niedziela, 5 maja 2013

Jezioro

 
Wiele się wydarzyło w ostatnich trzech tygodniach. We dwóch z Wojtkiem pokonaliśmy pieszo około 600 kilometrów przez centralną i północną Polskę, spędzając noce tam, gdzie otworzono nam drzwi lub gdzie hojna dusza ofiarowała pomoc. Człowiek w modlitwie zdany na Opatrzność doświadcza zaskakujących wydarzeń. Wojtek podpierał się długim kosturem w kształcie krzyża, mój kij natomiast był zwieńczony rzeźbieniem w kształcie węża – znaki Nowego i Starego Przymierza. Szliśmy 30-40 kilometrów dziennie otoczeni jakby niewidzialną kapsułą, przez którą nie przenikało do środka zło w żadnej formie. Nie spotkałem na nasz widok ani drwiących spojrzeń młodzieży, ani lekceważących machnięć ręką amatorów tanich trunków. Przeciwnie: młodzi rzucili kiedyś za nami: „Szacun!” a podchmieleni dyskutanci z piwem w ręku spontanicznie opowiadali o swoim życiu, czasem nawet czyniąc wyznania, które w innych okolicznościach możnaby uznać za zbliżone do spowiedzi.

Szybko przestałem myśleć o tym jak wyglądam i co o tym sądzą mijani ludzie. Kątem oka dostrzegałem, że budzimy życzliwe zaciekawienie, a krzyż przyciągał tych, którzy czuli, że mogą przy nim zrzucić swój ciężar.
Teraz, gdy wróciłem już na wieś i znowu otoczyła mnie cisza pól, na których teraz wschodzi już zboże, wydarzenia trzech minionych tygodni są stale ze mną, jakby próbując ułożyć się w jakiś wzór i pokazać, że były potrzebne i miały znaczenie. To takie dziwne uczucie, jakby niepokój wynikający z nadmiaru pozytywnych doznań. Pamiętam ciszę mojej wsi sprzed wyruszenia w drogę, wewnętrzny spokój i błogosławiony, ustalony rytm dnia. Teraz, mimo że droga dobiegła końca, nadal mam w głowie wydarzenia minionych trzech tygodni, przesuwają się obok tamte krajobrazy, widzę twarze mijanych ludzi, słyszę nasze modlitwy i rozmowy. Trzeba pewnie jakiegoś czasu, żeby życie wróciło do swojego zwykłego, spokojnego rytmu wyznaczonego pracą przy ikonach, odwiedzaniem białego kościoła i lekturą.
I nagle pojawia się myśl, która przynosi dziwne uspokojenie... jak ręka wiatru zdjęta z jeziora w jednej chwili potrafi uciszyć szkwał.
To wszystko jest od Ciebie, w Tobie i dla Ciebie! Po co zatem staram się to układać? Ty wiesz po co to wszystko i zrobisz z tym co zechcesz.


Jezioro

Jednego dnia od rana szliśmy przez las mijając kolejne leśniczówki. To był jeden z tych kwietniowych dni, gdy rankiem marzną dłonie, a w południe ma się spocone pod plecakiem plecy. Odmawialiśmy różaniec w milczeniu, każdy w swoim tempie, piach chrzęścił cicho pod butami i śpiewały ptaki. Potem wywiązała się rozmowa na temat modlitwy. Nie pamiętam już który z nas zapytał o to, kiedy modlitwa staje się skuteczna i co to znaczy. Chodziło o to, że często wydaje się nam, że nasze modlitwy nie są wysłuchiwane, a innym razem efekt modlitwy pojawia się natychmiast, na przykład w postaci uwolnienia lub uzdrowienia. Idąc przez las doszliśmy w rozmowie do tego, że doskonałe pełnienie woli Bożej w naszym życiu sprawia, że wędrujemy dokładnie tą ścieżką, która jest dla nas najlepsza. Wtedy, łącząc się z wolą Bożą i wypełniając ją wiernie i w pokorze, stajemy się doskonale oczyszczonymi kanałami łaski, która działa przez nas według Bożego zamysłu. Wtedy już wiemy jak się modlić i o co. W ten sposób urzeczywistniamy Boży plan i wpisujemy się w niego. To taka odwrotność sytuacji, gdy chcemy wpłynąć na Boga żeby coś uczynił i dziwimy się, że to się nie spełnia. On zawsze słucha i zrobi to, o co prosimy, gdy uzna, że jesteśmy na to gotowi. A będziemy gotowi wtedy, gdy całkowicie zgodzimy się na Jego wolę. Dopóki nie jesteśmy gotowi – nie wiemy do końca o co prosimy. Gdy przychodzi to poznanie, świat przestaje być „problemem do rozwiązania” a staje się wtedy Jego obecnością. Taka modlitwa potrafi wyrywać drzewa z korzeniami i rzucać je w morze. Świadomość Bożej obecności wypełniającej świat ujawnia pułapki, jakie zastawia upadła natura człowieka. Powszechna w dzisiejszym świecie racjonalna obrona autonomii naszej ograniczonej natury, zamkniętej na doświadczenie łaski, jest świadomym stwierdzaniem naszej nieświadomości, anty-wiedzy, anty-światła, sprzeciwu wobec Ducha Bożego, który jest znakiem pełnej wspólnoty z Bogiem. Prostotę poznania chrześcijańskiego odnajduje się tam, gdzie wiedza i miłość stanowią jedno, w tajemnym doświadczeniu ukrytym przed oczyma świata. Doświadczenie to pozostaje trudne do wysłowienia, a jeszcze trudniejsze do przekazania. Człowiek, który to pojmie staje na szczycie Taboru i zamiast ciemności nieskończonej tajemnicy widzi światło Trójcy, niewiedza przewyższa tam wszelką wiedzę, a miłość jako przepływ między Osobami króluje i wypełnia wszystko.

Pielgrzymujemy po to, żeby odnajdować tą miłość, albo żeby dawać się Jej odnaleźć. Wędrujemy po to, żeby uczyć się przyjmować tą doskonałość, naturę przemienioną przez łaskę, naturę, która sama staje się światłem.

Idąc zanurzeni w lesie i jego odgłosach nie zauważamy jak mijają kolejne kilometry. W pewnej chwili po lewej stronie ściana lasu otwiera się i ukazuje się niezwykły widok. Małe jezioro porośnięte przy brzegu trzciną, przez które płyną dwie kolorowe kaczki. Rozcinają gładką taflę jeziora wysyłając serię doskonałych podwójnych parabol.

Stopy



Modlitwa stopami! Najprostsza i najpokorniejsza z modlitw. 
To ją wybrała młodziutka Miriam po rozmowie z Archaniołem. Odkąd sięgam pamięcią, scenę wyruszenia o poranku w pięciodniową drogę do kuzynki w An Karem wyobrażałem sobie  zawsze zaczynając od Jej stóp. Proste sandały z wytartej skóry pokrywa już kurz, który w lekko róźowym świetle wstającego dnia podnosi się ze ścieżki niczym słup obłoku, który kiedyś prowadził Mojżesza przez pustynię niepewności.
Serce, które powiedziało „tak” nadal mocniej uderza na myśl o tym, co teraz ze mną będzie... Lecz widok drogi otwierającej się na południe przynosi spokój nie dlatego, że oddala pytania, ale dlatego, że przybliża odpowiedź – Miriam czuje, że wyruszając z pośpiechem w góry postępuje słusznie. Ma teraz tylko to - wiarę, że chwila obecna poprowadzi do kolejnej, a ta do kolejnej i kolejnej i że to, co przed nią, nie jest już w Jej rękach, że ma się tylko pozwolić prowadzić. I nie martwi jej nawet to, że ukochany Josef będzie się niepokoił Jej odejściem. Ufa, że modlitwa zaprowadzi go do tych samych odpowiedzi, które teraz układają się  przed nią w ścieżkę znikającą na szczycie najbliższego wzórza.

Modlitwa stopami jest pokorna bo nie potrzebuje słów, a te mogą pochodzić od zwykłych ludzkich pragnień. Modlitwa kroków jest zawsze słyszana. Ofiara prostego trudu samotnej drogi jest przyjmowana dlatego, bo jest nieustępliwa, trwa w kolejnych krokach. To ona prowadzi.

Od tamtego poranka Miriam jest patronką samotnych dróg... 
Jej stopy modlą się najpokorniejszą modlitwą.

Po zakończonej wspólnie z Wojtkiem pielgrzymce do Śniatowa wracałem już na swoją wieś, za którą zdążyłem się już stęsknić. W drodze powrotnej ze Szczecina trzeciego maja rano znalazłem się w Kole i tu okazało się, że nastąpiła zmiana rozkładu jazdy autobusów i nie mam połączenia do Świnic Warckich. Obliczyłem w pamięci odległość dzielącą mnie od mojego mieszkania-pracowni w Sakowie. 45 km. Sporo jak na jeden dzień pieszej wędrówki. Poza tym pada deszcz. Pozbieranie sił i nałożenie na plecak przeciwdeszczowej osłony zajmuje mi kilka minut. Dzisiaj święto Matki Bożej Królowej Polski. Nie wiem jak to możliwe, ale zawsze w takie świąteczne dni dzieje się coś niezwykłego, jakby święci patroni w tych momentach realnie działali i udzielali wsparcia. Trochę z ciekawości co się dziś wydarzy a trochę z braku innych możliwości ruszam przed siebie w kierunku Dąbia wystukując kosturem na asfalcie znany mi dobrze rytm.
Po piątym kilometrze mam już mokre spodnie, lekka kurtka też przeciekła, czuję wilgoć na przedramionach. Na szczęście solidne salomony dają radę – buty to ważna rzecz, warto było w nie zainwestować.
Mijam tablicę miejscowości Powiercie. Wiem, że tutaj znajduje się kościół pod wezwaniem 108 błogosławionych męczenników – księży i zakonnic, którzy oddali życie podczas II wojny światowej. Dziwny to kościół, bo mieści się w jednej z sal dawnego pałacyku. Zostawiam plecak w korytarzu i zajmuje miejsce w ławce. Swiątynia jest prawie pełna. Dostrzegam wizerunek św. Faustyny i Jezusa Miłosiernego. Czuję jak paruje ze mnie wilgoć. Kości i mięśnie korzystają z chwili wypoczynku, a ja staram się przejść z rytmu drogi w skupienie przed liturgią ofiary Chrystusa i ponownie odkrywam stałość i ciągłość doświadczania tej samej obecności.
Po mszy proszę księdza proboszcza o poświęcenie drewnianego krzyża, który niosę ze sobą z Koła. Chciałem poświęcić go właśnie w tym miejscu. Kościelny przynosi wodę święconą, ksiądz zakłada stułę i z powagą wypowiada słowa:
- Wspomożenie wiernych...
- Któryś stworzył niebo i ziemię – odpowiadamy z kościelnym.
Po poświęceniu ksiądz pyta skąd mam taki krzyż i czy sam go wykonałem. Krzyż faktycznie jest prosty, nawet surowy, z misternie odlanym w jasnym metalu Corpus Christi.
- Kupiłem w zwykłym sklepie przy kościele Matki Boskiej Częstochowskiej w Kole.
- Potrzebuję takich właśnie krzyży żeby powiesić w salach szoły – odpowiada z uśmiechem.
Żegnamy się serdecznym uściskiem dłoni. Dostaję małą książeczkę opisującą historię błogosławionych patronów tej świątyni. Przed założeniem plecaka otwieram na przypadkowej stronie:
-       Siostra Ewa Noiszewska, niepokalanka, rozstrzelana razem z siostrą M. Wołowską za niesienie pomocy Żydom.
-       Siostra Marta Wołowska, słowa do współwięźniów przed egzekucją: „Módlmy się abyśmy umieli godnie przyjąć śmierć męczeńską. Jezu, to wszystko dla Ciebie i za Polskę!”
-       Siostra Antonina Kratochwil, „Wieczorem tego dnia, gdy została przed celą bardzo dotkliwie pobita kijem, pokazała mi czarno-sine plecy i powiedziała, że gdy była bita, miała na myśli słowa Pana na krzyżu: „Boże przebacz im bo nie wiedzą co czybią” (relacja s. Jacynta Grzymek)
-       Siostra Celestyna Faron, „Często zachęcała współtowarzyszki więzienia by nie traciły wiary i cierpliwości. Modliła się za prześladowców, także za Hitlera” (ralacja siostra Michalina Babiak)
-       Siostra Klemensa Staszewska, z jej dziennika: „Oświadczałam po wiele razy gotowość na Wolę Jego Świętą – choćby i życie w męczarniach skończyć”. Zmarła w obozie w Oświęcimiu ze słowami modlitwy „Magnificat” na ustach.

Magnificat... Znowu widzę małą Miriam jak w kamiennej wnęce skromnej izdebki w Nazarecie wypowiada swoje ciche „Fiat”. Zgoda na Boży plan... doskonałe przeciwieństwo trwożliwego bezruchu...
Zakładam plecak. Deszcz cały czas pada, ale jakoś mniej mi to teraz przeszkadza. Kolejny przystanek to kościół w Dąbiu. Za jakieś 15 kilometrów. Będę teraz szedł drogą, na której hitlerowcy spalinami uśmiercali w ciężarówkach Żydów – kobiety, mężczyzn, starców i dzieci, żeby w pobliskim lesie wrzucić zwłoki do wykopanych dołów. Nie potrafię wyobrazić sobie scen rozgrywających się wewnątrz tych uszczelnionych dokładnie gumą blaszanych przestrzeni kaźni, a może nie chcę. Moja wyobraźnia miłosierdzia nie sięga tak daleko.
Stale wraca do mnie słowo „Fiat” małej Miriam, prostej Żydówki z Nazaretu.

Z zamyślenia wyrywa mnie granatowy bus jadący z przeciwka, który nagle hamuje i zatrzymuje się przy mnie.
- Może pana podwieźć?
- Chętnie, ale idę w przeciwnym kierunku.
- To nic, ja zawrócę.
Kierowca sprawnie wykonuje manewr i zaprasza mnie do środka.
Z tyłu busa zdemontowano siedzenia, mogę więc bez trudu zmieścić plecak i mój długi kostur. Witam się z trójką mężczyzn. Kierowca ma ok. 60 lat, dwaj pozostali to chyba jego synowie.
- Dzisiaj święto Matki Bożej Królowej Polski – kontunuuje kierowca. - Zrobiliśmy jej prezent i zawiesiliśmy nową kapliczkę w miejsce starej, 100-letniej – która już się rozlatywała – mówi patrząc w szybę po której zgrzytają wycieraczki.
Obok mojego plecaka dostrzegam starą skrzynkę kapliczki. Farba, kiedyś biała, poodchodziła już prawie całkiem, deski wypaczyły się, brakuje szybki.
- Była w złym stanie, w środku szerszenie zrobiły sobie gniazdo. Zbiliśmy nową z desek, o tutaj widać – starszy syn siedzący przy kierowcy z dumą podaje mi zdjęcie wyświetlone na telefonie komórkowym.
Piękna kapliczka z wyciętymi misternie ornamentami pomalowana na jasnobrązowy kolor.
- Dobra robota – mówię ze szczerym uznaniem – spotkać takich ludzi w taki dzień to szczęście!
- Po prostu zobaczyliśmy człowieka z kijem w deszczu i myślimy – Boży człowiek, trzeba pomóc – trzy twarze uśmiechają się w moją stronę.
Krótko opowiadam o moim pielgrzymowaniu. Słuchają w skupieniu. Wszyscy jesteśmy poruszeni tym spotkaniem.
- Pamiętajcie w modlitwie o Kościele i o kapłanach – podsumowuję krótkie świadectwo.
Dojeżdżamy do Dąbia. Tutaj proszę żeby mnie wysadzili, dalej pójdę pieszo. Podnosząc plecak widzę leżącą obok starej kapliczki małą porcelanową figurkę Matki Bożej. Jest wielkości wyprostowanej dłoni. Misterna praca rzemieślnika sprzed stu lat. Jest tylko lekko uszkodzona. Ma utrącone stopy.
- Czy mogę ją zachować na pamiątkę?
- Oczywiście, proszę ją wziąć.
W zamian zostawiam mały drewniany krzyż Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia objaśniając jego znaki.
- Miłosierdzie przed sprawiedliwością. Działa ponad wszelkimi granicami i przychodzi nawet do największych grzeszników.
Żegnamy się serdecznie i po chwili zostaję sam na poboczu drogi.
Deszcz przestał padać i przejaśniło się. Mam przed sobą jeszcze jakieś 20 kilometrów.
W dłoni trzymam małą porcelanową figurkę Matki Bożej z utrąconymi stopami.

sobota, 20 kwietnia 2013

Idziemy

Idziemy już tydzień przez Wielkopolskę. Solidni i gościnni gospodarze, ale jak to w drodze - z noclegami bywa różnie. Zwłaszcza gdy do wsi dochodzimy już w nocy. Tak było przed miejscowością Ludomy. Tego dnia mieliśmy już w nogach ok. 40 km. Zaczął zapadać zmrok i ciemniejące chmury zapowiadały deszcz - przyspieszyliśmy kroku, ale szybko ulewa zmusiła nas do założenia przeciwdeszczowych okryć. We wsi skierowaliśmy się od razu do kościoła. Najpierw na kamiennych schodach przed drzwiami świątyni uklęknęliśmy nie patrząc na wodę.
- Cokolwiek nam dasz - przyjmujemy.

Ksiądz otwiera po dłuższej chwili, ale widać że nocni przybysze nie budzą w nim zaufania. Cóż, nic dziwnego. Mówimy coś o pielgrzymowaniu dla cywilizacji miłości i że wystarczy nam sucha podłoga, ale ksiądz tłumaczy, że salka jest w złym stanie i że nie może pomóc. Prosimy o błogosłąwieństwo na drogę, którego udziala nam z lekkim zdziwieniem. Ruszamy w ciemności na obchód wsi. Najpierw remiza OSP - widzimy światło. Strażacy też nie mogą nam pomóc. Sprzęt i świetlcę mają razem - też pewnie kwestia zaufania... nie da rady... trudno. Idziemy do sołtysa wsi, którym okazuje suię młoda i sympatyczna kobieta, ale i ona tłumaczy, że trudno coś wymyślić tak na poczekaniu. Widać, że chce nam pomóc i szczerze rozmawia z nami, co daje nam otuchę, bo wreszcie nawiązujemy z kimś prawdziwy dialog. Pani sołtys jest w radzie parafialnej, widać jak bardzo chciałaby nas wesprzeć, ale jednak kobieca ostrożność bierze górę:
- Panowie, ja taka już jestem, że się boję.
Prosi o modlitwę w intencji wioski i jej mieszkańców - obiecujemy pamiętać o tym w drodze.
Poprawiamy plecaki, zakładamy odblaski, a na czoła latarki i ruszamy w drogę. Jest już całkowicie ciemno i pada, ale nie mocno. Z wieży kościoła rozbrzmiewa Apel Jasnogórski, próbujemy śpiewać, ale melodia jest inna niż znane nam wykonanie i niewiele wychodzi ze wspólnego śpiewania.
Czasem trudno zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń i podporządkować się w odgórnemu scenariuszowi...
Udajemy, że nie tracimy humoru, ale perspektywa nocnego marszu w deszczu bez widoków na nocleg nie jest wesoła. Modlimy się.
Po kilku kilometrach po lewej stronie widzimy dwupiętrowy dom w budowie, bez okien i drzwi. Chwilę zastanawiamy się czy nie pytać sąsiadów o zgodę, ale to właściwie same ściany i dach... Wchodzimy. Z europalet i płyty paździerzowej robimy prowizoryczne łóżka, na nich kładziemy plandekę i karimaty. Hula tu wiatr, ale mamy do rana schronienie przed deszczem.
Gdy ukłądamy się już do snu widzimy światłą podjeżdżającego radiowozu. Pewnie sąsiedzi zobaczyli światło w budynku i zawiadomili policję. Wojtek wcześniej postawił w wejściu swój krzyż, więc pierwsze co widzą policjanci wchodząc z latarkami jest nasz pielgrzymi znak na kosturze.
Są bardzo uprzejmi. Tłumaczymy, że nie znaleźlismy noclegu mimo że pytaliśmy już i księdza i sołtysa i strażaków i że przed deszczem na noc tutaj weszliśmy się schować. Wyglądamy pewnie dziwnie. Trochę jak włóczędzy. Okazuje się, że wezwanie do interwencji przyszło w momencie, gdy mieli już kończyć służbę i nie są z tego zadowoleni.
Sprawdzają nas w komputerze przez radiotelefon. Wymiana zdań z centralą trwa dłuższą chwilę.
- Ale ja tu widzę że panowie to mają za sobą przeszłość... - system komputerowy widać ma zarejestrowane trudne fakty z naszego życia. To raczej nie poprawi naszej sytuacji...
- Ano działo się różnie... teraz chodzimy i modlimy się.
Patrzą na nas w milczeniu.
Starszy funkcjonariusz wychodzi żeby porozmawiać z gospodarzem który wzywał patrol. Młodszy który zostaje z nami opowiada nam trochę o trudach swojej pracy i o niełatwym życiu swojej młodej rodziny.
- Możecie tutaj zostać - oznajmia starszy po powrocie. Macie szczęście. Gospodarze zapraszają was rano na śniadanie. Tylko na pewno sie u nich pojawcie. W tych okolicach odrzucenie takiego zaproszenia to duży afront.
Najwidoczniej policjant nic nie wspomniał gopsodarzom o naszej przeszłości...
Wymieniamy uśmiechy. Pojawia się między nami jakby nić porozumienia, niewidzialna więź miedzy ludźmi, których na drodze zetknął los.

Noc mija spokojnie. Ciepłe śpiwory i plandeki chronią przed chłodem poranka.

O 6.30 budzimy się i zwijamy obóz.
Gospodarz już wygląda za nami. Wchodzimy do kuchni, miożemy sie umyć, ładujemy komórki.
- Piątkujecie? - pyta z uśmiechem.
- Tak, w piątki pościmy - odpowiedamy gdy domyślamy się o co chodzi w pytaniu.

Gospodyni szykuje jajecznicę, chleb, ser. Pysznie pachnie kawa. Wojtek odmawia błogosławieństwo i siadamy do wspólnego śniadania.
Wydarzenia poprzedniej nocy i tego poranka ukłądają się w jakąś zdumiewającą historię, która kończy się teraz przy stole. Opowiadamy nasze historie z drogi. Gospodarze mówią o swoim życiu, pracy, radościach i smutkach.
- Syn i synowa wynieśli się do miasta. Namówiła go, choć stawialiśmy im ten dom, ten w którym spaliście - uśmiecha się. Nie wiemy co będzie z budową, nie ma teraz kto skończyć. Synowa mówi, że tutaj na wsi nawet nie ma gdzie pójść na spacer. A tu wszędzie łąki, pola i las przecież...

Okazuje się, że nasz gospodarz dobrze zna tu wszystkich, bo 15 lat był sołtysem.
- Teraz obowiązki przejęła taka młoda...
- Znamy ją, dobra kobieta... obiecaliśmy modlitwę.

Żegnamy się jak dobrzy znajomi. Dostajemy na drogę dużą reklamówkę świeżej kaszanki i polskiej kiełbasy z własnej produkcji. To na sobotę bo dzisiaj piątek, choć pielgrzymi maja dyspensę...

Wyruszamy w drogę błogosłąwiąc gospodarzom i wszystkim mieszkańcom wsi.
Podejmujemy od razu modlitwę na różańcu w ich intencji.

- Panie Jezu dziękujemy za wszystko!



czwartek, 11 kwietnia 2013

Grzegorz

Dochodzimy do wsi Racięcice. Do Lichenia mamy stąd jeszcze 15 km. Tam odpoczynek i potem jakieś dwa tygodnie do celu. Idzie się nieźle, głównie asfaltem wśród malowniczych, łagodnych wzgórz, chwilami przez las. Odmawiamy różaniec. Czasem wspólnie na dwa głosy, czasem w ciszy, każdy w swoim tempie. Na polach leżą jeszcze miejscami białe łaty kwietniowego śniegu - zima nie puszcza mimo że krążący nad nami bocian i dzwoniące skowronki obwieszczają już wiosnę.
Z odległości pół kilometra dostrzegamy 
przed nami na nitce asfaltu samotną postać w czerwonej kurtce, dziwnie pochyloną do przodu, jakby opartą na niewidzialnej łopacie. Po chwili wyjaśnia się tajemnica tej figury.
Wojtek ze swoim uśmiechem zagaduje przyjaźnie:
- Zastanawialiśmy jak ty tak potrafisz stać że się nie przewracasz.
Odpowiedzią jest błędne spojrzenie, z trudem przebijające się przez mgłę alkoholu. Człowiek w czerwonej kurtce wygląda na 50 lat choć równie dobrze może mieć 40.
- Do Lichenia stąd to ile zostało? - pytam wyraźnie, łagodnym tonem, żeby zrozumiał pytanie.
- O, to jeszcze - ożywia się - jakieś 15, ale skrótem można 5 zaoszczędzić.
Wywiązuje się rozmowa. Opowiadamy kim jesteśmy i skąd wędrujemy. Ma na imię Grzegorz, mieszka niedaleko.
- Za dużo piję - wyznaje nieoczekiwanie.
- Ze mną też różnie bywało - Wojtek wyjmuje z kieszeni swój rożaniec od sióstr z Jazłowca i wręcza Grzegorzowi - było więzienie ale Mateczka pomogła to poskładać. Mój kapelan z więzienia miał na imię Grzegorz.
Grzegorz całuje krzyżyk i zakłada różaniec na szyję.
- Też siedziałem w więzieniu, za jazdę rowerem po pijanemu. Ale teraz już mam różaniec i nic mi się nie stanie.
- Rożaniec nic nie pomoże jeśli dalej będziesz próbował tylko po swojemu.
Żegnamy sie serdecznym usciskiem i ruszamy w dalszą drogę. Gdy po chwili zerkamy za siebie - widzimy w oddali jak postać w czerwonej kurtce chwiejąc się próbuje iść naszym śladem.


Zza łagodnych wzgórz wylania się przed nami wieża starego kościoła. Pamiętam to miejsce sprzed roku. Świątynia była wtedy w żałosnym stanie, zwłaszcza na tle złotych kopuł pobliskiej bazyliki. Ceglane ściany dosłownie się sypały. Teraz pięknie prezentuje się nowa elewacja, a dach błyszczy nową blachą i rynnami. Wewnątrz trwa modlitwa różańcowa. W głównej nawie wystawiono odkrytą trumnę. Trafiliśmy na nabożeństwo pogrzebowe. Nad nami pięknie odnowione polichromie na neogotyckich ostrołukach. Po modlitwie wychodzimy i kierujemy się do pobliskiego sklepu. Czas na posiłek. Ku naszemu zdziwieniu na ławeczce przed sklepem siedzi nasz znajomy w czerwonej kurtce. Wyglada jakby trochę otrzeźwiał.
Od sprzedawczyni dowiadujemy się, że Grzegorza wszyscy tu znają. - Dobry chlop ale pije już denaturat - oznajmia z kwaśnym uśmiechem.
Przysiadamy się do stolika Grzegorza. Widzimy stąd jak ludzie w czerni wychodzą z kościoła. Opowiada nam swoją historię. Pochodzi ze Szczecina. Grał w piłkę nożną w Chemiku Police. Z Radkiem Majdanem są równolatkami. Skończył technikum, dobrze zarabiał. Było imprezowe życie. Miał dziewczyne w ktorej byl bardzo zakochany. Tuz przed planowanym slubem zamieszkali razem. Jednego dnia wychodzac do pracy zapomnial z kuchni kanapek. Wrócił do domu, otworzyl drzwi kluczem i zastał swoją narzeczoną "na warsztacie" z jakimś mężczyzną.
W jego oku pojawia się łza.
- Od razu poszedłem się napić. Wyjechałem szybko zostawiając wszystko i wróciłem tutaj, do mamy.
Zapada milczenie.
Każdy z nas ma swoją trudną historię. Wojtek mówi o tym jak został sam. Ja wspominam jak straciłem rodzinę i jak wyruszyliśmy w drogę żeby coś zrozumieć.
- Przebaczyłeś jej? - pyta Wojtek.
- Nie. - pada kategoryczna odpowiedź.
Duch podpowiada żeby pomodlić się teraz razem we trzech. Odmawiamy wspólnie Zdrowaś Mario i prosimy Ducha Bożego o Słowo. Biblia otwiera sie na Księdze Judyty. Padają słowa o splugawionym łonie kobiety i o ofierze w świątyni.
- Pojdziesz do Częstochowy i zmówisz tam cały różaniec za nią. Wtedy to cię puści. - dajemy Grzegorzowi mały drewniany krzyż pielgrzyma.
- Pójde. Pójdę tam. A przyjdziecie tu kiedyś jeszcze?
- Kto wie! Może kiedyś będzie tędy prowadził szlak Bożego Miłosierdzia.
Gdy wracamy na drogę postanawiamy zmówić różaniec w intencji Grzegorza.
Wojtek rzuca z uśmiechem:
- Może zostanie pielgrzymem Bożego Miłosierdzia....

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Chełmno

Wojtek i Roman wyszli w Niedzielę Miłosierdzia z Kościoła Bożego Miłosierdzia w Dzierżawach. Szli przez Głogowiec (dom rodzinny św. Faustyny Kowalskiej), Świnice Warckie (Sanktuarium Urodzin i Chrztu św. Faustyny), Dąbie (nocleg przy parafii Wszystkich Świętych i wspaniała gościna ks. proboszcza), Chełmno nad Nerem (hitlerowski obóz zagłady), Koło - gościna u naszego przyjacoela - pielgrzyma Edwarda oraz msza święta i śniadanie w parafii Matki Boskiej Częstochowskiej - podziękowania dla ks. Janusza! Wiele się dzieje w drodze. Służymy i uczymy się (że nic nam się nie należy). W Kole zaprosili nas do swojego biura przedstawiciele Ruchu Palikota. Myślę, że zauważyli krzyż na kosturze Wojtka. Chcieli porozmawiać, ugościli nas dobrą kawą. BArdzo miła rozmowa. Wykonano dla nas tablicę odblaskową żebyśmy mogli na plecaku umieścić napis www.idzieczlowiek.pl. Mamy zatem prawdziwą wspólnotę drogi. Pozdrawimy Ruch Palikota z Koła dziękujemy za pomoc i gościnę!