piątek, 1 marca 2013

Dni



Boża łaska i błogosławieństwo pozwalają mi teraz przebywać w miejscu ustronnym, cichym, gdzie mogę bez przeszkód się modlić i przyglądając się swojej grzeszności wzbudzać skruchę i dziękczynienie za miłosierdzie, które Bóg okazuje mi nieustannie i niezasłużenie.
Wiem, że ten stan jest łaską szczególną, daną mi na ten czas po to, aby przygotować mnie do nowych doświadczeń i nowych dróg.
Staram się ten czas dobrze wykorzystać, ćwicząc się w pokorze tak, jak potrafię, mając za najbliższą nauczycielkę Maryję Niepokalaną Bogarodzicę, która prowadzi tylko do Niego, wcielonego Słowa, jedynej Drogi, Prawdy i Życia.

Zauważam, że codzienny rytm modlitwy, lektura Pisma Świętego i praca przy ikonach dają mi odczuwać bliskość Boga, choć dostarczają także trudnych doświadczeń, które staram się składać jako ofiarę.
Bliskość Boga doświadczam przez pokój i radość, jakich mi udziela, a czasem też przez łzy.
Ten pokój, ta radość i łzy kierują mnie na samotny szlak, nie potrzebują być okazywane na zewnątrz. Czuję jednak, że to co mnie spotyka nie jest moją własnością, przeciwnie, jest dane mi po to, abym to niósł dalej i przekazywał w duchu miłości. Jak pisze Ewangelista Mateusz: „Darmo otrzymalicie, darmo dawajcie”.

Daleki jestem od stałego wewnętrznego pokoju i uporządkowania, działam impulsywnie, zgodnie z moją ziemską naturą, podejmuję pewne tropy spontanicznie, później dopiero korygując je po głębszym rozeznaniu, ale w każdej chwili gdy zmysły zdają się kierować mnie wyżej, albo zapraszają do nowej drogi, staram się spojrzeć w duchu na ten kierunek i to wezwanie i od razu widzę, że jeśli całkowicie nie są oddane woli Bożej, jeśli pochodzą od samej tylko dobrej intencji nie popartej Bożym błogosławieństwem - mam je porzucać.
I to jest najtrudniejsze ćwiczenie: porzucać siebie i wybierać stale wolę Bożą. Najlepsza nawet ludzka intencja, która nie jest wolą Bożą, staje się trudem daremnym albo nawet zgubnym, bo odciągającym od prawdy i pozwalającym spoczywać w pozornym zadowoleniu. To jest moje codzienne ćwiczenie.

Czynię codzienne dziękczynienie za łaski których doświadczam, ale ćwiczę się też w gotowości do porzucenia tych radości gdyby przyszło mi pełnić wolę Bożą w inny sposób. Czasem aż wzdrygam się na myśl, jakie ofiary mogą mnie czekać na tej drodze, ale ufam Bożemu Miłosierdziu i wierzę, że gdy Bóg do czegoś wzywa to wyposaża odpowiednio.
To jest droga pielgrzyma: nie zatrzymywać się nigdzie na dłużej niż konieczne.

Moi przyjaciele, osoby, które mnie tu odwiedzają, reagują na mnie różnie. Widzą wyraźnie, że od pewnego czasu żyję inaczej – dostrzegają to choćby po otoczeniu i skromnych warunkach w którym przebywam. Więcej czasu na modlitwę, cisza ustronnej, wiejskiej okolicy i brak wielu zakłóceń, trosk czy pokus, jakich dostarcza „życie w świecie” - to czasem przedmiot zazdrości. Może trudno z zewnątrz dostrzec drugą stronę mojego obecnego życia: ćwiczenia się w gotowości do porzucania.

Niektórzy od razu potrzebują określić samych siebie wobec mojej sytuacji i tego co widzą. Dostrzegam tu trzy różne postawy. Jedni z dużą ostrożnością rozmawiają ze mną, jakby badając na ile mogą zaufać temu, co widzą. Gdy dowiadują się, że jestem w poście o wodzie, ostrożnie sugerują, żebym uważał na pychę, choć rozeznałem to z kierownikiem duchowym. Podejmują rozmowy na trudne tematy, ale raczej po to aby pokazać, jakie sami pokonują trudności. Niewiele z tych naszych rozmów wynika, brakuje zaufania, ducha zgody i pokoju.
Inni od razu mi okazują zaufanie i wchodzą we wspólną modlitwę. Ci wyraźnie czegoś pragną, wyraźnie są do czegoś wzywani i otwierają się, licząc, że uzyskają wsparcie na swojej drodze.
Jest też trzecia grupa. Ci przyjmują to, co widzą, ale nie komentują. Łączą się ze mną, ale w sposób szczególny, głównie w milczeniu. Nie oceniają mnie. Dają mi znaki swojej sympatii i razem ze mną korzystają z tego, co oferuje to spokojne miejsce. Dostrzegam, że pokonują drogę podobną do mojej. Jest im trudno, choć słowami nie mówią wiele. Widzę, że od nich mogę się uczyć, czuję ożywczy przepływ między nami. Ci są mi najbliżsi.

(...)

Chwilami wszystko jest takie proste: Miłość samopoświęcająca zaprasza żeby pójść Jej drogą. Wdzięczność za wszystko co dostaję porywa mnie do dziękczynienia i skruchy – według samej sprawiedliwości dawno bym nie istniał.
On jednak ożywia mnie, prowadzi, pozwala kochać i czuć się kochanym. Mam miłość, mam więc wszystko!
Czasem czuję, że niebo zaczyna się przed lasem, gdy idę 6 kilometrów do Świnic Warckich. Dzisiaj obudziły się wiewiórki, pachnie ziemia, uśmiechają się mijani ludzie. Jak za to dziękować?

(...)

Dzisiaj na mszy w sanktuarium – siostry jak anioły w pokornej modlitwie skłaniały się z oddaniem i miłością, zapatrzone tylko w Niego. Czystość tej oblubieńczej relacji zachwyciła mnie, jakby była nie z tego świata.
Zapragnąłem tak samo oddać się służbie woli Bożej.

(...)

Wróciłem do mojego spokojnego miejsca na wsi po dziesięciu pracowitych dniach spędzonych w rozjazdach po Polsce. Dopiero teraz czuję jak trudne jest życie bez duchowej stabilizacji, o którą niełatwo w napływie nowych bodźców, pokus i dynamicznych kontaktów z ludźmi. Dziękuję Bogu za ten czas spędzony „w świecie” bo bardzo mnie ubogacił, ale jednocześnie naraził na wiele rozproszeń, a nawet doprowadził do upadków. Jestem naturą niestałą, podatną na wyzwania, dlatego potrzeba mi ćwiczyć się w stałości podjętych kierunków. Tą stałość daje mi rytm modlitwy w miejscu odosobnionym. Ale przecież nie mogę przyzwyczajać się do wygody pustelni.  Jestem pielgrzymem. Czuję teraz jak jestem słaby i jak wiele zależy od łaski, nie od samych moich starań.
Czytam słowa napisane niezmywalnym pisakiem na termosie podarowanym mi wczoraj jako imieninowym prezent:
„Olśnienie jest najczęściej chwilą.
Wiara – trudną drogą.
Naprawdę wierzymy po ciemku”
(ks. J. Twardowski)

 
Najpierw była Warszawa i dwie noce w klasztorze Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Gdy odwiedzamy z Wojtkiem naszych kochanych braci – „mnichów na pustyni miasta” – czekają tam dla nas osobne cele – identyczne jak cele zakonników. Wspólna modlitwa i posiłki w ciszy to czas umocnienia. Ojciec Ireneusz wręczył mi pięknie rzeźbiony pokaźny kostur pielgrzymi. Sam go wykonał we francuskiej Magdalii, gdzie mieści się ich pierwszy klasztor, założony przez Pierre’a Marie Delfieux w 1975 roku. Brat Pierre odbył kiedyś pielgrzymkę do Ziemi Świętej, a potem po dwóch latach spędzonych na pustelni na Saharze napisał regułę życia Jerozolimskich Wspólnot Jerozolimskich, która polega na uświęcaniu się przez pracę i modlitwę w centrach współczesności – dużych miastach. Reguła łączy elementy liturgii chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu, akcentuje nabożeństwo do ikony, bizantyjski śpiew, naukę ojców pustyni i otwartość na ludzi poszukujących, tych często zagubionych we współczesnym świecie. Gdy jestem w klasztorze na Łazienkowskiej czuję się jednym z tych wędrowców: słabym i głodnym, obdarowanym przez braci łaską chrześcijańskiej miłości.
Ojciec Ireneusz wręczając mi kostur z uśmiechem mówi, że rzeźbiąc go pragnął wyruszyć w daleką samotną wędrówkę, ale nie uzyskał zgody przełożonych. W jego oczach nie ma cienia buntu czy żalu. Posłuszeństwo to dla niego pełnienie woli Bożej. Gdy go słucham wraca najtrudniejsza chyba nauka z samotnego pielgrzymowania, że czasem najtrudniejszą pielgrzymką jest pozostać na swoim miejscu. Pełnić pokornie i z oddaniem obowiązki stanu, realizować swoje codzienne zadania - szare i przyziemne – tam, dokąd zostaliśmy posłani. Czy ja to potrafię?
Godzinę po naszym spotkaniu przychodzi z Francji smutna wiadomość: zmarł Ojciec Pierre. Odszedł do nieba w Magdalii. W refektarzu wymieniamy spojrzenia z bratem Ireneuszem. Czuję się trochę tak, jakbym ten kostur dostał nie tylko od niego, z wyraźnym zadaniem: rezygnuj z woli własnej i pełnij wolę Bożą.
W nocy czuwamy przed Najświętszym Sakramentem.

(...)

Z Warszawy jedziemy z Wojtkiem do Lublina. Gospodarzem VIII spotkania Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia jest ks. Mieczysław Puzewicz, ktory udostępnia nam wygody podlubelskiego Domu Spotkania – kiedyś zamku znanego rodu Firlejów, dziś – ośrodka Caritasu. Jest z nami Jacek i Darwina – niezwykłę małżeństwo pielgrzymów (nawet ślub wzięli na pielgrzymce), dołącza też dziewczyna z Lublina – pisze doktorat z chorału gregoriańskiego. W ośrodku są z nami młodzi wolontariusze, kórymi opiekuje się ks. Puzewicz – słuchają o naszym pielgrzymowaniu, przyjmują krzyże pielgrzymie, niektórzy myślą o wyruszeniu w drogę żeby głosić prymaty cywilizacji miłości. Czas wypełnia nam wspólna modlitwa, codzienna Eucharystia, świadectwa i rozmowy. Układamy plany tegorocznych pielgrzymek, omawiamy punkty tworzącej się reguły naszej wspólnoty.
Ksiądz zaprasza nas do zakładu karnego w Lublinie, gdzie opowiadamy młodym więźniom o naszym wędrowaniu i o cywilizacji miłości. Część z tych młodych ludzi po wyjściu na warunkowe zwolnienie wyruszy w towarzystwie opiekuna na swoją pierwszą pielgrzymkę. Będą szli polskimi szlakami św. Jakuba. Projekt resocjalizacji przez pielgrzymowanie nazywa się „Nowa Droga” i jest wzorowany na doświadczeniach francuskich, gdzie realizowany jest z powodzeniem od kilku lat. Po odbyciu pielgrzymki ośmiu na dziesięciu nie wraca na drogę przestępstwa. Myślę, że działa tu mechanizm znany każdemu, kto wyruszył w samotną drogę: gdy opadają zasłony i w zmęczeniu dostrzegam prawdę o swojej słabości – doznaję skruchy i czuję wdzięczność za to, co mam. To początek wewnętrznej przemiany. Gdy widzę swoją pychę i zakłamanie – pojawia się to trudne do opisania światło, które wskazuje drogę pod górę, ale już wiadomo że tylko ona ma sens i nie chce się już innej. 
-       Czy ktoś ma pytania? – pyta pani wychowawca.
Nikt się nie odzywa. Może wstydzą się przed sobą nawzajem pokazać słabość.
Słuchali nas godzinę w skupieniu.

Odwiedziliśmy też zakład poprawczy. Ks. Puzewicz ostrzegł, że to jeden z najcięższych zakładów tego typu w Polsce. Trafiają tu także młodociani zabójcy. Czterdziestu chłopaków słuchało w milczeniu. Pokazaliśmy im zdjęcia i kilka filmów kręconych komórką w naszych samotnych pielgrzymkach. Co czuje młody człowiek przebywający za kratami, który zabił swoją matkę, widząc przestrzeń od horyzontu do horyzontu, tysiące kilometrów wolności i tylko jedno zasada: żyć tak, żeby nie uciekać. Może z tego spotkania pozostanie w nich jedno zapamiętane zdjęcie albo jakieś zdanie i kiedyś przyjdzie im z pomocą? Po spotkaniu mogłem spojrzeć z bliska w ich twarze. Widziałem, że część z nich, mimo jakiegoś starania, było całkowicie odciętych. Ich usta próbowały się uśmiechać, ale oczy były zimne i puste.
Wierzę że każda dusza została stworzona do miłości, że każdy kat kiedyś był ofiarą. Jednak teraz dopiero dostrzegam jak mało wiem o Bożym Miłosierdziu, o przebaczeniu, i jak mało ufam Miłości. Tylko Ona może uzdrowić.

Po wizycie w Radiu eR, gdzie młodzi dziennikarze prowadzą z nami ciekawą rozmowę, zadając dobre pytania, odwiedzamy też lubelskich wolontariuszy. Młodzi ludzie pełni pasji, oddani pomaganiu potrzebującym, słuchają nas uważnie, ale to my uczymy się od nich. Nie używają w swojej pracy wielkich słów, mało kto dostrzega herozim w odwiedzaniu hospicjum czy ośrodka dla uchodźców z Czeczenii.
Jak Matka Teresa nie głoszą żadnej teologii poza jedną: w każdym odrzuconym i potrzebującym mieszka Chrystus. Tak naprawdę to Jemu pomagają.

Obóz zagłady w Majdanku. Wojtek powiedział, że nie jedzie. Rozumiem go.
Czy ja jest gotów przyjąć świadomie tą ilość cierpienia?
Idziemy wzdłuż drutów. Wieje zimny wiatr. Tutaj ich gazowano. Kobiety, starcy i dzieci. Przy drzwiach komory gazowej przystajemy żeby zmówić modlitwę.
Wieszam nasz mały drewniany krzyż ze znakami trzech religii Księgi. Gdy wychodzimy idę ostatni bo z oczu same lecą mi łzy. Płaczę chyba głównie nad sobą samym bo nic nie rozumiem.
Zostaje tylko wiara.
Stoję nad przepaścią Bożego Miłosierdzia, w dole nic nie widać.
Skoro to, co tutaj się stało jest do wybaczenia...
Pod betonowy dach pomnika-mauzoleum zwieziono prochy spalonych w krematorium Żydów. Usypano z tego wielki okrągły kopiec. Wygląda jak góra piasku pomieszanego z popiołem.
Obok przechodzi wolno grupa żydowskiej młodzieży z Izraela. Łopocze kilka białych flag z niebieskimi pasami i gwiazdą Dawida. Kolorowe stroje młodzieży kontrastują z powagą na twarzach.
Podchodzę do pary 18-latków. Chłopak i dziewczyna zaskoczeni niepewnie spoglądają na franciszkański krzyż „tau” na mojej dłoni. Nie robią żadnego ruchu.
Palcem wskazuję wygrawerowany na krzyżu w kształcie „tau” siedmioramienny świecznik i wyjaśniam:

- Taw. Last letter in hebrew alphabet. Paschal sign from Tora. Book of Ezechiel.
End and begining. Sign of those chosen to survive...

Dziewczyna niepewnie bierze do ręki krzyż na którym widać rybę, menorę i arabską surę z Koranu „Bóg jest jeden”.
Uśmiecha się delikatnie i słyszę ciche:
- Thank you.

czwartek, 28 lutego 2013

Kosmaty

Dyskusja na temat istnienia-nieistnienia szatana (diabła, złego ducha), zwanego niekiedy kosmatym, sierściuchem, ogoniastym - toczy się od dawna, ale ostatnio weszła w nową fazę. Jedni uważają że to bzdet, zabobon z minionej epoki, lansowany przez "pierników" (z miasta astronoma). Inni przestrzegają przed lekceważeniem tematu, mówią językiem poważnym, czasem brzmiącym groźnie - są to egzorcyści (o. Amorth), osoby, które wyszły z mroku (Leszek Dokowicz), demonolodzy (o. Posacki).
Ci pierwsi mówią: czasy sie zmieniają, co złego jest w wahadełku czy kadzidełku albo w Harrym Potterze, drudzy mówią, że działanie złego się właśnie nasila, a jego sukcesem jest właśnie to, że coraz więcej osób żyje w poczuciu, że on nie istnieje. Pismo "Egzorcysta" budzi kontrowersje - jednych razi kolorowa okładka i oprawa w stylu magazynów dla panów, innych śmieszy widzenie wszędzie demonów i zarabianie na tej średniowiecznej "histerii".
Istnieje zatem zły duch czy nie? Duch to z definicji  byt niewidzialny. Ale niewidzialna jest też miłość, a jej istnieniu nie zaprzeczają nawet ci krytykujący czy śmiejący się z osób wierzących. Miłość to byt duchowy, niewidzialny, a jednak działający, co więcej - potężny. O jego sile przekonują od wieków poeci. Zresztą tęsknią do niego chyba wszyscy.
Gdy postawić miłość (dobrego ducha) i demona (złego ducha) obok siebie - będą one dwoma biegunami rzeczywistości. Miłość to dobro (pełnia dobra), demon to zło (pełnia zła). Buddyści i zwolennicy monizmu będą zaprzeczać takiemu podziałowi, bo według nich nie istnieje doskonałe dobro - dlatego stawiają czarną kropkę w białym polu znaku jing-yang. U chrześcijan nie ma czarnej kropki, więc buddystów zostawiam na boku. Zakładam, że istnieje pełnia dobra. Czy zatem naprawdę istnieje pełnia zła? Czy kosmaty istnieje i działa? Jeśli tak, to czym jest? Jak sie przejawia?

Wczoraj wszedłem na Wirtualną Polskę. Zerkam tam czasem na wiadomości z Polski i ze świata. Przebiegłem po 10 nagłówkach najważniejszych wiadomości (są po prawej stronie u góry). To było wczoraj ok. godz. 16.00. Wynotowałem. Cytuję dosłownie idąc od góry:

Krzyczała z bólu, wszystko działo się przed szkołą.

Śmiertelne zagrożenie dla Polaków. Zataili dane

Wszyscy w szoku. Zabił ich podczas śniadania.

Eksplozja gazu wyrwała ścianę. Nie żyje jedna osoba.

Leszek Miller: Tego boję sie najbardzie.

Siekierą roztrzaskał jej głowę. "Prosiła o to"

Bita leżała na chodniku. Zatrzymano 15-latka.

Szok pod dyskoteką. Zrobił mu to na oczach kolegów.

Kredyt czy leasing - sprawdź sam.

W tych nagłówkach (prowadzą do artykułów) pojawiają się wielokrotnie takie słowa jak śmierć, szok, strach.
Czy ktoś to może robić celowo? A może to zwykły przypadek, albo po prostu "takie mamy czasy".
Trudno przyjąć, że za tymi nagłówkani stoi człowiek, który postanawia wprowadzać terror strachu dla jakichś swoich celów. A jeśli tym "kimś" nie jest człowiek, tylko jakiś inny byt, któremu zależy, żeby działać przeciwko dobru?


Miłość pragnie dobra. Miłość współczuje, poświęca się, jest pokorna, nie unosi się gniewem.
A zło? Wygląda na to, że ono chce czegoś przeciwnego. Zło pragnie śmierci, strachu, samotności.
Gdy jakies "postępowe" medium wyśmiewa wiarę w zło, czyli w diabła, to ja zastanawiam się...


Miłość przejawia się w pełnej wolności. Możliwość wybierania między dobrem a złem to istota człowieczeństwa. Coś, co przeciwstawia sie dobru chce zabrać, zniszczyć tą wolność. Zło chce wpłynąć na człowieka, zaciemnić mu obraz rzeczywistości. Konsekwencją jest utrata nadziei, pogrążenie w rozpaczy . Człowiek wolny może wybierać między dobrem a złem. Człowiek, któremu podsuwane jest samo zło przestaje widzieć dobro. Zatem coraz trudniej jest mu dokonywać wolnych wyborów.

Portal informacyjny to dość niewinne miejsce w porównaniu ze światem muzyki, gier, filmu, mediów - gdzie łatwo odrzucić wszelkie ograniczenia i wciągać młodych ludzi w świat bardzo atrakcyjny, oferujący "pełnię", "wyzwolenie z ograniczeń". Chłopaki ze wspólnoty Cenacolo (młodzi ludzie uzależnieni od narkotyków, hazardu, alkoholu), których odwiedziłem ostatnio w ich domu pod Koszalinem sporo wiedzą o tej "wolności", leczą się z niej potem latami.

Czy zatem zły duch to bajka?



wtorek, 26 lutego 2013

77


Najsilniej pracuje we mnie historia pani Marty...
Bardzo kochała swojego męża. Gdy umarł, bardzo cierpiała. Postawiła mu na cmentarzu piękny pomnik i często tam przychodziła. Porządkując listy po mężu trafiła na jego korespondencję z jej własną siostrą... Przeżyła szok odkrywając, że mieli romans. Ściśnięte serce prestało czuć cokolwiek poza goryczą i nienawiścią. Bezsilność i pragnienie zemsty zaprowadziły ją w nocy na cmentarz. Młotkiem długo waliła w nagrobek. Jak popadnie: po krzyżu, po aniołach. Zrujnowało to ją, zmieniło na twarzy, przestałą jeść. Po kilku latach spotkań z księdzem (od którego usłyszałem tą historię). Postanowiła przebaczyć. Wbrew sobie, bo najpierw chodzi o decyzję. Ale bez cudu to byłoby niemożliwe. Poszła na zniszczony grób, w spazmach wypowiadając to niemożliwe słowo. 
Potem odnowiła nagrobek, ale już bez ozdób. Z siostrą stosunki ma teraz...poprawne. 

Nie ogarniam Bożego Miłosierdzia, nie wiem czym jest przebaczenie, mogę tylko cieszyć się, że mam łatwiej niż pani Marta, choć nie wiem co kiedys będzie... Moge sie cieszyc, ze nie jestem gejem zakochanym w innym chlopaku...albo narkomanem prostytuujacym sie za dzialke, albo nastolatką zmuszaną do aborcji przez rodziców. 
Pytam czasem siebie kim dzisiaj byliby celnicy sprzed dwóch tysięcy lat. Kim ówczesne ladacznice i łajdacy?
Kim byliby faryzeusze i uczeni w piśmie?

Kto dziś da mi wzorzec dobra, moralności, dobrego chrześcijaństwa?
Czym jest wiara jeśli nie samym szczerym, we łzach, pragnieniem nawrócenia? Stałym i niezaspokojonym?

Gdy Faustynie podczas wizyty w rodzinnym Głogowcu przynosili chore, brudne dzieci - pokonywala opor swojej natury i calowala je. Raz ucalowala oczy chorego dziecko... "w samo zaropienie oka", jednego i drugiego,  jak Franciszek pocałował tredowatego...

Jestem słaby i coraz bardziej świadomy swojej grzeszności... Jednocześnie spala mnie pragnienie żeby to się zmieniło, ale to nie jest w mojej tylko mocy....

Chłopaki z Cenacolo mowili mi w Giezkowie o tym, jak ciezko im z tym, ze ciagle spowiadaja sie z tych samych grzechow, ale jednoczesnie jak bardzo kochają Jezusa i stale sa przy Tabernakulum w ich kaplicy. Pokazywali na rękawie gest strzepywania: - Tak działa spowiedź - mowili z radością. Bez Sakramentu by nas nie było.
Jan Paweł II mówił, że sakrament bez miłości jest nieważny.
Augustyn przyciskany przez krytyków wypalił kiedyś: - Pokażcie mi kogoś kto kocha, on zrozumie o czym mówię.

Nie ogarniam tej Milosci, tego, ze zawsze wybiega mi naprzeciw jak ojciec z przypowiesci o synu marnotrawnym, chociaz wedlug sprawiedliwosci niczego dla siebie nie moglbym sie spodziewac... 

Jak oddzielic grzech od grzesznika? Jak potepiac pierwsze a kochac drugie? Mam łzy w oczach bo nie mam pojecia jak, a wiem, ze z to tej milosci bede sądzony.
Stale krzywdzę ludzi sądząc ich w myślach. Już wiem, że robię to ze strachu, żeby nie być "jako ten celnik", żeby mieć pewność gdzie jest dobro, żeby zapewnić sobie.... Tak,już wiem,  że to droga samozbawienia... ślepa, daremna, szatańska.

To co moge zrobic, to starac sie odrzucac moj grzech, ofiarowac go razem z modlitwą, zeby komuś bylo latwiej.
Ale sam upadam i potrzebuje tego samego dla siebie....

Pustka Twojego kamiennego grobu tak przeraża tą kosmiczną samotnością...
Jak znaleźć miłość w pustce, gdy nie ma nic... 

Leszek dzis zadzwonil do mnie. Mowi ze zrobil cos, czego sam nie rozumie i nie wie czy to dobrze. On, starszy człowiek, wielki moralny autorytet, uznany przez Kościół i więźniów, którym oddał życie - mial wyklad dla studentow o przebaczeniu i w porywie powiedzial tym mlodym ludziom, ze w ostatnich kilku dniach nie chodzil do kosciola bo bylo mu wstyd. 
- Popelnilem grzech i potrzebowalem spowiedzi - mowi do nich. 
Widzac ich oslupienie kontunuuowal: Chcecie pewnie wiedziec jaki grzech...
Powiem wam. Raz upadlem w pornografie w internecie. 

Potem niepewnie pytal panią dziekan czy to co zrobil, ta szczerosc, któej uległ -  nie odbije sie negatywnie...
Ona mu na to:
-  Panie Leszku, dopiero teraz oni pana calkowicie pokochali.  

Sola gratia. 

piątek, 8 lutego 2013

Spowiedź

Krzysztof Zanussi to reżyser znany i ceniony. Twórca obrazów jak genialne „Barwy ochronne”, "Struktura kryształu", "Persona non grata", "Serce na dłoni" czy "Rewizyta". Mniej znanym filmem reżysera jest "Z dalekiego kraju" pokazujący życie Karola Wojtyły na tle przemian w swojej ojczyźnie, aż do wyboru na papieża. Obejrzałem ostatnio ten film. Moją uwagę zwrócił pewien dialog między młodym ateistą, lewicowym poetą, Tadeuszem Sobańskim a Wojtyłą, który wtedy był już księdzem w Krakowie. Dialog ma miejsce tuż po wojnie, w krakowskim kościele, do którego Sobański przychodzi po "formalność" jaką jest pokwitowanie przez księdza faktu odbycia spowiedzi, która jest warunkiem dopuszczenia go do ślubu kościelnego z jego narzeczoną, która jest praktykującą katoliczką.

(TS podchodzi do konfesjonału, gdzie wisi karteczka: ks. Wojtyła i klęka)

TS:      Ojcze, nie chcę się spowiadać, chcę tylko wypełnić formalność.

KW:    Jaką formalność?

TS:      Chcę wziąć ślub w kościele.

 KW:   To nie formalnóść. To sakrament.

 TS:     Nie jestem wierzący, chcę to zrobić dla narzeczonej.

KW:    A w co nie wierzysz?

TS:      (wstaje)  Jeśli mamy rozmawiać to czy możemy iść gdzieś indziej? Tutaj niezręcznie się czuję.

KW:    Ale jeśli mamy wypełnić formalność, jeden z nas musi siedzieć a drugi powinien klęczeć.

TS:      (na stojąco)  Ja nie wierzę, że Bóg objawił się w znakach i słowach przychodząc na ziemię.

KW:    A w co wierzysz?

TS:      Wierzę, że możemy wznieść się ponad ludzką naturę i tworzyć nowe światy.

KW:    To jest dokłądnie to samo. Nie wierzysz w to, w co wierzysz.

TS:     Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo i zniżył się do naszego poziomu albo my stworzyliśmy Boga i sięgnęliśmy Jego poziomu. Albo jedno albo drugie.

KW:   Bóg stworzył nas ja Jego podobieństwo. A my Jego na czyje?

TS:     Nasze.

KW:   Wówczas moglibyśmy stworzyć tyrana, dyktatora lub klauna. Ten zaś, którego wyznajemy jest święty, miłujący i bezinteresowny. Wedle czego mielibyśmy stworzyć Boga w niczym do nas niepodobnego?

TS:     Wedle czystego rozumu, który nam mówi co jest dobre a co złe.


KW:   Mówiąc o dowodach czystego rozumu jesteś o jeden logiczny krok od wiary.


TS:    Ale ja muszę być wolny. Gdybym chciał się poddać, dla spokoju zrobiłbym to już dziś. Mówię o spokoju umysłu. Mam tu zaświadczenie z parafii... Podpisze ksiądz?

KW:  W języku teologii serce znaczy człowiek. W języku etyki człowiek równa się prawda. Prawda zaś w języku wiary oznacza Boga. Jeśli kogoś kochasz, jesteś bliżej Boga niż myślisz.

czwartek, 7 lutego 2013

Ikona

Bizantyjska ikona jest wymowna w swoim milczeniu i prostocie. Zmielona kolorowa glina utarta z żółtkiem kurzego jaja, przyjęta pokornie przez lipową deskę...
Pokora milczy i jest niewidzialna. Dlatego na ikonę można patrzeć i nie dostrzec jej nadprzyrodzonego piękna. Można pochylać się nad nią i prowadząc uczone dyskusje nad kanonami estetyki - nie pojąć jej ukrytej treści.
Przed ikoną należałoby zamilknąć i - jak św. Józef przed powierzonym mu drewnem - na kolanach modlić się do Boga, jedynego prawdziwego piękna.
To Piękno nie otwiera się przed każdym, nie ma sposobu żeby Nim zawładnąć i przwoływać na życzenie. Ikona jest niczym okno, które Boża łaska otwiera przed wybranymi duszami ukazując im świat doskonały.
Ikona odsłania swoją tajemnicę gdy zamykając oczy zmysłów oddamy się modlitwie.
Pokora pokrytej barwną temperą i zlotem deski udziela się wtedy, gdy będziemy gotowi odrzucić przywiązanie do widzialnego piękna. Ikona będzie wtedy samotną drogą wgłąb nas samych, drogą porzucania kolejnych zmysłowych obrazów. Ta droga prowadzi aż na miejsce spotkania z prawdą o sobie. Bo czytanie ikony to pisanie Bożego obrazu w swojej duszy.
Im bardziej coś okrtyte milczeniem, tym silniej przemawia. Im bardziej bezsilne, z tym większą mocą działa. To jest tajemnica ikony.
Panie otwórz oczy mej duszy!

Ikona Jezusa Miłosiernego wzorowana na Obrazie Jezusa Miłosiernego z wizji św. Faustyny Kowalskiej. Autorem pierwowzoru, który powstał w 1934 roku w Wilnie pod okiem siostry Faustyny Kowalskiej był Eugeniusz Kazimirowski. 
Poniższe ikonowe studium twarzy Jezusa Miłosiernego powstało w pracowni ikonograficznej Domu Modlitwy i Pracy im. św. Józefa przy kościele Bożego Miłosierdzia w Dzierżawach koło Świnic Warckich na początku lutego 2013 roku.