnie samego, mój własny światopogląd i tych, którzy są do mnie podobni. A nie tylko o mnie tu przecież chodzi. Tak jest z pytaniami: “Czy tylko w chrześcijaństwie jest zbawienie?”, “Czy islam jest zły?”, “Czy jestem pewien swojego nieba?”
Kiedyś miałem mniej wątpliwości. I wtedy spotkałem Wojtka...
czwartek, 3 marca 2016
gościna
Andrzeja spotkałem kilka lat temu na zlocie „leśnych ludzi” w Bieszczadach. Z długimi siwymi włosami i iskrzącym spojrzeniem był podobny do reszty zarośniętych samotników, którzy raz w roku opuszczają swoje leśne samotnie żeby przy ogniskach i alkoholu spotkać podobnych sobie oryginałów. Andrzej różnił się jednak od towarzystwa. Stronił od alkoholu, był cichy i bardzo uważny. Nie narzucał się nikomu i więcej słuchał niż mówił. Ktoś przedstawił nas sobie i zaczęliśmy rozmawiać. Mało mówił o sobie. Był albo naukowcem który opuścił uczelnię albo samotnym badaczem zjawisk z pogranicza antropologii i filozofii – wskazywało na to jego słownictwo i wielka erudycja, choć wyrażana w prostych, krótkich zdaniach. Nie wiem gdzie mieszkał i czy w ogóle miał jakieś swoje stałe miejsce bo większość czasu spędzał wędrując autostopem po bibliotekach różnych miast, nocując w schroniskach albo w przykościelnych bursach, finansowo wspierany przez przyjaciół albo znajomych. Nie używał telefonu komórkowego i nie kupował biletów komunikacji. Pochłaniało go całkowicie zgłębianie jakiejś tajemnicy, a ograniczenia cywilizacji, zwane przez innych możliwościami, najwyraźniej mu w tym przeszkadzały.
Po roku od spotkania w Bieszczadach zadzwonił do mnie z czytelni biblioteki gdzieś w Polsce i oznajmił, że ma dla mnie ważny tekst. Z użyczonej skrzynki pocztowej przesłał mi mailem referat jakiegoś profesora z dziedziny filozofii twórczości i skany swoich odręcznych notatek. Pamiętam, że tekst bardzo mnie zaciekawił, poruszał tematy bliskie moim ówczesnym poszukiwaniom.
Minęły kolejne dwa lata i Andrzej zadzwonił do mnie, pytając czy może mnie odwiedzić. Podałem mu adres mojej wsi, ale nie pojawił się nie dając żadnego znaku. Po kilku miesiącach zadzwonił ponownie i w końcu udało nam się spotkać w Łodzi, gdzie przyjeżdżam raz w tygodniu żeby prowadzić warsztaty pisania ikon.
Prawie go nie poznałem, ściął włosy na krótko. Szczupła twarz w okularach przypominała oblicze profesora jakiejś humanistycznej dziedziny. Usiedliśmy w pracowni przy herbacie, którą zaparzyliśmy w dwóch filiżankach z jednej torebki, bo akurat była ostatnia. Byłem ciekaw dlaczego chciał się spotkać.
Mówił powoli, swoimi krótkimi zdaniami, zerkając w notatki, co chwila się zawieszając, jakby szukając właściwego tropu. Zrozumiałem, że obaj posiadamy części pewnej całości, jakiejś wiedzy, którą chciał w tej rozmowie odkryć. Włączałem się w rozmowę tak jak potrafiłem, co z początku nie było łatwe – jakoś onieśmielała mnie głęboka wiedza i pokora jego wypowiedzi. Wypowiadał początek zdania, po czym zawieszał głos i przyglądał mi się z jakimś wyczekiwaniem. Wtedy dopowiadałem coś, co akurat przyszło mi do głowy. W ten sposób szliśmy dalej, czując coraz wyraźniej, że jesteśmy gdzieś prowadzeni. Niewiele wiedziałem o stosunku Andrzeja do religii i wiary w Boga, rzadko padały słowa ze słownika duchowości, staliśmy raczej na gruncie metody naukowej, co wcale nie przeszkadzało w szukaniu porozumienia i nie zatrzymywało nas.
W pewnym momencie pojawił się temat samotności – kiedy jest twórcza a kiedy egoistyczna. To zagadnienie było dla nas obu bardzo ważne. Poczułem, że mierzymy się teraz z czymś o wielkim znaczeniu dla naszych życiowych ścieżek, które wtedy w Bieszczadach zetknęły się nie przez przypadek. Tak doszliśmy do naszej definicji „twórczego życia”, która być może dotyka samego szczytu naszych poszukiwań, a więc sensu ludzkiego istnienia.
Definicję zapisaliśmy.
Kiedy człowiek jest twórczy?
Bycie twórczym to umiejętność podjęcia takiego nieegoistycznego działania, które budzi potencjał ofiarności i bezinteresowności na rzecz wspólnoty, po to, aby wzajemne obcowanie nie hamowało ODRADZANIA SIĘ.
O transcendencji.
Nie tyle chodzi o przekraczenie siebie, ale raczej – aby temu co mnie przerasta dać GOŚCINĘ.
Po roku od spotkania w Bieszczadach zadzwonił do mnie z czytelni biblioteki gdzieś w Polsce i oznajmił, że ma dla mnie ważny tekst. Z użyczonej skrzynki pocztowej przesłał mi mailem referat jakiegoś profesora z dziedziny filozofii twórczości i skany swoich odręcznych notatek. Pamiętam, że tekst bardzo mnie zaciekawił, poruszał tematy bliskie moim ówczesnym poszukiwaniom.
Minęły kolejne dwa lata i Andrzej zadzwonił do mnie, pytając czy może mnie odwiedzić. Podałem mu adres mojej wsi, ale nie pojawił się nie dając żadnego znaku. Po kilku miesiącach zadzwonił ponownie i w końcu udało nam się spotkać w Łodzi, gdzie przyjeżdżam raz w tygodniu żeby prowadzić warsztaty pisania ikon.
Prawie go nie poznałem, ściął włosy na krótko. Szczupła twarz w okularach przypominała oblicze profesora jakiejś humanistycznej dziedziny. Usiedliśmy w pracowni przy herbacie, którą zaparzyliśmy w dwóch filiżankach z jednej torebki, bo akurat była ostatnia. Byłem ciekaw dlaczego chciał się spotkać.
Mówił powoli, swoimi krótkimi zdaniami, zerkając w notatki, co chwila się zawieszając, jakby szukając właściwego tropu. Zrozumiałem, że obaj posiadamy części pewnej całości, jakiejś wiedzy, którą chciał w tej rozmowie odkryć. Włączałem się w rozmowę tak jak potrafiłem, co z początku nie było łatwe – jakoś onieśmielała mnie głęboka wiedza i pokora jego wypowiedzi. Wypowiadał początek zdania, po czym zawieszał głos i przyglądał mi się z jakimś wyczekiwaniem. Wtedy dopowiadałem coś, co akurat przyszło mi do głowy. W ten sposób szliśmy dalej, czując coraz wyraźniej, że jesteśmy gdzieś prowadzeni. Niewiele wiedziałem o stosunku Andrzeja do religii i wiary w Boga, rzadko padały słowa ze słownika duchowości, staliśmy raczej na gruncie metody naukowej, co wcale nie przeszkadzało w szukaniu porozumienia i nie zatrzymywało nas.
W pewnym momencie pojawił się temat samotności – kiedy jest twórcza a kiedy egoistyczna. To zagadnienie było dla nas obu bardzo ważne. Poczułem, że mierzymy się teraz z czymś o wielkim znaczeniu dla naszych życiowych ścieżek, które wtedy w Bieszczadach zetknęły się nie przez przypadek. Tak doszliśmy do naszej definicji „twórczego życia”, która być może dotyka samego szczytu naszych poszukiwań, a więc sensu ludzkiego istnienia.
Definicję zapisaliśmy.
Kiedy człowiek jest twórczy?
Bycie twórczym to umiejętność podjęcia takiego nieegoistycznego działania, które budzi potencjał ofiarności i bezinteresowności na rzecz wspólnoty, po to, aby wzajemne obcowanie nie hamowało ODRADZANIA SIĘ.
O transcendencji.
Nie tyle chodzi o przekraczenie siebie, ale raczej – aby temu co mnie przerasta dać GOŚCINĘ.
środa, 24 lutego 2016
Jeremiasz
Tragiczny jest los Jeremiasza. Wybrany przez Boga do szczególnej misji, tocząc wielką walkę z samym sobą, mocnym głosem wzywa rodaków do poddania wrogowi Jerozolimy, po to aby ocalić Naród. Wymierza tym straszny cios obrońcom królestwa, którzy umęczeni walką z przeważającym wrogiem widzą w Jeremiaszu zdrajcę, który osłabia ducha i ręce patriotów.
Ale Jeremiasz patrzy dalej i widzi więcej. Prorok wie, że najgorszą przypadłością człowieka nie jest nikczemność uczynków, która woła o karę, tylko "zatwardziałość serc". Jeremiasz uderza z mocą nie tyle w złe obyczaje Izraela co w "niegodziwe zamysły".
Upór obrońców Jerozolimy okaże się daremny. Jerozolima upadnie, a historia wywyższy Jeremiasza.
Prorok stale stoi nad przepaścią, działa na granicy ducha i materii, posłany aby ostrzegać przed zbytnim oddawaniem się tej ostatniej, bo ludzkie oceny, płynące nawet ze szlachetnych pobudek, mogą być zaledwie ziemską racją a nie Bożą prawdą i prowadzić w konsekwencji do zła i upadku.
Joshua Heshel w "Prorokach" pisze:
"Czy zatem proroctwo Jeremiasza okazało się daremne? (...)
Proroctwo to nie jedyne narzędzie w ręku Boga. To, czego nie dokona proroctwo,
wypełni się w Nowym Przymierzu: całkowita przemiana każdego człowieka"
Jeremiasza 32-34:
"Tamci złamali moje przymierze choć byli moją własnością - wyrocznia Pana. (...) Lecz takie będzie przymierze, które zawrę z domem Izraela w tych dniach - wyrocznia Pana. Moje Prawo umieszczę w ich wnętrzu i wypiszę je w ich sercach. (...) Wtedy odpuszczę ich winy, a ich grzechów nie będę już pamiętał."
Ale Jeremiasz patrzy dalej i widzi więcej. Prorok wie, że najgorszą przypadłością człowieka nie jest nikczemność uczynków, która woła o karę, tylko "zatwardziałość serc". Jeremiasz uderza z mocą nie tyle w złe obyczaje Izraela co w "niegodziwe zamysły".
Upór obrońców Jerozolimy okaże się daremny. Jerozolima upadnie, a historia wywyższy Jeremiasza.
Prorok stale stoi nad przepaścią, działa na granicy ducha i materii, posłany aby ostrzegać przed zbytnim oddawaniem się tej ostatniej, bo ludzkie oceny, płynące nawet ze szlachetnych pobudek, mogą być zaledwie ziemską racją a nie Bożą prawdą i prowadzić w konsekwencji do zła i upadku.
Joshua Heshel w "Prorokach" pisze:
"Czy zatem proroctwo Jeremiasza okazało się daremne? (...)
Proroctwo to nie jedyne narzędzie w ręku Boga. To, czego nie dokona proroctwo,
wypełni się w Nowym Przymierzu: całkowita przemiana każdego człowieka"
Jeremiasza 32-34:
"Tamci złamali moje przymierze choć byli moją własnością - wyrocznia Pana. (...) Lecz takie będzie przymierze, które zawrę z domem Izraela w tych dniach - wyrocznia Pana. Moje Prawo umieszczę w ich wnętrzu i wypiszę je w ich sercach. (...) Wtedy odpuszczę ich winy, a ich grzechów nie będę już pamiętał."
Subskrybuj:
Posty (Atom)