niedziela, 9 marca 2014

najbliżej

Natura człowieka, moja natura, stale, świadomie lub nieświadomie, szuka porządku, sensu istnienia, celowości życia. Chciałbym wiedzieć że w moich działaniach opowiadam się po stronie dobra, że moje decyzje służą czemuś, że moje życie ma cel i nie jest jedynie splotem przypadków, grą mrocznych sił, że nie jestem rzucony w czarną otchłań kosmosu jak kości jakiegoś szalonego gracza - hazardzisty. I w tych poszukiwaniach porządku i sensu, w tym ciągłym wędrowaniu, potrzeba mi drogowskazów, planów, w które mógłbym się wpisać albo autorytetów na których możnaby się oprzeć.
Nawet jeśli za chwilę mielibyśmy wszyscy przestać istnieć jako cywilizacja na skutek jakiejś wielkiej katastrofy kosmicznej, to pragnąłbym aby i to wydarzenie pomieścił ów wyższy plan, żeby to było nadal częścią scenariusza nad którym ktoś panuje.
Czy to nie aby moje naiwne marzenie, powodowane lękiem przed końcem i przed ostateczną samotnością?
Wielu odrzuca Przyczynę Celową świata  i zastępuje ją przyczyną sprawczą - używając terminologii Arystotelesa. Czym one się różnią? Na pytanie "Dlaczego cierpię?" - a cierpienie i śmierć przychodzi w końcu do każdego - można szukać odpowiedzi dwiema drogami. Jedna to: "Bo zostałem skrzywdzony". I to jest przyczyna sprawcza mojego cierpienia. Inna droga podpowiada: : "Bo mam to ofiarować". To będzie przyczyna celowa.
Ofiarować cierpienie? Ofiarować wątpliwości? Ofiarować niemoc i samotność? Czy to ma sens? Jak? Komu?
W naturalny sposób, odruchowo kieruję się na pierwszy tor, szukając winnego mojej sytuacji, chcąc odebrać to, co mi zabrano: spokój, zdrowie, radość, pewność. Życie w podążaniu za przyczyną sprawczą wydaje się racjonalne.
Po co i jak miałbym to niby odwrócić? Mam się cieszyć z mojego poniżenia? Z mojej nędzy? Celebrować chorobę? Mam traktować jako prezent od życia moją niemoc, samotność, smutek, beznadzieję? Mam wierzyć że Holocaust, Wołyń, Rwanda, Bałkany - że to miało sens i było potrzebne?  I kto niby zechciałby ten "prezent" przyjąć?

Jan Kazimierz pokazał mi tydzień temu gniazdo sroki. Zdziwiła mnie jego doskonałość konstrukcyjna. Wszystkie elementy od najcieńszej trawki do najgrubszej gałązki były precyzyjnie zaplecione w doskonałą pół-sferę i to w taki sposób, że niemożliwe byłoby usunięcie któregokolwiek z nich bez naruszenia struktury całości. Tak samo zdumiewa doskonałość każdego drzewa, gdy mu się uważniej przyjrzeć. Drzewo jest niedostrzegalne z innego powodu niż gniazdo: jest stałym elementem krajobrazu, więc zbyt banalne żeby dziwiło. A jednak po chwili w drzewie zdumiewa porządek wzrostu, ta niezwykła droga od nasienia do rozpostartej korony. Drzewo rozgałęzia się i rośnie w sposób optymalny a wiec doskonały bo jedyny możliwy, właśnie taki jaki jest najlepszy dla danych warunków. Trudno oprzeć się wrażeniu ze drzewo wie jak rosnąć i nie pyta przy tym nikogo o drogę, nie szuka drogowskazów ani map, nie pokonuje milionów zawahań. Drzewo zwyczajnie realizuje plan, którego tak bardzo potrzebuje człowiek. Co zatem różni drzewo od człowieka? Albo srokę od człowieka?
Człowiek dźwiga pewien ciężar, którego nie zna sroka ani drzewo. Ten ciężar to raczej pewien dramatyczny deficyt, coś, czego człowiekowi brak, a co stale ukrywa się za horyzontem. Horyzont pozostaje jednak dla człowieka nieruchomy, stale tak samo odległy, choć zmienia swój kształt.
Czym zatem jest wędrówka człowieka w poszukiwaniu sensu? Czym jeśli nie odkrywaniem siebie przez zamianę kierunku poszukiwań z przyczyny sprawczej na celową?
Nie wyruszam więc po to aby szukać tego czego mi  brakuje tylko wędruje dlatego bo chcę podarować coś co już posiadam.
Tego sensu, porządku, wyższego scenariusza nie odnajdę zatem gdzie indziej jak tylko w sobie bo to właśnie ja jestem celem, to siebie samego mam obdarować własną niedoskonałością. W praktyce oznacza to przebaczenie samemu sobie. Pogodzenie się z moją marnością.  Czy to możliwe ze w tym najprostszym "tu i teraz", które bylo ze mną zawsze - że w tym zawiera się wszystko czego tak daleko szukałem? A więc wszystko czego pragnąłem, czego szukałem i za czym tęskniłem jest już tu, ze mną? I zawsze było? To by znaczyło że od początku miałem w sobie doskonałość której szukałem. A zatem jestem stworzony na doskonały obraz. Na obraz Doskonałości. Jestem już częścią doskonałego planu. I jeśli tylko pozostanę wierny tej wdzięczności, którą wreszcie poczułem - nic złego nie może mnie spotkać.

niedziela, 2 marca 2014

sens

Najbardziej charakterystyczny element pocztówkowego krajobrazu Jerozolimy to  złota kopuła Meczetu "na skale". Pyszna kopuła wieńczy kamienną platformę która kiedyś była najświętszym miejscem żydów: słynną jerozolimską świątynią Salomona. Dziś żydom przypada tyko zewnętrzna strona jej zachodniegi muru, zwana wymownie "ścianą płaczu". Najświętsze miejsca dwóch wrogich sobie religii oddzielają kłęby kolczastego drutu i odczuwalna atmosfera wzajemnej niechęci.
W tureckim Stambule, kiedyś stolicy imperium bizantyjskiego, zwanej Konstantynopolem, największa świątynia wschodniego chrześcijaństwa, słynna Hagia Sophia, zamieniona po upadku Bixancjum na meczet, dziś jest muzeum - ku zgorszeniu i niejasnym nadziejom prawosławnych.
Gdy Napoleon, zdobywca niemal całej Europy, wracał pobity i upokorzony spod Moskwy, gdzieś na Litwie miał rzucić słynne zdanie, które niektórzy historycy przypisują jego ministrowi: "Od wielkości do śmieszności jest tylko mały krok".
Dzieje ludzkości przez historyków porządkowane są w pewien logiczny ciąg zdarzeń, ale jej punkty zwrotne wymykają się ludzkiej logice, jakby co jakiś czas losy ludzkości brał we władanie absurd, ślepy traf, którego chichot jest tak trudny do zniesienia przez szukającego sensu człowieka.
Ten absurd często towarzyszył mi gdy wędrowałem przez Rosję. Prawosławni, za władzy komunistów prześladowani, pozbawieni kapłanów i cerkwi, zepchnięci do podziemia, po "pierestrojce" lat 90-ych mogą dziś znowu cieszyć się wolnością kultu. Już mało kogo dziwi że protektorem rosyjskiej Cerkwi stał się nie kto inny, tylko Włodzimierz Putin, były agent KGB, a więc spadkobierca komunistycznych zabójców carskiej rodziny. Dziś oficjalnie uchodzi za przyjaciela patriarchy Cyryla, nawet otrzymał od niego w 2013 roku nagrodę Światowego Ludowego Soboru Rosyjskiego za "bezprzykladne zasługi dla odbudowy mocarstwowosci Rosji".
Idąc przez Rosję nie mogłem się nadziwić widokowi świętych ikon ustawianych na pomnikach Armii Czerwonej, tej samej która podczas rewolucji 1917 roku rzucała te ikony na płonące stosy. "Dziwny jest ten świat" można zanucić za Niemenem.
Czy w tej przesyconej absurdem rzeczywistości istnieje jakiś wyższy porządek? - pytają ci powątpiewajacy w Absolut i Boski plan.
Jak pogodzić masowe morderstwa popełniane przez nazistów i komunistów "w imię światowego pokoju" z poezją Heinego albo z ikonami Rublowa?
Myślę że wcale nie nieuchronność śmierci jest największym ciężarem jaki dźwiga w życiu człowiek. Największym jego problemem jest sens życia. Czego nie oddałby człowiek za pewność, że jest po właściwej stronie, że jego życie ma sens, że jego decyzje i czyny wynikają z logiki wyższej racji, której służy? Czy nie o to toczą się wojny? Czy nie to nakręca emocje publicystycznych dysput i programów "talk-show?". Żyć i umrzeć bez sensu to chyba najokrutniejsza perspektywa dla człowieka. No chyba że zwyczajnie przestanie się nad tym zastanawiać i ucieknie w świat emocji podsuwanych przez coraz sprawniejszych handlarzy. Żyć bez sensu i tak umrzeć? Zniknąć bezpowrotnie jakbym nigdy nie zaistniał nie włączając się w jakieś dobro, w jakiś sens? Kto by to zniósł?
Dzisiejsza Ewangelia jest ciekawym dopowiedzeniem.
Co może sam człowiek? Zdany na własne poznanie i własny rozum?
Może stać się tyranem albo klaunem.

wtorek, 25 lutego 2014

należy

"Robi to, co do niego należy" - w ten sposób (pewnie nie dosłownie) zapamiętałem kardynała Wojtyłę z jego traktatu "Miłość i odpowiedzialność" gdy pisał o życiowej powinności prawdziwego mężczyzny.
Książka okazała się "ciężka" na drogę w jaką ja zabrałem - szedłem do watykańskiego grobu papieża z Częstochowy w 2008 roku - ale to zdanie z niej zostało mi w pamięci.

Robić swoje.

Jestem z natury wygadany, jak to powiedziałbym o sobie kiedyś: mam "wysoki poziom komunikatywności". To czasem się przydaje, ale wiele razy w życiu służyło też złym sprawom i teraz czasem powtarzam ten błąd.
Dzisiaj skuteczna komunikacja staje się coraz ważniejsza, coraz cenniejsza to umiejętność - umieć przekonać do swojej racji.
Milczący - kto by go dziś brał pod uwagę? Kogo interesuje człowiek, o którym nie słychać?

Robić swoje...

Mam pogodzić się z tym, że nikt nie usłyszy o moim sukcesie? Ze nikt mnie nie pochwali, nie doceni?

Trzy miejsca teraz przychodzą mi do głowy.
Ciche miejsca, gdzie ludzie robią swoje nie myśląc wiele o nagłaśnianiu dzieła, bo przecież nie chodzi też o "chowanie światła pod korcem, ale o zdrowy umiar z akcentem na "robię" zamiast na "ja".

1. Home od Peace - sierociniec budowany przez sędziwą siostrę Rafałę w Betlejem.
2. Domy dla uzależnionych Cenacolo
3. Misja w Zambii dla dzieci ulicy

Ich codzienna działalność nie jest tematem żarliwych dyskusji w Internecie, nie mają nagłówków w newsowych sekcjach portali.
Robią swoje.
Ciekawe, że żyją w dużej mierze "z Opatrzności", a więc bez stalego finansowania i na bieżąco muszą samemu troszczyć się o codzienne utrzymanie. Zatem wyjście przez media do sponsorów, nagłaśnianie swojej pracy, byłoby często rozwiązaniem problemów.
Oni jednak wychodzą w ten sposób " na zewnątrz" rzadko. Za to modlą się stale. I odnajdują w tej trudnej codzienności jakiś dziwny sens.
Może nie chodzi im o to, żeby "jak najwięcej ludzi uratować" ani żeby "jak najwięcej dobra uczynić".
Robią tyle ile do nich należy i o dziwo zawsze dostrzegają człowieka w potrzebie.

Robić to, co do mnie należy to znaczy iść swoją drogą, wypełniać powołanie. Nie mniej i nie więcej.
Być mężczyzną.

niedziela, 16 lutego 2014

Spowiedź

Przez ostatnie dwa tygodnie wędrowałem po Polsce. Była Warszawa, a potem Bieszczady i niezwykłe spotkania przy ikonach, potem Sanok, Łódź, starzy przyjaciele i nowi ciekawi ludzie, wiele dobrych spraw. I – jak to w ruchu – wiele rozproszeń i pokus, starych i nowych, były też upadki. Po dwóch tygodniach wracałem na swoją spokojną wieś szczęśliwy nowymi doświadczeniami, ale także zmęczony i wytęskniony owego pokoju, który w wędrowaniu przez góry i doliny pojawia się i znika, który chciałoby się wreszcie oswoić po dotarciu do celu, mieć go już wtedy na stałe i radośnie przeżywać w ciszy docelowego portu... Tam wydaje się być bliżej, jakby na wyciągnięcie uspokojonej ręki...
Ale czy ten pokój można przypisać jakiemuś miejscu?

Potrzebowałem spowiedzi.
W miejscu zamieszkania jakim jest wieś spowiedź łączy się ze spotkaniem z osobą, którą dobrze się zna. W tym przypadku był to ksiądz kustosz sanktuarium. Człowiek robiący ważenie dość zasadniczego, czasem jakby surowy. Znałem go dobrze od kilku lat, wiele razy rozmawialiśmy na różne tematy, także osobiste. Ale nigdy dotąd się u niego nie spowiadałem. Spowiedź to szczególne spotkanie, całkowite otwarcie następuje wtedy nie wobec człowieka, a wobec Stwórcy Kosmosu. Ale jednak spowiadać się jest mi chyba łatwiej wobec anonimowego kapłana gdzieś w Polsce... a tutaj.... otworzyć wszystko wobec kogoś, komu kłaniam się na ulicy?
Potrzebowałem spowiedzi.

Do sanktuarium mam cztery kilometry przez pola. Luty nie jest mroźny, idzie się dobrze... tylko ten rachunek sumienia. Ścieżka biegnie skrajem lasu, lokalni nazywają ją „drogą św. Faustyny”. Tędy chodziła do kościoła.

Dzienniczek św. Siostry Faustyny, rozdz. 113:

„Pierwsze - całkowita szczerość i otwartość. Najświętszy i najmądrzejszy spowiednik nie może gwałtem wlać w duszę tego, co pragnie, jeżeli dusza nie będzie szczera i otwarta. Dusza nieszczera, skryta, naraża się na wiekie niebezpieczeństwo w życiu duchowym i sam Pan Jezus nie udziela się takiej duszy w sposób wyższy, bo wie, że ona nie odniosłaby korzyści z tych łask szczególnych.

Drugie słowo – pokora. Dusza nie korzysta należycie z sakramentu spowiedzi jeśli nie jest pokorna. Pycha duszę utrzymuje w ciemności. Ona nie wie i nie chce wniknąć dokładnie w głąb swej nędzy, maskuje się i unika wszystkiego co by ją uleczyć miało.

Trzecie słowo – to posłuszeństwo ...”

Las się kończy, widać już wieżę nowego skrzydła sanktuarium.

Klękam przed kratką konfesjonału i wyrywa mi się ciężkie westchnienie.
- Ostatni raz u spowiedzi świętej byłem...
Szybko znika drżenie głosu. Moje słowa padają wolno, pragnienie uczciwości to gęsty filtr...
Gdy kończę z ulgą, zapada cisza.
- Błogosławione pokusy... – słyszę głos zza kratki.

przeciwnik


Dlaczego człowiekowi łatwiej skupić się na czynniku ilościowym zamiast na jakościowym? Gospodarka, polityka, publicystyka - nic tylko wskaźniki, przewagi, procenty poparcia.
Patrzę na siebie. Dlaczego łatwiej mi dostrzec coś na zewnątrz niż
wewnątrz. Np. przeciwnika. Pokazać kogoś palcem jako przyczynę problemu jest łatwiej niż wskazać na siebie. Podobnie jak mówić jest łatwiej niż słuchać. Podobno zasadą zdrowia psychicznego jest prawo
powszechnego rozwoju. Dotyczy to nie tylko człowieka, innych organizmów też.
Nie można stać w miejscu i być normalnym - to wydaje się jasne. Zatem jak to jest że białe dziecko zaakceptuje w piaskownicy ciemnoskórego malucha, a dorosłego... trzeba już tego nauczyć. Dlaczego stale chodzi o statystykę przewagi, o liczby?
Kiedyś była to ilość legionów, chorągwi, dywizji pancernych, potem ilość głowic nuklearnych i baryłek ropy naftowej... a dziś? Procentowe poparcie dla partii? Wydajność pracownika? Ilość "lajków" na FB? Ilość silnych emocji na jednostkę czasu? Ilość "stanów szczęścia" osiągnięta przed śmiercią? Co byłoby zatem
alternatywą dla tego "dyktatu cyfryzmu"? Czy jest coś złego w tym, że cztery złote medale Polaków w Sochi tak cieszą? A sześć złotych medali? To cieszyłoby jeszcze bardziej. Wtedy wyprzedzilibyśmy Rosję.
To dopiero błoby szczęście! Okazałoby się wreszcie kto tu ma...przewagę?
Może nie ma więc po prostu wyjścia i trzeba to zaakceptować tak samo jak kibic akceptuje porażkę swojej drużyny i czeka na kolejny sezon z nadzieją że tym razem Widzew Łódź rozgromi w derbach ŁKS Łódź? Znam akurat trochę Łódź i kiedyś zastanawiało mnie dlaczego jedni krzyczą:
ŁKS-Jude! A tamci odkrzykują: Widzew Żydzew! Próba wyjścia poza ten terror "cyfryzmu" łatwo naraża na posądzenie o
relatywizację wartości, brak przynależności, nijakość. Nie mając określonego liczbowo przeciwnika (np. "jeden brązowy medal? - co to za wynik?", "mamy zbyt niski poziom tolerancji dla gejów", "za mało autostrad"
albo "za mało prawdziwych Polaków w rządzie" ) jest tak samo zwalczany
jak stan przeciwny, a więc... obojętny, niepatriotyczny, "nie nasz"
albo odwrotnie: zbyt konserwatywny, zbyt pisowski.
Ale gdyby jednak opuścić mentalną pokusę manichejskiego dualizmu (albo
jesteś wrogiem albo przyjacielem, bo prawdy nie da się przeciąć na
pół) i jednocześnie wyjść poza równie kuszący buddyjski monizm
(wszystko jest jednorodne, każdy ma trochę racji) - to jakie wyjście
pozostanie?
No właśnie... wtedy mamy chrześcijańśki trynitaryzm.
Trzecia Hipostaza (zwana Trzecią Osobą) jest Duchem, zatem czymś
nieuchwytnym, po ludzku nie do określenia. Poza doskonałym "Jeden" i "doskonało-ludzkim "Dwa" jest jeszcze "Trzy".
Hebrajskie słowo hawel (mgła, dym, opar) oznacza coś dla człowieka ulotnego, nieokreślonego, podobnie jak ruah - duch.
To co kiedyś przetłumaczono z łacińskiej wersji Księgi Koheleta (vanitas vanitatum et omnia vanitas) jako "marność nad marnościami i wszystko marność) dziś tłumaczy się inaczej. Nowe wydania Biblii
sięgające do języków oryginalnych zamiast łacińskiego vanitas - pustka, marność, używają hebrajskiego havel. Havel havalim tłumaczy się jako "daremna ulotność". To jakby trochę bardziej pozytywne od pesymistycznej "marności", której przecież nikt nie chce. Który Polak chciałby marnego wyniku swoich sportowców? Ale ulotność (niegwarantowalność) wyniku - byłaby już może bardziej do przełknięcia. Tylko że niestety ta "niegwarantowalność" oznacza wejście w niepewność. A do tego potrzeba już wiary. Wie o tym każdy samotny
pielgrzym. Trzecia Hipostaza na słynnej ikonie Andreja Rublowa ma zielony płaszcz
- w ikonografii kolor odrodzenia do nowego życia. Dopiero Trójca daje przepływ, a więc pełnię. Nie buddyjskie koło, które jest figurą w pewnym wymiarze doskonałą, Ale zamkniętą, lecz Krzyż, który pozostając sobą, niezmieniony, sięga jednocześnie w nieskończoność.
Krzyż to znak paradoksu nieakceptowalnego przez sam rozum. Trójca to stan ciągłej zmiany, która jest jednocześnie doskonałą stałością. Dopiero w Niej wszystko odnajduje właściwy sens, a pytania - odpowiedzi.
Wracając na ziemię...
Czy zatem rację miał Dmowski czy Piłsudski?
A płk. Kuliński jest zdrajcą czy bohaterem?
Tusk to agenturalna marionetka czy ten, który wyprowadza kraj ku stabilizacji?
Rosja jest dobra czy zła?
Gender to zamach na godność człowieka i seksualizacja dzieci czy
pogłębiona refleksja nad pytaniem "Kim jest Czlowiek?".
Patrzę na stosunek kobiet do mężczyzn na moich zajęciach ikonopisania.
90 procent to kobiety. W średniowieczu 100 procent piszących ikony to
byli mężczyźni, poszczący mnisi. Co te liczby w istocie oznaczają? Czy potrafię określić ich sens? Nie ogarniam tych zmian, a potrzebuje stałości. Co zatem? Może bardziej trzeba dziś się modlić zamiast usilnie szukać rozwiązania dla matematycznego problemu kwadratury koła? Może dziś, w napływie danych, teorii i postępu trzeba tym bardziej otwierać się
na Trójcę zamiast poprzestwać tylko na Jeden, Dwa lub Trzy?

Dlaczego łatwiej człowiekowi skupić się na czynniku ilościowym niż na jakościowym? Czy ruch, istota Trójcy, który jest jednocześnie atrybutem rozwoju, czy ten ruch da się zatrzymać po to żeby znaleźć
wreszcie odpowiedź na ludzkie pytanie: "Gdzie jest mój przeciwnik?"
A może nie chodzi o zatrzymanie ruchu tylko o zmianę zwrotu jego wektora? Wtedy pytanie skierowane zostaje do wewnątrz zamiast na zewnątrz i palec wskazujący trafi w moją własną pierś.