Cały dzień pada dziś gęsty śnieg. Od rana zdążył przykryć równą warstwą czystej bieli wszystkie kolory lata i jesieni. Przez okno widzę teraz tylko biały kolor i czasem czarne kontury drzew i domów w oddali.
Wychodząc pomyślałem: - Idę zobaczyć się z Bogiem - zupełnie jakby ta zimowa redukcja barw miała usunąć dzielącą nas zasłonę.
Czysto po horyzont i tylko cisza wolno opadających płatków śniegu. Wychodzę na drogę i ruszam w kierunku drzewa na horyzoncie.
Co ja teraz widzę? Czuję wyjątkowość chwili i silne wewnętrzne poruszenie niezwykłością tej wizji, ale jaka jest prawdziwa wartość poznawcza mojego wejrzenia?
Kiedy pocisk uderza w ciało żołnierza - ten nie czuje pocisku tylko ból. Co kryje się pod tym całunem? Co takiego jest pociskiem dla tej zdumiewającej bieli?
Jestem świadom mojej słabości, ułomności rozumu i zmysłów. Nagle zatrzymuję kroki z bojaźnią jak Mojżesz przed krzewem. Urywa się chrzęst śniegu pod nogami. Wokół tylko biel i cisza wirujących płatków.
- Każda myśl rodzi pychę i dystans wobec ludzi i ich cierpienia. Myśl jest zejściem z Jego drogi i tak jak każde wyobrażenie Absolutu - oddala mnie od Niego. Co ja teraz widzę? Co jest kryterium wiarygodności mojej religijnej intuicji?
Takim kryterium musiałaby być zasada najwyższa, niepodważalna i ostateczna. Zasada mogąca służyć jako określenie tego, co boskie, będąca jednocześnie zasadą uniwersalną.
Przypominają mi się słowa ikonowego błogosławieństwa pigmentów białych:
" Panie Boże pobłogosław kolory białe.
Abyśmy nimi potrafili opisać dramat śmierci i potęgę zmartwychwstania. Amen."
Co widzę?
Widzę czystą miłość, która umarła żeby wydać prawdziwe życie.
Dziennik nieregularny z pieszej pielgrzymki, która rozpoczęła się 3 lipca 2011 roku w Jerozolimie, osiągnęła Asyż 27 października i trwa nadal... Mapa drogi dostępna na stronie www.idzieczlowiek.pl
piątek, 15 stycznia 2016
wtorek, 15 grudnia 2015
czas
Internet od lat rozkwita bogatą ofertą szkoleń, warsztatów, ćwiczeń, teorii, metod, książek, audiobooków na temat ZARZĄDZANIE CZASEM. W googlach są tysiące propozycji, przed chwilą sprawdziłem.
To się dobrze sprzedaje bo chyba każdy chciałby zapanować nad swoim czasem, mieć go więcej - choćby dla bliskich albo na odpoczynek od pracy i stresu.
W czasach gdy króluje zasada mierzalnego sukcesu i wzrostu, - czas jest (cyt. za Wikipedią) "najbardziej drogocennym i porządanym zasobem".
ZASOBEM!
Co jeszcze mówi wikipedia? Mówi że człowiek marnuje czas i to jest jego wielkie
nieszczęście. Gdyby tak wreszcie zapanował nad swoim czasem!
"Do cech sprzyjających marnowaniu czasu zaliczyć można: brak wiedzy, brak doświadczenia, brak motywacji, brak asertywności, niezdyscyplinowanie, niepunktualność, brak porządku, niesystematyczność, brak talentów organizacyjnych, niedbalstwo, flegmatyczność, słaba komunikatywność, gadatliwość, brak ambicji. Większość to cechy ściśle związane z osobowością człowieka, a więc bardzo odporna na zmiany. Można temu przeciwdziałać przez eliminację lub przekształcenia poprzez przyjęcie innego modelu psychicznego lub też odpowiednio zaprogramowane szkolenia".
Inny model psychiczny! Wspaniale! Czy to nie byłoby cudowne... wyleczyć się z marnowania czasu! Iść na kurs albo do psychologa i zmienić wreszcie swój nieefektywny "nieuświadomiony schemat zachowań" na nowy, skuteczny! Koniec z beznadziejnie dłużącym się dniem pracy w korporacji, koniec z "nieskończenie" odległym weekendem czy wymarzonym urlopem, który nie chce się zbliżać, a gdy się pojawia to... mija zbyt szybko żeby się nie zdenerwować koniecznością powrotu do pracy. Że o wyczekiwaniu wymarzonej emerytury nawet nie wspomnę.
Kłamstwo tego podejścia jest szokujące bo tak powszechne. Kłamstwo "zarządzania czasem", na którym robi się wielki biznes jest przerażające bo wszechobecne i popierane przez "naukowe metody", "ekspertów", wszelkiego rodzaju "zarabiaczy". To kłamstwo daje tak samo fałszywą nadzieję jak telewizyjne reklamy środków chwilowo łagocących ból czy witamin w pastylkach. Kogo dziś interesuje przyczyna problemu skoro wystarczy załagodzić objawy? Zresztą na nic więcej i tak nie ma czasu.
Dlaczego "zarządzanie czasem to oszustwo?
Bo czasem nie da się zarządzać!
W żaden sposób. Nijak nie da się czasu rozciągnąć, zmagazynować czy namówić do czegoś. Uczciwa nazwa szkolenia musiałaby brzmieć: "Zarządzanie SOBĄ w czasie". Bo tylko sami z sobą możemy coś zrobić. Człowiek świadomy własnej nuedoskonałości może zmienić coś w sobie, ale nigdy nie będzie "zarządzał czasem".
Czas jest doskonale obojętny na ludzkie zabiegi czy zaklęcia. Jesteśmy w nim zanurzeni i podlegamy jego konsekwencjom, ale na ziemi nikt nigdy czasu nie przyspieszy ani nie spowolni.
Czas został zakłamany, "zbożkowany", odarty z godności i sensu. Czas został upokorzony i "zniżony" do poziomu człowieka żyjącego w permanentnym pośpiechu.
Czy to znaczy, że nic nie da się zrobić z relacją człowiek-czas? Otóż właśnie nie. Wcale nie jesteśmy bezsilni. Należy tylko odwrócić perspektywę, spojrzeć na czas z drugiej strony. Trzeba przywrócić czasowi jego godność. Oddać mu jego odwieczną tajemnicę. Przyznać się że jesteśmy wobec niego bezsilni. Nie uprawiać antyzmarszczkowej, botoksowej i photoshopowej fikcji. Nie udawać że to my panujemy nad czasem kiedy jest dokładnie odwrotnie.
Czy to jeszcze możliwe? Może tak... Pod warunkiem że człowiek pogodzi się z przemijaniem, a więc zaakceptuje fakt, że śmierć jest nieuchronna i piękna właśnie dlatego, że doskonale sprawiedliwa i niezmienna. Czas życia każdego z nas płynie w tym samym tempie i dopełni się w chwili śmierci. Śmierci nie można "namówić" żeby poczekała. Ona jest siostrą czasu i przychodzi wtedy kiedy sama zechce.
Gdy odkłamiemy już czas i pogodzimy się z przemijaniem, wtedy przyjdzie kolej na odkłamanie takich pojęć jak wolność, spełnienie, szczęście.
Wtedy jest szansa że narodzimy się do prawdziwego życia i zwrócimy się ku jego istocie, zamiast żyć namiastkami i pozorami.
Jest nadzieja!
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!
To się dobrze sprzedaje bo chyba każdy chciałby zapanować nad swoim czasem, mieć go więcej - choćby dla bliskich albo na odpoczynek od pracy i stresu.
W czasach gdy króluje zasada mierzalnego sukcesu i wzrostu, - czas jest (cyt. za Wikipedią) "najbardziej drogocennym i porządanym zasobem".
ZASOBEM!
Co jeszcze mówi wikipedia? Mówi że człowiek marnuje czas i to jest jego wielkie
nieszczęście. Gdyby tak wreszcie zapanował nad swoim czasem!
"Do cech sprzyjających marnowaniu czasu zaliczyć można: brak wiedzy, brak doświadczenia, brak motywacji, brak asertywności, niezdyscyplinowanie, niepunktualność, brak porządku, niesystematyczność, brak talentów organizacyjnych, niedbalstwo, flegmatyczność, słaba komunikatywność, gadatliwość, brak ambicji. Większość to cechy ściśle związane z osobowością człowieka, a więc bardzo odporna na zmiany. Można temu przeciwdziałać przez eliminację lub przekształcenia poprzez przyjęcie innego modelu psychicznego lub też odpowiednio zaprogramowane szkolenia".
Inny model psychiczny! Wspaniale! Czy to nie byłoby cudowne... wyleczyć się z marnowania czasu! Iść na kurs albo do psychologa i zmienić wreszcie swój nieefektywny "nieuświadomiony schemat zachowań" na nowy, skuteczny! Koniec z beznadziejnie dłużącym się dniem pracy w korporacji, koniec z "nieskończenie" odległym weekendem czy wymarzonym urlopem, który nie chce się zbliżać, a gdy się pojawia to... mija zbyt szybko żeby się nie zdenerwować koniecznością powrotu do pracy. Że o wyczekiwaniu wymarzonej emerytury nawet nie wspomnę.
Kłamstwo tego podejścia jest szokujące bo tak powszechne. Kłamstwo "zarządzania czasem", na którym robi się wielki biznes jest przerażające bo wszechobecne i popierane przez "naukowe metody", "ekspertów", wszelkiego rodzaju "zarabiaczy". To kłamstwo daje tak samo fałszywą nadzieję jak telewizyjne reklamy środków chwilowo łagocących ból czy witamin w pastylkach. Kogo dziś interesuje przyczyna problemu skoro wystarczy załagodzić objawy? Zresztą na nic więcej i tak nie ma czasu.
Dlaczego "zarządzanie czasem to oszustwo?
Bo czasem nie da się zarządzać!
W żaden sposób. Nijak nie da się czasu rozciągnąć, zmagazynować czy namówić do czegoś. Uczciwa nazwa szkolenia musiałaby brzmieć: "Zarządzanie SOBĄ w czasie". Bo tylko sami z sobą możemy coś zrobić. Człowiek świadomy własnej nuedoskonałości może zmienić coś w sobie, ale nigdy nie będzie "zarządzał czasem".
Czas jest doskonale obojętny na ludzkie zabiegi czy zaklęcia. Jesteśmy w nim zanurzeni i podlegamy jego konsekwencjom, ale na ziemi nikt nigdy czasu nie przyspieszy ani nie spowolni.
Czas został zakłamany, "zbożkowany", odarty z godności i sensu. Czas został upokorzony i "zniżony" do poziomu człowieka żyjącego w permanentnym pośpiechu.
Czy to znaczy, że nic nie da się zrobić z relacją człowiek-czas? Otóż właśnie nie. Wcale nie jesteśmy bezsilni. Należy tylko odwrócić perspektywę, spojrzeć na czas z drugiej strony. Trzeba przywrócić czasowi jego godność. Oddać mu jego odwieczną tajemnicę. Przyznać się że jesteśmy wobec niego bezsilni. Nie uprawiać antyzmarszczkowej, botoksowej i photoshopowej fikcji. Nie udawać że to my panujemy nad czasem kiedy jest dokładnie odwrotnie.
Czy to jeszcze możliwe? Może tak... Pod warunkiem że człowiek pogodzi się z przemijaniem, a więc zaakceptuje fakt, że śmierć jest nieuchronna i piękna właśnie dlatego, że doskonale sprawiedliwa i niezmienna. Czas życia każdego z nas płynie w tym samym tempie i dopełni się w chwili śmierci. Śmierci nie można "namówić" żeby poczekała. Ona jest siostrą czasu i przychodzi wtedy kiedy sama zechce.
Gdy odkłamiemy już czas i pogodzimy się z przemijaniem, wtedy przyjdzie kolej na odkłamanie takich pojęć jak wolność, spełnienie, szczęście.
Wtedy jest szansa że narodzimy się do prawdziwego życia i zwrócimy się ku jego istocie, zamiast żyć namiastkami i pozorami.
Jest nadzieja!
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!
poniedziałek, 7 grudnia 2015
przełęcz
Po dwóch tygodniach pchania z Łodzi 400-kilogramowego wózka przez równiny i niewielkie wzniesienia centralnej Polski, na początku maja przed nami wyrosły prawdziwe góry. Nie wiedzieliśmy jak zachowa się na stromych podjazdach nasz trójkołowy pojazd wiozący 3-metrowy obraz Jezusa Miłosiernego i ekwipunek dla pięciu pielgrzymów na 90-dniową wyprawę do Rzymu. Pokonanie Karpat było pierwszą górską próbą na naszej drodze. Czekały nas jeszcze góry Bośni i włoskie Apeniny, ale do tak odległej przyszłości nikt w ogóle nie sięgał wyobraźnią.
Jak dotąd konstrukcja na trzech kołach zdawała nieźle egzamin. W mijanych miastach nauczyliśmy się szybko zmieniać pasy ruchu i sprawnie manewrować na rondach. Prowadzenie wózka wielkości samochodu wymagało od nas dobrej komunikacji i szybkiego podejmowania decyzji - byliśmy teraz niemal jak załoga oceanicznego jachtu w sztormowych warunkach. Zgranie pięciu różnych charakterów i temperamentów, z których każdy miał za sobą trudną przeszłość, nie było z początku łatwe. Byliśmy ludźmi z trudnymi życiorysami, większość po długoletnich wyrokach więzienia, z historią zniewoleń i przemocy.
Tym co nas połączyło było doświadczenie dziwnego światła, które do każdego z nas przyszło w momencie, gdy byliśmy na dnie ciemności i beznadziei. Dużo rozmawialiśmy o tym w drodze. Różne były nasze historie ale jedna rzecz była wspólna: każdemu z nas Bóg objawił Swoją moc wtedy, gdy okazaliśmy się bezsilni. I właśnie dopiero w tą niemoc mogło wejść Boże Miłosierdzie, całkowicie przemieniając nasze życia. Od tamtej chwili już nie mogliśmy żyć tak, jak wcześniej, krzywdząc siebie i innych. Tak zaczęła się nasza droga. Co roku wyruszamy na pielgrzymkę po to, żeby oddawać to, co wtedy do nas przyszło, żeby dzielić się z innymi tym, co sami otrzymaliśmy za darmo. Widać dla takich jak my Bóg też ma swój plan.
Pierwszego maja rano, po noclegu w klasztorze oo. Franciszkanów w Kalwarii Zebrzydowskiej, zaczęliśmy wspinaczkę na Przełęcz Kocierską. Pchanie wózka pod stromą górę okazało się ciężką pracą dla nóg i ramion całej naszej piątki. Pod wieczór, solidnie już zmęczeni, robiliśmy coraz częstsze postoje licząc, że za kolejnym zakrętem asfaltowa serpentyna wreszcie się wyrówna. Wyczerpani całodniową walką z ciężarem wózka marzyliśmy już tylko o noclegu i solidnym odpoczynku, choć zupełnie nie wiedzieliśmy czy na szczycie znajdziemy płaski teren żeby rozbić namioty. Gdy z westchnieniem ulgi wtoczyliśmy się wreszcie na szczyt, przed nami pojawiły się światła jakiegoś dużego budynku, który okazał się ekskluzywnym ośrodkiem SPA. Postanowiliśmy sprawdzić w recepcji czy może udostępnią nam podłogę w jakimś gospodarczym pomieszczeniu albo chociaż garaż żeby rozłożyć się do rana na karimatach. Perspektywa rozbijania namiotów po ciemku w lesie była mało pociągająca. Wyjaśniliśmy zdziwionej recepcjonistce że jesteśmy pielgrzymami w drodze do Rzymu i wieziemy na wózku obraz dla papieża. Niestety hotel mógł nam zaoferować jedynie pokoje w czterogwiazdkowych cenach, na co oczywiście nie było nas stać. Dostaliśmy jednak zgodę na skorzystanie z hotelowej łazienki i rozbicie namiotów na trawie przy parkingu. Rozbijanie namiotów w zmęczeniu przy świetle latarek nie jest łatwe. W ciemności giną przedmioty, każda czynność trwa dwa razy dłużej niż normalnie i trudno nie ulec irytacji. Jeszcze nie zdążyliśmy wypakować rzeczy z wózka gdy pojawiła się pani z recepcji. Przyszła nas poinformować, że jeden z gości hotelowych zadeklarował się, że opłaci nam nocleg w hotelu. Przypadkiem stał akurat obok gdy opowiadaliśmy o pielgrzymce i poruszony tą historią postanowił nam pomóc. Opłacił duży apartament i śniadania dla nas wszystkich.
- To bogaty Rosjanin – recepcjonistka była wyraźnie poruszona tą sytuacją – przysłał mnie tutaj do was bo sam nie chce się ujawnić. Powiedział, że ma wiele na sumieniu i że jest już dla Boga stracony. Prosi was tylko o to, żebyście w drodze pomodlili się za jego córkę.
Marek zdjął z piersi swoj drewniany Krzyż Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia w kształcie hebrajskiej litery "taw" i wręczył recepcjonistce.
- To dla tego Rosjanina. Niech mu pani od nas przekaże, że nie ma takiej ciemności, która oddzieliłaby nas od Boga.
Jak dotąd konstrukcja na trzech kołach zdawała nieźle egzamin. W mijanych miastach nauczyliśmy się szybko zmieniać pasy ruchu i sprawnie manewrować na rondach. Prowadzenie wózka wielkości samochodu wymagało od nas dobrej komunikacji i szybkiego podejmowania decyzji - byliśmy teraz niemal jak załoga oceanicznego jachtu w sztormowych warunkach. Zgranie pięciu różnych charakterów i temperamentów, z których każdy miał za sobą trudną przeszłość, nie było z początku łatwe. Byliśmy ludźmi z trudnymi życiorysami, większość po długoletnich wyrokach więzienia, z historią zniewoleń i przemocy.
Tym co nas połączyło było doświadczenie dziwnego światła, które do każdego z nas przyszło w momencie, gdy byliśmy na dnie ciemności i beznadziei. Dużo rozmawialiśmy o tym w drodze. Różne były nasze historie ale jedna rzecz była wspólna: każdemu z nas Bóg objawił Swoją moc wtedy, gdy okazaliśmy się bezsilni. I właśnie dopiero w tą niemoc mogło wejść Boże Miłosierdzie, całkowicie przemieniając nasze życia. Od tamtej chwili już nie mogliśmy żyć tak, jak wcześniej, krzywdząc siebie i innych. Tak zaczęła się nasza droga. Co roku wyruszamy na pielgrzymkę po to, żeby oddawać to, co wtedy do nas przyszło, żeby dzielić się z innymi tym, co sami otrzymaliśmy za darmo. Widać dla takich jak my Bóg też ma swój plan.
Pierwszego maja rano, po noclegu w klasztorze oo. Franciszkanów w Kalwarii Zebrzydowskiej, zaczęliśmy wspinaczkę na Przełęcz Kocierską. Pchanie wózka pod stromą górę okazało się ciężką pracą dla nóg i ramion całej naszej piątki. Pod wieczór, solidnie już zmęczeni, robiliśmy coraz częstsze postoje licząc, że za kolejnym zakrętem asfaltowa serpentyna wreszcie się wyrówna. Wyczerpani całodniową walką z ciężarem wózka marzyliśmy już tylko o noclegu i solidnym odpoczynku, choć zupełnie nie wiedzieliśmy czy na szczycie znajdziemy płaski teren żeby rozbić namioty. Gdy z westchnieniem ulgi wtoczyliśmy się wreszcie na szczyt, przed nami pojawiły się światła jakiegoś dużego budynku, który okazał się ekskluzywnym ośrodkiem SPA. Postanowiliśmy sprawdzić w recepcji czy może udostępnią nam podłogę w jakimś gospodarczym pomieszczeniu albo chociaż garaż żeby rozłożyć się do rana na karimatach. Perspektywa rozbijania namiotów po ciemku w lesie była mało pociągająca. Wyjaśniliśmy zdziwionej recepcjonistce że jesteśmy pielgrzymami w drodze do Rzymu i wieziemy na wózku obraz dla papieża. Niestety hotel mógł nam zaoferować jedynie pokoje w czterogwiazdkowych cenach, na co oczywiście nie było nas stać. Dostaliśmy jednak zgodę na skorzystanie z hotelowej łazienki i rozbicie namiotów na trawie przy parkingu. Rozbijanie namiotów w zmęczeniu przy świetle latarek nie jest łatwe. W ciemności giną przedmioty, każda czynność trwa dwa razy dłużej niż normalnie i trudno nie ulec irytacji. Jeszcze nie zdążyliśmy wypakować rzeczy z wózka gdy pojawiła się pani z recepcji. Przyszła nas poinformować, że jeden z gości hotelowych zadeklarował się, że opłaci nam nocleg w hotelu. Przypadkiem stał akurat obok gdy opowiadaliśmy o pielgrzymce i poruszony tą historią postanowił nam pomóc. Opłacił duży apartament i śniadania dla nas wszystkich.
- To bogaty Rosjanin – recepcjonistka była wyraźnie poruszona tą sytuacją – przysłał mnie tutaj do was bo sam nie chce się ujawnić. Powiedział, że ma wiele na sumieniu i że jest już dla Boga stracony. Prosi was tylko o to, żebyście w drodze pomodlili się za jego córkę.
Marek zdjął z piersi swoj drewniany Krzyż Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia w kształcie hebrajskiej litery "taw" i wręczył recepcjonistce.
- To dla tego Rosjanina. Niech mu pani od nas przekaże, że nie ma takiej ciemności, która oddzieliłaby nas od Boga.
środa, 11 listopada 2015
sukces
Jeszcze 10 lat temu jako konsultant i trener w dziedzinie zarządzania projektami prowadziłem szkolenia jak skutecznie planować i realizować przedsięwzięcia w różnych dziedzinach. Pracowałem także jako coach wśród managerów branży FMCG .Można powiedzieć że byłem kimś w rodzaju specjalisty od sukcesu. Zatrudniały mnie banki, instytucje publiczne, energetyka. Pracowałem w projektach informatycznych, budowlanych, wdrożeniach produktów na rynek, w kampaniach społecznych. Powierzano mi projekty zagrożone, wykonywałem audyty i plany zarządzania ryzykiem. Posługiwałem się metodykami PMI, PRINCE, a także modelami adaptacyjnymi i teorią orgraniczeń (CCPM) Eliahu Goldratta.
Sukces w projekcie (czy w życiu, które także można traktować jako projekt) definiowałem tak, jak oczekiwał tego biznes - zgodnie z metodyką projektową – czyli jako spełnienie określonych mierzalnych kryteriów, zwykle wyrażonych relacją koszt – zysk. Podstawą tego podejścia jest tzw. „złoty trójkąt” trzech parametrów projektu: CEL – CZAS – BUDŻET. Parametry są od siebie zależne bo jeśli np. redukujemy budżet, to żeby wykonać tą samą pracę potrzebny jest dłuższy czas itd. To deterministyczne podejście do rzeczywistości jest powszechne we współczesnej cywilizacji, gdzie wiedzę i technologie wykorzystuje się do eliminowania "niepewności rezultatu”. Podstaw takiego podejścia projektowego uczy się dziś już nie tylko studentów ale także młodzież i dzieci w coraz młodszych klasach. Odniesienie mierzalnego sukcesu obok "przymusu wzrostu gospodarczego" to jeden z głównych paradygmatów współczesności.
Gdy moje dostatnie życie „eksperta od sukcesu” zawaliło się z hukiem przez "grzechy przeszłości" i gdy nagle straciłem wszystko, co w życiu miało wtedy dla mnie wartość, zacząłem przyglądać się słowom "projekt" i „sukces” z innej perspektywy. Stając się nagle przykładem spektakularnej porażki utraciłem coś, co wydawało się dotąd stabilnym fundamentem spokojnego i udanego życia: całkowicie racjonalny i mierzalny stosunek do rzeczywistości.
Odkryłem wówczas że mój obraz świata był niepełny.
Ulegałem dotychczas pewnemu kuszącemu redukcjonizmowi, który coś, czego nie rozumiałem, sprowadzał do czegoś, co jest nieistotne i niepotrzebne, co wystarczy delikatnie ukryć albo sprytnie ominąć. Sam rozum nie potrafi stawić czoła Niepewności (celowo to słowo piszę z wielkiej litery) musi więc ją zredukować do jakiegoś bezpiecznego (poznawalnego) modelu. To jest właśnie punkt, kiedy decyduje się postawa "rozum czy wiara" choć w istocie te dwie przestrzenie nie stoją wobec siebie w opozycji. Dopełniają się nie mieszając! A system religijny pozostaje konsekwencją postawy wiary.
Dziś odkrywam na nowo " złoty trójkąt" projektu: CEL - CZAS - BUDŻET. Uważam że jego racjonalny trzon jest dobry, tylko brakuje mu jeszcze jednego elementu. Ten brakujący element projektowej "trójcy" powinien dać jej życie i otworzyć ją na nowy wymiar. Umieściłbym go w centrum. Nie będzie gotowym rozwiązaniem wszystkich problemów i odpowiedzią na trudne pytania, ale całkowicie zmieni perspektywę. Brakujący element nazwałbym roboczo "Duchem projektu”.
Gdy patrzę na rozwój biznesu, postęp technologiczny i projekty realizowane dziś w świecie, zauważam, że niedoścignionymi wzorcami skuteczności i efektywności w zarządzaniu pozostają przedsięwzięcia, które według racjonalnej oceny, według tych poprzednich standardów mojego życia musiałbym nazwać „projektami niemożliwymi”. Projekty te nie miały zabezpieczenia finansowego, a jednak pozyskały niezbędne środki. Występujące w nich liczne ryzyka, i to o największej wadze, skazywały te przedsięwzięcia na porażkę jeszcze przed rozpoczęciem, a mimo to projekty te okazały się wielkim sukcesem, są bardzo żywotne, przynoszą owoce i rozwijają się do dziś. Wymyślali je i realizowali ludzie bez doświadczenia czy przygotowania teoretycznego w danej dziedzinie, a stali się pionierami i odkrywcami nowych obszarów wiedzy i ducha. Co więcej były to często osoby chore lub słabe. Dlatego „Duch projektu” ma według mnie wiele wspólnego z pokorą. To właśnie pokorne przyznanie się do własnej ograniczoności paradoksalnie otwiera człowieka na pomysły i rozwiązania, które normalnie blokowane są bądź zaciemniane przez „wiedzową pychę” tych, którzy mienią się ekspertami i autorytetami. Autorów „projektów niemożliwych” często wyśmiewano. Wmawiano im, że ich pomysły to złudzenia, niebezpieczne marzycielstwo albo wręcz przejaw pychy i nie liczenia się z racjonalną oceną sytuacji.
Mogę wymienić trzy takie „projekty niemożliwe”, choć jest ich więcej, ale tym trzem przyjrzałem się bardzo uważnie i przeanalizowałem ich przebieg według zasad i 11 obszarów wiedzy PMBoK (Project Management Body of Knowledge). Pierwszy taki projekt to zbudowanie przez św. Maksymiliana Kolbe klasztoru w Niepokalanowie a potem japońskiego klasztoru i wydawnictwa „Mugensai no sono”. Drugim takim przedsięwzięciem jest zbudowanie szpitala „Dom ulgi w cierpieniu” przez św. ojca Pio. Trzeci „projekt niemożliwy” to światowe dzieło Bożego Miłosierdzia św. Faustyny Kowalskiej.
W pewnym momencie wydarza się coś czego nikt wcześniej nie był w stanie przewidzieć: katastrofa, choroba lub nagła śmierć. Albo urodziny geniusza w rodzinie analfabetów czy nagły powrót do zdrowia osoby skazanej przez medycynę na śmierć. Podobnie jak medycyna nadal nie zna pierwotnej przyczyny raka, genezy stwardnienia rozsianego, astmy i nie potrafi wyjaśnić pochodzenia ani leczyć większości chorób psychicznych, tak samo najlepszy nawet plan zarządzania ryzykiem w projekcie nie uwzględni sytuacji, że np. w marcu w centralnej Polsce mogą wystąpić śnieżyce, które uniemożliwią terminową dostawę serwerów dla szpitala (znam taką sytuację). Mimo rosnących repozytoriów wiedzy i coraz doskonalszych narzędzi przetwarzania danych, jesteśmy stale zaskakiwani wydarzeniami, które nie mieszczą się w dotychczasowych strukturach poznania i burzą zastane modele wyjaśniania rzeczywistości. Procentowe statystyki niepowodzeń w projektach utrzymują się od lat na podobnym poziomie a społeczeństwa, w których postęp poprawił warunki życia - doświadczają nowych problemów, wymierają lub są zastępowane biedniejszymi i bardziej żywotnymi. Modele deterministyczne zawodzą. Mimo wielkiej pokusy stworzenia algorytmu giełdy nowojorskiej albo wzoru na wyniki środy piłkarskiej na Wyspach - świat zaskakuje nas stale rezultatami, które marzenie rozumu o zbudowaniu sztucznej inteligencji albo "wzoru na wszystko" czynią utopią.
Jednym z fundamentalnych praw natury jest wzrost czyli postęp. Człowiek w procesie postępu historycznego tworzy nowe rozwiązania ilościowe. Jednak czy jego życie się ulega istotnej zmianie jakościowej? Nie mówię tu jakości z książek o Total Quality Management. Mówię o prawdziwym fundamencie jakości życia człowieka. Kiedyś o tej relacji jakość-ilość w kontekście postępu technologicznego rozmawiałem w gronie starszych konsultantów IBMa. Okazało się, że nawet odkrycie penicyliny, insuliny czy winda dla niepełnosprawnych - pozostają nadal rozwiązaniami ilościowymi (szybszy transport, przedłużenie życia). Mówienie o jakości za każdym razem doprowadzało nas do momentu, gdy trzeba było wejść w obszar etyki czyli w świat wartości. A wystarczy spojrzeć na nagłówki gazet czy portali żeby się przekonać ile miejsca człowiek współczesny poświęca dziś swojemu zmysłowemu doświadczaniu życia i wszelkim przedsięwzięciom realizującym ten kierunek a ile dyskusji o moralnej przyszłości świata.
Czym jest dla mnie dzisiaj sukces? Stanięciem w prawdzie o sobie i zgodzeniem się na to, żeby stać się pokornym narzędziem doskonałego Planu. Ten niezwykły projekt-życie interesuje mnie najbardziej. W tej "nowej" metodyce projektowej przyznanie się do własnej bezsilności i niewystarczalności oraz zaufanie Bogu to klucze do prawdziwego sukcesu. Stosując tą "metodykę" wszystkie potrzebne zasoby pojawiają się we właściwym czasie, a ryzyka są zarządzane w optymalny sposób. Ta metoda jest naprawdę skuteczna, tylko z jakiegoś powodu stale odrzuca ją świat.
Sukces w projekcie (czy w życiu, które także można traktować jako projekt) definiowałem tak, jak oczekiwał tego biznes - zgodnie z metodyką projektową – czyli jako spełnienie określonych mierzalnych kryteriów, zwykle wyrażonych relacją koszt – zysk. Podstawą tego podejścia jest tzw. „złoty trójkąt” trzech parametrów projektu: CEL – CZAS – BUDŻET. Parametry są od siebie zależne bo jeśli np. redukujemy budżet, to żeby wykonać tą samą pracę potrzebny jest dłuższy czas itd. To deterministyczne podejście do rzeczywistości jest powszechne we współczesnej cywilizacji, gdzie wiedzę i technologie wykorzystuje się do eliminowania "niepewności rezultatu”. Podstaw takiego podejścia projektowego uczy się dziś już nie tylko studentów ale także młodzież i dzieci w coraz młodszych klasach. Odniesienie mierzalnego sukcesu obok "przymusu wzrostu gospodarczego" to jeden z głównych paradygmatów współczesności.
Gdy moje dostatnie życie „eksperta od sukcesu” zawaliło się z hukiem przez "grzechy przeszłości" i gdy nagle straciłem wszystko, co w życiu miało wtedy dla mnie wartość, zacząłem przyglądać się słowom "projekt" i „sukces” z innej perspektywy. Stając się nagle przykładem spektakularnej porażki utraciłem coś, co wydawało się dotąd stabilnym fundamentem spokojnego i udanego życia: całkowicie racjonalny i mierzalny stosunek do rzeczywistości.
Odkryłem wówczas że mój obraz świata był niepełny.
Ulegałem dotychczas pewnemu kuszącemu redukcjonizmowi, który coś, czego nie rozumiałem, sprowadzał do czegoś, co jest nieistotne i niepotrzebne, co wystarczy delikatnie ukryć albo sprytnie ominąć. Sam rozum nie potrafi stawić czoła Niepewności (celowo to słowo piszę z wielkiej litery) musi więc ją zredukować do jakiegoś bezpiecznego (poznawalnego) modelu. To jest właśnie punkt, kiedy decyduje się postawa "rozum czy wiara" choć w istocie te dwie przestrzenie nie stoją wobec siebie w opozycji. Dopełniają się nie mieszając! A system religijny pozostaje konsekwencją postawy wiary.
Dziś odkrywam na nowo " złoty trójkąt" projektu: CEL - CZAS - BUDŻET. Uważam że jego racjonalny trzon jest dobry, tylko brakuje mu jeszcze jednego elementu. Ten brakujący element projektowej "trójcy" powinien dać jej życie i otworzyć ją na nowy wymiar. Umieściłbym go w centrum. Nie będzie gotowym rozwiązaniem wszystkich problemów i odpowiedzią na trudne pytania, ale całkowicie zmieni perspektywę. Brakujący element nazwałbym roboczo "Duchem projektu”.
Gdy patrzę na rozwój biznesu, postęp technologiczny i projekty realizowane dziś w świecie, zauważam, że niedoścignionymi wzorcami skuteczności i efektywności w zarządzaniu pozostają przedsięwzięcia, które według racjonalnej oceny, według tych poprzednich standardów mojego życia musiałbym nazwać „projektami niemożliwymi”. Projekty te nie miały zabezpieczenia finansowego, a jednak pozyskały niezbędne środki. Występujące w nich liczne ryzyka, i to o największej wadze, skazywały te przedsięwzięcia na porażkę jeszcze przed rozpoczęciem, a mimo to projekty te okazały się wielkim sukcesem, są bardzo żywotne, przynoszą owoce i rozwijają się do dziś. Wymyślali je i realizowali ludzie bez doświadczenia czy przygotowania teoretycznego w danej dziedzinie, a stali się pionierami i odkrywcami nowych obszarów wiedzy i ducha. Co więcej były to często osoby chore lub słabe. Dlatego „Duch projektu” ma według mnie wiele wspólnego z pokorą. To właśnie pokorne przyznanie się do własnej ograniczoności paradoksalnie otwiera człowieka na pomysły i rozwiązania, które normalnie blokowane są bądź zaciemniane przez „wiedzową pychę” tych, którzy mienią się ekspertami i autorytetami. Autorów „projektów niemożliwych” często wyśmiewano. Wmawiano im, że ich pomysły to złudzenia, niebezpieczne marzycielstwo albo wręcz przejaw pychy i nie liczenia się z racjonalną oceną sytuacji.
Mogę wymienić trzy takie „projekty niemożliwe”, choć jest ich więcej, ale tym trzem przyjrzałem się bardzo uważnie i przeanalizowałem ich przebieg według zasad i 11 obszarów wiedzy PMBoK (Project Management Body of Knowledge). Pierwszy taki projekt to zbudowanie przez św. Maksymiliana Kolbe klasztoru w Niepokalanowie a potem japońskiego klasztoru i wydawnictwa „Mugensai no sono”. Drugim takim przedsięwzięciem jest zbudowanie szpitala „Dom ulgi w cierpieniu” przez św. ojca Pio. Trzeci „projekt niemożliwy” to światowe dzieło Bożego Miłosierdzia św. Faustyny Kowalskiej.
W pewnym momencie wydarza się coś czego nikt wcześniej nie był w stanie przewidzieć: katastrofa, choroba lub nagła śmierć. Albo urodziny geniusza w rodzinie analfabetów czy nagły powrót do zdrowia osoby skazanej przez medycynę na śmierć. Podobnie jak medycyna nadal nie zna pierwotnej przyczyny raka, genezy stwardnienia rozsianego, astmy i nie potrafi wyjaśnić pochodzenia ani leczyć większości chorób psychicznych, tak samo najlepszy nawet plan zarządzania ryzykiem w projekcie nie uwzględni sytuacji, że np. w marcu w centralnej Polsce mogą wystąpić śnieżyce, które uniemożliwią terminową dostawę serwerów dla szpitala (znam taką sytuację). Mimo rosnących repozytoriów wiedzy i coraz doskonalszych narzędzi przetwarzania danych, jesteśmy stale zaskakiwani wydarzeniami, które nie mieszczą się w dotychczasowych strukturach poznania i burzą zastane modele wyjaśniania rzeczywistości. Procentowe statystyki niepowodzeń w projektach utrzymują się od lat na podobnym poziomie a społeczeństwa, w których postęp poprawił warunki życia - doświadczają nowych problemów, wymierają lub są zastępowane biedniejszymi i bardziej żywotnymi. Modele deterministyczne zawodzą. Mimo wielkiej pokusy stworzenia algorytmu giełdy nowojorskiej albo wzoru na wyniki środy piłkarskiej na Wyspach - świat zaskakuje nas stale rezultatami, które marzenie rozumu o zbudowaniu sztucznej inteligencji albo "wzoru na wszystko" czynią utopią.
Jednym z fundamentalnych praw natury jest wzrost czyli postęp. Człowiek w procesie postępu historycznego tworzy nowe rozwiązania ilościowe. Jednak czy jego życie się ulega istotnej zmianie jakościowej? Nie mówię tu jakości z książek o Total Quality Management. Mówię o prawdziwym fundamencie jakości życia człowieka. Kiedyś o tej relacji jakość-ilość w kontekście postępu technologicznego rozmawiałem w gronie starszych konsultantów IBMa. Okazało się, że nawet odkrycie penicyliny, insuliny czy winda dla niepełnosprawnych - pozostają nadal rozwiązaniami ilościowymi (szybszy transport, przedłużenie życia). Mówienie o jakości za każdym razem doprowadzało nas do momentu, gdy trzeba było wejść w obszar etyki czyli w świat wartości. A wystarczy spojrzeć na nagłówki gazet czy portali żeby się przekonać ile miejsca człowiek współczesny poświęca dziś swojemu zmysłowemu doświadczaniu życia i wszelkim przedsięwzięciom realizującym ten kierunek a ile dyskusji o moralnej przyszłości świata.
Czym jest dla mnie dzisiaj sukces? Stanięciem w prawdzie o sobie i zgodzeniem się na to, żeby stać się pokornym narzędziem doskonałego Planu. Ten niezwykły projekt-życie interesuje mnie najbardziej. W tej "nowej" metodyce projektowej przyznanie się do własnej bezsilności i niewystarczalności oraz zaufanie Bogu to klucze do prawdziwego sukcesu. Stosując tą "metodykę" wszystkie potrzebne zasoby pojawiają się we właściwym czasie, a ryzyka są zarządzane w optymalny sposób. Ta metoda jest naprawdę skuteczna, tylko z jakiegoś powodu stale odrzuca ją świat.
czwartek, 5 listopada 2015
iść
Jesienią 2001 przyjechałem do Świnoujścia żeby spotkać się z człowiekiem, który - jak mi powiedziano - mógł mi jeszcze pomóc. Byłem w depresji. Tydzień wcześniej wyszedłem za kaucją na wolność po 200 dniach aresztu żeby odpowiadać z wolnej stopy za udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Groził mi kilkuletni wyrok, moje życie było w gruzach a ja straciłem poczucie kierunku, zniknął sens.
Drzwi pod wskazanym adresem otworzył ktoś, kto przypominał Papę Smerfa z kreskówek dla dzieci: białe włosy, biała broda i łagodne, uważne spojrzenie. Leszek Podolecki od wielu lat zajmuje się bezdomnymi, ludźmi wychodzącymi z uzależnień, więźniami w zakładach karnych. Na mój widok od razu zaproponował spacer na plażę. Szliśmy wzdłuż brzegu. Był sztorm, morze huczało, fale biły o brzeg. Opowiadałem mu o tym co mnie spotkało, o mojej wieloletniej szarpaninie z życiem, o cierpieniu, o tym jak raniłem innych, jak wszystko w życiu straciłem. Pamiętam, że leciały mi łzy i że wcale się tego nie wstydziłem. Może właśnie wtedy po raz pierwszy byłem z kimś naprawdę szczery. Czułem wielką ulgę, że mogę to wszystko z siebie wyrzucić.
Powiedział mi wtedy, że ktoś już to wszystko wycierpiał. Że wszystkie ciężary, cały ten ból i cierpienie ktoś już wziął na siebie. Mówił o człowieku przybitym gwoździami do krzyża. A potem spytał czy chciałbym z nim pójść na “duchowość”. Gdy spytałem co to takiego, powiedział tylko: “Zobaczysz”.
Zabrał mnie do jednego z tych swoich domów. Weszliśmy do sali gdzie siedziało ich dwadzieścioro w różnym wieku. Twarze poorane zmarszczkami, potatuowane. Leszek przeczytał fragment Ewangelii o Synu Marnotrawnym, a potem młoda prostytutka z końca sali, której twarzy nie widziałem, opowiedziała o swoich ucieczkach z domu, o złym życiu. Potem przeprosiła łamiącym się głosem, zaszlochała cicho i umilkła.
Po chwili Leszek przerwał ciszę i powiedział, że dziś będziemy sie modlić różańcem w intencji obecnego tu Romana.
I wtedy te dwadzieścia głosów jednym głosem zabrzmiało: “Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi...”. Nagle poczułem, że coś unosi mnie w górę, jakbym stawał się lekki...
Dzięki Leszkowi wiem, że tajemnica Bożego Miłosierdzie polega na tym, że jest ono dostępne także dla ludzi z wyrokami, dla ciężkich grzeszników, życiowych rozbitków, dla ludzkich ruin, w których czasem trudno nawet dostrzec człowieka. Dzięki Leszkowi poznałem, że istnieje droga świętości także dla tych, którzy są słabi, poranieni, zagubieni, którzy nadal upadają.
Czy jest do pomyślenia, żeby jakiś kryminalista, prostytutka albo długoletni alkoholik krzywdzący bliskich, żeby ktoś taki przez swoje zaszargane życie, przez swoją nędzę i upadki – mógł stanąć bliżej Boga niż najporządniejszy i najbardziej zrównoważony z ludzi?
Dzięki Leszkowi poznałem Wojtka, Seweryna, Grzegorza, Marka, Irka i innych, kiedyś zatwardziałych przestępców z długoletnimi wyrokami, a dziś świadomych swoich słabości i zakochanych w Jezusie chłopaków którzy modlą się na różańcu. Nie są święci, czasem wyłazi "stary człowiek", ale ich życie się zmieniło. Ich historie to przykład jak działa Bóg w życiu człowieka. Są świadkami miłosierdzia, którego pierwszy promień pojawił sie w największej ciemności. Są wiarygodni właśnie dlatego bo nie można mówić o Bogu nie wkładając w tą wypowiedź własnego życia.
Leszek powtarza nam stale, że Bóg nie będzie nas rozliczał ani z owoców naszego życia ani z grzechów, tylko z uczynków Miłosci. Wyłącznie z miłości! Grzechy zostały już odkupione na Krzyżu, a nasze zasługi... cóż możemy sobie przypisać? Brzmi prawie jak herezja... ale Ewangelia jest właśnie taka, że szokuje, zbija z tropu. Bóg wcale nie przychodzi do silnych i mądrych, ale do słabych i kruchych, nie do cnotliwych i pewnych siebie, ale do celników i złodziei, nie do zdrowych, poukładanych i możnych tego świata ale do odrzuconych i bezbronnych, do tęskniących i płaczących z tęsknoty.
Pod koniec życia święty Franciszek z Asyżu, zgorszony wypowiedzią pewnego młodzieńca, który nazwał go “świętym”, odrzekł mu:
- Nazywasz mnie “świętym”? A czy wiesz, że jeszcze tej nocy mógłbym upaść w grzech z prostytutką gdyby nie wspierał mnie Chrystus?
Dziś myślę że ci prawdziwi święci są ulepieni z tej samej gliny co grzesznicy i dlatego w pewnym momencie między grzesznikiem a świętym nie ma już różnicy. Święty czuje się grzesznikiem "w stanie nawracania się", a każdy grzesznik powinien uważać się za potencjalnego świętego i iść po tą świętość, podnosić się i iść, ìść, iść...
Drzwi pod wskazanym adresem otworzył ktoś, kto przypominał Papę Smerfa z kreskówek dla dzieci: białe włosy, biała broda i łagodne, uważne spojrzenie. Leszek Podolecki od wielu lat zajmuje się bezdomnymi, ludźmi wychodzącymi z uzależnień, więźniami w zakładach karnych. Na mój widok od razu zaproponował spacer na plażę. Szliśmy wzdłuż brzegu. Był sztorm, morze huczało, fale biły o brzeg. Opowiadałem mu o tym co mnie spotkało, o mojej wieloletniej szarpaninie z życiem, o cierpieniu, o tym jak raniłem innych, jak wszystko w życiu straciłem. Pamiętam, że leciały mi łzy i że wcale się tego nie wstydziłem. Może właśnie wtedy po raz pierwszy byłem z kimś naprawdę szczery. Czułem wielką ulgę, że mogę to wszystko z siebie wyrzucić.
Powiedział mi wtedy, że ktoś już to wszystko wycierpiał. Że wszystkie ciężary, cały ten ból i cierpienie ktoś już wziął na siebie. Mówił o człowieku przybitym gwoździami do krzyża. A potem spytał czy chciałbym z nim pójść na “duchowość”. Gdy spytałem co to takiego, powiedział tylko: “Zobaczysz”.
Zabrał mnie do jednego z tych swoich domów. Weszliśmy do sali gdzie siedziało ich dwadzieścioro w różnym wieku. Twarze poorane zmarszczkami, potatuowane. Leszek przeczytał fragment Ewangelii o Synu Marnotrawnym, a potem młoda prostytutka z końca sali, której twarzy nie widziałem, opowiedziała o swoich ucieczkach z domu, o złym życiu. Potem przeprosiła łamiącym się głosem, zaszlochała cicho i umilkła.
Po chwili Leszek przerwał ciszę i powiedział, że dziś będziemy sie modlić różańcem w intencji obecnego tu Romana.
I wtedy te dwadzieścia głosów jednym głosem zabrzmiało: “Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi...”. Nagle poczułem, że coś unosi mnie w górę, jakbym stawał się lekki...
Dzięki Leszkowi wiem, że tajemnica Bożego Miłosierdzie polega na tym, że jest ono dostępne także dla ludzi z wyrokami, dla ciężkich grzeszników, życiowych rozbitków, dla ludzkich ruin, w których czasem trudno nawet dostrzec człowieka. Dzięki Leszkowi poznałem, że istnieje droga świętości także dla tych, którzy są słabi, poranieni, zagubieni, którzy nadal upadają.
Czy jest do pomyślenia, żeby jakiś kryminalista, prostytutka albo długoletni alkoholik krzywdzący bliskich, żeby ktoś taki przez swoje zaszargane życie, przez swoją nędzę i upadki – mógł stanąć bliżej Boga niż najporządniejszy i najbardziej zrównoważony z ludzi?
Dzięki Leszkowi poznałem Wojtka, Seweryna, Grzegorza, Marka, Irka i innych, kiedyś zatwardziałych przestępców z długoletnimi wyrokami, a dziś świadomych swoich słabości i zakochanych w Jezusie chłopaków którzy modlą się na różańcu. Nie są święci, czasem wyłazi "stary człowiek", ale ich życie się zmieniło. Ich historie to przykład jak działa Bóg w życiu człowieka. Są świadkami miłosierdzia, którego pierwszy promień pojawił sie w największej ciemności. Są wiarygodni właśnie dlatego bo nie można mówić o Bogu nie wkładając w tą wypowiedź własnego życia.
Leszek powtarza nam stale, że Bóg nie będzie nas rozliczał ani z owoców naszego życia ani z grzechów, tylko z uczynków Miłosci. Wyłącznie z miłości! Grzechy zostały już odkupione na Krzyżu, a nasze zasługi... cóż możemy sobie przypisać? Brzmi prawie jak herezja... ale Ewangelia jest właśnie taka, że szokuje, zbija z tropu. Bóg wcale nie przychodzi do silnych i mądrych, ale do słabych i kruchych, nie do cnotliwych i pewnych siebie, ale do celników i złodziei, nie do zdrowych, poukładanych i możnych tego świata ale do odrzuconych i bezbronnych, do tęskniących i płaczących z tęsknoty.
Pod koniec życia święty Franciszek z Asyżu, zgorszony wypowiedzią pewnego młodzieńca, który nazwał go “świętym”, odrzekł mu:
- Nazywasz mnie “świętym”? A czy wiesz, że jeszcze tej nocy mógłbym upaść w grzech z prostytutką gdyby nie wspierał mnie Chrystus?
Dziś myślę że ci prawdziwi święci są ulepieni z tej samej gliny co grzesznicy i dlatego w pewnym momencie między grzesznikiem a świętym nie ma już różnicy. Święty czuje się grzesznikiem "w stanie nawracania się", a każdy grzesznik powinien uważać się za potencjalnego świętego i iść po tą świętość, podnosić się i iść, ìść, iść...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



