piątek, 30 października 2015

iskra


Umysł oszołomiony zdobyczami nowoczesności zawsze wchodził w powątpienie, tracił wiarę. Odnowienie ducha za czasów św. Franciszka (rozkwit miast, dobrobyt wsi) czy św. Jana od Krzyża (renesans sztuk i nauk) pozwoliły znów, niejako pod prąd współczesności, wrócić do źródła duchowości czyli do punktu spotkania Ducha i Materii, którym jest Chrystus, Bóg- Człowiek.
Postęp jest nieuchronny i sam w sobie nie może być zły, ale jak wszystko w naturze, przebiega w cyklach narodzin, wzrostu, dojrzałości i śmierci. Pęknięcie między duchem i materią, między "być"i "mieć", między etyką i techniką, pogłębia się stopniowo aż do punktu, gdy znowu iskra światła musi pojawić się na dnie "nocy ciemnej". .

Sytość, wygoda, bezpieczeństwo i kupowanie sobie emocji - to jest środowisko, w którym zanika przyrodzone człowiekowi pragnienie przekraczania (transcendencji), a więc poszukiwania i redefiniowania siebie w relacji do zmieniającego się świata. Stopniowo stygnie zapał i entuzjazm wieku dziecięcego, czysty górski strumień rozlewa się po nizinie i płynąc leniwie niesie coraz więcej zanieczyszczeń.

Tajemnica Absolutu jest głębsza niż największa głębia jaką potrafi przywołać umysł człowieka na jakimkolwiek etapie swojej drogi. Jeśli nauka i zdobycze techniki dają poczucie, że zbliżamy się do tej tajemnicy, że zaczynamy ją wyjaśniać, wtedy człowiek przekonuje się boleśnie po raz kolejny, że oto znowu staje na początku drogi...

Świat lęku przed końcem (przed utratą), świat gromadzenia "pewności" i przyjemności jako odpowiedzi na ten lęk - po raz kolejny przeżywa dziś kryzys.
Świat czeka dziś na nowych reformatorów, którzy poniosą niepopularność i ciężar zmiany, żeby znów oczýścić i odświeżyć obraz, powrócić do pierwotnej jedności prawdy i piękna, do czystego źródła.

wtorek, 13 października 2015

figura

W połowie września ksiądz proboszcz z Kościoła Miłosierdzia Bożego w Dzierżawach zapytał mnie czy nie podjąłbym się odnowienia figury Matki Bożej Fatimskiej. Chodziło o oczyszczenie, odtłuszczenie, sklejenie powiększających się spękań, pokrycie ubytków specjalną szpachlą, oszlifowanie, malowanie całości nowymi farbami i odświeżenie korony i różańca. Duże i odpowiedzialne zadanie, które oszacowałem na około miesiąc pracy. Czasu dokładnie tyle, ile oczekiwał ksiądz, bo figura musiała być gotowa na trzynasty dzień kolejnego miesiąca. W tym właśnie dniu przypada dzień Fatimy (pamiątka początku objawień fatimskich z 13 maja 1917 roku), szczególnie czczony w tutejszej parafii od 20 lat. Trzynastego dnia każdego miesiąca, począwszy od maja 1995 roku, figura uczestniczy w specjalnym nabożeństwie różańcowym, a potem obnoszona jest przez wiernych wokół kościoła w uroczystej procesji.

Zgodziłem się podjąć zadania renowacji figury, choć od początku miałem wrażenie, że wchodzę na “terra incognita” i czułem trudną do opisania bojaźń. Moja niepewność nie wiązała się z samą materią figury. Dotykając ostrych spękań na płaszczu Maryi czułem że gdzieś tutaj odbywa się to niemożliwe dla samego rozumu spotkanie Ducha i materii. Gdzieś tutaj, blisko, był do zrobienia ten krok w niepewność, krok wiary, który nie jest samą moją decyzją bo jest odpowiedzią na zaproszenie... Zaproszenie skąd? Od kogo? Dotykając uszkodzonego płaszcza doświadczałem tajemnicy Spotkania, które nie zna słów opisu. Doświadczałem dziwnej czułości... 240 razy. W tylu comiesięcznych procesjach wierni nieśli Matkę Bożą przystrojoną w kwiaty, bez względu na porę roku, w słońcu, deszczu i śniegu. Tak wiele modlitw przyjęła i wysłuchała. Tyle stałości i wierności, tyle zaufania. Ta pokora, wierność i stałość prostych ludzi z małej wsi w centralnej Polsce w zdumiewający sposób odbijała pokorę, wierność i stałość Tej, która jako pierwsza “poszła z pośpiechem w góry” żeby służyć. Uniżenie. To ono pokazuje prawdziwy kierunek.

Praca była bardzo wymagająca już przez sam fakt, jak wielkie znaczenie tutejsza wspólnota przywiązywała do tej figury. Na pewno byli przyzwyczajeni do jej starego wyglądu. Ksiądz mi zaufał, bo sądził, że jako ikonograf mam pewne doświadczenie w pracy z farbami, ale figura wymaga zupełnie innych technik niż ikona, inne są narzędzia, materiały i inne technologie. Nie mam doświadczenia, ostateczny efekt będzie więc do końca zagadką. To, co na pewno łączy ikonę i figurę to modlitwa. Wiedziałem od początku, że w tej niezwykłej drodze właśnie modlitwa będzie mi szczególnie porzebna. Byłem wdzięczny księdzu za zaufanie, choć czułem niepewność. Postanowiłem, że praca i zakup potrzebnych materiały będą moją ofiarą. Czułem, że ta praca coś ważnego przede mną otwiera. Poprosiłem księdza o modlitwę. Szczególnie o pokorę dla mnie i o to, żebym potrafił przy tej pracy oddać swoje dłonie Boskiemu Mistrzowi, Jego słuchać.
I tak zaczęły się moje miesięczne, indywidualne rekolekcje z Matką Boską Fatimską. W przerwach w pracy czytałem książkę pt. “Fatima. Orędzie tragedii czy nadziei?”

Zacząłem od zakupu potrzebnych materiałów i narzędzi. Lista była spora, pojechałem więc specjalnie do Leroi Merlin w Łodzi. Gdy wchodziłem na halę znów przeraził mnie ogrom i rozmach tego miejsca, choć przez lata powinienem już się do tego przyzwyczaić. Wielki wybór wszystkich możliwych sprzętów i materiałów. Gdy wybierałem akrylową farbę na płaszcz Maryi podeszło do mnie dwoje młodych ludzi. Byli pięknie ubrani, niemal jaśniały ich szerokie uśmiechy. Chłopak i dziewczyna.

- Widzę że robi pan większe zakupy – zaczął chłopak – a czy wie pan, że mamy teraz specjalną ofertę dzięki której nie musi pan już teraz płacić za materiały? Dzięki specjalnej karcie otrzyma pan kredyt powiązany z rabatami a zapłaty dokona pan w dogodny dla siebie sposób...

Oboje byli piękni. Ubrani z dbałością o najmniejszy detal. Swobodni i naturalni. Nie byłem zaskoczony tą sytuacją. Odwzajemniłem uśmiech.

- Nie mam w zwyczaju korzystać z kredytów – odpowiedziałem z równą serdecznością.

Chłopak i dziewczyna tylko na to czekali. Powoli i bardzo profesjonalnie, mówiąc na przemian, roztoczyli przede mną wizję korzyści, jakie daje swoboda i elastyczność kredytu. Nie byli nachalni, mówili wolno, ważąc starannie każde słowo i śledząc moje reakcje. Na nadgarstku dziewczyny dostrzegłem koraliki modlitewne jakie noszą buddyści.

Przypatrywałem się dwojgu młodych sprzedawców z uznaniem za ich staranność i fachowość. Potrafię docenić profesjonalnego sprzedawcę. Dziesięć lat temu, jako trener technik wpływu, uczyłem tego fachu młodych pracowników banków. Kolejność jest taka: 1. Oceń profil klienta. 2. Dobierz odpowiednią do profilu strategię dotarcia. 3. Stosując właściwe techniki zamknij sprzedaż (doprowadź do decyzji zakupowej). Oczywiście to w dużym uproszczeniu. Szkolenie trwało trzy dni i nosiło nazwę “Skuteczna sprzedaż instrumentów finansowych z zastosowaniem technik wpływu”. Zajęcia polegały m.in. na testach osobowiości Meyersa Briggsa, wchodziły głęboko w zasady funkcjonowania półkul mózgowych i uczyły zaawansowanych technik “czytania” klienta i wpływu na jego decyzję.
Chciałem zakończyć to spotkanie możliwie łagodnie dla tych dwojga. Jakoś ich polubiłem.

- Jestem zbyt słaby na kredyty. Po prostu mam słabą pamięć i brak mi dyscypliny. Gdy czuję, że posiadane finanse dają mi większy potencjał albo większe poczucie bezpieczeństwa – marnuję tą okazję i od razu konsumuję te możliwości zamiast inwestować w rozwój. Po prostu nie potrafię budować na kredycie. Może w ogóle nie potrafię budować. Jestem zbyt słaby, dlatego żyję tylko z tego co sam wypracuję. I nie szukam możliwości rozwijania swojej działalności. Wiem, że taka postawa skazuje mnie na zadowalanie się tym, co małe, co w zasięgu moich rąk. Ale właśnie tak żyję i nie chcę tego zmieniać. Musiałbym mieć jakiś dobry cel. Cel wart zmiany moich zasad. Ufam, że wtedy, gdybym miał taki cel, potrafiłbym przeznaczyć kredyt na dobrą inwestycję.
Uważacie, że istnieje jakiś dobry cel, dla którego warto sie zadłużyć?

Nawet ich nie spłoszyłem. Po wyglądzie musieli mnie na początku zaklasyfikować jako typ “hippisa”, a teraz chyba dokonywali korekty w diagnozie.

- Widzicie – kontynuowałem – ja kwestię kredytu sprowadzam do wartości. To może głupie bo przecież kredyt to kredyt i dziś bez niego prawie nic nie funkcjonuje więc po co ta cała filozofia? Kiedyś uważałem inaczej, ale dziś wierzę, że największą wartością w życiu jest uczciwość. Jeśli jesteście uczciwi w tym, co robicie, musicie być przygotowani na odpowiedź na pytanie: “Dlaczego naprawdę warto wziąć kredyt?” Odpowiedź: “Bo dziś cały świat polega na kredycie” - może nie być satysfakcjonująca dla każdego.

Przyglądali mi się uważnie. Nie podjęli wątku "kredyt a wartość życia". Pożegnaliśmy się szybko bo spieszyłem sie na pociąg. Nie dali mi wizytówki, co jest zawsze elementem procedury gdy nie uda się klienta przekonać do kredytu w pierwszej rozmowie.

Jadąc pociągiem myślałem o figurze i o pracy, która mnie przy niej czekała. Myślałem o rozmowie z parą sprzedawców i o tym czym naprawdę jest uczciwość. Czy pokora, wierność i stałość są możliwe w powiązaniu z kredytem? Poczułem w pewnej chwili, że kredyt jest naturalną częścią postępu historycznego, któremu podlegają wszyscy. Jest nieunikniony we współczesnym świecie. Mam wolność wyboru i nie używam kredytu. Ale tej wolności wyboru nie mogę nikomu odmówić. Czy sam potrafiłbym tak do końca uczciwie odpowiedzieć na pytanie: "Co powstrzymuje mnie przed kredytem? Może czegoś nie rozumiem, na coś się zamykam? Może jestem zbyt wygodny na kredyt?"

Praca nad figurą... niepewność.... uniżenie... uczciwość.... to nie będą łatwe rekolekcje.

piątek, 25 września 2015

ziemia

Im bardziej pokorna jest materia, im bardziej zgadza się uznać, że jest tylko błotem i gliną, tym bardziej może zostać przemieniona przez boskiego rzeźbiarza... jest to jakby tajemnica śmierci z miłości, tajemnica miłującego powrotu do prochu... bez wejścia w tą tajemnicę nie ma zmartwychwstania. (Thomas Philippe)

W dwóch izbach z niewielkim korytarzem mieszka dziesięć osób: rodzice i ośmioro rodzeństwa. Helenka przyszła na świat jako trzecia, ma trzy siostry i czterech braci. Niewielki kawałek ziemi i jedna krowa to zbyt mało żeby dla wszystkich wystarczyło na jedzenie i ubranie, ale rodzina Kowalskich ciężko pracuje żeby zapewnić znośny byt rosnącej gromadce.
Powszechnym wiejskim zwyczajem dzieci od najmłodszych lat pomagają rodzicom w polu i przy zwierzętach. Jedyną odświętną sukienkę mała Helenka musi dzielić z siostrami, podobnie jest z butami, dlatego bardzo przeżywa ilekroć nie może uczestniczyć we mszy świętej w oddalonym o dwa kilometry kościele. Zaszywa się wtedy w ogrodzie i wysłuchuje kiedy dzwony zabiją na Podniesienie. Jej ponadprzeciętnej wrażliwości nie rozumieją bliscy, a dzieci w klasie wyśmiewają za nędzny ubiór – idzie więc za niezwykłym zaproszeniem i wchodzi coraz głębiej w wewnętrzną rozmowę ze światem pełnym niezwykłych zjawisk skrywających się w zwyczajnej codzienności.
Helenka ma dużo obowiązków: opiekuje się młodszym rodzeństwem, oporządza zwierzęta, pomaga w polu, w kuchni, przy praniu. Znajduje jednak czas żeby oddalić się i modlić w samotności. Latem wstaje ze świtem żeby wyprowadzić krowę na łąkę i mieć chwilę dla siebie. Często idzie boso, w koszuli poniżej kolan, okryta chustą matki. Bose stopy dziecka czują dotyk wilgotnej ziemi.
Dotyk ziemi...

Łacińskie słowo humilitas (pokora) pochodzi od humus (ziemia). Pokora to uniżenie. Pokornym jest ten, kto czuje się i zachowuje jak niższy w stosunku do innych. Pokorny jest ten, kto się nie wywyższa, kto żyje blisko ziemi, kłania się jej, zna jej dotyk.
Czy jest coś pokorniejszego niż ziemia? To z niej w akcie stworzenia ulepiony został człowiek i do niej powróci na końcu swoich dni, tak samo nagi jak na początku. Po ziemi kroczy przez życie, przyciągany niewidzialną siłą, a kiedy podniesie wzrok zbyt wysoko i zapomni o ziemi – upadnie.
Upadek, nawet bolesny, jest jednak zawsze spotkaniem z “matką ziemią”. Wtedy ziemia–matka cierpliwie uczy pokory i znowu pozwala dziecku powstać. Upadek jest nauką pokory, powrotem do ziemi, do początku. Bo to ziemia “nosi” człowieka, a nie człowiek “stąpa” po ziemi.

Czy jest coś, co bardziej łączy ludzi niż upadek? Czy jest coś bliższego wszystkim ludziom niż ziemia, ten wspólny dla wszystkich grunt i wspólny dla wszystkich dom? Ziemia, która nosi i karmi, która rodzi życie... ziemia obiecana, w której istnienie wszyscy na swój sposób wierzą i... stale o niej zapominają, wydeptując ścieżki do własnych światów i zadeptując innych.

Im bardziej pokorna jest materia, im bardziej zgadza się uznać, że jest tylko błotem i gliną, tym bardziej może zostać przemieniona przez boskiego rzeźbiarza... jest to jakby tajemnica śmierci z miłości, tajemnica miłującego powrotu do prochu... bez wejścia w tą tajemnicę nie ma zmartwychwstania

poniedziałek, 14 września 2015

Łódź

Zawsze gdy jestem w Łodzi staram się odwiedzić antykwariaty na Piotrkowskiej. Jest ich kilka obok siebie. Czasem w cenie dosłownie kilku złotych można tu znaleźć dobrą książkę albo album z ikonami. Tym razem wychodząc po godzinie na ulicę miałem pod pachą trzy książki. Po chwili dotarło do mnie jak mocno te trzy tytuły wpisują się w historię tego miasta...
"Pisma" Edyty Stein odkryłem na półce z... judaicami. Ktoś umieścił katolicką zakonnicę obok zbiorów midraszy i wspomnień ocalałych z Holocaustu. Karmelitanka bosa, katolicka zakonnica faktycznie była niemiecką Żydowką z religijnej rodziny,  wybitnym filozofem, uczennicą Husserla. Jej nawrócenie na katolicyzm jako młodej dziewczyny było szokiem dla jej rodziny i części naukowego środowiska. Po aresztowaniu przez gestapo w 1940 roku jej dalsze losy są nieznane. Prawdopodobnie zginęła w komorze gazowej zaraz po dotarciu transportu do Auschwitz. Gdy dwa lata temu szedłem z Irlandii do Belgii, przechodząc przez Anglię, w karmelitańskim sanktuarium św. Judy Tadeusza w Favershavn widziałem ciekawą ikonę przedstawiającą Edytę Stein w zakonnym habicie wychodzącą z zatloczonego wagonu na rampie w Oświęcimiu. Po obu stronach żołnierze z psami i ludzie w białych kitlach. Za obie ręce trzymała małe dzieci.

Druga książka to słynny "Los człowieka" Michaiła Szołochowa. Pozycja za 3 zł. Autor "Cichego donu", za którego otrzymał Nagrodę Nobla w latach 60-ych, opisuje wojenne losy żołnierza Sokołowa - m. in. słynną scenę "pa pierwym nie zakusywaju". Okrucieństwo wojny w brutalnym zderzeniu z przyzwoitością prostego człowieka. W Polsce znana jest czarno-biała ekranizacja powieści, która mogłaby mieć tytuł "człowieczeństwo ocalone".  Myślę, że prawdziwą Rosję można poczuć  gdy pozna się ikony Rublowa, "Mistrza i Małgorzatę" i właśnie "Los człowieka".

Trzecia książka jaką kupiłem to  "Szabat" Joshuy Heshela, jednego z najwybitniejszych współczesnych myślicieli żydowskich. Urodził się w 1907 roku w Warszawie, jako potomek wielkich dynastii chasydzkich. W wieku 20 lat wyjechał na studia do Niemiec, skąd wyrzucony wrócił do Warszawy by podjąć pracę naukową w Instytucie Nauk Judaistycznych. Tuż przed wybuchem wojny wyjechał do USA. Heshel łączył miłość do tradycji żydowskiej z głębokim zrozumieniem i osobistym zaangażowaniem w problemy współczesnego świata.

Otwieram i czytam:

"Jakże często jesteśmy dumni z naszych zwycięstw w walce z przyrodą, dumni z wynalezionych przez nas narzędzi, z obfitości towarów, które możemy wyprodukować.
Jednak nasze zwycięstwa kończą się klęską. Pomimo naszych triumfów stajemy się ofiarami naszych własnych rąk; jest tak jakby te siły, które pokonaliśmy, zwyciężyły nas. Czy nasza cywilizacja jest szlakiem klęski, jak zdaje się sądzić wielu z nas? "

Idąc Piotrkowską pomyślałem że Niemcy, Rosjanie, Polacy i Żydzi żyli kiedyś w tym mieście obok siebie. Historia Łodzi, bogata i trudna, a dziś jakby uśpiona, nie jest jednak historią klęski.
"Filmowa Łódź" - pomyślałem - jest jak dobra, niedopowiedziana historia.

wtorek, 1 września 2015

Gott

Jest taka scena w filmie Bohdana Poręby pt. „Hubal” gdy po zwycięskiej potyczce polscy żołnierze biorą do niewoli kilku Niemców i odkrywają że ci na klamrach pasów noszą napis: „Gott mit uns”. Gdy pytają majora Hubala co znaczą te słowa, ten odpowiada: „Bóg z nami”. Zdziwieni żołnierze patrzą z pogardą na Niemców i rzucają pytanie: „Z nimi?!”

1 września.
Zapowiadają że już jutro temperatura ma spaść aż o piętnaście stopni i wreszcie ma się pojawić chłodne, rześkie powietrze. Niespotykane od lat wielotygodniowe upały i brak deszczu zasuszyły w polu kukurydzę i ziemniaki, niebezpiecznie obniżając poziom wody w rzekach i studniach. Ale mimo że słońce tak pali, ciężko oddychać i dla plonów to katastrofa - rolnicy, choć narzekają, są jakoś pogodzeni z tym ekstremalnym latem. Wiedzą, że pogoda to część przyrody i że nie sposób na nią wpłynąć. Pogoda to element wszechświata, którego prawa działają ponad człowiekiem.
Trzeba więc ją zaakceptować.

Łatwo jest usprawiedliwić upał i suszę. Łatwo jest usprawiedliwić wszechświat. Nawet kosmiczną katastrofę łatwiej usprawiedliwić niż ludzką historię. Łatwiej uwierzyć w głęboki sens i piękno wszechświata wyrażone w doskonałości opisujących je matematycznych równań niż w to, że historia ludzkości ma jakiś sens.

Żołnierze majora Hubala zadają w istocie pytanie właśnie o sens historii:
„Po czyjej stronie jest Bóg w „wojnie sprawiedliwej?”
My Polacy dobrze wiemy, że po naszej. Niestety Niemcy wiedzieli, że po ich. I Rosjanie to samo. I Amerykanie. Bojownicy ISIS gotowi są umrzeć za swój sens.

Czym cierpienie dzieci Holokaustu różniło się od cierpienia małych Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu albo małych Syryjczyków ginących od bomb kasetowych albo duszących się w kontenerach i ciężarówkach? Czym różni się śmierć Ormianina, Turka, Kurda, Amerykanina, Rosjanina, Niemca, Belga czy bojownika ISIS? A jednak wojny towarzyszą ludzkości od jej zarania i dziś skonfliktowane narracje polityczne gwałtownie ścierają się między sobą na frontach tak licznych jak tysiąc lat temu.
Gdzie sens?

Pielgrzymując przez Rosję widziałem kilka razy święte prawosławne ikony ustawiane na pomnikach czynu Armii Czerwonej. Jak to możliwe? - pytałem sam siebie – gdzie jest sens? Przecież to właśnie Armia Czerwona rzucała kiedyś te ikony na płonące stosy, burzyła cerkwie, mordowała duchownych! A jednak także w historii mojej ojczyzny są sprawy trudne, które się wybiela, pomija. Ja sam gotów jestem często usprawiedliwić sam siebie, przykryć swój zły czyn milczeniem, ukryć krzywdę zadaną drugiemu i zapomnieć.

Jednak w każdym człowieku, gdzieś na dnie sumienia, jest intuicja która mówi, że żaden człowiek nie jest ważniejszy niż inny, że każde ludzkie życie odbija w sobie całą tajemnicę kosmosu.
Mimo to człowiek usprawiedliwia swoje własne czyny, tworząc SWOJĄ WŁASNĄ historię i nieuchronnie idzie na wojnę „sprawiedliwą” z myślącymi inaczej.

Czy ludzie będą kiedyś w stanie zacząć pisać wspólną historię dla całej ludzkości? Niemcy, Polacy i Rosjanie korzystający z tego samego podręcznika historii? Brzmi jak mrzonka.
Musiałaby to być historia wszystkich ludzkich nadziei, wszystkich walk i wszystkich cierpień. Historia, w której nie zostałoby pominięte żadne ludzkie upokorzenie, żadne pojedyncze cierpienie. Czy istnieje taka ludzka mądrość, takie przebaczenie, które udźwignęłoby ogrom tego zadania?
Czy taka wspólna historia jest możliwa? Czy możliwa jest jedna, wspólna historia całej ludzkości?

Karl Popper, jeden z największych filozofów współczesności jest pesymistą. Wątpi nawet w samo istnienie historii ludzkości:
„Rzecz jasna taka historia nie może być napisana. Tworząc swoje historie ludzie muszą abstrahować, pomijać, wybierać. W ten sposób dochodzimy do istnienia wielu historii. Wśród nich do historii międzynarodowych przestępstw i zbrodni reklamowanych jako historia ludzkości. Bo historia polityki i siły to ostatecznie nic innego jak historia międzynarodowych przestępstw i masowych mordów”.

Czy zatem nie ma nadziei?

Gdzieś na dnie sumienia odzywa się intuicja, że ten absurd historii ludzkości ma jakieś wyjaśnienie.
Przecież historia państw, narodów, społeczeństw, istnieje jako część historii wszechświata. Wspólne zasady i jeden porządek rządzą jednym i drugim. A skoro historia ludzkości to suma losów pojedynczych ludzi, zatem historia ludzkości musi się sprowadzać się do historii pojedynczego człowieka i w tej historii się zawierać!
Prawdziwa historia zatem to nie zawartość historycznych podręczników i politycznych agend tylko to, co dzieje się o poranku w chacie hinduskiego wieśniaka z Uttar Pradesh, w namiocie beduina na Pustyni Judzkiej albo w jednym z mieszkań na warszawskim Ursynowie. W ten sposób, jako suma pojedynczych ludzkich losów, historia wszechświata, ludzkości i człowieka to jedna i ta sama historia, której sens opisują te same prawa. Czy istnieje zatem coś na tyle mocno łączącego wszystkich ludzi niezależnie od pochodzenia, języka, wyznania, poglądów, że pozwoliłoby im na stworzenie jednej wspólnej historii całej ludzkości?

Jak człowiek różni się od reszty świata, tak sens jego historii różni się od sensu historii ludzkości.
Jednak sens wszechświata wyrażony matematycznymi równaniami, sens który przyrodzie został nadany, ten sens został przedstawiony człowiekowi do wolnego zaakceptowania. Dokonując wyborów człowiek może ten sens współtworzyć albo go odrzucić.

Wolność człowieka, wolność wyboru, może prowadzić do koszmaru zwalczających się wyjaśnień historii, do absurdu chaosu i przypadkowości brutalnych sił, ale też daje nadzieję na napisanie kiedyś jednej, wspólnej historii dla wszystkich.

Mając swoją indywidualną tożsamość, będąc ukształtowany odmiennie od reszty i na wiele sposobów różniąc się od innych, każdy człowiek ma tą samą godność i tą samą wolność wyboru.
To historia pojedynczych ludzkich wyborów, historia wolności każdego człowieka – jest prawdziwa historią całej ludzkości. I ta historia jednostki zgniatanej przez absurd całości, a jednak wybijająca się ponad całość i nadająca tej całości sens – ta indywidualna historia każdego z nas może znaleźć usprawiedliwienie jedynie w jakimś kosmicznym wydarzeniu o najwyższej doniosłości i tylko przez nie usprawiedliwić wszystko inne.

Tym wydarzeniem było Odkupienie.
Odkupienie dotyczyło całej ludzkości, ale w jednostkowych losach pojedynczych ludzi.

Tylko Odkupienie człowieka i ludzkości daje nadzieje na napisanie nowej historii dla wszystkich.