poniedziałek, 7 grudnia 2015

przełęcz

Po dwóch tygodniach pchania z Łodzi 400-kilogramowego wózka przez równiny i niewielkie wzniesienia centralnej Polski, na początku maja przed nami wyrosły prawdziwe góry. Nie wiedzieliśmy jak zachowa się na stromych podjazdach nasz trójkołowy pojazd wiozący 3-metrowy obraz Jezusa Miłosiernego i ekwipunek dla pięciu pielgrzymów na 90-dniową wyprawę do Rzymu. Pokonanie Karpat było pierwszą górską próbą na naszej drodze. Czekały nas jeszcze góry Bośni i włoskie Apeniny, ale do tak odległej przyszłości nikt w ogóle nie sięgał wyobraźnią.
Jak dotąd konstrukcja na trzech kołach zdawała nieźle egzamin. W mijanych miastach nauczyliśmy się szybko zmieniać pasy ruchu i sprawnie manewrować na rondach. Prowadzenie wózka wielkości samochodu wymagało od nas dobrej komunikacji i szybkiego podejmowania decyzji - byliśmy teraz niemal jak załoga oceanicznego jachtu w sztormowych warunkach. Zgranie pięciu różnych charakterów i temperamentów, z których każdy miał za sobą trudną przeszłość, nie było z początku łatwe. Byliśmy ludźmi z trudnymi życiorysami, większość po długoletnich wyrokach więzienia, z historią zniewoleń i przemocy.
Tym co nas połączyło było doświadczenie dziwnego światła, które do każdego z nas przyszło w momencie, gdy byliśmy na dnie ciemności i beznadziei. Dużo rozmawialiśmy o tym w drodze. Różne były nasze historie ale jedna rzecz była wspólna: każdemu z nas Bóg objawił Swoją moc wtedy, gdy okazaliśmy się bezsilni. I właśnie dopiero w tą niemoc mogło wejść Boże Miłosierdzie, całkowicie przemieniając nasze życia. Od tamtej chwili już nie mogliśmy żyć tak, jak wcześniej, krzywdząc siebie i innych. Tak zaczęła się nasza droga. Co roku wyruszamy na pielgrzymkę po to, żeby oddawać to, co wtedy do nas przyszło, żeby dzielić się z innymi tym, co sami otrzymaliśmy za darmo. Widać dla takich jak my Bóg też ma swój plan.

Pierwszego maja rano, po noclegu w klasztorze oo. Franciszkanów w Kalwarii Zebrzydowskiej, zaczęliśmy wspinaczkę na Przełęcz Kocierską. Pchanie wózka pod stromą górę okazało się ciężką pracą dla nóg i ramion całej naszej piątki. Pod wieczór, solidnie już zmęczeni, robiliśmy coraz częstsze postoje licząc, że za kolejnym zakrętem asfaltowa serpentyna wreszcie się wyrówna. Wyczerpani całodniową walką z ciężarem wózka marzyliśmy już tylko o noclegu i solidnym odpoczynku, choć zupełnie nie wiedzieliśmy czy na szczycie znajdziemy płaski teren żeby rozbić namioty. Gdy z westchnieniem ulgi wtoczyliśmy się wreszcie na szczyt, przed nami pojawiły się światła jakiegoś dużego budynku, który okazał się ekskluzywnym ośrodkiem SPA. Postanowiliśmy sprawdzić w recepcji czy może udostępnią nam podłogę w jakimś gospodarczym pomieszczeniu albo chociaż garaż żeby rozłożyć się do rana na karimatach. Perspektywa rozbijania namiotów po ciemku w lesie była mało pociągająca. Wyjaśniliśmy zdziwionej recepcjonistce że jesteśmy pielgrzymami w drodze do Rzymu i wieziemy na wózku obraz dla papieża. Niestety hotel mógł nam zaoferować jedynie pokoje w czterogwiazdkowych cenach, na co oczywiście nie było nas stać. Dostaliśmy jednak zgodę na skorzystanie z hotelowej łazienki i rozbicie namiotów na trawie przy parkingu. Rozbijanie namiotów w zmęczeniu przy świetle latarek nie jest łatwe. W ciemności giną przedmioty, każda czynność trwa dwa razy dłużej niż normalnie i trudno nie ulec irytacji. Jeszcze nie zdążyliśmy wypakować rzeczy z wózka gdy pojawiła się pani z recepcji. Przyszła nas poinformować, że jeden z gości hotelowych zadeklarował się, że opłaci nam nocleg w hotelu. Przypadkiem stał akurat obok gdy opowiadaliśmy o pielgrzymce i poruszony tą historią postanowił nam pomóc. Opłacił duży apartament i śniadania dla nas wszystkich.

- To bogaty Rosjanin – recepcjonistka była wyraźnie poruszona tą sytuacją – przysłał mnie tutaj do was bo sam nie chce się ujawnić. Powiedział, że ma wiele na sumieniu i że jest już dla Boga stracony. Prosi was tylko o to, żebyście w drodze pomodlili się za jego córkę.

Marek zdjął z piersi swoj drewniany Krzyż Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia w kształcie hebrajskiej litery "taw" i wręczył recepcjonistce.
- To dla tego Rosjanina. Niech mu pani od nas przekaże, że nie ma takiej ciemności, która oddzieliłaby nas od Boga. 


środa, 11 listopada 2015

sukces

Jeszcze 10 lat temu jako konsultant i trener w dziedzinie zarządzania projektami prowadziłem szkolenia jak skutecznie planować i realizować przedsięwzięcia w różnych dziedzinach. Pracowałem także jako coach wśród managerów branży FMCG .Można powiedzieć że byłem kimś w rodzaju specjalisty od sukcesu. Zatrudniały mnie banki, instytucje publiczne, energetyka. Pracowałem w projektach informatycznych, budowlanych, wdrożeniach produktów na rynek, w kampaniach społecznych. Powierzano mi projekty zagrożone, wykonywałem audyty i plany zarządzania ryzykiem. Posługiwałem się metodykami PMI, PRINCE, a także modelami adaptacyjnymi i teorią orgraniczeń (CCPM) Eliahu Goldratta.

Sukces w projekcie (czy w życiu, które także można traktować jako projekt) definiowałem tak, jak oczekiwał tego biznes - zgodnie z metodyką projektową – czyli jako spełnienie określonych mierzalnych kryteriów, zwykle wyrażonych relacją koszt – zysk. Podstawą tego podejścia jest tzw. „złoty trójkąt” trzech parametrów projektu: CEL – CZAS – BUDŻET. Parametry są od siebie zależne bo jeśli np. redukujemy budżet, to żeby wykonać tą samą pracę potrzebny jest dłuższy czas itd. To deterministyczne podejście do rzeczywistości jest powszechne we współczesnej cywilizacji, gdzie wiedzę i technologie wykorzystuje się do eliminowania "niepewności rezultatu”. Podstaw takiego  podejścia projektowego uczy się dziś już nie tylko studentów ale także młodzież i dzieci w coraz młodszych klasach. Odniesienie mierzalnego  sukcesu obok "przymusu wzrostu gospodarczego" to jeden z głównych paradygmatów współczesności.

Gdy moje dostatnie życie „eksperta od sukcesu” zawaliło się z hukiem przez "grzechy przeszłości" i gdy nagle straciłem wszystko, co w życiu miało wtedy dla mnie wartość, zacząłem przyglądać się słowom "projekt" i „sukces” z innej perspektywy. Stając się nagle przykładem spektakularnej porażki utraciłem coś, co wydawało się dotąd stabilnym fundamentem spokojnego i udanego życia: całkowicie racjonalny i mierzalny stosunek do rzeczywistości.

Odkryłem wówczas że mój obraz świata był niepełny.
Ulegałem dotychczas pewnemu kuszącemu redukcjonizmowi, który coś, czego nie rozumiałem, sprowadzał do czegoś, co jest nieistotne i niepotrzebne, co wystarczy delikatnie ukryć albo sprytnie ominąć. Sam rozum nie potrafi stawić czoła Niepewności (celowo to słowo piszę z wielkiej litery) musi więc ją zredukować do jakiegoś bezpiecznego (poznawalnego) modelu. To jest właśnie punkt, kiedy decyduje się postawa "rozum czy wiara" choć w istocie te dwie przestrzenie nie stoją wobec siebie w opozycji. Dopełniają się nie mieszając! A system religijny pozostaje konsekwencją postawy wiary.

Dziś odkrywam na nowo " złoty trójkąt" projektu: CEL - CZAS - BUDŻET. Uważam że jego racjonalny trzon jest dobry, tylko brakuje mu jeszcze jednego elementu. Ten brakujący element projektowej "trójcy" powinien dać jej życie i otworzyć ją na nowy wymiar. Umieściłbym go w centrum. Nie będzie gotowym rozwiązaniem wszystkich problemów i odpowiedzią na trudne pytania, ale całkowicie zmieni perspektywę. Brakujący element nazwałbym roboczo "Duchem projektu”.

Gdy patrzę na rozwój biznesu, postęp technologiczny i projekty realizowane dziś w świecie, zauważam, że niedoścignionymi wzorcami skuteczności i efektywności w zarządzaniu pozostają przedsięwzięcia, które według racjonalnej oceny, według tych poprzednich standardów mojego życia musiałbym nazwać „projektami niemożliwymi”. Projekty te nie miały zabezpieczenia finansowego, a jednak pozyskały niezbędne środki. Występujące w nich liczne ryzyka, i to o największej wadze, skazywały te przedsięwzięcia na porażkę jeszcze przed rozpoczęciem, a mimo to projekty te okazały się wielkim sukcesem, są bardzo żywotne, przynoszą owoce i rozwijają się do dziś. Wymyślali je i realizowali ludzie bez doświadczenia czy przygotowania teoretycznego w danej dziedzinie, a stali się pionierami i odkrywcami nowych obszarów wiedzy i ducha. Co więcej były to często osoby chore lub słabe. Dlatego „Duch projektu” ma według mnie wiele wspólnego z pokorą. To właśnie pokorne przyznanie się do własnej ograniczoności paradoksalnie otwiera człowieka na pomysły i rozwiązania, które normalnie blokowane są bądź zaciemniane przez „wiedzową pychę” tych, którzy mienią się ekspertami i autorytetami. Autorów „projektów niemożliwych” często wyśmiewano. Wmawiano im, że ich pomysły to złudzenia, niebezpieczne marzycielstwo albo wręcz przejaw pychy i nie liczenia się z racjonalną oceną sytuacji.

Mogę wymienić trzy takie „projekty niemożliwe”, choć jest ich więcej, ale tym trzem przyjrzałem się bardzo uważnie i przeanalizowałem ich przebieg według zasad i 11 obszarów wiedzy PMBoK (Project Management Body of Knowledge). Pierwszy taki projekt to zbudowanie przez św. Maksymiliana Kolbe klasztoru w Niepokalanowie a potem japońskiego klasztoru i wydawnictwa „Mugensai no sono”. Drugim takim przedsięwzięciem jest zbudowanie szpitala „Dom ulgi w cierpieniu” przez św. ojca Pio. Trzeci „projekt niemożliwy” to światowe dzieło Bożego Miłosierdzia św. Faustyny Kowalskiej.

W pewnym momencie wydarza się coś czego nikt wcześniej nie był w stanie przewidzieć: katastrofa, choroba lub nagła śmierć. Albo urodziny geniusza w rodzinie analfabetów czy nagły powrót do zdrowia osoby skazanej przez medycynę na śmierć. Podobnie jak medycyna nadal nie zna pierwotnej przyczyny raka, genezy stwardnienia rozsianego, astmy i nie potrafi wyjaśnić pochodzenia ani leczyć większości chorób psychicznych, tak samo najlepszy nawet plan zarządzania ryzykiem w projekcie nie uwzględni sytuacji, że np. w marcu w centralnej Polsce mogą wystąpić śnieżyce, które uniemożliwią terminową dostawę serwerów dla szpitala (znam taką sytuację). Mimo rosnących repozytoriów wiedzy i coraz doskonalszych narzędzi przetwarzania danych, jesteśmy stale zaskakiwani wydarzeniami, które nie mieszczą się w dotychczasowych strukturach poznania i burzą zastane modele wyjaśniania rzeczywistości. Procentowe statystyki niepowodzeń w projektach utrzymują się od lat na podobnym poziomie a społeczeństwa, w których postęp poprawił warunki życia - doświadczają nowych problemów,  wymierają lub są zastępowane biedniejszymi i bardziej żywotnymi. Modele deterministyczne zawodzą. Mimo wielkiej pokusy stworzenia algorytmu giełdy nowojorskiej albo wzoru na wyniki środy piłkarskiej na Wyspach - świat zaskakuje nas stale rezultatami, które marzenie rozumu o zbudowaniu sztucznej inteligencji albo "wzoru na wszystko" czynią utopią.

Jednym z fundamentalnych praw natury jest wzrost czyli postęp. Człowiek w procesie postępu historycznego tworzy nowe rozwiązania ilościowe. Jednak czy jego życie się ulega istotnej zmianie jakościowej? Nie mówię tu jakości z książek o Total Quality Management. Mówię o prawdziwym fundamencie jakości życia człowieka.  Kiedyś o tej relacji jakość-ilość w kontekście postępu technologicznego  rozmawiałem w gronie starszych konsultantów IBMa. Okazało się, że nawet odkrycie penicyliny,  insuliny czy winda dla niepełnosprawnych - pozostają nadal rozwiązaniami ilościowymi (szybszy transport, przedłużenie życia). Mówienie o jakości za każdym razem doprowadzało nas do momentu, gdy trzeba było wejść w obszar etyki czyli w świat wartości. A wystarczy spojrzeć na nagłówki gazet czy portali żeby się przekonać ile miejsca człowiek współczesny poświęca dziś swojemu zmysłowemu doświadczaniu życia i wszelkim przedsięwzięciom realizującym ten kierunek a ile dyskusji o moralnej przyszłości świata.

Czym jest dla mnie dzisiaj sukces? Stanięciem w prawdzie o sobie i zgodzeniem się na to, żeby stać się pokornym narzędziem doskonałego Planu. Ten niezwykły projekt-życie interesuje mnie najbardziej. W tej "nowej" metodyce projektowej przyznanie się do własnej bezsilności i niewystarczalności oraz zaufanie Bogu to klucze do prawdziwego sukcesu. Stosując tą "metodykę" wszystkie potrzebne zasoby pojawiają się we właściwym czasie, a ryzyka są zarządzane w optymalny sposób. Ta metoda jest naprawdę skuteczna, tylko z jakiegoś powodu stale odrzuca ją świat.

czwartek, 5 listopada 2015

iść

Jesienią 2001 przyjechałem do Świnoujścia żeby spotkać się z człowiekiem, który - jak mi powiedziano - mógł mi jeszcze pomóc. Byłem w depresji. Tydzień wcześniej wyszedłem za kaucją na wolność po 200 dniach aresztu żeby odpowiadać z wolnej stopy za udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Groził mi kilkuletni wyrok, moje życie było w gruzach a ja straciłem poczucie kierunku, zniknął sens.

Drzwi pod wskazanym adresem otworzył ktoś, kto przypominał Papę Smerfa z kreskówek dla dzieci: białe włosy, biała broda i łagodne, uważne spojrzenie. Leszek Podolecki od wielu lat zajmuje się bezdomnymi, ludźmi wychodzącymi z uzależnień, więźniami w zakładach karnych. Na mój widok od razu zaproponował spacer na plażę. Szliśmy wzdłuż brzegu. Był sztorm, morze huczało, fale biły o brzeg. Opowiadałem mu o tym co mnie spotkało, o mojej wieloletniej szarpaninie z życiem, o cierpieniu, o tym jak raniłem innych, jak wszystko w życiu straciłem. Pamiętam, że leciały mi łzy i że wcale się tego nie wstydziłem. Może właśnie wtedy po raz pierwszy byłem z kimś naprawdę szczery. Czułem wielką ulgę, że mogę to wszystko z siebie wyrzucić.

Powiedział mi wtedy, że ktoś już to wszystko wycierpiał. Że wszystkie ciężary, cały ten ból i cierpienie ktoś już wziął na siebie. Mówił o człowieku przybitym gwoździami do krzyża. A potem spytał czy chciałbym z nim pójść na “duchowość”. Gdy spytałem co to takiego, powiedział tylko: “Zobaczysz”.

Zabrał mnie do jednego z tych swoich domów. Weszliśmy do sali gdzie siedziało ich dwadzieścioro w różnym wieku. Twarze poorane zmarszczkami, potatuowane. Leszek przeczytał fragment Ewangelii o Synu Marnotrawnym, a potem młoda prostytutka z końca sali, której twarzy nie widziałem, opowiedziała o swoich ucieczkach z domu, o złym życiu. Potem przeprosiła łamiącym się głosem, zaszlochała cicho i umilkła.
Po chwili Leszek przerwał ciszę i powiedział, że dziś będziemy sie modlić różańcem w intencji obecnego tu Romana.

I wtedy te dwadzieścia głosów jednym głosem zabrzmiało: “Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi...”. Nagle poczułem, że coś unosi mnie w górę, jakbym stawał się lekki...

Dzięki Leszkowi wiem, że tajemnica Bożego Miłosierdzie polega na tym, że jest ono dostępne także dla ludzi z wyrokami, dla ciężkich grzeszników, życiowych rozbitków, dla ludzkich ruin, w których czasem trudno nawet dostrzec człowieka. Dzięki Leszkowi poznałem, że istnieje droga świętości także dla tych, którzy są słabi, poranieni, zagubieni, którzy nadal upadają.

Czy jest do pomyślenia, żeby jakiś kryminalista, prostytutka albo długoletni alkoholik krzywdzący bliskich, żeby ktoś taki przez swoje zaszargane życie, przez swoją nędzę i upadki – mógł stanąć bliżej Boga niż najporządniejszy i najbardziej zrównoważony z ludzi?

Dzięki Leszkowi poznałem Wojtka, Seweryna, Grzegorza, Marka, Irka i innych, kiedyś zatwardziałych przestępców z długoletnimi wyrokami, a dziś świadomych swoich słabości i zakochanych w Jezusie chłopaków którzy modlą się na różańcu. Nie są święci, czasem wyłazi "stary człowiek", ale ich życie się zmieniło. Ich historie to przykład jak działa Bóg w życiu człowieka. Są świadkami miłosierdzia, którego pierwszy promień pojawił sie w największej ciemności. Są wiarygodni właśnie dlatego bo nie można mówić o Bogu nie wkładając w tą wypowiedź własnego życia.

Leszek powtarza nam stale, że Bóg nie będzie nas rozliczał ani z owoców naszego życia ani z grzechów, tylko z uczynków Miłosci. Wyłącznie z miłości! Grzechy zostały już odkupione na Krzyżu, a nasze zasługi... cóż możemy sobie przypisać? Brzmi prawie jak herezja... ale Ewangelia jest właśnie taka, że szokuje, zbija z tropu. Bóg wcale nie przychodzi do silnych i mądrych, ale do słabych i kruchych, nie do cnotliwych i pewnych siebie, ale do celników i złodziei, nie do zdrowych, poukładanych i możnych tego świata ale do odrzuconych i bezbronnych, do tęskniących i płaczących z tęsknoty.

Pod koniec życia święty Franciszek z Asyżu, zgorszony wypowiedzią pewnego młodzieńca, który nazwał go “świętym”, odrzekł mu:

- Nazywasz mnie “świętym”? A czy wiesz, że jeszcze tej nocy mógłbym upaść w grzech z prostytutką gdyby nie wspierał mnie Chrystus?

Dziś myślę że ci prawdziwi święci są ulepieni z tej samej gliny co grzesznicy i dlatego w pewnym momencie między grzesznikiem a świętym nie ma już różnicy. Święty czuje się grzesznikiem "w stanie nawracania się", a każdy grzesznik powinien uważać się za potencjalnego świętego i iść po tą świętość, podnosić się i iść, ìść, iść...

piątek, 30 października 2015

iskra


Umysł oszołomiony zdobyczami nowoczesności zawsze wchodził w powątpienie, tracił wiarę. Odnowienie ducha za czasów św. Franciszka (rozkwit miast, dobrobyt wsi) czy św. Jana od Krzyża (renesans sztuk i nauk) pozwoliły znów, niejako pod prąd współczesności, wrócić do źródła duchowości czyli do punktu spotkania Ducha i Materii, którym jest Chrystus, Bóg- Człowiek.
Postęp jest nieuchronny i sam w sobie nie może być zły, ale jak wszystko w naturze, przebiega w cyklach narodzin, wzrostu, dojrzałości i śmierci. Pęknięcie między duchem i materią, między "być"i "mieć", między etyką i techniką, pogłębia się stopniowo aż do punktu, gdy znowu iskra światła musi pojawić się na dnie "nocy ciemnej". .

Sytość, wygoda, bezpieczeństwo i kupowanie sobie emocji - to jest środowisko, w którym zanika przyrodzone człowiekowi pragnienie przekraczania (transcendencji), a więc poszukiwania i redefiniowania siebie w relacji do zmieniającego się świata. Stopniowo stygnie zapał i entuzjazm wieku dziecięcego, czysty górski strumień rozlewa się po nizinie i płynąc leniwie niesie coraz więcej zanieczyszczeń.

Tajemnica Absolutu jest głębsza niż największa głębia jaką potrafi przywołać umysł człowieka na jakimkolwiek etapie swojej drogi. Jeśli nauka i zdobycze techniki dają poczucie, że zbliżamy się do tej tajemnicy, że zaczynamy ją wyjaśniać, wtedy człowiek przekonuje się boleśnie po raz kolejny, że oto znowu staje na początku drogi...

Świat lęku przed końcem (przed utratą), świat gromadzenia "pewności" i przyjemności jako odpowiedzi na ten lęk - po raz kolejny przeżywa dziś kryzys.
Świat czeka dziś na nowych reformatorów, którzy poniosą niepopularność i ciężar zmiany, żeby znów oczýścić i odświeżyć obraz, powrócić do pierwotnej jedności prawdy i piękna, do czystego źródła.

wtorek, 13 października 2015

figura

W połowie września ksiądz proboszcz z Kościoła Miłosierdzia Bożego w Dzierżawach zapytał mnie czy nie podjąłbym się odnowienia figury Matki Bożej Fatimskiej. Chodziło o oczyszczenie, odtłuszczenie, sklejenie powiększających się spękań, pokrycie ubytków specjalną szpachlą, oszlifowanie, malowanie całości nowymi farbami i odświeżenie korony i różańca. Duże i odpowiedzialne zadanie, które oszacowałem na około miesiąc pracy. Czasu dokładnie tyle, ile oczekiwał ksiądz, bo figura musiała być gotowa na trzynasty dzień kolejnego miesiąca. W tym właśnie dniu przypada dzień Fatimy (pamiątka początku objawień fatimskich z 13 maja 1917 roku), szczególnie czczony w tutejszej parafii od 20 lat. Trzynastego dnia każdego miesiąca, począwszy od maja 1995 roku, figura uczestniczy w specjalnym nabożeństwie różańcowym, a potem obnoszona jest przez wiernych wokół kościoła w uroczystej procesji.

Zgodziłem się podjąć zadania renowacji figury, choć od początku miałem wrażenie, że wchodzę na “terra incognita” i czułem trudną do opisania bojaźń. Moja niepewność nie wiązała się z samą materią figury. Dotykając ostrych spękań na płaszczu Maryi czułem że gdzieś tutaj odbywa się to niemożliwe dla samego rozumu spotkanie Ducha i materii. Gdzieś tutaj, blisko, był do zrobienia ten krok w niepewność, krok wiary, który nie jest samą moją decyzją bo jest odpowiedzią na zaproszenie... Zaproszenie skąd? Od kogo? Dotykając uszkodzonego płaszcza doświadczałem tajemnicy Spotkania, które nie zna słów opisu. Doświadczałem dziwnej czułości... 240 razy. W tylu comiesięcznych procesjach wierni nieśli Matkę Bożą przystrojoną w kwiaty, bez względu na porę roku, w słońcu, deszczu i śniegu. Tak wiele modlitw przyjęła i wysłuchała. Tyle stałości i wierności, tyle zaufania. Ta pokora, wierność i stałość prostych ludzi z małej wsi w centralnej Polsce w zdumiewający sposób odbijała pokorę, wierność i stałość Tej, która jako pierwsza “poszła z pośpiechem w góry” żeby służyć. Uniżenie. To ono pokazuje prawdziwy kierunek.

Praca była bardzo wymagająca już przez sam fakt, jak wielkie znaczenie tutejsza wspólnota przywiązywała do tej figury. Na pewno byli przyzwyczajeni do jej starego wyglądu. Ksiądz mi zaufał, bo sądził, że jako ikonograf mam pewne doświadczenie w pracy z farbami, ale figura wymaga zupełnie innych technik niż ikona, inne są narzędzia, materiały i inne technologie. Nie mam doświadczenia, ostateczny efekt będzie więc do końca zagadką. To, co na pewno łączy ikonę i figurę to modlitwa. Wiedziałem od początku, że w tej niezwykłej drodze właśnie modlitwa będzie mi szczególnie porzebna. Byłem wdzięczny księdzu za zaufanie, choć czułem niepewność. Postanowiłem, że praca i zakup potrzebnych materiały będą moją ofiarą. Czułem, że ta praca coś ważnego przede mną otwiera. Poprosiłem księdza o modlitwę. Szczególnie o pokorę dla mnie i o to, żebym potrafił przy tej pracy oddać swoje dłonie Boskiemu Mistrzowi, Jego słuchać.
I tak zaczęły się moje miesięczne, indywidualne rekolekcje z Matką Boską Fatimską. W przerwach w pracy czytałem książkę pt. “Fatima. Orędzie tragedii czy nadziei?”

Zacząłem od zakupu potrzebnych materiałów i narzędzi. Lista była spora, pojechałem więc specjalnie do Leroi Merlin w Łodzi. Gdy wchodziłem na halę znów przeraził mnie ogrom i rozmach tego miejsca, choć przez lata powinienem już się do tego przyzwyczaić. Wielki wybór wszystkich możliwych sprzętów i materiałów. Gdy wybierałem akrylową farbę na płaszcz Maryi podeszło do mnie dwoje młodych ludzi. Byli pięknie ubrani, niemal jaśniały ich szerokie uśmiechy. Chłopak i dziewczyna.

- Widzę że robi pan większe zakupy – zaczął chłopak – a czy wie pan, że mamy teraz specjalną ofertę dzięki której nie musi pan już teraz płacić za materiały? Dzięki specjalnej karcie otrzyma pan kredyt powiązany z rabatami a zapłaty dokona pan w dogodny dla siebie sposób...

Oboje byli piękni. Ubrani z dbałością o najmniejszy detal. Swobodni i naturalni. Nie byłem zaskoczony tą sytuacją. Odwzajemniłem uśmiech.

- Nie mam w zwyczaju korzystać z kredytów – odpowiedziałem z równą serdecznością.

Chłopak i dziewczyna tylko na to czekali. Powoli i bardzo profesjonalnie, mówiąc na przemian, roztoczyli przede mną wizję korzyści, jakie daje swoboda i elastyczność kredytu. Nie byli nachalni, mówili wolno, ważąc starannie każde słowo i śledząc moje reakcje. Na nadgarstku dziewczyny dostrzegłem koraliki modlitewne jakie noszą buddyści.

Przypatrywałem się dwojgu młodych sprzedawców z uznaniem za ich staranność i fachowość. Potrafię docenić profesjonalnego sprzedawcę. Dziesięć lat temu, jako trener technik wpływu, uczyłem tego fachu młodych pracowników banków. Kolejność jest taka: 1. Oceń profil klienta. 2. Dobierz odpowiednią do profilu strategię dotarcia. 3. Stosując właściwe techniki zamknij sprzedaż (doprowadź do decyzji zakupowej). Oczywiście to w dużym uproszczeniu. Szkolenie trwało trzy dni i nosiło nazwę “Skuteczna sprzedaż instrumentów finansowych z zastosowaniem technik wpływu”. Zajęcia polegały m.in. na testach osobowiości Meyersa Briggsa, wchodziły głęboko w zasady funkcjonowania półkul mózgowych i uczyły zaawansowanych technik “czytania” klienta i wpływu na jego decyzję.
Chciałem zakończyć to spotkanie możliwie łagodnie dla tych dwojga. Jakoś ich polubiłem.

- Jestem zbyt słaby na kredyty. Po prostu mam słabą pamięć i brak mi dyscypliny. Gdy czuję, że posiadane finanse dają mi większy potencjał albo większe poczucie bezpieczeństwa – marnuję tą okazję i od razu konsumuję te możliwości zamiast inwestować w rozwój. Po prostu nie potrafię budować na kredycie. Może w ogóle nie potrafię budować. Jestem zbyt słaby, dlatego żyję tylko z tego co sam wypracuję. I nie szukam możliwości rozwijania swojej działalności. Wiem, że taka postawa skazuje mnie na zadowalanie się tym, co małe, co w zasięgu moich rąk. Ale właśnie tak żyję i nie chcę tego zmieniać. Musiałbym mieć jakiś dobry cel. Cel wart zmiany moich zasad. Ufam, że wtedy, gdybym miał taki cel, potrafiłbym przeznaczyć kredyt na dobrą inwestycję.
Uważacie, że istnieje jakiś dobry cel, dla którego warto sie zadłużyć?

Nawet ich nie spłoszyłem. Po wyglądzie musieli mnie na początku zaklasyfikować jako typ “hippisa”, a teraz chyba dokonywali korekty w diagnozie.

- Widzicie – kontynuowałem – ja kwestię kredytu sprowadzam do wartości. To może głupie bo przecież kredyt to kredyt i dziś bez niego prawie nic nie funkcjonuje więc po co ta cała filozofia? Kiedyś uważałem inaczej, ale dziś wierzę, że największą wartością w życiu jest uczciwość. Jeśli jesteście uczciwi w tym, co robicie, musicie być przygotowani na odpowiedź na pytanie: “Dlaczego naprawdę warto wziąć kredyt?” Odpowiedź: “Bo dziś cały świat polega na kredycie” - może nie być satysfakcjonująca dla każdego.

Przyglądali mi się uważnie. Nie podjęli wątku "kredyt a wartość życia". Pożegnaliśmy się szybko bo spieszyłem sie na pociąg. Nie dali mi wizytówki, co jest zawsze elementem procedury gdy nie uda się klienta przekonać do kredytu w pierwszej rozmowie.

Jadąc pociągiem myślałem o figurze i o pracy, która mnie przy niej czekała. Myślałem o rozmowie z parą sprzedawców i o tym czym naprawdę jest uczciwość. Czy pokora, wierność i stałość są możliwe w powiązaniu z kredytem? Poczułem w pewnej chwili, że kredyt jest naturalną częścią postępu historycznego, któremu podlegają wszyscy. Jest nieunikniony we współczesnym świecie. Mam wolność wyboru i nie używam kredytu. Ale tej wolności wyboru nie mogę nikomu odmówić. Czy sam potrafiłbym tak do końca uczciwie odpowiedzieć na pytanie: "Co powstrzymuje mnie przed kredytem? Może czegoś nie rozumiem, na coś się zamykam? Może jestem zbyt wygodny na kredyt?"

Praca nad figurą... niepewność.... uniżenie... uczciwość.... to nie będą łatwe rekolekcje.