Roman Zięba odpowiada na pytania Pawła Krzemińskiego
PK: - Jak daleko jest w stanie zajść człowiek?
RZ: - Ja teraz zadaję sobie pytanie nie o ilość kilometrów, tylko o te granice wewnętrzne, które się w drodze pokonuje.
No właśnie, to pytanie było trochę z podtekstem, bo myślę, że żeby wyruszyć w drogę, w taką drogę, trzeba w życiu coś przejść. Może trzeba dojść do ściany albo do jakiegoś wydarzenia, które mówi: “Nie, dalej tak się nie da”. Albo życie stawia w takiej sytuacji, że dalej nie ma już nic. Co sprawiło że jednak wyruszyłeś?
Zaczęło się chyba od... unieruchomienia, od upadku... to znaczy od poczucia całkowitej bezsilności. Ja przez wiele lat miałem w życiu “z górki”, to znaczy z powodzeniem budowałem konstrukcje, które były może nawet wielkie i spektakularne, ale okazały się bardzo nietrwałe i w pewnym momencie wszystkie się zawaliły. Było to dla mnie tym boleśniejsze, że byłem z zawodu ekspertem od skutecznego działania. Pracowałem z sukcesem jako kierownik projektów, konsultant i trener w dziedzinie zarządzania projektami informatycznymi, budowlanymi, społecznymi. Byłem osobą, której powierzano duże i odpowiedzialne przedsięwzięcia, która uczyła innych o sukcesie i o ryzyku, w biznesie i w życiu...
Czyli rzutki manager...
Tak, pracowałem w korporacji, wiele lat w Warszawie. No i... stałem się... stałem się przykładem porażki, całkowitej porażki. W krótkim czasie straciłem właściwie wszystko, co wtedy miało dla mnie wartość. Aresztowanie za moje azjatyckie sprawy sprzed lat, cela, rozpacz i strach. Spadłem na dno. I potem, mimo desperackich prób, już nie byłem w stanie tego odbudować. To był koniec życia jakie znałem. Bolało bardzo mocno, bo skoro rozumowo, tak teoretycznie, o sukcesie wiedziałem wszystko i jeszcze uczyłem tego innych, to jak to się stało, że wszystko mi się zawaliło: rodzina, firma, którą prowadziłem, całe moje życie? I to był moment, kiedy właśnie w tej bezsilności, tracąc wszystko, także poczucie sensu w życiu, wyruszyłem w drogę. Czułem, że nic innego mi już nie pozostało jak tylko szukać odpowiedzi na to najważniejsze pytanie tam, w drodze. I tak się zaczęło.
Chciałeś rozliczyć się z przeszłością czy szukać tego sensu o którym mówiłeś, spojrzeć w oczy przyszłości?
Właśnie... Dopiero długi czas później, po latach i tysiącach kilometrów samotnej drogi, zdałem sobie sprawę, że idąc cały czas niosłem plecak pełen kamieni. Że niosę ciężary, które tak naprawdę nie są moje, że ja cały czas brałem je na siebie. To była droga pokuty. I przyszedł taki czas, a to się stało pod Moskwą w zeszłym roku, na koniec mojej pielgrzymki na Wschód, kiedy poczułem wyraźnie, że ktoś mi te kamienie z plecaka wyjmuje. To był ważny moment, chyba siedem lat od początku, od wyruszenia w drogę, od załamania się mojego życia. Właśnie wtedy pod Moskwą nastąpiło jakieś rozliczenie. Ja pamiętam, to było w przeddzień chrztu Rusi, 28 lipca, okrągła 1025-ta rocznica jeśli dobrze pamiętam. Miałem namiot rozbity nad rzeką pod murami Monastyru Borowskiego, lampkę zapaloną przeed ikoną, i tam przyszło słowo z Listu do Rzymian.
Pamiętasz jakie to było słowo?
Tak. Ten fragment brzmiał:
Lecz jeśli nasza nieprawość uwydatnia sprawiedliwość Bożą, to cóż powiemy? Czy Bóg jest niesprawiedliwy gdy okazuje zagniewanie? - wyrażam się po ludzku. Żadną miarą! Bo w przeciwnym razie jakże Bóg będzie sądzić ten świat?
Ale jeżeli przez moje kłamstwo prawda Boża tym bardziej się uwydatnia ku Jego chwale, to jakim prawem jeszcze i ja mam być sądzony jako grzesznik?
Co się wtedy stało?
Poczułem wielką ulgę. Poczułem mocno, że coś się dopełniło, że z czymś się rozliczyłem. Zniknął ciężar, kamienie zostały wyjęte z plecaka. Spakowałem się i wróciłem do Polski. Moja droga weszła w całkowicie nowy etap.
Czyli finał to nie był... Ale może warto zapytać o początek tej drogi. Bo nie ty jeden stajesz w obliczu takiego faktu, że coś w życiu sie rozsypuje w proch i pył. I wtedy pomysły mogą być różne: jedni się załamują, inni myślą nawet o ostatecznych rozwiązaniach, jak samobójstwo. Jeszcze inni próbują zakasać rękawy i wszystko odbudować albo zmienić fach, zmienić podejście do życia lub robią coś, co pozwala im zapomnieć. Ty wyruszyłeś w drogę. Dlaczego wybrałeś akurat taki sposób żeby znaleźć to, co chyba każdy chciałby znaleźć, czyli ten sens i zrozumienie tego, co się stało?
Mogło być tak, że wyruszenie w drogę akurat w moim przypadku było wyborem wynikającym z jakiejś mojej motoryki wewnętrznej, z mojej wrażliwości i sposobu przeżywania świata. Akurat wyruszenie w drogę, przy tej mojej dotychczas tak racjonalnej ocenie świata, było mi potrzebne... Ja pamiętam moja pierwsza samotna pielgrzymka to była droga do Rzymu. Byłem na początku nawracania się, bo będąc ochrzczony jako dziecko, nawracałem się dopiero w życiu dorosłym. Chodziło chyba o to, żebym jako ekspert od tych back-up'owych planów, od analizy ryzyka, od teorii sukcesu, żebym zaczął rozdawać to, co sobie dotąd zawsze gromadziłem “na czarną godzinę”. Obciążało mnie mnóstwo rzeczy, takich jak: dodatkowy polar, rezerwowa para butów (bo co będzie gdy mi pierwsze zamokną?), zapas konserw – bo szedłem “zdając się na Opatrzność” czyli bez pieniędzy, ale stale było pytanie: co będę w takim razie jadł? I jedzenia brałem tyle, że nie mogłem iść z tym ciężkim plkecakiem. Jako ekspertowi od ryzyk, od planowania i od optymalizacji, przyszło mi w pewnym momencie dzielić się, oddawać to co dźwigałem spotykanym ludziom. I to było moje pierwsze ważne odkrycie w drodze: że oddając – dostaję. W praktyce to było tak, że dzieciom cygańskim pod Częstochową rozdałem część rzeczy i jedzenia. Z takim bólem i niepewnością to robiłem, bo przecież co będę potem jadł? Ale jednak oddawałem żeby iść, no i wieczorem tego dnia pierwsze zaskoczenie, bo ktoś zaprosił mnie do swojego domu na kolację. W zamian poprosił mnie o modlitwę w jakiejś intencji, żebym ją zabrał do Rzymu. I tak zacząłem odkrywać, że oddając – otrzymuję. To oddawanie było odkryciem. Było to trudne, musiałem wiele oddać, a to był dopiero początek mojego oddawania.
No wiesz... sposoby podróżowania są różne. Można gdzieś polecieć samolotem. Jeśli ktoś lubi krajobrazy, wybierze pociąg. Można też wsiąść na rower. Ty jednak wybrałeś pieszą drogę pozbywając się zabezpieczeń. Dlaczego?
Myślałem o tym później... spotykając w kolejnych latach pielgrzymowania ludzi, którzy do nas dołączali, oni też wyruszali w drogę właśnie pieszą. Piesza droga wiąże się z kilkoma istotnymi elementami. Po pierwsze... to samotność. Taka droga prowadzi na spotkanie z samym sobą w ciszy, w odosobnieniu, często w poczuciu odrzucenia, a nieraz także w upokorzeniu. Druga rzecz to jest wysiłek, który jest wpisany w taką wędrówkę. To jest zderzenie się ze swoimi słabościami fizycznymi i psychicznymi: np. z brakiem wytrwałości, ze zmęczeniem, z brakiem konsekwencji. I wreszcie piesza pielgrzymka to konfrontacja ze zmiennością otoczenia, konkretnie krajobrazu – raz się idzie pod górę, raz z góry, różna jest też pogoda: raz zimno raz ciepło, deszcz, to znowu upał. Różnych ludzi się spotyka – nie zawsze takich pomagających czy przyjaznych. Z tym wszystkim człowiek się mierzy właśnie w samotnej pieszej pielgrzymce. Ja na początku nawet nie nazywałem tego pielgrzymką. Nie miałem wielu religijnych doświadczeń ani wiedzy na ten temat. Bardziej może chciałem sie wyrwać z pewnego stanu w którym tkwiłem. Czułem, że potrzebuję jakiegoś odarcia się ze złudzeń, z tej nieprawdy o sobie samym – bo ja czułem że jestem zakłamany i jakoś się tego chciałem pozbyć. Gdzieś poczułem że to się może stać właśnie w takim samotnym wejściu w niepewność. Dlatego w moim przypadku pojawiła się akurat taka droga. Aczkolwiek teraz, patrząc z perspektywy lat na to, wiem że tą drogę do środka, do centrum, do prawdy o sobie, można odbywać także na inne sposoby i na innych szlakach. Teraz już to wiem. Wiele jest pewnie takich osób, które nawet nie wiedząc o tym, pielgrzymują. Wielokrotnie o tym rozmawialiśmy w drodze z Wojtkiem, z którym w pielgrzymkach spędziliśmy razem wiele tygodni. Dochodziliśmy do tego, że np. samotne matki samotnie wychowujące niepełnosprawne dzieci czy żony, które mają trudnych mężów – to mogą być też pielgrzymki. Czyli wtedy gdy mimo wszystko, mimo wielu trudności wytrwale wychodzimy naprzeciw jakiejś tajemnicy i wiernie do czegoś zmierzamy idąc za tym wewnętrznym wezwaniem... to jest też pielgrzymka.
Wymieniając imię Wojtka przywołujesz jednego ze współtwórców inicjatywy “Idzie Człowiek”. Razem z Dominikiem, Grzegorzem, a także z Jackiem, Darwiną i innymi osobami pielgrzymujecie razem. Co to jest za inicjatywa?
To właściwie zaczęło się w roku 2010. We trzech wyruszyliśmy z trzech miast, a właściwie z trzech części świata, na taką wspólną, aczkolwiek samotną – bo to były trzy samotne szlaki – pielgrzymkę do włoskiego Asyżu. Dominik miał wtedy najwięcej doświadczeń pielgrzymkowych, bo to on nas zainspirował. Pokazał nam że można.
No tak, pamiętam, rozmawiałem z nim po jego słynnej wyprawie z Gdańska do Ziemi Świętej.
Tak... znowu początek w Gadańsku... Dominik wyruszył kilka lat wcześniej z Nowego Portu, zabierając 50 dolarów, do Jerozolimy. Dotarł tam po wielu przygodach, a za te 50 dolarów kupił różańce po dolarze za sztukę dla swoich przyjaciół z Gdańska, a więc po drodze ludzie mu pomagali. I ta historia była tak niewarygodna... jej koniec, jej szczęśliwe zakończenie, że pomyślałem, że skoro można... to może i nam się uda. I wtedy pojechałem do Świnoujścia, do mojego przyjaciela duchowego, opiekuna duchowego – tak mogę powiedzieć – Leszka Podoleckiego. Wiozłem dla niego prezent za jego pomoc, za to, co dla mnie zrobił. To była ikona św. Gabriela Archanioła. A ten dzień jak się okazało – to był właśnie Dzień Trzech Archaniołów, 29 września. I pamiętam, że z tą ikoną stanąłem w drzwiach jego domu w Świnoujściu. On otworzył drzwi, zobaczył mnie z tą ikoną i pierwsze słowa jakie powiedział brzmiały: “O, Gabriel! Ciekawe co zwiastuje dzisiaj Gabriel” - bo on zawsze z czymś przychodzi. Chwilę później, gdy siedzieliśmy przy stole, podzieliłem się z nim moim marzeniem, jakim było pójście w samotną pielgrzymkę z Polski do Jerozolimy – taki był pierwszy pomysł. On wtedy powiedział mi o Wojtku, swoim podopiecznym, który spędził wiele lat w odosobnieniu, i to nie tym dobrowolnym że tak powiem. I ten Wojtek chciał pójść w pielgrzymkę z Polski do Santiago de Compostela. Pojawiły się więc dwa pomysły, dwa szlaki podobne jeśli chodzi o odległość. Poszliśmy nad morze żeby się wspólnie pomodlić, a że to był dzień trzech Archaniołów, więc przyszła myśl, że może mają być trzy drogi, trzy takie samotne szlaki. Ale gdzie ten trzeci szlak ma poprowadzić i kto w taką drogę miałby wyruszyć? Idąc plażą przypomniałem sobie wtedy o Dominiku właśnie, którego znałem tylko z jakiegoś artykułu opisującego jego pielgrzymkę do Jerozolimy sprzed dwóch lat. Ale tak się składało, że miałem przy sobie kontakt do dziennikarza, który mógł go znać. Zadzwoniłem i po chwili miałem numer telefonu do domu Dominika w Gdańsku. Nie wiedziałem co mam mu powiedzieć, ale odebrał jego brat i powiedział, że Dominik oddzwoni. Zadzwonił po kwadransie i zaczęła się rozmowa, którą do dziś z Dominikiem wspominamy ze śmiechem. To się działo błyskawicznie. Rozmowa dwóch obcych ludzi. On był pewien, że ktoś kto wyrusza w daleką wyprawę dzwoni z pytaniami o buty, sprzęt, jak sobie poradzić z noclegami itd. Tymczasem ja mu wyjaśniam, że jest dwóch facetów, którzy wyruszają pieszo: jeden do Jerozolimy, a drugi do Santiago i że szukamy tego trzeciego, który poszedłby.... i tu zacząłem szybko szukać w wyobraźni miejsca docelowego dla tej trzeciej drogi. Przyszło mi na myśł, że skoro jest Zachód i jest Południe, to zostaje... Wschód. Jedynym miejscem na wschodzie, które mogłem umiejscowić w podobnej odległości była Moskwa. Więc pytam Dominika: “Czy poszedłbyś do Moskwy?” I pamiętam moje całkowite zaskoczenie, gdy po chwili usłyszałem po drugiej stronie: “To ja pójdę”. W tym momencie poczułem chyba strach, bo nagle zdałem sobie sprawę, że to się dzieje naprawdę i że teraz nie ma już odwrotu: w tą pielgrzymke trzeba pójść. Dominik musiał coś wyraźnie poczuć, że ta rozmowa, te wydarzenia, nie są przypadkowe. On wrócił miesiąc wcześniej do Polski z rocznego pobytu na misji na Madagaskarze i mówił sobie i rodzinie że teraz to on się nigdzie nie wybiera.
Ale to miało być tak ad hoc? Trzech Archaniołów jest 29 września, chcieliście wyruszyć jesienią, mając zimę przed sobą?
Nie, plan był taki, żeby się najpierw spotkać we trzech i omówić tą pielgrzymke w szczegółach, wyruszyć chcieliśmy na wiosnę przyszłego roku. Miesiąc później spotkaliśmy sie w komplecie w Niepokalanowie. Od tamtego czasu ten klasztor to miejsce szczególne dla nas, bo wszystkie kolejne duże pielgrzymki omawiamy właśnie tam. Święty Maksymilian szczególnie nas wspiera swoją obecnością i radą. Jeśli brakuje pomysłu albo idei, to właśnie tam wszystko sie prostuje. No i tam doszło do pierwszego spotkania naszej trójki. Żaden z nas nie znał wcześniej nikogo z pozostałych dwóch. I tak się to potoczyło, że w ciągu kilku dni mieliśmy gotowy plan tej potrójnej pielgrzymki. Pamiętam, że jako kierownik projektów z dawnych czasów wziąłem odruchowo kartkę papieru i zrobiłem plan projektu tak, jak się robi według metodyki projektowej: cel projektu, dekompozycja celu na zadania i pakiety pracy, potem umieszczenie tego w harmonogramie i na koniec oszacowanie kosztów. Budżet nam wyszedł 12.000 zł. Na to się złożyły koszty sprzętu i wyposażenia, ubezpieczeń, wykonania strony internetowej i poligrafii – bo chcieliśmy z ideą tej pielgrzymki dotrzeć do osób, które mogłyby się włączyć w tą drogę modlitwą. Plus jeszcze bilety dolotowe do miejsc, z których mieliśmy wyruszyć. Bo ktoś słusznie doradził, że skoro idziemy w intencji pokoju i łączenia ponad podziałami – a taka wspólna intencja tej pielgrzymki sie pojawiła - to lepiej sie zejść niż się rozchodzić. I tym miejscem spotkania miał być Asyż, miasto św. Franciszka, proroka pokoju. Ciekawe że akurat w roku naszej pielgrzymki przypadała XXV rocznica pierwszego spotkania w Asyżu, na które św. Jan Paweł II zaprosił przedstawicieli wszystkich religii żeby włąśnie tam razem modlić się o pokój. Ostatecznie ustaliliśmy, że Wojtek wyruszy z Fatimy w Portugalii, Dominik z Moskwy, ja z Jerozolimy i że dojdziemy do Asyżu w dniu 27 października 2011 roku – na spotkanie z papieżem Benedyktem XVI i wspólną modlitwę wszystkich religii o pokój. Każdy z nas miał do pokonania ok. 3500 km, co miało zabrać około cztery miesiące drogi, dlatego wyruszyliśmy na początku lipca. Gdy wtedy na spotkaniu pojawiła sie ta cyfra 12.000 zł – spojrzelismy po sobie i padło pytanie jaką kwotą dysponujemy. Nie mieliśmy nic. No i wtedy okazało się, że potrzebujemy sponsorów. Po krótkiej chwili zastanowienia tymi sponsorami zostali: św. Jan Paweł II, św. Maksymilian i św. Jan Chrzciciel. Takich trzech mieliśmy wspomożycieli na początek. Bo wiedzieliśmy, że ta droga będzie polegała na modlitwie.
Czyli trzech Archaniołów, trzech pielgrzymów i trzech świętych sponsorów. Wiem, że udało wam się dojść na tą wspólna modlitwę. Asyż jednak nie był końcem, okazał sie tylko etapem. Ile kilometrów od tamtej pierwszej pielgrzymki udało wam się pokonać?
Od Asyżu zaczęliśmy liczyć kilometry kolejnych pielgrzymek. Zaczęli do nas dołączać ludzie, którzy zaczęli wyruszać na pielgrzymki żeby tak jak my modlić sie nogami o ducha Asyżu dla świata. Rejestrowaliśmy te pielgrzymki, od 2011 roku było ich ponad sto: od 5-kilometrowych do kilkutysięcznych. Pielgrzymi wyruszali indywidualnie i w grupach. Tych osób łacznie naliczyliśmy ok. 250. Nazwaliśmy tą wspólna pielgrzymkę “Obejdźmy świat na 30 lat” - bo na 30 lecie pierwszego Asyżu, które przypada w 2016 roku, chcieliśmy razem uzbierać odległość równą obwodowi ziemi po równiku. I dosłownie miesiąc temu licznik przekroczył 40.000 km. A więc udało się obejść ziemię w czasie krótszym niż pięć lat.
Ale nie o same cyfry chodzi. Mówiłeś, że odległość nie jest nakważniejsza.
Tak. Ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwa pielgrzymka liczy 40 cm bo tyle dzieli rozum od serca. Prawdziwa pielgrzymka nie musi liczyć wielu kilometrów, choć te cyfry też coś mówią. Pokazują pragnienie wielu ludzi żeby wyruszyć w drogę do jedynego prawdziwego celu nas wszystkich i każdego z nas - do prawdy, którą jest sam Bóg.
Dziennik nieregularny z pieszej pielgrzymki, która rozpoczęła się 3 lipca 2011 roku w Jerozolimie, osiągnęła Asyż 27 października i trwa nadal... Mapa drogi dostępna na stronie www.idzieczlowiek.pl
piątek, 24 lipca 2015
sobota, 4 kwietnia 2015
Sobota
Pustka. Lodowata nicość. Tego doświadczali uczniowie Jezusa po Jego śmierci w piątek wieczorem. Z niczym ludzki rozum nie zderzył się dotychczas tak brutalnie, jak z tą prawdą: Jezus umarł. Nie ocalił się. Wlekli go na Górę Czaszki jak złoczyńcę, plując w twarz i bijąc po twarzy. Krwawił jak zwykły człowiek. Nauczyciel umarł jak zwykły śmiertelnik. Były na to dowody: włócznia, ciało złożone do grobu. Krzyż ciągle stał, pod nim nadal była jeszcze nieusunięta krew. Szok, przerażenie i osamotnienie.
Przed nimi otwierała się bezdenna czeluść sobotniego poranka.
Wojtek zorganizował w tym roku Ekstremalną Drogę Krzyżową. Według pomysłu ksiedza Stryczka z Krakowa. Wojtek to solidna firma, więc solidnie ogarnął temat, a pracy miał dużo, bo przedsięwzięcie wymagało dopracowania wielu elementów: wytyczenia i oznakowania trasy z czternastoma stacjami Drogi Krzyżowej, powiadomienia lokalnych władz, przygotowania pakietów dla uczestników, zabezpieczenia medycznego i zapewnienia transportu na wypadek kontuzji czy zasłabnięć.
W piątek wieczorem po mszy świętej ok. 70 osób w różnym wieku wyruszyło z Nowego Warpna w kierunku na południe, do odległej o 43 kilometry katedry w Szczecinie. Poważnie potraktowali napomnienie Wojtka, że droga krzyżowa ma prowadzić w ciszy. Nie musiał dodawać że także w zmęczeniu, bólu, zniechęceniu, osamotnieniu, przez las, asfaltem i piaszczystymi drogami. Ale o tym każdy przekonał się osobiście kilka godzin póżniej. Mieliśmy wejść w pustkę nocy, z krzyżem z sosnowych bali niesionym na zmianę. Ale każdy z nas niósł własny krzyż, każdy na swoją miarę. I każdy miał zmierzyć się sam na sam ze swoją ciemnością, ze swoją pustką i swoim "już dość".
W granice miasta wszedłem w deszczu szarzejącym świtem. Ból nóg i mokre zimno nie były tak dotkliwe jak narastająca senność i rozlane po całym organiźmie zmęczenie. Grupa pokonujących Ekstremalną Drogę Krzyżową rozciągnęła się tak, że nie widziałem teraz nikogo. Sobotni poranek. Przedmieścia Szczecina były pomnure, okna bloków jeszcze ciemne, smętnie zgrzytały pierwsze tramwaje. Kryzys przyszedł przed XII stacją: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu. Zgubiłem drogę i kluczyłem w uliczkach nie mogąc znależć kościoła. Chciałem usiąść na przystanku pod daszkiem, ale zatrzymanie się oznaczało szybką utratę ciepła i marznięcie. Lepiej już iść. Wlokłem się więc czując że krok za krokiem wchodzę w jakąś klejącą ciemność. Zniknęły dobre myśli, które były ze mną wcześniej, nawet na odcinku przez ciemny las. Osamotnienie i czarne myśli opadły mnie zewsząd i szczelnie oddzieliły od jakiejkolwiek pociechy. Skrajne osamotnienie, lęk i poczucie bezdomności. Dziwny chłód wlewał sie teraz do środka, nie mogłem nic z tym zrobić. Nie ma treści, na której możnaby się choć na chwilę oprzeć. Szedłem jak automat. Nic już nie ma.
- Więc to tak wygląda utrata nadziei - zdążyłem pomyśleć zanim pochłonęła mnie już tylko walka o każdy kolejny krok. - A jednak idę dalej - odkrywałem zdziwiony. Fizycznie i psychicznie to chyba już kres. Senność i zmęczenie uruchamia instynkt przetrwania: położyć się gdzieś. Albo wziąć taksówkę. Z trudem utrzymuję uniesione powieki. Drobny ostry deszcz zacina w twarz. Mokre spodnie. Stawiam kroki jak automat. Co takiego więc sprawia, że nadal posuwam się naprzód? Śmierć Pana Jezusa na krzyżu. Trzeba tam dojść żeby przekonać się jak to jest. jak to jest dojść do końca.
Jaka była tamta sobota w Jerozolimie? Pochmurna? Czym ją wypełnili?
Przed nimi otwierała się bezdenna czeluść sobotniego poranka.
Wojtek zorganizował w tym roku Ekstremalną Drogę Krzyżową. Według pomysłu ksiedza Stryczka z Krakowa. Wojtek to solidna firma, więc solidnie ogarnął temat, a pracy miał dużo, bo przedsięwzięcie wymagało dopracowania wielu elementów: wytyczenia i oznakowania trasy z czternastoma stacjami Drogi Krzyżowej, powiadomienia lokalnych władz, przygotowania pakietów dla uczestników, zabezpieczenia medycznego i zapewnienia transportu na wypadek kontuzji czy zasłabnięć.
W piątek wieczorem po mszy świętej ok. 70 osób w różnym wieku wyruszyło z Nowego Warpna w kierunku na południe, do odległej o 43 kilometry katedry w Szczecinie. Poważnie potraktowali napomnienie Wojtka, że droga krzyżowa ma prowadzić w ciszy. Nie musiał dodawać że także w zmęczeniu, bólu, zniechęceniu, osamotnieniu, przez las, asfaltem i piaszczystymi drogami. Ale o tym każdy przekonał się osobiście kilka godzin póżniej. Mieliśmy wejść w pustkę nocy, z krzyżem z sosnowych bali niesionym na zmianę. Ale każdy z nas niósł własny krzyż, każdy na swoją miarę. I każdy miał zmierzyć się sam na sam ze swoją ciemnością, ze swoją pustką i swoim "już dość".
W granice miasta wszedłem w deszczu szarzejącym świtem. Ból nóg i mokre zimno nie były tak dotkliwe jak narastająca senność i rozlane po całym organiźmie zmęczenie. Grupa pokonujących Ekstremalną Drogę Krzyżową rozciągnęła się tak, że nie widziałem teraz nikogo. Sobotni poranek. Przedmieścia Szczecina były pomnure, okna bloków jeszcze ciemne, smętnie zgrzytały pierwsze tramwaje. Kryzys przyszedł przed XII stacją: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu. Zgubiłem drogę i kluczyłem w uliczkach nie mogąc znależć kościoła. Chciałem usiąść na przystanku pod daszkiem, ale zatrzymanie się oznaczało szybką utratę ciepła i marznięcie. Lepiej już iść. Wlokłem się więc czując że krok za krokiem wchodzę w jakąś klejącą ciemność. Zniknęły dobre myśli, które były ze mną wcześniej, nawet na odcinku przez ciemny las. Osamotnienie i czarne myśli opadły mnie zewsząd i szczelnie oddzieliły od jakiejkolwiek pociechy. Skrajne osamotnienie, lęk i poczucie bezdomności. Dziwny chłód wlewał sie teraz do środka, nie mogłem nic z tym zrobić. Nie ma treści, na której możnaby się choć na chwilę oprzeć. Szedłem jak automat. Nic już nie ma.
- Więc to tak wygląda utrata nadziei - zdążyłem pomyśleć zanim pochłonęła mnie już tylko walka o każdy kolejny krok. - A jednak idę dalej - odkrywałem zdziwiony. Fizycznie i psychicznie to chyba już kres. Senność i zmęczenie uruchamia instynkt przetrwania: położyć się gdzieś. Albo wziąć taksówkę. Z trudem utrzymuję uniesione powieki. Drobny ostry deszcz zacina w twarz. Mokre spodnie. Stawiam kroki jak automat. Co takiego więc sprawia, że nadal posuwam się naprzód? Śmierć Pana Jezusa na krzyżu. Trzeba tam dojść żeby przekonać się jak to jest. jak to jest dojść do końca.
Jaka była tamta sobota w Jerozolimie? Pochmurna? Czym ją wypełnili?
sobota, 7 marca 2015
John
Ciężko się idzie przez Anglię, mokry plecak, chlapią samochody. Za to ludzi spotyka się niezwykłych. Do Preston w zachodniej Anglii wchodziłem przy wieczornej mżawce. Dla pielgrzyma duże miasto niekoniecznie przekłada się na większą szansę noclegu. Przed kościołem podeszli do mnie ludzie. Od razu znalazła sie pani gotowa wziąć mnie na nocleg do swojego domu. Tak poznałem Margaret. Rozmowa w wiktoriańskim salonie przy kominku, potem kąpiel, puszyste ręczniki, ciepła kolacja i biała pościel. Od tamtego spotkania minęło już ponad pół roku, ale nadal utrzymujemy kontakt przez listy. Jej mąż był podczas wojny mechanikiem w RAF, znał polskich pilotów. Wczoraj dostałem list od Margaret. Oprócz dwóch kartek zapisanych starannym pismem był w kopercie obrazek z modlitwą za beatyfikację pewnego człowieka, który na zdjęciu wygląda trochę jak uśmiechniety rastaman.
Tekst brzmi następująco:
JOHN BRADBURNE
Mistyk, poeta, przyjaciel trędowatych. Urodzonyw Anglii, w 1921 roku, służył podczas II wojny światowej w oddziałach Gurków na Malajach i w Birmie. Przeszedł nawrócenie podobnie dramatyczne jak św. Paweł i został wędrownym poszukiwaczem (pilgrim seeker), najpierw z benedyktynami, potem u kartuzów, ale do końca pozostał w stanie świeckim. Poszukiwania woli Bożej prowadziły go przez Anglię i Europę, Ziemię Świętą, głównie pieszo. W 1962 roku przybył do Afryki “szukać jaskini” w Zimbabwe. Zamiast tego znalazł osadę trędowatych Mutemwa. Tam zaczął opiekować się osiemdziesięcioma trędowatymi, oddając im swoje życie aż do śmierci 5 września 1979 roku.
Podczas pogrzebu zauważono, że z dołu trumny na posadzkę wydostaje sie krew. Po otwarciu okazało się, że ciało nie miało żadnych zranień, żadnego miejsca skąd krew mogłaby wypływać. Przy okazji okazało się, że ciało nie jest ubrane w habit franciszkański, co było przywilejem świeckich franciszkanów i ostatnią wolą Johna. Ciało ubrano w habit i pochowano.
Od jego śmierci pojawiło się wiele znaków świętości zmarłego: znaki, uzdrowienia z chorób, wysłuchane modlitwy. Ale najważniejsze, że wiele osób nawraca się przez świadectwo życia tego prostego, niezwykłego człowieka.
Tekst brzmi następująco:
JOHN BRADBURNE
Mistyk, poeta, przyjaciel trędowatych. Urodzonyw Anglii, w 1921 roku, służył podczas II wojny światowej w oddziałach Gurków na Malajach i w Birmie. Przeszedł nawrócenie podobnie dramatyczne jak św. Paweł i został wędrownym poszukiwaczem (pilgrim seeker), najpierw z benedyktynami, potem u kartuzów, ale do końca pozostał w stanie świeckim. Poszukiwania woli Bożej prowadziły go przez Anglię i Europę, Ziemię Świętą, głównie pieszo. W 1962 roku przybył do Afryki “szukać jaskini” w Zimbabwe. Zamiast tego znalazł osadę trędowatych Mutemwa. Tam zaczął opiekować się osiemdziesięcioma trędowatymi, oddając im swoje życie aż do śmierci 5 września 1979 roku.
Podczas pogrzebu zauważono, że z dołu trumny na posadzkę wydostaje sie krew. Po otwarciu okazało się, że ciało nie miało żadnych zranień, żadnego miejsca skąd krew mogłaby wypływać. Przy okazji okazało się, że ciało nie jest ubrane w habit franciszkański, co było przywilejem świeckich franciszkanów i ostatnią wolą Johna. Ciało ubrano w habit i pochowano.
Od jego śmierci pojawiło się wiele znaków świętości zmarłego: znaki, uzdrowienia z chorób, wysłuchane modlitwy. Ale najważniejsze, że wiele osób nawraca się przez świadectwo życia tego prostego, niezwykłego człowieka.
piątek, 6 marca 2015
drzewo
Na pograniczu Wschodu i Zachodu był zwyczaj, żę gdy stawiano nową świątynię – sadzono przy niej lipę. Tak też było w Rajskiem w Bieszczadach. Cerkiew i drzewo razem wrastały przez wiele pokoleń w pofalowany krajobraz. Pierwsza budowla była drewniana i wzmiankowano ją już w roku 1493. Ostatnią, murowaną, wzniesiono w latach 1872-75 oddając pod opiekę świętej Paraskewii, męczennicy dawnych wieków. Cerkiew zasłynęła ikonowymi freskami i malowniczym położeniem na szczycie góry, na którą – wzywani dźwiękiem dzwonów - co niedziela ciągnęli ludzie z okolic na bogosławienije.
Demony wojny rozerwały pokój i ciszę tego zakątka, raniąc okrutnie ludzi i przyrodę. Cerkiew i stara lipa przetrwały jednak wojnę, patrząc w cichości z góry na zakola Sanu. Dopiero barbarzyńska ręka komunistycznego Urzędu Bezpieczeństwa w 1980 roku podłożyła trotyl pod stare mury żeby zapobiec odnowieniu świątyni i przejęciu przez lokalną społeczność na kościół.
Rankiem 24 marca potężna eksplozja wybiła szyby nawet w odległych chatach Rajskiej Doliny. Blaszaną cerkiewną kopułę zdmuchnęło na wody zalewu, gdzie unosiła się niczym widmo jeszcze przez dwa lata.
Po cerkwi na szczycie pozostała góra gruzu otoczona zarastającym cmentarzem.
Wybuch okutnie poranił też starą lipę – ścinając koronę i rozpruwając pień. Drzewo miało umrzeć tak samo jak pamięć o pokoleniach ludzi, którzy tutaj się rodzili, modlili i umierali.
Po latach kamienie porosły mchem i krzakami. Z cmentarza zachowały się dziś już tylko pojedyncze nagrobki. Czyjaś dobra ręka uporządkowała teren cmentarza, wbiła między kamienie czerwony od rdzy krzyż niegdyś wieńczący światynię. Postawiono tablicę opisującą historię tego miejsca.
Lipa o dziwo przetrwała. Jakimś zdumiewającym zrządzeniem drzewo nie umarło. Pokraczny kaleki kadłub, czerpiąc ze starych korzeni, wypuścił z otwartego wnętrza pnia nowe gałęzie, które urosły w konary. Z kory ponad ziemią wyszły nowe korzenie, jakby lipa chciała się za wszelką cenę odrodzić się do nowego życia, wbrew ludzkim wyrokom i prawom tego świata.
Odwiedzam to miejsce przynajmniej raz w roku. Ostatniej jesieni zrobiłem zdjęcia starej lipy. Zaglądając do wnętrza pnia odkryłem coś niezwykłego. Poraniona, popękana i nadpalona lipa, która wyrwała się śmierci i odrodziła na nowo – utworzyła w kolejnych latach w swoim wnętrzu zdumiewający bogactwem świat faktur, spękań, pofalowań, jakby śmierć musiała ustąpić przed siłą życia i bogactwem piękna. Seledyny, rudości i sepie tych obrazów przypominają teraz o żywych kolorach ikon zdobiących niegdyś wnętrze nieistniejącej cerkwi.
Siedziałem potem na kamieniach patrząc na krzyże.
Przyszła myśl, że śmierć nigdy nie wygra z życiem.






























Demony wojny rozerwały pokój i ciszę tego zakątka, raniąc okrutnie ludzi i przyrodę. Cerkiew i stara lipa przetrwały jednak wojnę, patrząc w cichości z góry na zakola Sanu. Dopiero barbarzyńska ręka komunistycznego Urzędu Bezpieczeństwa w 1980 roku podłożyła trotyl pod stare mury żeby zapobiec odnowieniu świątyni i przejęciu przez lokalną społeczność na kościół.
Rankiem 24 marca potężna eksplozja wybiła szyby nawet w odległych chatach Rajskiej Doliny. Blaszaną cerkiewną kopułę zdmuchnęło na wody zalewu, gdzie unosiła się niczym widmo jeszcze przez dwa lata.
Po cerkwi na szczycie pozostała góra gruzu otoczona zarastającym cmentarzem.
Wybuch okutnie poranił też starą lipę – ścinając koronę i rozpruwając pień. Drzewo miało umrzeć tak samo jak pamięć o pokoleniach ludzi, którzy tutaj się rodzili, modlili i umierali.
Po latach kamienie porosły mchem i krzakami. Z cmentarza zachowały się dziś już tylko pojedyncze nagrobki. Czyjaś dobra ręka uporządkowała teren cmentarza, wbiła między kamienie czerwony od rdzy krzyż niegdyś wieńczący światynię. Postawiono tablicę opisującą historię tego miejsca.
Lipa o dziwo przetrwała. Jakimś zdumiewającym zrządzeniem drzewo nie umarło. Pokraczny kaleki kadłub, czerpiąc ze starych korzeni, wypuścił z otwartego wnętrza pnia nowe gałęzie, które urosły w konary. Z kory ponad ziemią wyszły nowe korzenie, jakby lipa chciała się za wszelką cenę odrodzić się do nowego życia, wbrew ludzkim wyrokom i prawom tego świata.
Odwiedzam to miejsce przynajmniej raz w roku. Ostatniej jesieni zrobiłem zdjęcia starej lipy. Zaglądając do wnętrza pnia odkryłem coś niezwykłego. Poraniona, popękana i nadpalona lipa, która wyrwała się śmierci i odrodziła na nowo – utworzyła w kolejnych latach w swoim wnętrzu zdumiewający bogactwem świat faktur, spękań, pofalowań, jakby śmierć musiała ustąpić przed siłą życia i bogactwem piękna. Seledyny, rudości i sepie tych obrazów przypominają teraz o żywych kolorach ikon zdobiących niegdyś wnętrze nieistniejącej cerkwi.
Siedziałem potem na kamieniach patrząc na krzyże.
Przyszła myśl, że śmierć nigdy nie wygra z życiem.



środa, 4 marca 2015
niebo
4 lipca 2011.
Drugi dzień pielgrzymki Jerozolima-Asyż
Leżę na plecach z rękami pod głową.
Odgarnąłem suche, ostre trawy i kolczaste krzewy, żeby móc się położyć i patrzeć stąd w niebo.
Żywy błękit przez suche kolce sprawia, że czuję, jakby to tam było życie, a nie na tej spalonej lipcowym żarem ziemi.
Przyglądam się z bliska wysuszonym roślinom. Wszystkie mają przemyślne haczyki, kolce albo rzepy, jakby jedynym ich pragnieniem było uczepić się czyjegoś buta i wywędrować z tej suchej krainy do miejsca, gdzie jest więcej wody.
Dlaczego droga do źródła jest zawsze pod górę?
Woda. Nad wodą tydzień drogi na północ stąd zaczęła się ta historia, a tu, na tej górze znalazła swój ziemski finał.
Tutaj uczniowie widzieli Go po raz ostatni, gdy odchodził do nieba.
Co wtedy mówił?
-Iďźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu...
Pokazał, jak zwycięża miłość...
ale potrzeba jeszcze mojej decyzji.
Jak iść Jego drogą...
Którędy?
Jak robić to, co do mnie należy...?
Drugi dzień pielgrzymki Jerozolima-Asyż
Leżę na plecach z rękami pod głową.
Odgarnąłem suche, ostre trawy i kolczaste krzewy, żeby móc się położyć i patrzeć stąd w niebo.
Żywy błękit przez suche kolce sprawia, że czuję, jakby to tam było życie, a nie na tej spalonej lipcowym żarem ziemi.
Przyglądam się z bliska wysuszonym roślinom. Wszystkie mają przemyślne haczyki, kolce albo rzepy, jakby jedynym ich pragnieniem było uczepić się czyjegoś buta i wywędrować z tej suchej krainy do miejsca, gdzie jest więcej wody.
Dlaczego droga do źródła jest zawsze pod górę?
Woda. Nad wodą tydzień drogi na północ stąd zaczęła się ta historia, a tu, na tej górze znalazła swój ziemski finał.
Tutaj uczniowie widzieli Go po raz ostatni, gdy odchodził do nieba.
Co wtedy mówił?
-Iďźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu...
Pokazał, jak zwycięża miłość...
ale potrzeba jeszcze mojej decyzji.
Jak iść Jego drogą...
Którędy?
Jak robić to, co do mnie należy...?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)