niedziela, 19 maja 2013

Duch

Gdy zaczynał się plener nie wiedzieliśmy, że nasze ikony poświęcimy w niedzielę zesłania Ducha Świętego. Dziś jest ten dzień. W Łopience, w starej podniesionej z ruin cerkwi pośrodku bezludnej dziś doliny greckokatolicki kapłan przeczyta psalm 88. Ukraińcy i Polacy będą się modlić razem.
Jedno czytanie Pisma weżmie Orest, który wystąpi w swoim ludowym, ukraińskim stroju, a drugie przeczytam ja.

Siergiej pisze ikony od 20 lat. Kilka lat temu dla hospicjum w Mysłowicach wykonał ponadtrzymetrową ikonę Trójcy Świętej Rublowa. Na początku pleneru podarował mi swoją czystą deskę i kilka wydrukowanych wzorców.
Wybrałem powiększenie oblicza pierwszego z prawej anioła Trójcy. Podczas pracy Sergiej udzielił mi kilku wskazówek.
- Kopiuj dobry wzorzec. Patrz na znaki. Na własną interpretację przyjdzie jeszcze czas - uśmiechnął się.
Jego słowa to nauka dla mnie nie tylko na czas tego pleneru...

Ikonę kończyłem dziś rano. Za oknem bieszczadzka przyroda z tym niezwykłem połączeniem błękitu i zieleni cicho głosiła pochwałę Stwórcy - najdoskonalszego ikonografa.

Potem z deską poszedłem do Siergieja. Pochylony nad sztalugą pracował nad ikoną "Miłość i Pojednanie" - wspólną kilkuletnią pracą artystów z Ukrainy i Polski, na którą przelaliśmy naszą tęsknotę za prawdziwym pojednaniem i przyjaźnią między ludźmi, które tutaj tak silnie poczuliśmy. Na łuku ponad Matką Bożą rozciągającą nad ludźmi płaszcz opieki widniały słowa z Listu do Efezjan po polsku i po ukraińsku:
"Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce".
Ikona jest tak pomyślana, że będzie czymś w rodzaju ikonostasu. Do centralnego obrazu Matki Bożej będą w kolejnych latach dodawane nowe ikony. Nie wiemy jakie. Duch zadecyduje.
Pierwszą dołożymy Świętą Olgę, która tego lata i jesieni przejdzie z nami 4,5 tys. km przez Polskę, Litwę, Rosję i Ukrainę.

- Siergiej, chciałbym podpisać ikonę tą stylizowaną czcionką, której używasz w swoich ikonach.
Siergiej popatrzył na moją ikonę.
- Ale Duch Święty chyba nie nosi podpisu...
- No tak, w ikonie Trójcy Świętej jest tylko słowo "Trojca" - przypomniałem sobie, że Rublow jednym słowem podpisał wszystkie trzy anioły.

Każda ikona nosi podpis - znak postaci, którą przedstawia. Nie mogliśmy jednak z Siergiejem przypomnieć sobie żadnej ikony obrazującej samego Ducha Świętego.
Postanowiłem zostawić ikonę bez podpisu.
Ikona nie ma też kowczegu ani ramki wykonanej farbą. Tło i boki deski pomalowałem świeżą zielenią.
Kolor odrodzenia do nowego życia. Podobno jedyny kolor, którego teleskopy nie znalazły w widmie kosmosu.

Wygląda jakby była niedokończona, ale tak ją już zostawię.







wtorek, 7 maja 2013

Cela

Dziś budzę się w celi klasztoru Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Pielgrzymi Miłosierdzia są tu zawsze mile widziani.

Wczoraj we mszy wzięło tu udział pięć kobiet, które pielgrzymują pieszo do Ziemi Świętej. Idą etapami, bo tak pozwalają urlopy. Tegoroczny odcinek prowadzi przez Słowację i Węgry.

Jak zwykle mam swoją celę.
Skromnie: Pismo Święte, umywalka, stolik z ikoną deesis, szafka na ubrania, łóżko. Tak żyją bracia. Panuje tu cisza, przez którą delikatnie przebija szum Warszawy. Mnisi Jerozolimscy posługują na pustyni miasta - to ich misja.

Niezmienność tego rytmu i święte posłuszeństwo wbrew wszystkim odkryciom świata za oknem...

Po zmienności dróg i sytuacji tam, na pielgrzymim szlaku, niezmienność tego miejsca wprawia mnie w lekkie zakłopotanie...

Pojutrze wyruszam w Bieszczady. Jestem uczestnikiem wernisażu ikonopisania, na który zaproszone zostały także osoby piszące ikony zza wschodniej granicy. Prawosławni i katolicy spotykają się żeby wspólnie napisać ikonę pojednania. Co będzie przedstawiała okaże się na miejscu - ustalimy to razem, w modlitwie, we wspólnocie niepodzielonego chrześcijaństwa.

Myślę, że ikona ocalała z owego dynamicznego postępu w sztuce wielu stuleci bo ma w sobie to coś, co czuje się tutaj, w tych murach.


Pieśń z Księgi Izajasza

Nie lękaj się bo cię wykupiłem,
wezwałęm cię po imieniu, tyś moim!
Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą,
i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie.

Gdy pójdziesz przez ogień, się nie spalisz,
i nie strawi cię płomień.
Albowiem Ja jestem Panem, twoim Bogiem,
Świętym Izraela, twoim zbawcą.

Drzewo

Budzi mnie światło. Otwieram oczy i patrzę w okno, gdzie korony starych drzew wypuszczają dopiero liście. Swiatło nie oślepia, pada na drzewa z lewej strony. Słońce jest teraz niewidoczne, dopiero później zatoczy łuk nad drzewami, osiągnie najwyższy punkt, po czym powoli przejdzie nad autostradą, włączając pod wieczór czerwone i białe światła ciężarówek mknących w obie strony. Potem dobiegnie kresu nad Głogowcem, zapalając jedna po drugiej gwiazdy, które będę widział w oknie zasypiając.

Jestem trochę oszołomiony jasnością i świeżością umysłu jakich teraz doświadczam. Nie jest to rodzaj euforii, owego przyspieszenia, które oświeca jednocześnie spalając. Czuję raczej jakby delikatny ożywczy powiew, który zaprasza uchylając bezszelestnie drzwi... dokąd?

Patrzę jeszcze chwilę na drzewa i widzę jak ich rozłożyste korony otwierają nową przestrzeń dla nieśmiałych pąków pierwszej zieleni...
Grube konary dzieląc się na coraz mniejsze gałęzie według sobie tylko znanego porządku meandrują ścieżką doskonałego poznania, nie potrzebującą wyjaśnienia, opisu ani rozumowego dociekania skąd ani dokąd prowadzi.

Mam przed sobą drzewo budzące się do nowego życia, zalane światłem nowego dnia.
Drzewo, które wie jak rosnąć. Drzewo, które daje mi odpowiedź.

Stuletnia porcelanowa figurka Matki Bożej z utrąconymi stopami, która dwa dni temu trafiła do mich rąk, jest także częścią tej odpowiedzi.
W tym samym czasie 600 kilometrów stąd pewien człowiek otrzymał do rąk figurkę św. Jana, też wielkości wyprostowanej dłoni. Był tak samo zdumiony jak ja.

Maryja, Jan i drzewo.

Ta historia ma wcześniejszy początek. Zaczyna się w kamiennej wnęce małej izdebki w pewnym miasteczku w Galilei, gdzie przysiadła drobna dziewczyna, zdumiona dziwnym zaproszeniem do rozmowy.
Potem przenosi się pod drzewo ociekające krwią. Maryja i Jan stoją milcząc. Krew skapuje i miesza się z ziemią.

- Oto syn twój.

(Czy znasz widok kropli krwi padającej na ziemię?)

Drzewo pokazuje mi inny świat. Nadal jest drzewem, ale staje się niewidoczne gdy odsłania to, co za nim, a może w nim? Dziwne, ale podobnie dzieje się teraz z ptakiem na gałęzi, ze ścianą, nawet z moimi dłońmi... Czy to możliwe? Każdy przedmiot odsłania swoje głębsze odbicie i wysyła to samo zaproszenie...

Rozmowa z Archaniołem i śmierć na drzewie krzyża to początek i koniec ziemskiej drogi Słowa wcielonego w człowieka. Dziwne macieżyństwo i dziwne usynowienie.
Dla samych oczu i dla samego rozumu zbyt dziwne...

Ten ożywczy powiew pewnie nie będzie trwał długo, więc może postaram się jakoś to utrwalić. Nieporadnie, wiem. Tylko tak potrafię.

Nie poznasz tego, o czym mówię, aż pewnego dnia coś zdarzy się w twoim życiu. Następnego poranka obudzi cię światło.
Otworzysz oczy i zobaczysz drzewo...

niedziela, 5 maja 2013

Jezioro

 
Wiele się wydarzyło w ostatnich trzech tygodniach. We dwóch z Wojtkiem pokonaliśmy pieszo około 600 kilometrów przez centralną i północną Polskę, spędzając noce tam, gdzie otworzono nam drzwi lub gdzie hojna dusza ofiarowała pomoc. Człowiek w modlitwie zdany na Opatrzność doświadcza zaskakujących wydarzeń. Wojtek podpierał się długim kosturem w kształcie krzyża, mój kij natomiast był zwieńczony rzeźbieniem w kształcie węża – znaki Nowego i Starego Przymierza. Szliśmy 30-40 kilometrów dziennie otoczeni jakby niewidzialną kapsułą, przez którą nie przenikało do środka zło w żadnej formie. Nie spotkałem na nasz widok ani drwiących spojrzeń młodzieży, ani lekceważących machnięć ręką amatorów tanich trunków. Przeciwnie: młodzi rzucili kiedyś za nami: „Szacun!” a podchmieleni dyskutanci z piwem w ręku spontanicznie opowiadali o swoim życiu, czasem nawet czyniąc wyznania, które w innych okolicznościach możnaby uznać za zbliżone do spowiedzi.

Szybko przestałem myśleć o tym jak wyglądam i co o tym sądzą mijani ludzie. Kątem oka dostrzegałem, że budzimy życzliwe zaciekawienie, a krzyż przyciągał tych, którzy czuli, że mogą przy nim zrzucić swój ciężar.
Teraz, gdy wróciłem już na wieś i znowu otoczyła mnie cisza pól, na których teraz wschodzi już zboże, wydarzenia trzech minionych tygodni są stale ze mną, jakby próbując ułożyć się w jakiś wzór i pokazać, że były potrzebne i miały znaczenie. To takie dziwne uczucie, jakby niepokój wynikający z nadmiaru pozytywnych doznań. Pamiętam ciszę mojej wsi sprzed wyruszenia w drogę, wewnętrzny spokój i błogosławiony, ustalony rytm dnia. Teraz, mimo że droga dobiegła końca, nadal mam w głowie wydarzenia minionych trzech tygodni, przesuwają się obok tamte krajobrazy, widzę twarze mijanych ludzi, słyszę nasze modlitwy i rozmowy. Trzeba pewnie jakiegoś czasu, żeby życie wróciło do swojego zwykłego, spokojnego rytmu wyznaczonego pracą przy ikonach, odwiedzaniem białego kościoła i lekturą.
I nagle pojawia się myśl, która przynosi dziwne uspokojenie... jak ręka wiatru zdjęta z jeziora w jednej chwili potrafi uciszyć szkwał.
To wszystko jest od Ciebie, w Tobie i dla Ciebie! Po co zatem staram się to układać? Ty wiesz po co to wszystko i zrobisz z tym co zechcesz.


Jezioro

Jednego dnia od rana szliśmy przez las mijając kolejne leśniczówki. To był jeden z tych kwietniowych dni, gdy rankiem marzną dłonie, a w południe ma się spocone pod plecakiem plecy. Odmawialiśmy różaniec w milczeniu, każdy w swoim tempie, piach chrzęścił cicho pod butami i śpiewały ptaki. Potem wywiązała się rozmowa na temat modlitwy. Nie pamiętam już który z nas zapytał o to, kiedy modlitwa staje się skuteczna i co to znaczy. Chodziło o to, że często wydaje się nam, że nasze modlitwy nie są wysłuchiwane, a innym razem efekt modlitwy pojawia się natychmiast, na przykład w postaci uwolnienia lub uzdrowienia. Idąc przez las doszliśmy w rozmowie do tego, że doskonałe pełnienie woli Bożej w naszym życiu sprawia, że wędrujemy dokładnie tą ścieżką, która jest dla nas najlepsza. Wtedy, łącząc się z wolą Bożą i wypełniając ją wiernie i w pokorze, stajemy się doskonale oczyszczonymi kanałami łaski, która działa przez nas według Bożego zamysłu. Wtedy już wiemy jak się modlić i o co. W ten sposób urzeczywistniamy Boży plan i wpisujemy się w niego. To taka odwrotność sytuacji, gdy chcemy wpłynąć na Boga żeby coś uczynił i dziwimy się, że to się nie spełnia. On zawsze słucha i zrobi to, o co prosimy, gdy uzna, że jesteśmy na to gotowi. A będziemy gotowi wtedy, gdy całkowicie zgodzimy się na Jego wolę. Dopóki nie jesteśmy gotowi – nie wiemy do końca o co prosimy. Gdy przychodzi to poznanie, świat przestaje być „problemem do rozwiązania” a staje się wtedy Jego obecnością. Taka modlitwa potrafi wyrywać drzewa z korzeniami i rzucać je w morze. Świadomość Bożej obecności wypełniającej świat ujawnia pułapki, jakie zastawia upadła natura człowieka. Powszechna w dzisiejszym świecie racjonalna obrona autonomii naszej ograniczonej natury, zamkniętej na doświadczenie łaski, jest świadomym stwierdzaniem naszej nieświadomości, anty-wiedzy, anty-światła, sprzeciwu wobec Ducha Bożego, który jest znakiem pełnej wspólnoty z Bogiem. Prostotę poznania chrześcijańskiego odnajduje się tam, gdzie wiedza i miłość stanowią jedno, w tajemnym doświadczeniu ukrytym przed oczyma świata. Doświadczenie to pozostaje trudne do wysłowienia, a jeszcze trudniejsze do przekazania. Człowiek, który to pojmie staje na szczycie Taboru i zamiast ciemności nieskończonej tajemnicy widzi światło Trójcy, niewiedza przewyższa tam wszelką wiedzę, a miłość jako przepływ między Osobami króluje i wypełnia wszystko.

Pielgrzymujemy po to, żeby odnajdować tą miłość, albo żeby dawać się Jej odnaleźć. Wędrujemy po to, żeby uczyć się przyjmować tą doskonałość, naturę przemienioną przez łaskę, naturę, która sama staje się światłem.

Idąc zanurzeni w lesie i jego odgłosach nie zauważamy jak mijają kolejne kilometry. W pewnej chwili po lewej stronie ściana lasu otwiera się i ukazuje się niezwykły widok. Małe jezioro porośnięte przy brzegu trzciną, przez które płyną dwie kolorowe kaczki. Rozcinają gładką taflę jeziora wysyłając serię doskonałych podwójnych parabol.

Stopy



Modlitwa stopami! Najprostsza i najpokorniejsza z modlitw. 
To ją wybrała młodziutka Miriam po rozmowie z Archaniołem. Odkąd sięgam pamięcią, scenę wyruszenia o poranku w pięciodniową drogę do kuzynki w An Karem wyobrażałem sobie  zawsze zaczynając od Jej stóp. Proste sandały z wytartej skóry pokrywa już kurz, który w lekko róźowym świetle wstającego dnia podnosi się ze ścieżki niczym słup obłoku, który kiedyś prowadził Mojżesza przez pustynię niepewności.
Serce, które powiedziało „tak” nadal mocniej uderza na myśl o tym, co teraz ze mną będzie... Lecz widok drogi otwierającej się na południe przynosi spokój nie dlatego, że oddala pytania, ale dlatego, że przybliża odpowiedź – Miriam czuje, że wyruszając z pośpiechem w góry postępuje słusznie. Ma teraz tylko to - wiarę, że chwila obecna poprowadzi do kolejnej, a ta do kolejnej i kolejnej i że to, co przed nią, nie jest już w Jej rękach, że ma się tylko pozwolić prowadzić. I nie martwi jej nawet to, że ukochany Josef będzie się niepokoił Jej odejściem. Ufa, że modlitwa zaprowadzi go do tych samych odpowiedzi, które teraz układają się  przed nią w ścieżkę znikającą na szczycie najbliższego wzórza.

Modlitwa stopami jest pokorna bo nie potrzebuje słów, a te mogą pochodzić od zwykłych ludzkich pragnień. Modlitwa kroków jest zawsze słyszana. Ofiara prostego trudu samotnej drogi jest przyjmowana dlatego, bo jest nieustępliwa, trwa w kolejnych krokach. To ona prowadzi.

Od tamtego poranka Miriam jest patronką samotnych dróg... 
Jej stopy modlą się najpokorniejszą modlitwą.

Po zakończonej wspólnie z Wojtkiem pielgrzymce do Śniatowa wracałem już na swoją wieś, za którą zdążyłem się już stęsknić. W drodze powrotnej ze Szczecina trzeciego maja rano znalazłem się w Kole i tu okazało się, że nastąpiła zmiana rozkładu jazdy autobusów i nie mam połączenia do Świnic Warckich. Obliczyłem w pamięci odległość dzielącą mnie od mojego mieszkania-pracowni w Sakowie. 45 km. Sporo jak na jeden dzień pieszej wędrówki. Poza tym pada deszcz. Pozbieranie sił i nałożenie na plecak przeciwdeszczowej osłony zajmuje mi kilka minut. Dzisiaj święto Matki Bożej Królowej Polski. Nie wiem jak to możliwe, ale zawsze w takie świąteczne dni dzieje się coś niezwykłego, jakby święci patroni w tych momentach realnie działali i udzielali wsparcia. Trochę z ciekawości co się dziś wydarzy a trochę z braku innych możliwości ruszam przed siebie w kierunku Dąbia wystukując kosturem na asfalcie znany mi dobrze rytm.
Po piątym kilometrze mam już mokre spodnie, lekka kurtka też przeciekła, czuję wilgoć na przedramionach. Na szczęście solidne salomony dają radę – buty to ważna rzecz, warto było w nie zainwestować.
Mijam tablicę miejscowości Powiercie. Wiem, że tutaj znajduje się kościół pod wezwaniem 108 błogosławionych męczenników – księży i zakonnic, którzy oddali życie podczas II wojny światowej. Dziwny to kościół, bo mieści się w jednej z sal dawnego pałacyku. Zostawiam plecak w korytarzu i zajmuje miejsce w ławce. Swiątynia jest prawie pełna. Dostrzegam wizerunek św. Faustyny i Jezusa Miłosiernego. Czuję jak paruje ze mnie wilgoć. Kości i mięśnie korzystają z chwili wypoczynku, a ja staram się przejść z rytmu drogi w skupienie przed liturgią ofiary Chrystusa i ponownie odkrywam stałość i ciągłość doświadczania tej samej obecności.
Po mszy proszę księdza proboszcza o poświęcenie drewnianego krzyża, który niosę ze sobą z Koła. Chciałem poświęcić go właśnie w tym miejscu. Kościelny przynosi wodę święconą, ksiądz zakłada stułę i z powagą wypowiada słowa:
- Wspomożenie wiernych...
- Któryś stworzył niebo i ziemię – odpowiadamy z kościelnym.
Po poświęceniu ksiądz pyta skąd mam taki krzyż i czy sam go wykonałem. Krzyż faktycznie jest prosty, nawet surowy, z misternie odlanym w jasnym metalu Corpus Christi.
- Kupiłem w zwykłym sklepie przy kościele Matki Boskiej Częstochowskiej w Kole.
- Potrzebuję takich właśnie krzyży żeby powiesić w salach szoły – odpowiada z uśmiechem.
Żegnamy się serdecznym uściskiem dłoni. Dostaję małą książeczkę opisującą historię błogosławionych patronów tej świątyni. Przed założeniem plecaka otwieram na przypadkowej stronie:
-       Siostra Ewa Noiszewska, niepokalanka, rozstrzelana razem z siostrą M. Wołowską za niesienie pomocy Żydom.
-       Siostra Marta Wołowska, słowa do współwięźniów przed egzekucją: „Módlmy się abyśmy umieli godnie przyjąć śmierć męczeńską. Jezu, to wszystko dla Ciebie i za Polskę!”
-       Siostra Antonina Kratochwil, „Wieczorem tego dnia, gdy została przed celą bardzo dotkliwie pobita kijem, pokazała mi czarno-sine plecy i powiedziała, że gdy była bita, miała na myśli słowa Pana na krzyżu: „Boże przebacz im bo nie wiedzą co czybią” (relacja s. Jacynta Grzymek)
-       Siostra Celestyna Faron, „Często zachęcała współtowarzyszki więzienia by nie traciły wiary i cierpliwości. Modliła się za prześladowców, także za Hitlera” (ralacja siostra Michalina Babiak)
-       Siostra Klemensa Staszewska, z jej dziennika: „Oświadczałam po wiele razy gotowość na Wolę Jego Świętą – choćby i życie w męczarniach skończyć”. Zmarła w obozie w Oświęcimiu ze słowami modlitwy „Magnificat” na ustach.

Magnificat... Znowu widzę małą Miriam jak w kamiennej wnęce skromnej izdebki w Nazarecie wypowiada swoje ciche „Fiat”. Zgoda na Boży plan... doskonałe przeciwieństwo trwożliwego bezruchu...
Zakładam plecak. Deszcz cały czas pada, ale jakoś mniej mi to teraz przeszkadza. Kolejny przystanek to kościół w Dąbiu. Za jakieś 15 kilometrów. Będę teraz szedł drogą, na której hitlerowcy spalinami uśmiercali w ciężarówkach Żydów – kobiety, mężczyzn, starców i dzieci, żeby w pobliskim lesie wrzucić zwłoki do wykopanych dołów. Nie potrafię wyobrazić sobie scen rozgrywających się wewnątrz tych uszczelnionych dokładnie gumą blaszanych przestrzeni kaźni, a może nie chcę. Moja wyobraźnia miłosierdzia nie sięga tak daleko.
Stale wraca do mnie słowo „Fiat” małej Miriam, prostej Żydówki z Nazaretu.

Z zamyślenia wyrywa mnie granatowy bus jadący z przeciwka, który nagle hamuje i zatrzymuje się przy mnie.
- Może pana podwieźć?
- Chętnie, ale idę w przeciwnym kierunku.
- To nic, ja zawrócę.
Kierowca sprawnie wykonuje manewr i zaprasza mnie do środka.
Z tyłu busa zdemontowano siedzenia, mogę więc bez trudu zmieścić plecak i mój długi kostur. Witam się z trójką mężczyzn. Kierowca ma ok. 60 lat, dwaj pozostali to chyba jego synowie.
- Dzisiaj święto Matki Bożej Królowej Polski – kontunuuje kierowca. - Zrobiliśmy jej prezent i zawiesiliśmy nową kapliczkę w miejsce starej, 100-letniej – która już się rozlatywała – mówi patrząc w szybę po której zgrzytają wycieraczki.
Obok mojego plecaka dostrzegam starą skrzynkę kapliczki. Farba, kiedyś biała, poodchodziła już prawie całkiem, deski wypaczyły się, brakuje szybki.
- Była w złym stanie, w środku szerszenie zrobiły sobie gniazdo. Zbiliśmy nową z desek, o tutaj widać – starszy syn siedzący przy kierowcy z dumą podaje mi zdjęcie wyświetlone na telefonie komórkowym.
Piękna kapliczka z wyciętymi misternie ornamentami pomalowana na jasnobrązowy kolor.
- Dobra robota – mówię ze szczerym uznaniem – spotkać takich ludzi w taki dzień to szczęście!
- Po prostu zobaczyliśmy człowieka z kijem w deszczu i myślimy – Boży człowiek, trzeba pomóc – trzy twarze uśmiechają się w moją stronę.
Krótko opowiadam o moim pielgrzymowaniu. Słuchają w skupieniu. Wszyscy jesteśmy poruszeni tym spotkaniem.
- Pamiętajcie w modlitwie o Kościele i o kapłanach – podsumowuję krótkie świadectwo.
Dojeżdżamy do Dąbia. Tutaj proszę żeby mnie wysadzili, dalej pójdę pieszo. Podnosząc plecak widzę leżącą obok starej kapliczki małą porcelanową figurkę Matki Bożej. Jest wielkości wyprostowanej dłoni. Misterna praca rzemieślnika sprzed stu lat. Jest tylko lekko uszkodzona. Ma utrącone stopy.
- Czy mogę ją zachować na pamiątkę?
- Oczywiście, proszę ją wziąć.
W zamian zostawiam mały drewniany krzyż Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia objaśniając jego znaki.
- Miłosierdzie przed sprawiedliwością. Działa ponad wszelkimi granicami i przychodzi nawet do największych grzeszników.
Żegnamy się serdecznie i po chwili zostaję sam na poboczu drogi.
Deszcz przestał padać i przejaśniło się. Mam przed sobą jeszcze jakieś 20 kilometrów.
W dłoni trzymam małą porcelanową figurkę Matki Bożej z utrąconymi stopami.