Czy tam coś jest? – pytałem siebie pakując plecak. Jeśli nie tam, to gdzie? Wyruszyłem szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania.
W drodze zacząłem się modlić. Różaniec stał się towarzyszem drogi. Rozważanie tajemnic Tej, która pierwsza „z pośpiechem poszła w góry” stało się moją szkołą pielgrzymowania. W odwiedzanych kościołach szukałem Jej wizerunku. Kojarzyła mi się z prostotą wiejskiej, żydowskiej nastolatki (bose stopy w zwykłych sandałach) ale wszędzie na obrazach spotykałem albo pucołowatą królową albo poważną matronę. Dopiero kilka dni przed Rzymem, w toskańskim kościółku, zobaczyłem Ją na prawosławnej ikonie. Była to ikona Matki Boskiej Włodzimierskiej. Od razu wiedziałem, że to obraz, którego szukam. Delikatność i szlachetność rysów, szczerość, prostota i głębia spojrzenia... to była moja Maryja!. Odtąd towarzyszyła mi w różańcu właśnie Ona – prosta nastolatka, która nie zostawiając niczego sobie, zaufała całkowicie. Odważnie weszła w niepewność. Ta pierwsza pielgrzymka otworzyła przede mną drogę, na której nigdy nie byłem już sam.
Po powrocie zapragnąłem poznać bliżej „toskański wizerunek” – i tak wszedłem w świat ikon. Wkrótce znalazłem się na warsztatach ikonopisania w pracowni o. Jacka Wróbla SJ w Warszawie, o nazwie – nomen omen – „Droga ikony”. Obie drogi – letnie samotne wędrówki i pisanie ikon w mojej pracowni na wsi w zimie - obnażały bezlitośnie moje słabości. Ale szedłem dalej, odkrywając prawdę o sobie...
W pielgrzymkach co roku odwiedzałem nowe miejsca związane z historią ikony: greckie klasztory Palestyny, prawosławne monastyry Rosji, cerkwie w Bułgarii, Macedonii, Albanii. Przyglądałem się ikonom i niekiedy mistrzom przy pracy. Z czasem zacząłem prowadzić własne warsztaty ikonopisania. W ten sposób poznałem Hanię – a przez nią św. Charbela.
Było to na warszawskim Bemowie, przy parafii św. Łukasza Ewangelisty, patrona ikonografów. Hania spędziła kilkanaście lat w Libanie jako żona libańskiego lekarza, druza. Mieszkali w Bejrucie. Podarowała mi obrazek świętego, którego imienia nigdy nie słyszałem i film o nim w języku arabskim. Powiedziała: „To niezwykły święty, zobaczysz!”
Ze ścieżki dźwiękowej filmu nie zrozumiałem nic, ale obraz przemówił do mnie bardzo silnie. Znowu miałem przed oczami prostotę i ubóstwo zwykłego życia w Ziemi Świętej. Zaledwie rok wcześniej wędrowałem doliną Jordanu na północ, do Morza Tyberiadzkiego, a potem do Hajfy. Dalej już była granica z Libanem, zamknięta od wielu lat. Film przypomniał mi osty, pył dróg, zapach sykomor i potężny hałas, jaki robiły cykady. Na tej ziemi żył Charbel.
Prostota, szczerość i wierność: te trzy słowa zastąpiły mi arabskie dialogi. Prostota życia, szczerość relacji z Bogiem i wierność miłości. Świętość jest zwyczajna (przypomniałem sobie spotkanie z Maryją w toskańskim kościele). Zapragnąłem napisać ikonę św. Charbela.
Przygotowania zacząłem od zebrania dostępnych informacji - nie było ich zbyt wiele. Święty stronił od rozgłosu, nie zostawił notatek ani żadnej podobizny. Pozostawała modlitwa. Miałem w pracowni jedną lipową deskę, którą trzymałem na szczególną okazję. Podarował mi ją Serhij, ukraiński ikonograf, z którym wspólnie piszemy dużą, wieloczęściową ikonę. Ma zostać umieszczona w bieszczadzkiej cerkwi w Łopience jako znak pojednania między Polakami i Ukraińcami. Pomyślałem, że libański maronita to dobry patron na czasy, w których tak wiele jest wzajemnej wrogości i ideologicznych rozłamów. Jako tło ikony odważnie wybrałem czerwień - w ikonografii kolor miłości i cierpienia. Złoto nimbu miało być znakiem Bożej chwały. Zgodnie z kanonem sztuki oczy na ikonie nie mogą być zamknięte, mimo to postanawiłem delikatnie przymknąć św. Charbelowi powieki. W efekcie powstał efekt pokornego wycofania.
Postanowiłem, że prawa dłoń będzie trzymała łaciński krzyż. Będzie biały –w kolorze czystości. Lewa dłoń... co z nią? Włożyć w nią Księgę? Nie, sam Krzyż wystrarczy jako dość mocny znak. Co z lewą dłonią? Nie miałem pomysłu, stanąłem z pracą. Zacząłem się modlić:
„Panie Jezu Chryste, przyjmij moją modlitwę pisaną trudem przekształcania mojego ciała i duszy w Ciebie samego, oraz trudem przemiany cząstki kosmosu w oblicze Twojego sługi, świętego Charbela. Św. Charbelu, który w pokorze szedłeś do końca za Tym, który połamał bramy śmierci, piekła i szatana, wstawiaj się za mną i daj mi poznać świętą wolę Bożą, Jej ufam i powierzam dłoń”.
Dłoń! Sama dłoń wystarczy. Szkicuję wyciągnięta otwartą dłoń w naturalnym geście, jakby coś powstrzymywała. Odpowiedzią jest pogodzenie się z bezsilnością, oddanie się Bogu, Jego sile i prowadzeniu. To, czego szukałem wyruszając w dalekie wędrówki jest nie w tym, co mogę osiągnąć, ale w tym, od czego mam się powstrzymać!
Ta myśl kieruje mnie na inną drogę niż dotychczasowe. Do wewnąrz. Na spotkanie z Bogiem, który był obok cały czas. Wierny i miłosierny.