wtorek, 11 sierpnia 2015

wilk

Kilka dni przed Asyżem zaczęły się wielkie upały. Teren z każdym dniem stawał się bardziej górzysty i coraz ciężej było pchać w słońcu i pod górę ciężki wózek z obrazem. Wydawało się nam że wózek stawia opór nawet na płaskich odcinkach. Przyczyn szukaliśmy w zużytym łożysku przedniego kółka albo w hamulcach, które “nie odbijały”, ale to trud dziesięciu tygodni wędrówki i ostre słońce dawały się nam się tak we znaki. Wokoło rozciągała się malownicza Umbria, ojczyzna św. Franciszka. Były to okolice miasteczka Gubbio, słynnego z opowieści o tym, jak święty Franciszek na prośbę mieszkańców obłaskawił groźnego wilka. Z dawnych czasów niewiele zostało tu lasów, na pofalowanych wzgórzach przeważała kolorowa mozaika upraw słonecznika, oliwnych gajów, winnic i pastwisk. Cały czas głośno koncertowały świerszcze.

W czasie, gdy św. Franciszek przebywał w Gubbio, w okolicy pojawił się wilk, który napadał na inwentarz, a wkrótce potem również na ludzi. Ludzie bali się opuszczać domy po zmroku, bo w nocy wilk wychodził na żer i siał spustoszenie.

Dopiero pod wieczór temperatura nieco spadła i bardzo już zmęczeni zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na nocleg. Droga wiodła jakimś skrótem przez pola, z dala od ruchliwych arterii i wioski rozsiane były rzadko, więc marzenie o spaniu pod dachem stopniowo znikało wraz z chowającym się za horyzontem słońcem. Gdy zaczęło się ściemniać pojawiła się przed nami wielka stodoła pośrodku pustkowia, a przy niej zabudowania, które okazały się oborą. Nie było domu mieszkalnego, widać gospodarz dojeżdżał tutaj do pracy.
Są zwierzęta, więc jest na pewno jest woda – myśleliśmy z nadzieją na umycie się po długim dniu w kurzu i spiekocie.
Gdy zajeżdżaliśmy wózkiem pod dach wielkiej wiaty Wojtkowi wyrwało się: „Bogu hvala!”, podziękowanie, którego nauczyliśmy się od Chorwatów. To miejsce tamtego dnia było naprawdę naszą „ostatnią stodołą ratunku”.

Jeszcze zanim zapadła ciemność zobaczyliśmy zbliżający się samochód. Tak jak mogliśmy się domyślać, był to właściciel gospodarstwa, zaniepokojony obcymi na jego terenie. Luigi był niskim, krępym chłopem o bystrym spojrzeniu i ruchliwych rękach. Jego początkowy niepokój szybko ustąpił gdy wyjaśniliśmy mu że jesteśmy pielgrzymami z Polski i że pchamy wózek z obrazem Jezusa do papieża w Watykanie. Mapka trasy na burcie wózka wyjaśniła resztę. Gdy pokazaliśmy mu obraz był prawdziwie poruszony, a my ucieszeni, że mamy zgodę gospodarza na nocleg. Właśnie wtedy sygnał w telefonie Wojtka przypomniał, że godzina 21.00 to czas śpiewania Apelu Jasnogórskiego. My śpiewaliśmy a Luigi stał z nami w kręgu z rękami złożonymi do modlitwy.

Spokojni i wdzięczni Bogu pożegnaliśmy się serdecznie z Luigim, który jeszcze otworzył nam jedno z pomieszczeń prosząc tylko żeby uważać z ogniem przy stodole – bo to owoc jego całorocznej pracy.
Zasypialiśmy spokojni i wdzięczni Bogu.

Gubbio było zwykłym miasteczkiem zamieszkałym przez pracowitych ludzi, zwyczajnie zatroskanych o swoje rodziny, sklepy i zakłady. Pojawienie się wilka zburzyło spokój mieszkańców. Każdy kto szedł do lasu brał broń z sobą, jak gdyby szedł do bitwy. Mimo to, kto z wilkiem sam na sam się spotkał, nie mógł się obronić bo wielka była przebiegłość bestii.

Ze snu wyrwał nas hałas samochodów wjeżdżających na podwórko, ostre światła i podniesione głosy. Poderwaliśmy się ze śpiworów nie bardzo rozumiejąc co się dzieje. Okazało się, że farma nie należy tylko do Luigiego. Przyjechali wspólnicy, zaalarmowani że wokół ich dobytku ktoś się kręci. Latarki przestraszonych rolników oświetlały teraz wychodzące z ciemności nasze półnagie wytatuowane torsy. Podniesione głosy żądały od nas wyjaśnień, w tonie słychać było strach i oskarżenia o bezprawne najście własności prywatnej. Na nic zdały się nasze tłumaczenia, że mamy zgodę Luigiego, że jesteśmy pielgrzymami, że chcemy tylko odpocząć i rano ruszamy dalej.

Ciemności nie sprzyjały wzajemnemu zrozumieniu. Byliśmy poirytowani tym niesprawiedliwym atakiem, zmęczenie robiło swoje, ale gdy zaczęło padać słowo „Carrabinieri” (policja),, mrucząc pod nosem powoli zaczęliśmy zwijać nasz obóz. Popędzani przez wyraźnie przestraszonych Włochów pakowaliśmy się gubiąc w ciemności przedmioty. Czuliśmy niesprawiedliwość tej sytuacji, ale nie było rady.
Przez myśl przeszło mi jeszcze co św. Franciszek mówił do swoich braci o radości doskonałej, ale nie byłem teraz gotowy na jej przeżywanie. W gromadzie wojowniczych Włochów szczególnie głośna była starsza kobieta, widać że miała tu posłuch. Stojący przy niej chłopak i dziewczyna – może jej dzieci – milczeli. Gdy zaprzęgliśmy się do wózka i ruszyliśmy spod stodoły, gromada Włochów jakby się opamiętała, głosy ucichły i młodej dziewczynie wyrwało się westchnienie: „A piedi!” (pieszo!) - na tyle głośno, że usłyszeliśmy. Najwyraźniej Włosi zdali sobie sprawę, że naprawdę jesteśmy pielgrzymami i że wózek z obrazem Jezusa pchamy pieszo, nie używając samochodu. Chłopak zrobił krok w naszym kierunku i powiedział cicho: „Scuzi”, ale starsza kobieta stała obok nie poruszona z założonymi rękami. Było już i tak za późno, wózek już wtaczał się na asfalt.

Św. Franciszek postanowił wyjść wilkowi na spotkanie. Ruszył św. Franciszek w drogę ku miejscu, gdzie wilk miał leże. I oto w obliczu wielu mieszczan, którzy przyszli na ten cud popatrzeć, wyszedł wilk naprzeciw Św. Franciszka z otwartą paszczą.

Okazało się że w zamieszaniu podczas pakowania któryś z nas przerwał przewód od akumulatora i przestały działać światła wózka.
Milcząc wkroczyliśmy w czarną noc. Zmęczeni, źli na ponury los, bez realnej szansy na nocleg mieliśmy przed sobą perspektywę marszu aż do świtu, bo w ciemności nie sposób było znaleźć choćby kawałka trawy do spania. Ktoś włączył latarkę. W jej świetle ujrzeliśmy po obu stronach drogi ogrodzenie pod prądem. Trzeba było iść przed siebie. Tylko księżyc dawał trochę światła i jakby odrobinę nadziei.

Po kilku kilometrach pojawiły się zabudowania jakiejś wsi, ale szczekanie psów obudziło gospodarza, który pozbawił nas reszty złudzeń krzycząc: „Privato! Privato! (własność prywatna!).
Doświadczenie nocy to odrzucenie, upokorzenie, samotność. Gaśnie nadzieja. Czy ktoś, kto tego nie przeżył potrafi zrozumieć czym jest noc?
Stawialiśmy kroki mechanicznie. Wózek toczył się siłą swojej bezwładności. Nie widzieliśmy drogi przed nami i nie znaliśmy przyszłości. Wjeżdżaliśmy w noc jak w ciemną paszczę niewiadomego.

Franciszek, zbliżając się do wilka, uczynił znak krzyża świętego i przywołał go ku sobie, i rzekł: "Pójdź tu, bracie wilku. Rozkazuję ci w imię Chrystusa nie czynić nic złego mnie i nikomu".I dziw! Ledwo Św. Franciszek uczynił znak krzyża, straszliwy wilk zamknął paszczę i stanął.

Wtoczyliśmy się na szczyt wzniesienia. Zmęczenie dało o sobie znać tak dotkliwie, że postanowiliśmy rozbić tu obóz bez względu na wszystko. Nie pojawiały się żadne samochody więc ustawiliśmy odblaskowy trójkąt, rozciągnęliśmy plandekę na asfalcie przy drodze i położyliśmy się na niej w śpiworach.
Zasnęliśmy niemal natychmiast.

Rano obudziły nas ptaki. Światło wstającego dnia opromieniało piękną Umbrię. Ktoś zaspanym głosem rzucił żart, że skorpiony najwyraźniej nie gustują w naszych zapachach. Zastukał garnek - ktoś wyciągał kuchenkę żeby zrobić kawę. Byliśmy przynajmniej wyspani, a ze świtem wróciła nadzieja, że ten dzień ułoży się lepiej.
Wtedy zauważyliśmy w oddali zbliżający się samochód. Podnosił różowy obłoczek kurzu wspinając się na wzgórze po czym zatrzymał się obok nas. Patrzyliśmy na niespodziewanego gościa, który wyszedł z samochodu i szedł w naszym kierunku. To była tamta starsza kobieta, która zarządziła wypędzenie nas z farmy. Ale teraz była jakby odmieniona. Na twarzy miała niewyraźny uśmiech. Widziała teraz wyraźnie wózek z nadrukowanym na brezencie wizerunkiem Jezusa Miłosiernego i nas, rozłożonych na brezencie przy drodze. Zaczęła mówić coś do nas, ale niewiele zrozumieliśmy z jej włoskiego. Bardziej z miny i z tonu głosu poznaliśmy, że przyjechała żeby wyjaśnić wczorajsze wydarzenie. Była wyraźnie zakłopotana. Padło słowo „Scuzi” (przepraszam). A potem usłyszeliśmy „colazione” (śniadanie). Zrozumieliśmy, że kobieta zaprasza nas na śniadanie do swojego domu oddalonego o „due kilometri”.

Spojrzeliśmy po sobie. Jedni byli gotowi przyjąć zaproszenie, inni się wahali. Ktoś rzucił, że musielibyśmy pchać wózek dwa kilometry w przeciwnym kierunku, potem znowu wracać pod górę, że to nam nie po drodze. Kobieta stała czekając na naszą odpowiedź. Wtedy zobaczyłem, że ma na nogach zielone robocze gumowce. Były podarte na czubkach, mocno zużyte. Pomyślałem, że ta kobieta codziennie ciężko pracuje na swoim gospodarstwie, że jej farma to był może dorobek życia. Zwyczajnie bała się...obcy ludzie, noc... że mogą zaprószyć ogień...
Ktoś z nas uciął w końcu: - No colazione. Pelegrinaggio. (Nie ma śniadania, pielgrzymujemy dalej). W tych słowach słychać było jednak wyraźnie, że mamy do niej żal za wczoraj. Wczorajsze wypędzenie nas w ciemną noc pracowało dalej w nas wszystkich.
Kobieta najwyraźniej to zrozumiała. Stała jakoś bezradnie. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Grzegorz podszedł do niej, ukłonił się nisko i pocałował ją w rękę.
- No problemo - powiedział z uśmiechem. Kobieta była zbyt zaskoczona żeby zareagować, ale widzieliśmy, że ten gest zmienił ją na twarzy. Powoli odeszła do samochodu i zanim odjechała pomachała nam z uśmiechem na pożegnanie.

Teraz zrozumieliśmy, że cała ta historia była potrzebna. I nam i jej.

Wilk zawarł ze świętym umowę, że nigdy nie wyrządzi już nikomu krzywdy, w zamian za to mieszkańcy Gubbio będą go karmić.
Zdarzenie to wzbudziło taką wdzięczność, radość i podziw ludu, również dla pobożności świętego, że wszyscy mieli krzyczeć, chwaląc Boga, który im zesłał Św. Franciszka. Żył potem wilk wspomniany dwa lata w Gubbio, chodził poufale po domach od drzwi do drzwi, nie czyniąc zła nikomu i nie doznając go od nikogo. A ludzie żywili go uprzejmie. W końcu brat wilk umarł ze starości, nad czym mieszczanie ubolewali wielce.


Według miejscowej legendy miasto wyprawiło wilkowi uroczysty pogrzeb i zbudowało kościół pod wezwaniem św. Franciszka, proroka pokoju. I pomimo że zwierzę przyczyniło się do śmierci wielu osób, historia wilka z Gubbio pozostała w pamięci potomnych jako znak świętości Franciszka i dowód wszechmocy Boga.


Podczas renowacji kościoła w Gubbio w 1872 roku, pod kamienną płytą przy ścianie odkryto dobrze zachowany dużych rozmiarów szkielet wilka. Wiek kości oszacowano na co najmniej kilkaset lat. Po zabezpieczeniu i odnowieniu miejsca kości wilka zostały ponownie złożone i spoczywają tam do dziś.

czwartek, 6 sierpnia 2015

rozeznanie

Pchaliśmy wózek przez jedno z miast na Słowacji i była już pora, kiedy zmęczeni rozglądaliśmy się za noclegiem. Chodnikiem obok nas przechodziła akurat zakonnica z grupą młodzieży, przystanęli zaciekawieni i wywiązała się rozmowa. Po chwili siostra prowadziła już nas na nocleg do swojego klasztoru trzy ulice dalej.

Po wniesieniu obrazu do klasztornej kaplicy, rozlokowaniu się w wygodnych pokojach i wspólnej kolacji, przyłączyliśmy się do wieczornej modlitwy sióstr, po której miały cotygodniową spowiedź. Spowiadał starszy zakonnik, franciszkanin, miał na imię Leopold, siostry mówiły o nim z dużym uznaniem. Gdy spytałem siostrę przełożoną czy mógłby wyspowiadać także mnie, odpowiedziała, że bez problemu, tylko na końcu, po siostrach. Gdy czekałem w kaplicy robiąc rachunek sumienia zastanawiałem się czy język słowacki nie będzie problemem, ale byłem jakoś spokojny.

Gdy przyszła moja kolej, wszedłem do pokoiku gdzie na jednym z dwóch foteli siedział ubrany w brązowy habit starszy franciszkanin z krótką siwą brodą. Łagodnym uśmiechem dał mi znak żebym zajął miejsce. Spowiedź trwała pewnie kwadrans. Może to kwestia tej wyjątkowej sytuacji - wiedział, że jestem w pielgrzymce do Rzymu - ale przekazał mi też kilka myśli jakby poza spowiedzią. Nawiązała się rozmowa, w której poczułem, że mogę zadać mu nurtujące mnie pytania, które ze sobą niosłem. Dotyczyły mojej przyszłości. Wysłuchał mnie uważnie, po czym podzielił się ze mną czymś, co okazało się jakby metodą duchowego rozeznawania. Wygłądało na to, że ta metoda to owoc jego wieloletnich doświadczeń jako spowiednika i kierownika duchownego. Mówił skromnie i naturalnie, że wiele jest sposobów i że on zna akurat taki. Pamiętam,że słuchając go wtedy byłem pod dużym wrażeniem prostoty i wewnętrznej siły która od niego emanowała.

Poniżej przytaczam to, co zapamiętałem z jego słów. Nie jest to niestety wierny zapis wypowiedzi o. Leopolda – od tamtego wieczoru minęło już trochę czasu, poza tym nie znałem wszystkich słowackich słów – ale odtwarzam to tak wiernie jak potrafię.

Metoda rozeznawania wg ojca Leopolda

Nasze życie to droga, która w pewnym momencie dochodzi do rwącej rzeki. Nie wiemy co począć dalej bo nie ma przez nią mostu, a nurt jest zbyt niebezpieczny żeby pokonać go w bród. Wyobrażmy sobie że to, co rozciąga się przed nami to nasza przyszłość, a za nami jest życie, które przeżyliśmy do tej pory. Żeby przejść na drugą stronę potrzebne są kamienie, po których stąpając pokonamy niebezpieczną rzekę. Patrząc wstecz widać że kilka takich kamieni już postawiliśmy za sobą w nurcie rzeki (posiadamy juz jakieś życiowe doświadczenia i osiągnięcia, a nawet porażki są ważnymi doświadczeniami), ale potrzeba ustawić ich jeszcze kilka żeby osiągnąć drugi brzeg. Te kamienie które mamy postawić przed sobą to właśnie te wydarzenia, które będą miały miejsce w przyszłości, te kamienie ilustrują to co spotka nas w dalszej drodze przez życie.

W pewnym momencie życia stajemy wobec sytuacji, która wymaga podjęcia ważnej decyzji – i nie wiemy jaką decyzję podjąć. Albo dochodzimy do punktu, który jest ślepą uliczką, albo wreszcie dojrzewamy do przeprowadzenia w życiu zmiany, ale nie wiemy w jakim kierunku pójść.

Metoda ojca Leopolda może wtedy pomóc.

Metoda składa się z trzech kroków, które należy wykonać w modlitwie do Ducha Świetego – prosząc o dar poznania. Metoda nie jest żadnym algorytmem, wróżeniem ani prognozowaniem przyszłości. Ma jedynie pomóc zmierzyć się z tym, co dotychczas przeszkadzało w dostrzeżeniu kierunku rozwoju w życiu. I jeszcze jedno: nie ma żadnej gwarancji że ta metoda zadziała. Powodzenie zależy od wielu czynników, jak uczciwość i rzetelność czy zdolność do wglądu w swoją prawdziwą przeszłość.

Krok 1.
Ojciec Leopold proponuje wykonać trzy pięciopunktowe listy:
LISTA 1: wypisz pięć wydarzeń (dobrych lub złych), które miały dotychczas największy wpływ na twoje życie (pozytywny lub negatywny)
LISTA 2: wymień pięć twoich pozytywnych cech lub umiejętności, które dotąd w sobie wypracowałeś (pięć mocnych stron)
LISTA 3: pięć cytatów z Pisma Świętego, które najmocniej do ciebie przemówiły (utrwaliły się w twojej pamięci, miały na ciebie największy wpływ)
Przy tworzeniu tych list nie należy się spieszyć. Niech będą dobrze przepracowane. Ja np. tworząc listę ważnych wydarzeń w życiu wypisałem ich 10 po czym drogą selekcji eliminowałem kolejno te o mniejszej wadze – aż zostało 5 najważniejszych.

Krok 2.
Utworzone listy należy teraz odnieść do fragmentu Listu do Galatów, który mówi o owocach Ducha Świętego (Ga 5, 22-25):
Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność,
łagodność, opanowanie. Przeciw takim [cnotom] nie ma Prawa. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy.


Metoda zakłada, że dobre decyzje (mieszczące się w planie Bożym, a więc będące Jego wolą) można podejmować tylko w duchu wolności (a więc gdy nie jest się ograniczonym wpływem ciała - materii). Stworzenie trzech list ma pomóc w spojrzeniu na nas i nasze życie (na to, co nas ogranicza i na to, co jest dla nas szansą) w sposób szeroki, pełny, nieskrępowany i pozbawiony lęku czy wstydu. Tylko gdy staniemy w prawdzie (w duchu wolności) o sobie i swoim dotychczasowym życiu możemy spojrzeć uczciwie w naszą przyszłość.
Św. Paweł pisze: Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli! (Ga 5, 1).

Krok 3.
Podczas rozważania w Kroku 2 (odnoszenie fragmentu Listu do Galatów do trzech list) w naturalny sposób powinny pojawić się cele, do jakich należy kierować się w życiu. Mogą to być cele trudne albo mało realne – nie należy ich wtedy od razu odrzucać. Teraz należy nazwać pięć konkretnych wydarzeń, które pojawiają się w tych kierunkach i wynikają z Kroku 1 i Kroku 2. To będą kamienie milowe w twoim życiu, które pozwolą ci iść dalej przez rzekę.

Jeszcze jedno. Metoda ojca Leopolda nie jest łatwa. Może okazać się bardzo trudna albo nawet niemożliwa do przeprowadzenia za pierwszym razem. Nie istnieje też żadna gwarancja że metoda zadziała. Przedstawiam ją tak, jak ją zapamiętałem i nie przyjmuję żadnej odpowiedzialniości za złe jej przeprowadzenie. W moim przypadku ta metoda przyniosła niezwykłe rezultaty i stworzyła plan, który teraz realizuję.

Ja żeby pokonać 3 zalecane kroki i uzyskać pięć kamieni milowych na moje dalszej życie – musiałem zamknąć się na 6 dni na pustelni w górach. Nie chodzi pewnie o to, żeby od razu wyjeżdżać gdzieś daleko i odcinać się od świata, ale z pewnością warto na ten czas oddalić się od swoich dotychczasowych nawyków, wyjść poza codzienne przyzwyczajenia i schematy – żeby otworzyć się na tą prawdę, ktróra cały czas w nas jest i czeka na odkrycie.

Nie muszę dodawać, że Spowiedż Święta i stan łaski uświęcającej są istotne dla powodzenia tej metody.

sobota, 1 sierpnia 2015

otchłań

1 sierpnia to przypomnienie dwóch otchłani: Warszawy i Auschwitz.
Rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego i rocznica pamiętnego apelu w obozie w Oświęcimiu, na którym wyniszczony człowiek w pasiaku oddał swoje życie za drugiego człowieka.
Otchłań Warszawy i Otchłań Auschwitz.

1 sierpnia, sobota. Pielgrzymka zakończyła się ponad dwa tygodnie temu. Teraz czas poukładać sprawy codziennego życia. Nocuję dziś w klasztorze franciszkańskim w podwarszawskim Niepokalanowie.

Trzeba choć jeden raz nad przepaścią stanąć...
gdzie przestaje serce bić.
Kto nie spojrzał prawdzie w oczy
nie wie co to znaczy żyć.


Śpiewaliśmy tą piosenkę w drodze z Obrazem do Rzymu. Gdy było ciężko siadaliśmy na krawężniku obok wózka. Ojciec Grzegorz w czarnym habicie z białymi płatami od wypoconej soli wyciągał gitarę i śpiewaliśmy.

Trzeba choć jeden raz nad przepaścią stanąć

Każdy z nas, Pielgrzymów Miłosierdzia, przeżył kiedyś swoje doświadczenie otchłani – ciemności, bezsilności, rozpaczy – w więzieniu, w nałogach, w przemocy. Upadając na dno bólu i samotności, w okrutnym unieruchomieniu dusza czuje, że to już koniec, że dalej nie ma już nic... i wtedy pojawia się to „albo”, ta iskra, którą można dostrzec tylko tam, będąc na dnie otchłani. I wtedy, czepiając się tego ostatniego „albo” dusza może dostrzec otwierającą się przed nią drogę. Dzisiaj wiemy, że tylko Miłosierdzie ma moc żeby podnieść z tchłani, tylko ono może wskrzesić nadzieję, tylko ono jest daje prawdziwą obietnicę prawdy.

Matthias Shenk z 46 baonu szturmowego wspomina „zdobycie” prawosławnego sierocińca przy ul. Wolskiej w pierwszych dniach sierpniu 1944 roku:

„Wysadziliśmy ciężkie drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Wystraszone. Dużo dzieci z rękami wysoko w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, po czym przyszedł Dirlewanger i kazał wszystkie zabić. Rozstrzelali je a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po tych schodach. Tam w pobliżu jest teraz tablica, że zginęło 350 dzieci, ale myślę, że było ich więcej, chyba z 500”.

Nad otchłanią nie ma już słów.
Stojąc nad przepaścią można zobaczyć nieskończoną pustkę albo...
czarny cień Krzyża.
Czy bez łaski można temu sprostać?
Czy bez Nadziei możliwe jest życie po otchłani Warszawy?

Ojciec Grzegorz, franciszkanin z Łodzi, którego żartobliwie nazywamy „bratem ojcem” przed pielgrzymką do Rzymu wręczył nam szczególną relikwię. Odręczny autograf świętego Maksymiliana nakreślony drobnym pismem na pożółkłej kartce z wydrukowanym na odwrocie po włosku tekstem pierwszej tajemnicy różańcowej: „Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie”. Autograf pochodzi jeszcze z czasów rzymskich studiów Maksymiliana. Ta karteczka towarzyszyła nam przez 90 dni drogi z Obrazem do Rzymu. Ojciec Grzegorz nosi taki sam habit jak Kolbe. Pchał z nami wózek przez Włochy nie zdejmując go nawet w upale. Nasz „ojciec brat” też miał kiedyś swoje doświadczenie otchłani. Pewnie dlatego tak dobrze rozumie tą drogę.

W swojej ostatniej woli, zanim go aresztowało Gestapo, ojciec Kolbe powiedział do braci:

„ Ja bym chciał i pragnął być startym na proch dla sprawy Niepokalanej. A ten proch żeby wiatr rozniósł po całym świecie iżby z tego nic nie pozostało”.

W zdumiewający sposób jego testament spełnił się niedługo potem, gdy w sierpniu 1941 roku wiatr rozwiewał nad barakami dym z krematoryjnego komina.

Odwiedzam Niepokalanów regularnie od dziesięciu lat. Często przychodzę na cmentarz. To miejsce zawsze pomaga zebrać myśli. Kiedyś spotkałem tu amerykańskiego profesora historii, Claude'a Fostera, baptystę z Pensylwanii, który odwiedzał Niepokalanów przez kilkanaście lat – zbierając materiały do monografii o polskim męczenniku. Obszerną biografię świętego, jedną z najlepszych jakie powstały, zatytułował: „Rycerz Maryi”. Książka doczekała się się już z tłumaczeń na język angielski, niemiecki i włoski. Znałem dobrze angielski więc spędziliśmy w Niepokalanowie dwa dni na rozmowach, spacerując klasztornymi alejkami i odwiedzając klasztorne archiwum i muzeum świętego.
Byłem zdumiony zapałem z jakim pracował ten starszy już człowiek. Gdy wypisał mi dedykację na polskim wydaniu książki, zadałem mu pytanie:

- Proszę mi powiedzieć. Dlaczego pan, protestant, amerykanin, nie mający wcześniej kontaktów z Polską, dlaczego poświęcił pan kilkanaście lat życia na studiowanie życiorysu polskiego katolickiego księdza, w dodatku tak mocno oddanego Maryi?
Profesor odpowiedział bez zastanowienia trzema słowami:

- Self sacrificing love (Miłość samopoświęcająca)

Philippe Maxence w książce „Kolbe, the martyr” pisze:

„Trzydziestego pierwszego maja numer 16670 trafił do komanda Babice. Kapo tego komanda, Heinrich Krott, otrzymał rozkaz , by „księży darmozjadów” nauczyć pracować jak należy. W Babicach więźniowie grodzili płot wokół pastwiska, dźwigając gałęzie i belki. Przez dwa pierwsze tygodnie czerwca 1941 roku ojciec Kolbe nosił ogromne bale, bity do krwi kijem gdy upadał pod ciężarem. Krott upatrzył go sobie na ofiarę, widać nie mógł znieść spokoju i wytrwałości więźnia. Podczas przerwy kazał zakonnikowi położyć się na belce po czym bił go aż ten przestał się ruszać. Krott zepchnął go w błoto i przykrył stertą gałęzi. Pod koniec dnia towarzysze zanieśli go nadal żywego do obozu.”

Czy bez wiary można temu sprostać?
Czy bez Nadziei możliwe jest życie po otchłani Auschwitz?

Czasem ma się ochotę krzyknąć:
- Pokażcie mi jakąś inną nadzieję niż Krzyż! A jeśli nie potraficie pokazać, to zamilknijcie z całym tym waszym humanizmem!

Ale nad otchłanią nie padają żadne słowa.

Dante kończy „Boską komedię” strofą:

Fantazji wzniosłej tu zabrakło lotu
ale mej woli i mych pragnień gońce
w ruch już wprawiła na kształt kół obrotu
Miłość, co gwiazdy porusza i słońce.

Profesor Foster zmarł w 2012 roku. Czasem otwieram egzemplarz książki którą dostałem od niego wtedy w Niepokalanowie i czytam dedykację:

„Niech świadectwo życia i śmierci św. Maksymiliana inspiruje cię i podnosi”

poniedziałek, 27 lipca 2015

pustelnia

Pierwsza myśl po przebudzeniu: gdzie ja jestem? Dlaczego śpię tu sam? Gdzie są chłopaki?
Po chwili zdaję sobie sprawę, że to już nie pielgrzymka. Nie pchamy już razem wózka z obrazem. Jestem od wczoraj na pustelni braci Albertynów pod Kasprowym Wierchem. Górskie powietrze daje tu dobry, głeboki sen. Zdrzemnąłem się po obiedzie ledwo na pół godziny. Budzenie się jest jak wytaczanie się wózkiem z długiego tunelu w Apeninach.

Wychodzę z kubkiem kawy na kamienny taras pustelni żeby popatrzeć na Tatry. Aksamitną ciszę pogłębia delikatny szum dochodzący zza lasu u podnóża góry. Wierzchołki drzew są nieruchome, więc to musi być szmer potoku. Ciepłe światło zachodzącego słońca ubrało Kasprowy Wierch w miękki stalowo-szary płaszcz z beżową podpinką, a poniżej przykryło zbocza kaszmirowym szalem ciemnej i miejscami żywszej zieleni. Gasnący dzień, jakby świadom zbliżającego się końca, zapragnął jeszcze wyrzucić na wielki ekran gór swoje kolory, przesunięte teraz w stronę czerwieni. Szybko zauważam w nich zmianę. Beże jakby zrudziały, a potem zaczęły czerwienieć. Zielenie też pociemniały a skalne szczeliny nabrały kontrastu i poczerniały. Na moich oczach góry zmieniały się wraz z ruchem słońca, które zachodzi tu szybciej niż na nizinach. Spojrzałem jeszcze na chmury, które jak rozwiany dym sunęły nad turniami przybierając fantastyczne kształty, szaroniebieskawe obłoki, miejscami z różową wyściółką. Jeden przypominał skorpiona z odwłokiem skierowanym w dół. Zamknąłem oczy na kilka sekund ciekaw jego przemiany. Gdy otworzyłem okazał się orłem ze skrzydłami rozpostartymi do lądowania, który zmienił się w wielbłąda o trzech garbach, a po chwili rozpłynął się i zniknął w ciemniejącym błękicie.

Brat Albert założył pustelnię w tym pięknym zakątku Tatr, bo jako wrażliwy na piękno malarz pragnął by jego bracia mogli tutaj regenerować siły do pracy w zakładanych przez niego domach dla najuboższych. W refektarzu pustelni wisi oryginalnych rozmiarów reprodukcja jego słynnego obrazu "Ecce homo", którego nigdy nie ukończył. Stonowane rudości i gasnące czerwienie szaty Jezusa przypominają zachód słońca w Tatrach. Na głowie cierniowa korona, na szyi powrozy, w ręku trzcina. Za chwilę rozpocznie swoją ostatnią drogę, której kresem będzie śmierć na krzyżu.

Pamiętam z 90-dniowej drogi Obrazu przez sześć krajów, że Oblicze Jezusa wystawiane przez nas w każdym z nawiedzanych kościołów za każdym razem wyglądało inaczej. Natężenie i kąt padania światła, układ okien w świątyni, witraże – wszystko to wpływało na obraz, który w nowym otoczeniu dostawał za każdym razem jakby nowe życie. Inaczej wyglądał w naturalnych promieniach słońca, inny był w blasku świec, inny w świetle elektrycznym. W zależności od miejsca kolory zmieniały odcienie i tonację. Połyskliwy werniks raz dodawał wizerunkowi kontrastu, to znowu tak mocno odbijał światło, że blask przesłaniał postać Chrystusa. W tej ciągłej zmianie obrazu odkrywaliśmy jakby tajemnicę życia, którego nie można zatrzymać ani pochwycić jakimś ludzkim wyjaśnieniem. Jezus był inny niemal za każdym spojrzeniem. W Ewangeliach nie ma żadnej wzmianki na temat wyglądu nauczyciela z Nazaretu. Nie ma słowa na temat rysów twarzy, sylwetki, koloru oczu, włosów. Można się tylko domyślać, że porywając słuchaczy opowieściami o Królestwie, przemieniał się przed ludem i uczniami. Raz jaśniał, to znowu znikał w ciemności, Jego włosy złociły się w słońcu, to znowu czerniały gdy usuwał się w cień albo czerwieniły się od płomieni ogniska.

Barwny spektakl na zboczach Kasprowego Wierchu dobiegał końca. Gdzieniegdzie przebijał jeszcze fragment zieleni, ale mrok gęstniał coraz szybciej i w pewnej chwili zapadła noc.

Św. Brat Albert przeżył swoją noc ciemną gdy wstąpił do nowicjatu jezuitów. Cierpienie duszy którego wtedy doświadczył wyjaśnił mu po latach słynny karmelita św. Rafał Kalinowski, także powstaniec styczniowy, przywołując pisma św. Jan od Krzyża. Ten wielki duchowy nauczyciel karmelu wyjaśnia, że początkiem wzrostu na drodze duchowej jest noc oczyszczenia. Ten czas duchowej ciemności ma wyjaśnienie w nocy naturalnej, przed którą człowiek zawsze odczuwał lęk. Noc, która jest brakiem światła, oddziela człowieka od stworzenia, od zmysłowych doznań, pozbawia władzy zmysł wzroku, zabiera pewność. Oko, niezdolne teraz do percepcji kształtów i kolorów, jest jak unieruchomiona dusza, jak człowiek w zamknięciu, bez możliwści działania. Dopiero taka noc wprowadza człowieka w samotność oczyszczenia. Samotność oczyszczenia odsłania prawdziwy dramat człowieka, ujawnia jego słabość i iluzje samowystarczalności. Odcięty od zgiełku dnia, pozbawiony wrażeń i emocjonalnych reakcji, nie mogąc już karmić swoich głodów i pragnień – człowiek przestaje zaspokajać sam siebie i po raz pierwszy uczciwie stawia pytanie o swoją powinność wobec Boga. Pierwsza iskra światła pojawia sie na dnie otchłani. Jak zmierzyć się z tą samotnością i nie popaść w obłęd? W książce pt. "Duchowe leczenie schizofrenii" autor, znany psychiatra, stawia tezę, że nawet w ciężkich przypadkach schizofrenii, spętany niemocą jest tylko ośrodek emocji. To jest właśnie tajemnica Bożego Miłosierdzia. Tło obrazu Jezusa Miłosiernego z wizji św. Faustyny wygląda na czarne, ale to nie jest czerń! Czarny to kolor zła, chaosu, grzechu i ... pustki. Kolor z którego wyłania się Jezus Miłosierny to indygo, głęboki granat. Ten kolor to jakby gęsty błękit, a więc znak, że nie istnieje taka ciemność, że nie ma takiego opuszczenia, takiej samotności i takiego cierpienia, do którego nie zstąpiłby Jezus i nie czekał tam na opuszczonego, samotnego i cierpiącego. Ta ciemność samotności oczyszczenia nie jest więc ciemnością absolutną, bo prowadzi na spotkanie światła, tej iskry, która pojawia się właśnie na samym dnie otchłani.

Zrobiło się chłodno. Reszta kawy zdążyła już ostygnąć. Na niebo wyszedł księżyc, jak strażnik obietnicy, że o świcie ciemność znowu ustąpi miejsca światłu. Światłu, które znów przywróci górom żywe kolory.

piątek, 24 lipca 2015

Jak daleko...?

Roman Zięba odpowiada na pytania Pawła Krzemińskiego

PK: - Jak daleko jest w stanie zajść człowiek?

RZ: - Ja teraz zadaję sobie pytanie nie o ilość kilometrów, tylko o te granice wewnętrzne, które się w drodze pokonuje.

No właśnie, to pytanie było trochę z podtekstem, bo myślę, że żeby wyruszyć w drogę, w taką drogę, trzeba w życiu coś przejść. Może trzeba dojść do ściany albo do jakiegoś wydarzenia, które mówi: “Nie, dalej tak się nie da”. Albo życie stawia w takiej sytuacji, że dalej nie ma już nic. Co sprawiło że jednak wyruszyłeś?

Zaczęło się chyba od... unieruchomienia, od upadku... to znaczy od poczucia całkowitej bezsilności. Ja przez wiele lat miałem w życiu “z górki”, to znaczy z powodzeniem budowałem konstrukcje, które były może nawet wielkie i spektakularne, ale okazały się bardzo nietrwałe i w pewnym momencie wszystkie się zawaliły. Było to dla mnie tym boleśniejsze, że byłem z zawodu ekspertem od skutecznego działania. Pracowałem z sukcesem jako kierownik projektów, konsultant i trener w dziedzinie zarządzania projektami informatycznymi, budowlanymi, społecznymi. Byłem osobą, której powierzano duże i odpowiedzialne przedsięwzięcia, która uczyła innych o sukcesie i o ryzyku, w biznesie i w życiu...

Czyli rzutki manager...

Tak, pracowałem w korporacji, wiele lat w Warszawie. No i... stałem się... stałem się przykładem porażki, całkowitej porażki. W krótkim czasie straciłem właściwie wszystko, co wtedy miało dla mnie wartość. Aresztowanie za moje azjatyckie sprawy sprzed lat, cela, rozpacz i strach. Spadłem na dno. I potem, mimo desperackich prób, już nie byłem w stanie tego odbudować. To był koniec życia jakie znałem. Bolało bardzo mocno, bo skoro rozumowo, tak teoretycznie, o sukcesie wiedziałem wszystko i jeszcze uczyłem tego innych, to jak to się stało, że wszystko mi się zawaliło: rodzina, firma, którą prowadziłem, całe moje życie? I to był moment, kiedy właśnie w tej bezsilności, tracąc wszystko, także poczucie sensu w życiu, wyruszyłem w drogę. Czułem, że nic innego mi już nie pozostało jak tylko szukać odpowiedzi na to najważniejsze pytanie tam, w drodze. I tak się zaczęło.

Chciałeś rozliczyć się z przeszłością czy szukać tego sensu o którym mówiłeś, spojrzeć w oczy przyszłości?

Właśnie... Dopiero długi czas później, po latach i tysiącach kilometrów samotnej drogi, zdałem sobie sprawę, że idąc cały czas niosłem plecak pełen kamieni. Że niosę ciężary, które tak naprawdę nie są moje, że ja cały czas brałem je na siebie. To była droga pokuty. I przyszedł taki czas, a to się stało pod Moskwą w zeszłym roku, na koniec mojej pielgrzymki na Wschód, kiedy poczułem wyraźnie, że ktoś mi te kamienie z plecaka wyjmuje. To był ważny moment, chyba siedem lat od początku, od wyruszenia w drogę, od załamania się mojego życia. Właśnie wtedy pod Moskwą nastąpiło jakieś rozliczenie. Ja pamiętam, to było w przeddzień chrztu Rusi, 28 lipca, okrągła 1025-ta rocznica jeśli dobrze pamiętam. Miałem namiot rozbity nad rzeką pod murami Monastyru Borowskiego, lampkę zapaloną przeed ikoną, i tam przyszło słowo z Listu do Rzymian.

Pamiętasz jakie to było słowo?

Tak. Ten fragment brzmiał:
Lecz jeśli nasza nieprawość uwydatnia sprawiedliwość Bożą, to cóż powiemy? Czy Bóg jest niesprawiedliwy gdy okazuje zagniewanie? - wyrażam się po ludzku. Żadną miarą! Bo w przeciwnym razie jakże Bóg będzie sądzić ten świat?
Ale jeżeli przez moje kłamstwo prawda Boża tym bardziej się uwydatnia ku Jego chwale, to jakim prawem jeszcze i ja mam być sądzony jako grzesznik?

Co się wtedy stało?

Poczułem wielką ulgę. Poczułem mocno, że coś się dopełniło, że z czymś się rozliczyłem. Zniknął ciężar, kamienie zostały wyjęte z plecaka. Spakowałem się i wróciłem do Polski. Moja droga weszła w całkowicie nowy etap.

Czyli finał to nie był... Ale może warto zapytać o początek tej drogi. Bo nie ty jeden stajesz w obliczu takiego faktu, że coś w życiu sie rozsypuje w proch i pył. I wtedy pomysły mogą być różne: jedni się załamują, inni myślą nawet o ostatecznych rozwiązaniach, jak samobójstwo. Jeszcze inni próbują zakasać rękawy i wszystko odbudować albo zmienić fach, zmienić podejście do życia lub robią coś, co pozwala im zapomnieć. Ty wyruszyłeś w drogę. Dlaczego wybrałeś akurat taki sposób żeby znaleźć to, co chyba każdy chciałby znaleźć, czyli ten sens i zrozumienie tego, co się stało?

Mogło być tak, że wyruszenie w drogę akurat w moim przypadku było wyborem wynikającym z jakiejś mojej motoryki wewnętrznej, z mojej wrażliwości i sposobu przeżywania świata. Akurat wyruszenie w drogę, przy tej mojej dotychczas tak racjonalnej ocenie świata, było mi potrzebne... Ja pamiętam moja pierwsza samotna pielgrzymka to była droga do Rzymu. Byłem na początku nawracania się, bo będąc ochrzczony jako dziecko, nawracałem się dopiero w życiu dorosłym. Chodziło chyba o to, żebym jako ekspert od tych back-up'owych planów, od analizy ryzyka, od teorii sukcesu, żebym zaczął rozdawać to, co sobie dotąd zawsze gromadziłem “na czarną godzinę”. Obciążało mnie mnóstwo rzeczy, takich jak: dodatkowy polar, rezerwowa para butów (bo co będzie gdy mi pierwsze zamokną?), zapas konserw – bo szedłem “zdając się na Opatrzność” czyli bez pieniędzy, ale stale było pytanie: co będę w takim razie jadł? I jedzenia brałem tyle, że nie mogłem iść z tym ciężkim plkecakiem. Jako ekspertowi od ryzyk, od planowania i od optymalizacji, przyszło mi w pewnym momencie dzielić się, oddawać to co dźwigałem spotykanym ludziom. I to było moje pierwsze ważne odkrycie w drodze: że oddając – dostaję. W praktyce to było tak, że dzieciom cygańskim pod Częstochową rozdałem część rzeczy i jedzenia. Z takim bólem i niepewnością to robiłem, bo przecież co będę potem jadł? Ale jednak oddawałem żeby iść, no i wieczorem tego dnia pierwsze zaskoczenie, bo ktoś zaprosił mnie do swojego domu na kolację. W zamian poprosił mnie o modlitwę w jakiejś intencji, żebym ją zabrał do Rzymu. I tak zacząłem odkrywać, że oddając – otrzymuję. To oddawanie było odkryciem. Było to trudne, musiałem wiele oddać, a to był dopiero początek mojego oddawania.

No wiesz... sposoby podróżowania są różne. Można gdzieś polecieć samolotem. Jeśli ktoś lubi krajobrazy, wybierze pociąg. Można też wsiąść na rower. Ty jednak wybrałeś pieszą drogę pozbywając się zabezpieczeń. Dlaczego?

Myślałem o tym później... spotykając w kolejnych latach pielgrzymowania ludzi, którzy do nas dołączali, oni też wyruszali w drogę właśnie pieszą. Piesza droga wiąże się z kilkoma istotnymi elementami. Po pierwsze... to samotność. Taka droga prowadzi na spotkanie z samym sobą w ciszy, w odosobnieniu, często w poczuciu odrzucenia, a nieraz także w upokorzeniu. Druga rzecz to jest wysiłek, który jest wpisany w taką wędrówkę. To jest zderzenie się ze swoimi słabościami fizycznymi i psychicznymi: np. z brakiem wytrwałości, ze zmęczeniem, z brakiem konsekwencji. I wreszcie piesza pielgrzymka to konfrontacja ze zmiennością otoczenia, konkretnie krajobrazu – raz się idzie pod górę, raz z góry, różna jest też pogoda: raz zimno raz ciepło, deszcz, to znowu upał. Różnych ludzi się spotyka – nie zawsze takich pomagających czy przyjaznych. Z tym wszystkim człowiek się mierzy właśnie w samotnej pieszej pielgrzymce. Ja na początku nawet nie nazywałem tego pielgrzymką. Nie miałem wielu religijnych doświadczeń ani wiedzy na ten temat. Bardziej może chciałem sie wyrwać z pewnego stanu w którym tkwiłem. Czułem, że potrzebuję jakiegoś odarcia się ze złudzeń, z tej nieprawdy o sobie samym – bo ja czułem że jestem zakłamany i jakoś się tego chciałem pozbyć. Gdzieś poczułem że to się może stać właśnie w takim samotnym wejściu w niepewność. Dlatego w moim przypadku pojawiła się akurat taka droga. Aczkolwiek teraz, patrząc z perspektywy lat na to, wiem że tą drogę do środka, do centrum, do prawdy o sobie, można odbywać także na inne sposoby i na innych szlakach. Teraz już to wiem. Wiele jest pewnie takich osób, które nawet nie wiedząc o tym, pielgrzymują. Wielokrotnie o tym rozmawialiśmy w drodze z Wojtkiem, z którym w pielgrzymkach spędziliśmy razem wiele tygodni. Dochodziliśmy do tego, że np. samotne matki samotnie wychowujące niepełnosprawne dzieci czy żony, które mają trudnych mężów – to mogą być też pielgrzymki. Czyli wtedy gdy mimo wszystko, mimo wielu trudności wytrwale wychodzimy naprzeciw jakiejś tajemnicy i wiernie do czegoś zmierzamy idąc za tym wewnętrznym wezwaniem... to jest też pielgrzymka.

Wymieniając imię Wojtka przywołujesz jednego ze współtwórców inicjatywy “Idzie Człowiek”. Razem z Dominikiem, Grzegorzem, a także z Jackiem, Darwiną i innymi osobami pielgrzymujecie razem. Co to jest za inicjatywa?

To właściwie zaczęło się w roku 2010. We trzech wyruszyliśmy z trzech miast, a właściwie z trzech części świata, na taką wspólną, aczkolwiek samotną – bo to były trzy samotne szlaki – pielgrzymkę do włoskiego Asyżu. Dominik miał wtedy najwięcej doświadczeń pielgrzymkowych, bo to on nas zainspirował. Pokazał nam że można.

No tak, pamiętam, rozmawiałem z nim po jego słynnej wyprawie z Gdańska do Ziemi Świętej.

Tak... znowu początek w Gadańsku... Dominik wyruszył kilka lat wcześniej z Nowego Portu, zabierając 50 dolarów, do Jerozolimy. Dotarł tam po wielu przygodach, a za te 50 dolarów kupił różańce po dolarze za sztukę dla swoich przyjaciół z Gdańska, a więc po drodze ludzie mu pomagali. I ta historia była tak niewarygodna... jej koniec, jej szczęśliwe zakończenie, że pomyślałem, że skoro można... to może i nam się uda. I wtedy pojechałem do Świnoujścia, do mojego przyjaciela duchowego, opiekuna duchowego – tak mogę powiedzieć – Leszka Podoleckiego. Wiozłem dla niego prezent za jego pomoc, za to, co dla mnie zrobił. To była ikona św. Gabriela Archanioła. A ten dzień jak się okazało – to był właśnie Dzień Trzech Archaniołów, 29 września. I pamiętam, że z tą ikoną stanąłem w drzwiach jego domu w Świnoujściu. On otworzył drzwi, zobaczył mnie z tą ikoną i pierwsze słowa jakie powiedział brzmiały: “O, Gabriel! Ciekawe co zwiastuje dzisiaj Gabriel” - bo on zawsze z czymś przychodzi. Chwilę później, gdy siedzieliśmy przy stole, podzieliłem się z nim moim marzeniem, jakim było pójście w samotną pielgrzymkę z Polski do Jerozolimy – taki był pierwszy pomysł. On wtedy powiedział mi o Wojtku, swoim podopiecznym, który spędził wiele lat w odosobnieniu, i to nie tym dobrowolnym że tak powiem. I ten Wojtek chciał pójść w pielgrzymkę z Polski do Santiago de Compostela. Pojawiły się więc dwa pomysły, dwa szlaki podobne jeśli chodzi o odległość. Poszliśmy nad morze żeby się wspólnie pomodlić, a że to był dzień trzech Archaniołów, więc przyszła myśl, że może mają być trzy drogi, trzy takie samotne szlaki. Ale gdzie ten trzeci szlak ma poprowadzić i kto w taką drogę miałby wyruszyć? Idąc plażą przypomniałem sobie wtedy o Dominiku właśnie, którego znałem tylko z jakiegoś artykułu opisującego jego pielgrzymkę do Jerozolimy sprzed dwóch lat. Ale tak się składało, że miałem przy sobie kontakt do dziennikarza, który mógł go znać. Zadzwoniłem i po chwili miałem numer telefonu do domu Dominika w Gdańsku. Nie wiedziałem co mam mu powiedzieć, ale odebrał jego brat i powiedział, że Dominik oddzwoni. Zadzwonił po kwadransie i zaczęła się rozmowa, którą do dziś z Dominikiem wspominamy ze śmiechem. To się działo błyskawicznie. Rozmowa dwóch obcych ludzi. On był pewien, że ktoś kto wyrusza w daleką wyprawę dzwoni z pytaniami o buty, sprzęt, jak sobie poradzić z noclegami itd. Tymczasem ja mu wyjaśniam, że jest dwóch facetów, którzy wyruszają pieszo: jeden do Jerozolimy, a drugi do Santiago i że szukamy tego trzeciego, który poszedłby.... i tu zacząłem szybko szukać w wyobraźni miejsca docelowego dla tej trzeciej drogi. Przyszło mi na myśł, że skoro jest Zachód i jest Południe, to zostaje... Wschód. Jedynym miejscem na wschodzie, które mogłem umiejscowić w podobnej odległości była Moskwa. Więc pytam Dominika: “Czy poszedłbyś do Moskwy?” I pamiętam moje całkowite zaskoczenie, gdy po chwili usłyszałem po drugiej stronie: “To ja pójdę”. W tym momencie poczułem chyba strach, bo nagle zdałem sobie sprawę, że to się dzieje naprawdę i że teraz nie ma już odwrotu: w tą pielgrzymke trzeba pójść. Dominik musiał coś wyraźnie poczuć, że ta rozmowa, te wydarzenia, nie są przypadkowe. On wrócił miesiąc wcześniej do Polski z rocznego pobytu na misji na Madagaskarze i mówił sobie i rodzinie że teraz to on się nigdzie nie wybiera.

Ale to miało być tak ad hoc? Trzech Archaniołów jest 29 września, chcieliście wyruszyć jesienią, mając zimę przed sobą?

Nie, plan był taki, żeby się najpierw spotkać we trzech i omówić tą pielgrzymke w szczegółach, wyruszyć chcieliśmy na wiosnę przyszłego roku. Miesiąc później spotkaliśmy sie w komplecie w Niepokalanowie. Od tamtego czasu ten klasztor to miejsce szczególne dla nas, bo wszystkie kolejne duże pielgrzymki omawiamy właśnie tam. Święty Maksymilian szczególnie nas wspiera swoją obecnością i radą. Jeśli brakuje pomysłu albo idei, to właśnie tam wszystko sie prostuje. No i tam doszło do pierwszego spotkania naszej trójki. Żaden z nas nie znał wcześniej nikogo z pozostałych dwóch. I tak się to potoczyło, że w ciągu kilku dni mieliśmy gotowy plan tej potrójnej pielgrzymki. Pamiętam, że jako kierownik projektów z dawnych czasów wziąłem odruchowo kartkę papieru i zrobiłem plan projektu tak, jak się robi według metodyki projektowej: cel projektu, dekompozycja celu na zadania i pakiety pracy, potem umieszczenie tego w harmonogramie i na koniec oszacowanie kosztów. Budżet nam wyszedł 12.000 zł. Na to się złożyły koszty sprzętu i wyposażenia, ubezpieczeń, wykonania strony internetowej i poligrafii – bo chcieliśmy z ideą tej pielgrzymki dotrzeć do osób, które mogłyby się włączyć w tą drogę modlitwą. Plus jeszcze bilety dolotowe do miejsc, z których mieliśmy wyruszyć. Bo ktoś słusznie doradził, że skoro idziemy w intencji pokoju i łączenia ponad podziałami – a taka wspólna intencja tej pielgrzymki sie pojawiła - to lepiej sie zejść niż się rozchodzić. I tym miejscem spotkania miał być Asyż, miasto św. Franciszka, proroka pokoju. Ciekawe że akurat w roku naszej pielgrzymki przypadała XXV rocznica pierwszego spotkania w Asyżu, na które św. Jan Paweł II zaprosił przedstawicieli wszystkich religii żeby włąśnie tam razem modlić się o pokój. Ostatecznie ustaliliśmy, że Wojtek wyruszy z Fatimy w Portugalii, Dominik z Moskwy, ja z Jerozolimy i że dojdziemy do Asyżu w dniu 27 października 2011 roku – na spotkanie z papieżem Benedyktem XVI i wspólną modlitwę wszystkich religii o pokój. Każdy z nas miał do pokonania ok. 3500 km, co miało zabrać około cztery miesiące drogi, dlatego wyruszyliśmy na początku lipca. Gdy wtedy na spotkaniu pojawiła sie ta cyfra 12.000 zł – spojrzelismy po sobie i padło pytanie jaką kwotą dysponujemy. Nie mieliśmy nic. No i wtedy okazało się, że potrzebujemy sponsorów. Po krótkiej chwili zastanowienia tymi sponsorami zostali: św. Jan Paweł II, św. Maksymilian i św. Jan Chrzciciel. Takich trzech mieliśmy wspomożycieli na początek. Bo wiedzieliśmy, że ta droga będzie polegała na modlitwie.

Czyli trzech Archaniołów, trzech pielgrzymów i trzech świętych sponsorów. Wiem, że udało wam się dojść na tą wspólna modlitwę. Asyż jednak nie był końcem, okazał sie tylko etapem. Ile kilometrów od tamtej pierwszej pielgrzymki udało wam się pokonać?

Od Asyżu zaczęliśmy liczyć kilometry kolejnych pielgrzymek. Zaczęli do nas dołączać ludzie, którzy zaczęli wyruszać na pielgrzymki żeby tak jak my modlić sie nogami o ducha Asyżu dla świata. Rejestrowaliśmy te pielgrzymki, od 2011 roku było ich ponad sto: od 5-kilometrowych do kilkutysięcznych. Pielgrzymi wyruszali indywidualnie i w grupach. Tych osób łacznie naliczyliśmy ok. 250. Nazwaliśmy tą wspólna pielgrzymkę “Obejdźmy świat na 30 lat” - bo na 30 lecie pierwszego Asyżu, które przypada w 2016 roku, chcieliśmy razem uzbierać odległość równą obwodowi ziemi po równiku. I dosłownie miesiąc temu licznik przekroczył 40.000 km. A więc udało się obejść ziemię w czasie krótszym niż pięć lat.

Ale nie o same cyfry chodzi. Mówiłeś, że odległość nie jest nakważniejsza.

Tak. Ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwa pielgrzymka liczy 40 cm bo tyle dzieli rozum od serca. Prawdziwa pielgrzymka nie musi liczyć wielu kilometrów, choć te cyfry też coś mówią. Pokazują pragnienie wielu ludzi żeby wyruszyć w drogę do jedynego prawdziwego celu nas wszystkich i każdego z nas - do prawdy, którą jest sam Bóg.