środa, 19 września 2012

Recepcja

Przebywam od czterch dni w opactwie benedyktynów w Tyńcu, gdzie piszemy ikonę Chrystusa Pantokratora. Wczoraj dużym autokarem do klasztoru przyjechała grupa Niemców. Jedna z osób mówiła dobrze po polsku. Poniższa scena rozegrała się w recepcji domu rekolekcyjnego.

- Dzien dobry, przepraszam panią, kiedy ci ojcowie śpiewają?
- Chodzi pani o modlitwę w kościele?
- No... znaczy te śpiewy...
- Mnisi śpiewają liturgię godzin o 19.00 w głównym kościele.
- A nie mogą wcześniej? 
- ???
- Bo my zapłacimy...


wtorek, 18 września 2012

Adrian


Ewelina rok temu zamówiłą w naszej pracowni ikonę św. Mikołaja Cudotwórcy. Od tamtego czasu nie miałem z nią kontaktu. Odezwała się znowu pod koniec sierpnia prosząc o modlitwę za Adriana, 21-latka, jej kuzyna, który miał poważny wypadek na motocyklu. Poprosiła też o napisanie ikony dla niego. Adrian, gdy mógł już mówić, powiedział, że ma to być Matka Boska Nieustającej Pomocy.
Lekarze długo walczyli o życie Adriana, operacja pękniętego kręgosłupa, połamane kręgi, obrażenia wewnętrzne i kończyn. Ci, którzy wierzyli, że Adrian wyjdzie z tego, oddali się modlitwie - w stanie w jakim był tylko ona mogła uratować mu życie. Intencje wyzdrowienia Adriana przesłaliśmy Wojtkowi i Maćkowi, którzy wtedy byli już w drodze do Manoppello.
18-go września, w dniu czytania Ewangelii o odnalezieniu Jezusa w świątyniu, pielgrzymi na całonocnym czuwaniu przed Cudownym Wizerunkiem (Volto Santo) modlili się we wszystkich powierzonych im intencjach, także za Adriana.
Dzisiaj Ewelina przysłała maila, oto on.

Panie Romanie przesyłam krótkiego emaila informującego o stanie Adriana :) wysyłam hurtowo:)
Kochani,

 Niecałe 4 tygodnie temu pisałam i prosiłam Was o modlitwę za mojego kuzyna Adriana, który miał wypadek na motorze. Groziła mu śmierć lub w najlepszym przypadku bardzo długa rehabilitacja. Ma pękniety rdzeń i strzaskane 3 kręgi z czego dwa zostały zoperowane. Lekarze dopiero kilka dni temu powiedzieli mu , że 2 minimetry i byłby roślinką i że jeśli miałby operację 2 godziny później to by się udusił i by umarł. Mówią mu, że Bóg dał mu drugie życie...:)

Prośbę o modlitwę rozesłaliśmy gdzie się dało. 4 zakony się modlą. Przez kilka tygodni 2 pielgrzymów jadących rowerami do Manoppello niosło intencję Adriana- intencja o zdrowie Adriana została dzisiaj odczytana w Manopello w dzień dotarcia pielgrzymów na miejsce.
Dzisiaj Adrian o swoich siłach sam poszedł na msze w kaplicy w szpitalu i mógł w pełni uczestniczyć na mszy. Msza była w jego intencji. To cud:) Lekarze dziwią się, że w ogóle chodzi. Jest niesamowitym świadectwem wiary dla pielęgniarek, lekarzy i innych pacjentów. Dziękuję Wam w imieniu Adriana i naszej rodziny za Waszą modlitwę. Proszę o dalszą modlitwę za niego. W zeszłym tygodniu ruszył lewą ręką. Generalnie mocno go rehabilitują. Jest zdeterminowany, pełen walki i wiary...wierzę i jestem przekonana, że to dzięki modlitwie, bo gdyby nie łaska to nic byśmy nie byli w stanie zrobić.

Chwała Panu:)

czwartek, 6 września 2012

Wolność


Mój przyjaciel, który dwa lata temu opuścił dom wspólnoty Cenacolo we Włoszech, zaprosił mnie tydzień temu na swój ślub do Niepokalanowa, skąd piszę te słowa. Do wspólnoty trafiają osoby uzależnione, które chcą się wyleczyć z nałogów. Zasady, które panują w domach Cenacolo (w Polsce są trzy takie domy) to czyste "średniowiecze". Nie ma terapeutów, strażników czy księży. Są tylko narkomani albo alkoholicy, ci ze stażem sprawują rolę nadzoru, ale nie ma płotów ani krat. Pełna wolność. Ale gdy ktoś stąd ucieknie, nie ma już powrotu. Terapia polega na modlitwie i pracy. Trwa średnio kilka lat zanim pojawią się efekty, a średnio 5-6 lat upływa zanim człowiek czuje się na siłach zacząć życie poza "rodziną", jak sami nazywają swoje ośrodki. Zwykle trafiają do domów Cenacolo osoby, delikatnie mówiąc, mało religijne, z trudną przeszłością, które próbowały różnych terapii, dla których radykalizm Cenacolo jest często ostatnią szansą. Rzucają się na głębię, bo tutaj nic nie jest tak, jak w innych ośrodkach dla uzależnionych. Nocna adoracja na kolanach, regularne modlitwy, surowy regulamin dnia, brak ciepłej wody, ciężka praca w polu albo przy rąbaniu drzewa. Domy Cenacolo utrzymują się same, są samowystarczalne, nie mają żadnego stałego finansowania. Jak to możliwe? Członkowie wspólnoty wykonują pewne wyroby rękodzielnicze, jak np. różańce i sprzedają na zewnątrz, uprawiają ziemię, hodują zwierzęta. Ale przede wszystkim się modlą. Szymon opowiada, że zwyczajne są sytuacje, gdy np. na zimę nie ma opału i marne są szanse żeby skombinować pieniądze na zakup węgla. Wtedy wspólnota idzie do kaplicy i modli się do skutku. Aż znajdzie się takie czy inne rozwiązanie problemu. Bywa, że dostają telefon od jakiegoś darczyńcy. Bywa że ktoś z rodziców daje jakąś darowiznę, albo ktoś z okolicy przywozi jedzenie czy drewno. W Cenacolo nazywają to życiem z Opatrzności.
Pytam Szymona:
- Ale przecież trafiają do was z ulicy ludzie uzależnieni, którzy nie tylko się nie modlą, ale nie wierzą w nic. Jak oni reagują na ten sztywny system oparty na modlitwie?
Szymon odpowiada, że to nic nie szkodzi. Na początku nowo przyjęty dostaje Anioła Stróża - kogoś, kto jest już w rodzinie jakiś czas. I ten ktoś opiekuje się nowo przybyłym. Jest jak cień, nie odstępuje go na krok, nawet do toalety idą razem, żeby przypadkiem nie nastąpiło nadużycie regulaminu. I jeśli nowo przybyły jednak coś przeskrobie - karany surowo jest Anioł. Wspólnota kary. To z czasem rodzi zastanowienie nad własnym postępowaniem i tworzy więzi. Jednostajny rytm modlitwy i pracy, modlitwy i pracy - jest jedyną treścią dnia w Cenacolo.
Nowy członek wspólnoty musi uczestniczyć we wszystkich zajęciach wspólnoty. Jeśli nie rozumie, nie czuje modlitwy, musi i tak klęczeć i autmatycznie powtarzać to co pozostali. Jeśli uporczywie odmawia - odchodzi. Ale odchodzą nieliczni bo Cenacolo to ponad 80% wyleczeń. Wiedzą o tym narkomani, którzy tu trafiają, wiedzą ich rodziny. Po kilku latach pobytu tutaj młodzi ludzie nie tylko wygrywają z uzależnieniami. Dzieje się coś jeszcze, może ważniejszego w ich życiu. Już wiedzą, że to, przed czym kiedyś się tak zapierali wybierając "wolność" teraz jest ich prawdziwym lekarstwem. Choć uzależnienie jest stanem nieusuwalnym, z którym trzeba żyć, to ich życie staje się już inne. Czyści wracają do rodzin, do zwykłych spraw "na wolności" i zaczynają od nowa. Szymon po wyjściu z Cenacolo zdał wieczorowo maturę jednocześnie pracując w piekarni i na budowie. Po dwóch latach wziął ślub. Mówi, że sam nie wie jak to wszystko było możliwe.
- To nie moja zasługa, tylko Bożej interwencji, łaski która mnie dotknęła, a na którą ja tylko odpowiedziałem.. Sam nigdy bym z tego nie wyszedł.
- Muszę się teraz pilnować bo pokusy krążą blisko mnie - mówi z uśmiechem trzymając w rękach różaniec gdy siedzimy w jego schludnym, malutkim mieszkaniu bez radia i tv na warszawskiej Woli - Ale z modlitwy już nigdy nie zrezygnuję.


niedziela, 2 września 2012

Miłosierdzie

W świecie wypełnionym krzywdą mówienie o Miłosierdziu naraża na podejrzenia o "radykalny pacyfizm", padają ironiczne pytania: "I co, mam zawsze, każdemu, wszystko przebaczać ?". Pytającym chodzi o własne bezpieczeństwo, rzekomo zagrożone, gdy wyciągamy dłoń do mordercy, ale też o coś więcej - o sens życia, o istotę relacji z Bogiem. Powraca dramatyczna dychotomia: Jak Jezus może być jednocześnie Bogiem i człowiekiem? Jak Bóg może być jednocześnie sprawiedliwy i miłosierny? Czy obok nieba może istnieć piekło? Ludzkie myślenie ograniczone jest do wymiarów: długości (nieubłagane następstwo wydarzeń w czasie), szerokości (trudność z wyborem właściwej drogi), wysokości (samotność w przestrzeni). Bóg istnieje jednak ponad wymiarami, obok nich i w nich. Nie potrzebuje tych rozstrzygnięć. Zatem tylko przyjęcie Boskiej perspektywy pozwala przybliżyć nam Boskie sprawy, rozgrywające się w rzeczywistości n-wymiarowej, uwalniając od ograniczeń ludzkiej optyki. Miłosierdzie jest Bożą tajemnicą, której zrozumienia może dostąpić jedynie skruszony grzesznik, bo tylko wtedy rozum z jego zabezpieczeniami ustępuje wobec wszechmocy Miłości Stwórcy. Przebaczenie najcięższej zbrodni dokonuje się bowiem nie mocą człowieka, tylko wszechmocą Boga i próby zrozumienia "po ludzku" tego zjawiska są podobne do powzięcia przez ateistę postanowienia: "Od jutra uwierzę w Boga". To nie człowiek wybiera, tylko zostaje wybrany. Dotknięcie wiarą lub odczucie Miłosierdzia to łaski, które na człowieka spływają z zewnątrz, gdy ten potrafi im się poddać rezygnując czy raczej zawieszając funkcje rozumu. A może nie rezygnując i nie zawieszając, tylko przeciwnie: wynosząc się na najwyższy poziom poznania, który i tak prowadzi do tego samego miejsca - na spotkanie z Bogiem. Temu radykalizmowi całkowitego oddania się Bogu sprzeciwia się na codzień rozum szukający wyjaśnień i zabezpieczeń. Nieodłącznym towarzyszem samotnego rozumu jest strach i ludzka tęsknota za ostatecznym określeniem siebie samego wobec wszechświata. Ten samotny rozum może wybrać drogę życia zgodnie z Prawem, z owym "regulaminem sensu życia". Tą drogą szli faryzeusze za czasów Jezusa. Była to droga służąca do zaczarowania i opanowania śmierci, niechybnie obecnej w samym fakcie cielesnego życia. Spełnić określone warunki, złożyć należne ofiary i w ten sposób - przestrzegając nakazów Prawa - utrzymać się po właściwej stronie, oddzielić od zła i grzechu. We współczesnym świecie istnieją inne sposoby wywołania tej samej iluzji: zawoalowane techniki ascetyczne, nauki tantryczne, magiczne, teozoficzne, gnostyczne. Niezliczone są sposoby, po które sięga człowiek aby umnkąć przed lękiem i nieuchronnym wyrokiem. Wszystkie w rezultacie są autodestrukcyjne, oprócz jednego: Miłosierdzia Ewangelii.
Thomas Merton, pustelnik trapista zmarły w 1968 pisał:
"Tylko przez przyjęcie Miłosierdzia poszukujące samego siebie "ja" zostaje uwolnione od swego poszukiwania i niepokoju, ponieważ spotyka nie siebie samego, lecz prawdę ofiary miłości, którą złożył Bóg. To "spotkanie" jest odkryciem, w łasce i wierze, że zostaliśmy "zrozumiani z Miłosierdziem" oraz że w duchu okazanego nam Miłosierdzia staliśmy się zdolni miłosiernie zrozumieć bliźnich. Słabość i bezbronność naszych serc, które czynią nas bezbronnymi wobec bliźnich, zostają zatem przezwyciężone nie za pomocą siły, lecz ufności w Boże Miłosierdzie, którym zostajemy obdarzeni, gdy już nie usiłujemy chronić naszej słabości i jesteśmy gotowi zaakceptować naszą bezgraniczną nędzę, w miłosiernej wymianie z bliźnimi, których nędza jest tak wielka jak nasza!"

niedziela, 19 sierpnia 2012

Czasy


W Warszawie spędzam zwykle dwa dni w tygodniu: czwartek i piątek. Prowadzę zajęcia pisania ikon dla dwóch 10 – osobowych grup. Spotykamy się w sali przy kościele św. Jakuba Apostoła, zaczynamy o 17.00, kończymy o 21.30. W sobotę rano wracam zwykle pociągiem do Łodzi, gdzie mam małą pracownię. Właśnie jestem w takiej powrotnej podróży. Siedzę w nowoczesnym, bezprzedziałowym wagonie.
Obok mnie matka z ok. 16-letnią córką. Mama czyta Gazetę Wyborczą, a córka z wyrazistym makijażem, kolczykiem w nosie i pokaźną „pieszczochą” na nadgarstku pochłonięta jest lekturą „Pamiętników wampirów”. Po przeciwnej stronie chłopak około dwudziestu kilku lat czyta książkę pt. „Generator charyzmy. Kreowanie osobowości managera”.  Jest jeszcze kilka młodych osób ze słuchawkami mp-trójek na uszach albo wystukujących coś kciukami na swoich smartfonach.
Wracam myślami do tego, co wczoraj poruszaliśmy na spotkaniu ikonowym. Ikona jest powrotem to czystej sztuki, do jedynego prawdziwego piękna, jakim dla chrześcijanina jest sam Bóg. Nie jest wyrażaniem własnych emocji czy szukaniem pola dla osobistej ekspresji, jak w przypadku współczesnej sztuki, która dając rzekomą obietnicę wolności, w centrum stawia samego artystę oczekującego uznania dla swoich osiągnięć. Czy sam człowiek może tworzyć piękno? Czy nie jest tak że piękno już istnieje, a rolą człowieka jest tylo je odkrywać, przywoływać w tworzonych formach? Czy istnieje coś takiego jak generator charyzmy? A może człowiek, nie jest w stanie tworzyć własnej osobowości, do czego namawiają poradniki, bo swoją osobowość już posiada, tylko o niej nie wie, bo skrywają ją maski nakładane mu przez świat pozornych wartości i transakcyjnych relacji?
 Praca nad ikoną to usunięcie się w cień Bożego dzieła. Pisanie kanonocznej ikony to czynność liturgiczna, polegająca na pokornym powierzaniu się Duchowi, oddawaniu Mu swojej dłoni, skromnym i cichym ćwiczeniem się w technice, która znana jest od stuleci jako najlepsza forma dla oddawania świętych wizerunków. Pisanie ikony to przede wszystkim modlitwa. Modlitwa jest powrotem do prawdy o mnie, często gdzieś gubionej w codziennym pośpiechu i zabieganiu o pilne rzeczy. Dlatego pisanie ikon w Warszawie, stolicy współczesnego zabiegania, jest szczególnym wyzwaniem, zarówno dla prowadzącego takie zajęcia, jak i dla uczestników.
Spojarzałem w okno, gdzie wolno przesuwał się zielono-błękitny krajobraz Mazowsza. Widok, który ewoluował przez stulecia. Kiedyś rosła tu puszcza, którą chłop mozolnie karczował i wypalał przeznaczając pod uprawy. Dziś widać mozaikę pól, traktor, słupy trakcji elektrycznej, sieć asfaltowych dróg i zabudowania gospodarskie. Czasem kępa drzew, łąka lub mały obszar nieużytku. Człowiek tworzy nowe narzędzia i zmienia swoje otoczenie. To naturalny proces trwający od początku ludzkości. Żyje się coraz szybciej, coraz łatwiej wykonuje pewne czynności. Te zmiany są jednak tylko ilościowe. Bo czy zasadnicza treść życia człowieka ulega zmianie? Czy wiemy więcej o istocie bytu? O śmierci? Czy nauka przybliżyła odpowiedź na pytanie po co żyjemy? Jednak pewne wydarzenie w tej wielowiekowej historii zmieniło życie człowieka jakościowo i była to zmiana fundamentalna: Ofiara poczyniona z nieskończonej miłości, jaką mógł złożyć tylko sam Bóg. Świat widzialny, doświadczany zmysłami, zszedł odtąd na drugi plan wobec wypełnionej obietnicy życia wiecznego w świecie nieporównywalnym z najbardziej nawet wzniosłymi i pięknymi doświadczeniami ziemskiego życia.
Ten moment dał człowiekowi prawdziwą wolność. Uwolnił go od lęku przed ciemnością i przed niepewnością jutra. Dobra nowina rozpoczęła swoją wędrówkę po świecie, a jej apostołowie pokonywali największe trudy żeby wypełnić swoją świętą misję. Odtąd świat miał być inny. Jednak człowiek znowu zaczął wątpić w prawdę o swoim wiecznym szczęściu. Może droga do niej okazała się zbyt trudna.
Zastanawiam się w którym momencie swojej historii człowiek zapomniał o niebie i znów zaczął skupiać się na życiu ziemskim. Który z wynalazków dał mu poczucie władzy nad światem czy radość godną raju? Czy stało się to w okresie Oświecenia, a może w wieku eletryczności, pary i podboju świata przez podróźników-kartografów i twórców psychologii? 
Ewangelię z czasem zaczęły zastępować poradniki pisane przez ekspertów. Na temat szczęścia, spełnienia, sukcesu, efektywności, skuteczności, kreatywności, szybkiego uczenia się i czytania książki w godzinę. Proroków wzywających kiedyś do nawrócenia zastąpili dziś apostołowie mediów, dziennikarze i publicyści przyciągający tłumy do współczesnych świątyń: telewizyjnych programów Talk- show, które pokazują każdy, dowolnie groteskowy czy odrażający temat, jeśli tylko przyciągnie odbiorców.
Komunię z Bogiem zastąpił kontakt za pośrednictwem portali społecznościowych, elektroniczne fora dyskusyjne, gdzie każdy może powiedzieć dziś co chce. Wolność zaczęto pojmować jako uwolnienie się od bólu, trosk i zakazów, radość jako wspierane chemicznymi substancjami przeżywanie zmysłowej euforii, słowo „skuteczność” dawno zastąpiło słowo „przyzwoitość”, a „wartość” pojmuje się dzisiaj najczęściej w odniesieniu do cen akcji na giełdzie lub kompetencji zatrudnianego pracownika.
Jeden z uczestników zajęć ikonowych opowiedział, że spędza ostatnio dużo czasu ze swoją 3-letnią wnuczką. Ma z nią wiele zmartwień. Ostatnio byli we dwoje sami w domu jej rodziców i dziewczynka poprosiła o włączenie programu telewizji kablowej z bajkami „na życzenie”, przed którymi spędza większą część dnia. Dziadek nie potrafił uruchomić dekodera i plazmowego ekranu. Zniecierpliwiona dziewczynka powiedziała:
-Tata potrafi, mama potrafi, wujek potrafi, wszyscy potrafią tylko nie ty. Więc co ty potrafisz?
Historyczny postęp jest procesem naturalnym. Człowiek tworzy nowe narzędzia i zmienia swoje otoczenie. Kiedyś ten proces był w naturalny sposób regulowany przez sumienie i wartości, które stanowiły powszechnie akceptowany fundament dla całej ludzkości. Od jakiegoś momentu jednak sam człowiek przypisał sobie prawo do bycia dla siebie wyrocznią, sędzią i sumieniem. Nawet dziejowe katastrofy do których prowadziła go pycha i odrzucenie Boga nie nauczyły go niczego. I dziś, w świecie coraz bardziej wolnym od zagrożeń militarnych czy epidemii, ludzość niepostrzeżenie zbliża się do katastrofy o skutkach być może znacznie groźniejszych.
Człowiek zaczyna bowiem kwestionować prawdę o istocie swojego człowieczeństwa, o tym, że poszukiwanie prawdy i piękna nie kończy się na nim samym.