piątek, 16 marca 2012

Maria

Pisanie ikony to współpraca z Duchem Świętym. Tylko w modlitwie można doświadczyć owego prowadzenia, pójść na spotkanie Piękna i Prawdy, które łącząc się w przestrzeni ikony otwierają piszącemu okno na świat Bożej obecności.
Każda ikona jest znakiem Obecności, widzialnym znakiem Niewidzialnego, jak pisał w VII wieku św. Jan Damasceński z klasztoru Mar Saba na Pustyni Judzkiej. Ikona nie nosi podpisu autora, każda jest cudowna i każda jest inna, mimo że każda jest zawsze uobecnieniem Chrystusa, bo Matka i święci Kościoła prowadzą tylko do Niego. Bóg przez wcielenie staje się obrazem, odbiciem Praobrazu, pierwowzoru prawdziwego piękna i jedynej prawdy. Jednak wśród ikon z którymi dotąd się zetknąłem jedna zajmuje szczegóne miejsce. 
Ikona Matki Boskiej Częstochowskiej zawsze budziła mój szczególny szacunek i chyba trudno wytłumaczalną bojaźń. Może to przez wieki modlitw przed Jasnogórskim Wizerunkiem, ofiar prostych ludzi i wielkich osobistości, przez oddawanie Matce Boga spraw po ludzku beznadziejnych, przez liczne cuda płynące z bezgranicznego zawierzenia. 
Gdy skupić się na technicznej stronie wykonania ikony, obraz Madonny Jasnogórskiej, mimio że tak dobrze znany, jest bardzo trudny do wykonania. Pociemniały werniks sprawia, że światło wydobywa się z oblicza Maryi i Syna  w zaskakujący sposób, rozkładając się delikatnie, jakby płynąc i przechodząc na patrzącego. Prawa dłoń Maryi, wolna, jakby złożona na piersi, jednocześnie wskazuje Syna i gestem zaproszenia pokazuje drogę. Ten typ zobrazowania Maryi to Hodegetria - wskazująca drogę. Jezus spoczywa na lewym ramieniu Matki trzymając zamkniętą Księgę i unosi prawą dłoń w geście błogosławieństwa. Jego wzrok nie spoczywa na Matce ani nie kieruje się wprost na patrzącego, jest jakby zwrócony do wewnątrz, może zapatrzony w męczeńską przyszłość?


Wykonanie ikony Matki Boskiej Częstochowskiej zamówiła osoba pragnąca obdarować nią misjonarza, werbistę udającego się do Ameryki Łacińskiej. Mimo kilkuletniego doświadczenia i wykonanych blisko stu prac, po raz pierwszy miałem zmierzyć się z ikoną Matki Boskiej Częstochowskiej. Wszystko w Jej obliczu jest tak mało określone, tak nieuchwytne, jakby granice światła i cienia zostały usunięte, jakby kolory, linie i kształty zatarły się specjalnie po to, żebym pisząc ikonę nie szukał gotowych form do prostego naśladowania, tylko zdał się na prowadzenie, tak jak Ona, gdy powiedziawszy "fiat" "wyruszyła z pośpiechem w góry". 
Ikona powstaje przez zdanie się na prowadzenie Ducha Świętego. Podczas modlitwy, która temperą dotyka  lipowej deski, święte Oblicze ukazuje się stopniowo "wychodząc" spod mojej dłoni, ale jednocześnie to ja jestem na nowo stwarzany przez powstającą ikonę. Ikona "pisze" mnie nowego. Przewodniczką w tej drodze do Syna jest Matka, która zawze pokazuje kierunek. 
Patronka pielgrzymowania. Patronka najtrudniejszych misji.


Przypomniało mi się moje pierwsze spotkanie z Maryją. Było to na pielgrzymce...

Jako dziecko nie znałem Maryi. Była dla mnie obca podobnie jak kościół, księża i hałaśliwe pielgrzymki, które budziły mnie co roku w sierpniu wczesnym rankiem . Należała do świata zabobonów lub najwyżej naiwnych mitów, tworzonych przez feudałów lub kapitalistów po to żeby panować nad zacofanymi masami. Mój tato jako dziecko służył w kościele do mszy, ale w komunistycznej Polsce został oficerem lotnictwa i mimo że nie godził się z wieloma absurdami nowego systemu, był mu wdzięczny za swój awans społeczny i za wyjście z biedy. Nie wpajał mi żadnej ideologii. Nie mówił: “Spójrz, teraz ten świat należy do nas! Możemy go zmieniać jak chcemy!”. Podczas spacerów po lesie opowiadał tylko o polskich bohaterach, którzy potrafili poświęcić życie z miłości do ojczyzny. Był moim rycerzem, w stalowym mundurze pilota, z kordzikiem przy boku.
Kiedyś wrócił do domu późnym wieczorem, usiadł ze mną przy stole i opowiedział mi historię żołnierzy z Westerplatte. Płacząc kilkakrotnie powtarzał, że mieli rozkaz bronić się siedem godzin, a walczyli przez siedem dni. Płakałem razem z nim. Gdy poruszony zrelacjonowałem to mamie, przytuliła mnie i powiedziała, że tak mówią ludzie pod wpływem alkoholu, że często płaczą gdy opowiadają takie historie. Mój tato pił. Mimo to nie wierzyłem jej. Zapamiętałem na całe życie opowieść o żołnierzach z Westerplatte i łzy mojego taty.
Mój tato nie znał swojej mamy. Umarła, gdy był małym dzieckiem. Wychowywała go macocha, która nie miała dla niego serca, podobnie jak jego ojciec, który po wojnie był działaczem niepodległościowego podziemia i nie poświęcał mu wiele czasu. Zginął z rąk funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.

Po raz pierwszy spotkałem Ją w powieści Romana Brandstaettera. Wcześniej była tylko postacią z obrazów lub kościelnych fresków, raz pucołowata z oczami wzniesionymi w górę, innym razem bardzo smutna albo lekko zezująca. Brandstaetter wymalował Jej obraz w mojej wyobraźni jako zachwycająco pięknej, skromnej i szlachetnej żydowskiej dziewczyny, która bez wahania rzuciła się w otchłań nadludzkiego wyzwania. Fascynowała mnie odwaga, czystość i bezkompromisowość Jej postawy. Widziałem jak jej stopy obute w skórzane sandały podnoszą kurz z drogi, gdy wyrusza z radością w góry, sama, w kilkudniową podróż do swojej kuzynki do El Kareim.
Piękno Maryi biło nie tylko z jej rysów, ale z niezwykłej szlachetności i z intrygującej tajemnicy, której nie rozumiałem, ale która pociągałą mnie z wielką mocą.
Zacząłem podświadomie szukać obrazu Maryi w rzeczywistym świecie. Chciałem Ją sobie zmaterializować, ujrzeć Ją własnymi oczami. Moja wyobraźnia, której wtedy brakowało wiary, domagała się obrazu. Zmysł wzroku wyruszył na poszukiwania. Błąkając się po kościołach wodziłem oczami po obrazach i figurach, tęskniłem i szukałem. Poszukiwania Maryi były częścią moich większych poszukiwań, które odbywałem po omacku, często upadając albo zatrzymując się gdy traciłem Ją z oczu, wtedy zapominając o Niej zastygałem unieruchomiony pozornie udanym życiem, ale tęsknota odzywała się gdy przychodził kolejny upadek. W końcu trafiłem do świata prawosławnych ikon.
- Ikona nie jest obrazem widzialnej rzeczywistości, nie przedstawia świata, który znamy. – Mówił na zajęciach z pisania ikon ojciec Jacek, jezuita.
- Rysy postaci, symbole i kolory nie dają nic gotowego naszym oczom, mają nas tylko prowadzić do świata ukrytego ZA ikoną. Ikona jest tylko oknem, które łaska Boga otwiera dla nas na niebieskie królestwo.
Maryja z prawosławnych ikon nie była jednak Tą, której szukałem. Wydłużone rysy, mocny obrys brwi, wąski, nieproporcjonalny nos. Spotykałem osoby, które z zachwytem spoglądały na ikonowe wizerunki Madonny, ale To nie była moja piękna, skromna i nieludzko odważna dziewczyna, której szukałem.
Ojciec Jacek wyjaśniał, że kanon pisania ikon celowo narzuca wydłużone, nienaturalne proporcje i odwróconą perspektywę. Nie ma tu światłocieni i wszystkich technik, których używa malarstwo zachodnie. “Nikt nie widział Boga” dlatego ikona nie jest próbą uchwycenia Go. Ikona nie jest piękna na ludzki sposób. Nie może dawać pociechy zmysłom, bo te łatwo oszukać. Ikony nie mają być podziwiane, dlatego nie lubią wystaw. Ikona służy do modlitwy.
Rozumiałem to, ale gdzieś w głębi duszy i tak wierzyłem, że kiedyś Ją spotkam. Moją Maryję.

Stało się to w małym miasteczku w Toskanii, którego nazwy nie zapamiętałem, w jednym z franciszkańskich kościołów. Ujrzałem Ją w bocznym ołtarzu. Znieruchomiałem w zachwycie bo od razu wiedziałem, że to Ona.
Chcąc stworzyć obraz piękna absolutnego i okazać aniołom i ludziom moc swojej boskiej sztuki Bóg uczynił Maryję najpiękniejszą ze wszystkiego co powołał do istnienia. Ponownie połączył w niej piękno, które rozdzielił wszystkim stworzeniom i uczynił Ją wspólną ozdobą wszystkich bytów widzialnych i niewidzialnych, a raczej połączył w Niej całą doskonałość boską, anielską i ludzką, najdelikatniejsze piękno, ozdobę dwóch światów, podnosząc się z ziemi do nieba i zstępując w dół…
Była to kopia ikony Matki Boskiej Włodzimierskiej, stworzonej przez anonimowego ikonopisa w XII wieku, w czasach panowania dynastii Komnenów, w okresie największego rozkwitu ikonografii bizantyjskiej.
Stałem oniemiały i wparywałem się w piękno, które przekraczało wszelkie ludzkie kanony. Utkane liniami transcendencji nowego stworzenia, całkowicie przebóstwionego, oblicze pełne niebiańskiego majestatu zawierało jednocześnie całą kruchość istoty ludzkiej. Oblicze Maryi było wydłużone, szlachetny, długi nos, delikatnie zarysowane usta, wąskie, duże, ciemne oczy pod łukowatymi rzęsami, które rzucały prawie niewidoczny cień czyniąc spojrzenie zasmuconym i zatroskanym jednocześnie. Cień rzęs sprawiał, że pogłębione źrenice zanurzały się w nieuchwytnej dla mojego spojrzenia głębi, a dalej była już tajemnica Matki Boga, niedostępna dla mnie.
I wtedy poczułem wstyd. Spuściłem oczy, bo poczułem, że nie mam prawa do tych zachwytów, że moje poszukiwania były przejawem pychy i braku wiary. Maryję dostrzegały teraz tylko moje oczy, które tworząc Jej wytęskniony obraz poddawały Ją moim zmysłom. Stojąc z opuszczonym wzrokiem przed ikoną Matki Boga przepraszałem Ją za moją nieudolność, za przyziemność, która domagała się ziemskiego wizerunku od najczystszej z istot, niezrównanej i nieporównywalnej z niczym.
- Przecież jesteś o wiele piękniejsza od wszystkiego co stworzył człowiek – szeptałem w myślach.
Wtedy przypomniało mi się rozczarowanie i łzy Faustyny, gdy zobaczyła obraz Chrystusa namalowany na płótnie przez malarza.
– Kto Cię wymaluje tak pięknym, jaki jesteś naprawdę?
Chrystus odpowiedział:
- Nie w piękności pędzla i farby jest wielkość tego obrazu, tylko w mojej łasce.
Podniosłem jeszcze raz oczy na ikonę. Oczy Maryi niosły nieskończoną troskę, otaczały mnie opieką. To było Boże Miłosierdzie. Wstrząsnęła mną szalona miłość Boga do mnie i gdzieś w cichości duszy odpowiedziałem:
- Ty, który kochasz moją duszę….
Nie widziałem już ikony. Zagłębiałem się w tajemnicę przedwiecznego pragnienia Boga, aby stać się człowiekiem po to, żeby człowiek mógł złączyć się z Bogiem.

wtorek, 21 lutego 2012

Kohelet



Tej zimy dużo podróżuję pociągami. We trzech odwiedzamy szkoły, wspólnoty, więzienia i poprawczaki, mówiąc o tym, co przyszło do nas w samotnej drodze. Opowiadamy tylko historie, które sami przeżyliśmy, bo z faktami trudno się spierać, nawet jeśli te zderzają się z mniej lub bardziej skrywanymi wątpliwościami w pytaniach słuchaczy.

Jazda pociągiem to wyjątkowe miejsce i czas. Czuje się wtedy znane z samotnego pielgrzymowania zawieszenie, gdy widoki przesuwają się w szerokiej panoramie, a myśli wędrują razem z nimi - czasem do wspomnień, czasem do tego co boli, albo dotykają tego, co chciałoby się w sobie zmienić.

W przedziale jestem zwykle samotnym widzem wpatrzonym w ten film wyświetlany w oknie, bo pasażerowie w przedziale w tym czasie albo drzemią  albo ze słuchawkami na uszach wpatrują się w swoje smartfony lub też wystukują staccato na klawiaturach swoich laptopów.

Białe półwyspy śniegu wciskają się w żywo brązowe skiby ziemi zaoranej po zeszłorocznych żniwach, już wyczekującej majowych zasiewów. Kępy spłowiałych traw trzymają straż przy wciąż bezlistnych drzewach. Wszystko znieruchomiało w oczekiwaniu, jednocześnie przesuwając się w jednostajnym, spokojnym ruchu w kierunku wiosny i nowego życia, ale ten czas zimowej zadumy i zawieszenia w podróży jest wszystkim potrzebny. 

We wtorek rano, po dwóch pracowitych dniach spędzonych naszą trójką w Gdańsku, wsiadłem prawie w ostatniej chwili w pociąg TLK do Łodzi i zająłem miejsce w pustym wagonie restauracyjnym zamierzając przy herbacie poczekać na konduktora, który wystawiłby mi bilet. 

- Poproszę herbatę i.... tak.... niech będzie, śniadanie z jajecznicą i sałatką z pomidorów.
Zwykle nie zamawiam jedzenia w pociągu, ale barman robi sympatyczne wrażenie, więc postanawiam, że trochę podniosę mu obrót. Zresztą okazuje się że jestem głodny, a bar wygląda schludnie i zachęcająco.
- Herbata teraz czy podać wszystko razem? - jego uśmiech potwierdza, że się nie pomyliłem.
- Może być wszystko razem. Czy mogę na chwilę rozłożyć mojego laptopa? - wolę zapytać bo nad barem wisi kartka z przekreślonym czerwonym krzyżem komputerem. 
- Tak, może pan. Znak jest dla tych przepracowanych nerwusów, którzy nie mają czasu nawet na to, żeby coś u mnie zamówić - mruga porozumiewawczo.
Wszystko jasne - myślę sobie. Sam znak wydaje się absurdem. Bo jak można dziś komuś zabronić używania komputera w barze? Czy to zresztą nie świadczy źle o barmanie, który takim zakazem pokazuje swoją nienowowczesność i odstrasza klientów?

- Miałem tutaj ostatnio taką przygodę - ciągnie barman mieszając na patelni jajecznicę -  pewna elegancka pani weszła tutaj z bagażami, zajęła ostatnie wolne siedzące miejsce i przystąpiła do pracy na komputerze. Nie odpowiedziała gdy spytałem ją czy chce coś zamówić. Gdy po jakimś czasie zapytałem ponownie, usłyszałem, że nie ma na nic ochoty. Wie pan, był tłok, ludzie na stojąco jedli zupę na bufecie, a ta pani rozłożona z dokumentami całkowicie pochłonięta była pracą na komputerze. Wtedy pokazałem jej ten tutaj znak, a ona się oburzyła. Usłyszałem kilka uwag na swój temat oraz na temat poziomu nowoczesności naszego kraju. 

- Pewnie w Ameryce są inne standardy - próbowałem włączyć się w rozmowę.
Barman odpowiedział szerokim uśmiechem nakładając jajecznicę na talerz.
- To samo mówię. Ameryka to kraj idiotów, tam nikt bez instrukcji kroku nie zrobi. Tylko tory są tam może prostsze i nie rzuca tak wagonami na rozjazdach. Kiedyś podobno jakiejś pani w pociągu na laptopa wylała się herbata i oskarżyła przewoźnika o straty, bo zalany laptop uległ uszkodzeniu. Kobieta winnego szukała i sobie znalazła. Ciekawe czyja to wina, że mamy takie tory: Tuska, Gierka, a może Stalina? A ta pani procesuje się o to do dzisiaj.
- W Ameryce?
- Co pan! U nas to było. Od tego czasu jest zarządzenie, że w wagonie bufetowym ma wisieć ten znak z przekreślonym komputerem. To przecież dla dobra tych nerwusów z laptopami.

Usiadłem z jajecznicą na końcu wagonu przy oknie. Wtulone w białe poduchy wiejskie chaty czekały spokojnie na koniec zimy. Rolnik wie, że wszystko ma swój czas i sam niczego nie przyśpieszy. Gdyby kombinował tylko po swojemu, zawsze plany pokrzyżuje mu zbyt długa zima, zbyt suche lato albo inny czort. Przyroda wie, że wszystko ma swój czas. Wie to każdy chłop, choć nie przeczytał tego w księdze Koheleta.
Skończyłem śniadanie i wyjąłem laptopa żeby spisać myśli, które właśnie przyszły mi do głowy.
Pociąg zbliżał się do Bydgoszczy i w międzyczasie wagon zapełnił się ludźmi. Jedyne wolne miejsce siedzące, akurat naprzeciwko mojego, zajął elegancko ubran pan w jaskrawym krawacie w zamaszyste wzory.
- Jedyne miejsce gdzie można spokojnie popracować, co? - uśmiechnął się znacząco kładąc na stole swojego laptopa.
Odpowiedziałem niepewnym uśmiechem i szybko spojrzałem w okno. 
Zauważyłem że przykryte jeszcze śniegiem łąki miejscami zaczynają już się zielenić. 
Ale OK. Mogło mi się tylko wydawać.



czwartek, 9 lutego 2012

Jerozolima


JEROZOLIMA
1 – 3 lipca

Prośmy o pokój dla Jeruzalem
(Ps 122,6)

1 lipca

Jest piątek, ósma rano. Mrużę oczy do słońca, które zaczyna swoją wędrówkę nad miastem z różowego kamienia. Dwa tysiące lat temu o tej porze Jezus czekał na rozmowę z Piłatem. Z dachu sierocińca na Górze Oliwnej mam widok na Mur Zachodni. Miasto Dawida budzi się do nowego dnia, a ja nie mam nawet żadnego planu zwiedzania. Wczoraj wieczorem przyjechałem do Jerozolimy busem z lotniska w Tel-Avivie i od razu zapłaciłem podatek od wstępu do miasta: pieczony bób od ulicznego sprzedawcy kosztował mnie dwa razy zwykłą cenę. Ale przynajmniej wliczona była informacja jak dojść do sierocińca prowadzonego przez siostry elżbietanki. Nie ochłonąłem jeszcze po tym, co widziałem po drodze. Cała wiedza o świętym mieście trzech religii zaczerpnięta z przeczytanych przed przylotem do Izraela książek gdzieś wyparowała. Czuję się jak dziecko które się zgubiło i teraz samo musi odnależć rodziców. Poza kilkoma głównymi punktami na trasie pielgrzymki i celem w Asyżu, szczegółowego planu nie ma też moja droga, którą rozpoczynam stąd za kilka dni. Pójdę w kierunku Betlehem, a potem Morze Martwe i dalej na północ, do Samarii i Galilei.  
Oszołomiony widokiem patrzę w dół i postanawiam zacząć od „Ojcze nasz...”. Modlitwa trochę mnie uspokaja. Delikatny szum dochodzący z dołu brzmi jak zaproszenie. Między drzewami oliwnymi schodzę w wyschniętą dolinę Cedronu i wkraczam w mury, gdzie ciasnymi uliczkami przeciskają się ocierając o siebie: lęk i nadzieja, koniec i początek, śmierć i życie.

*

Przeciskam się przez wielojęzyczny gwar kupców i przyjezdnych, zupełnie jak pielgrzymi wieki temu. Kadzidło, przyprawy, zioła, ubrania, buty, sprzęty i pamiątki, a wśród nich różańce trzech religii, menory drewniane, mosiężne i z alabastru, skręcone shofary różnej wielkości i tysiące mniej lub bardziej tandetnych produktów rozłożone na straganach wzdłuż ciasnych uliczek przyciągają wzrok przechodniów i szybko stają się przedmiotem targów. Święte miasto przyjmuje ofiarę wierzących i niewierzących z całego świata. Czy to zresztą dobry podział w miejscu, gdzie każdy oddycha powietrzem nasyconym obecnością Elohim? Szukam drogi do Bazyliki Grobu stąpając po kamieniach, które mają tysiące lat.

W Bazylice panuje półmrok. Najważniejsze miejsce świątyni, kamienna konstrukcja pośrodku zabezpieczona jest żelaznymi klamrami. Przyciszony szmer kolorowego tłumu krążącego wokół to oznaka szacunku dla miejsca, gdzie dwa tysiące lat temu poniósł hańbiącą śmierć na krzyżu rabbi z Nazaretu.
Zadzieram głowę i spoglądam w górę, gdzie z okrągłego otworu w zwieńczeniu kopuły wpada do wnętrza wiązka białego światła. Pierwsza myśl upatruje jego źródło gdziś ponad dachem i śledzi promienie, które biegnąc w dół ulegają w końcu rozproszeniu. Ale zaraz pojawia się myśl, że przecież ich kierunek może być odwrotny. Może światło zbiera się tutaj w dole, gdzieś nad kamienną posadzką, układa się w świetlisty stożek i biegnie w górę, żeby przez rozświetlone koło w suficie połączyć się na zewnatrz z upałem lipcowego popołudnia?
Zachodnie chrześcijaństwo, które koncentruje się na męce i śmierci Mesjasza nazwało to miejsce Bazyliką Grobu. Chrześcijański Wschód, adorujący ikonę Chrystusa zmartwychwstałego, używa nazwy Bazylika Zmartwychwstania. To tutaj kończy się  ziemski szlak i rozpoczyna życie wieczne, spotyka się zamknięcie i otwarcie, słowo i obraz, analiza i synteza. Patrzę w górę. Świetlisty otwór bieleje jak hostia. Przypominam sobie słowa Mistrza Echkarta z jednego z kazań, w którym porównał wiarę do światła słońca. Światło opromienia świat, dzięki niemu dostrzegam otaczającą mnie rzeczywistość. Ale w tej samej chwili  padające na mnie promienie otwierają mnie na Boga, porywając do Jego wewnętrznego życia.



środa, 8 lutego 2012

Viator



Wojtek szykuje się już do drogi na północ - szlakiem przez Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię aż do grobu św. Olafa. Dominik myśli o Madagaskarze i spotkaniu młodych chrześcijan - żeby pielgrzymując z nimi przez Czerwoną Wyspę dodać kilometry do naszej pielgrzymki dookoła świata. A ja słyszę wezwanie żeby ikonowym szlakiem powędrować na południe, do Radożdy nad Jeziorem Ohrydzkim w Macedonii, gdzie 365 cerkwi spogląda na jezioro z okolicznych wzgórz. Znowu trzy szlaki w jedną drogę połączy intencja cywilizacji miłości i pokoju, który każdy człowiek niesie w sobie, w swoim centrum.

Rozpocząłem pracę nad ikoną Archanioła Rafała. Podczas pracy myśli wędrują do macedońskiej "Jerozolimy Bałkanów". Praca nad ikoną jest jak samotna pielgrzymka. Początek to ciemnooliwkowy sankir z umbry palonej i ochry - oblicze ma najpierw kolor ziemi. Potem kolejne warstwy rozjaśnień podnoszą oblicze aż do blików - jasnych rozbłysków Bożej obecności. W pielgrzymce i w pracy nad ikoną sam nigdy nie osiągnąłbym celu. Potrzeba modlitwy. Żeby rozpocząć trzeba najpierw zrzucić ciężar nieprzebaczenia. Tylko tak zaczyna się drogę.
W swej słynnej książce „Homo viator” („Człowiek drogi”) Gabriel Marcel pisze:
Być ciekawym - to wychodzić ze swojego nieruchomego centrum, ująć ów przedmiot, o ktorym miało się jedynie niejasne lub schematyczne wyobrażenie. W tym znaczeniu wszelka ciekawość skierowana jest ku peryferiom. Natomiast być niespokojnym – to nie być pewnym swojego centrum, to poszukiwać swojej równowagi.
Absolutyści wierzą, że ta droga ku peryferiom, ku zaspokajaniu ciekawości, nie jest tylko wędrowaniem, a więc niekończącą się podróżą w poszukiwaniu siedzib, pożywienia, wiedzy czy nowych doświadczeń. Wierzą, że ta droga ma głębszy wymiar i że ma swój kres, choć może nie jest nim tylko punkt na mapie. Żeby wyruszyć w daleką i nieznaną drogę bez zabezpieczeń, a więc bez pieniędzy, znajomości języków obcych czy bez namiotu, trzeba mieć świadomość swojego centrum. W pielgrzymkę nie wyprawia pielgrzyma niepokój ani nawet nie sama tęsknota za niewiadomym. W takiej drodze trudno byłoby odnaleźć to, po co się wyrusza. Paradoks pielgrzyma polega na tym, że mimo odczuwanego niepokoju, a czasem zwykłego lęku przed niepewnością, jest on spokojny o swoje centrum, bo obraz tego centrum niesie w swoim sercu - nie mając żadnej pewności czym on się może okazać w trudnym doświadczeniu - i niesie ten obraz z odwagą i wiarą podobną do szaleństwa. Jednak z perspektywy ukończonej drogi pielgrzym wie, że to, co go prowadziło było szaleństwa zaprzeczeniem. 

Nie każda podróż jest pielgrzymką, ale każda pielgrzymka jest podróżą. Nie tylko do jakiegoś miejsca na mapie. Przede wszystkim podróżą do własnego wnętrza, do sumienia, do prawdy o swoim życiu. Odkrywanie tej prawdy jest istotą pielgrzymowania, tak trudną do wyrażenia i opisania komuś, kto w pielgrzymkę nigdy nie wyruszył. Najdalsze wyprawy i najtrudniejsze doświadczenia, jeśli nie prowadzą podróżnika do spotkania z nim samym, mogą być kolekcjonowaniem przygód, śmiałym poszukiwaniem nowych wyzwań i odważnym eksplorowaniem nowych przestrzeni. Nie są jednak pielgrzymowaniem. Każdy z wielkich odkrywców nie tylko mierzył się z samym sobą, ale także pokonywał siebie, był więc pielgrzymem, który z wiarą podążał na spotkanie swojego centrum. W drodze do Asyżu przychodziła do nas ta sama myśl, choć ujmowaliśmy ją na trzy sposoby: „Gdy nie masz niczego, dostajesz najwięcej”. „Gdy na nic się nie nastawiasz, odkrywasz najwięcej”. „Gdy zaprzeczasz sobie – odkrywasz SIEBIE”. Pielgrzym nie ocenia, za wszystko dziękuje, wtedy na drodze rozchylają się najcięższe zasłony i ukazuje się światło tam, gdzie wędrowiec zdany jedynie na siebie, na własne siły i swoje ludzkie zabezpieczenia, znieruchomiałby w ciemności. Czy to już szaleństwo? – zadawaliśmy sobie nie raz pytanie, gdy na trzech szlakach, które prowadziły do Asyżu: Moskwy, z Jerozolimy i z Fatimy, gubiliśmy drogę w nocy na górskim odludziu, zostawaliśmy bez wody na pustyni albo gdy odmawiano nam pomocy w kryzysowych sytuacjach. 

Każdy z nas przeszedł ponad trzy i pół tysiąca kilometrów w niecałe cztery miesiące. Szliśmy przez pustynie, góry, lasy, stepy, wzdłuż morskich plaż i przez wielkie miasta, pokonując granice ponad dwudziestu krajów Europy i Azji. Za promowe przeprawy płaciliśmy tym, co dostaliśmy od ludzi. Dochodząc do Alp zamienialiśmy sandały na podarowane górskie buty. Gdy temperatura stopniowo spadała z 30 stopni w nocy w Turcji do -5 w Apeninach w październiku – chroniliśmy się w tubie z folii NRC podarowanej przez napotkanych wcześniej wędrowców. Przyjmowano nas w meczetach, synagogach, monastyrach, kościołach, w domach ludzi bogatych i biednych, mówiących różnymi językami, wierzących w Boga i niewierzących. Cel naszej potrójnej drogi był ponadreligijny i wewnątrzludzki. Odkrywaliśmy i pozwalaliśmy odkrywać napotykanym ludziom, że każdy człowiek ma swoją godność, każdy ma swoją historię i swoje poglądy. Żeby poznać prawdę i piękno mijanych krain, musieliśmy otwierać się na nowe doświadczenia, często rezygnując z dotychczasowych zapatrywań i opinii, które okazywały się nieprawdziwe lub niepełne. W każdym nowym miejscu słyszeliśmy nową historię, często różniącą się od tej poprzedniej. Stawaliśmy się więc w pewien sposób bezbronni, ale ten lekki plecak, odchudzony przez odrzucenie uprzedzeń i przywiązań, pozwalał pokonywać duże odległości, a przyznanie się do głodu i zmęczenia otwierało domy i serca napotkanych ludzi. Nigdy nie zapominaliśmy tego kim jesteśmy ani jaki jest cel naszej drogi. Otwartość na inne kultury, zwyczaje i religie, nie mogła osłabiać w nas poczucia własnej tożsamości, bo wtedy łatwo zgubilibyśmy drogę. Pogodzenie własnego centrum ze zmieniającym się centrum spotykanych ludzi było chyba największym wyzwaniem naszej drogi. Co nam wtedy pomagało? Prowadziła nas wiara w to, że między ludźmi istnieje coś ponad podziałami i historią konfliktów. Że jest coś, co łączy nas wszystkich mimo tak wielu różnic. Idąc bez zabezpieczeń, zdani na pomoc napotkanych ludzi, przestaliśmy ich dzelić ze względu na rasę, język, religię czy status społeczny. Interesowało nas to, czy dostaniemy pożywienie i schronienie. Za każdym razem spotykaliśmy więc tak jakby kogoś z rodziny. Z rodziny ludzkiej, wielkiej i czasem skłóconej, ale zawsze jednoczącej się i okazującej wzajemną pomoc w sytuacji wspólnego zagrożenia. 

Pokonywaliśmy więc granice konfliktów: w Palestynie, na Cyprze, w Turcji (Ormianie, Kurdowie), na Bałkanach (Serbowie, muzułmańscy Bośniacy, Albańczycy), w Kraju Basków i w Środkowej i Południowej Europie (Romowie, mniejszości imigrantów z Afryki i Azji). Niosąc przez ponad 10 tysięcy kilometrów cztery ponadreligijne prymaty cywilizacji miłości (1. „Człowiek przed rzeczą”, 2. „Być przed mieć”, 3. „Etyka przed Techniką” i 4. „Miłosierdzie przed sprawiedliwością”), byliśmy dla wielu znakiem nadziei w czasach, gdy konflikty i różnice poglądów rozstrzyga się często decyzjami tych, którzy nie potrafią lub nie chcą zrozumieć sytuacji mniej uprzywilejowanych. 

Dowiedzieliśmy się dużo na temat jak radzić sobie w kryzysach, wypracowaliśmy wiele technik zdobywania i przygotowywania żywności, szukania schronienia przed deszczem, nocą i chłodem, leczenia się w warunkach, gdy nie można skorzystać z apteki czy porady specjalisty. Poznawaliśmy też granice naszych fizycznych możliwości, choć te często w zadziwiający sposób przesuwały się aż do miejsc, gdzie odnajdywały nas w końcu pożywienie i nocleg.


sobota, 7 stycznia 2012

Jasność

Wczoraj rano wyruszyłem z pustym plecakiem na dworzec Łódź Kaliska, skąd miałem jechać do Warszawy żeby z drukarni sióstr loretanek na Rembertowie odebrać nasze kalendarze pielgrzymkowe. Dwanaście miesięcy, dwanaście zdjęć i dwanaście historii z trzech samotnych wędrówek do Asyżu. Jeszcze dzień wcześniej nie miałem żadnych środków na koncie, ale dostałem potwierdzenie, że pieniądze wyszły od nadawcy poprzedniego dnia rano, więc jadąc tramwajem na dworzec byłem spokojny, że mam za co kupić bilet i z czego zapłacić siostrom. Przelewy zawsze dochodziły do mnie następnego roboczego dnia po wysłaniu oprzez nadawcę. Plan spotkań w Warszawie był bardzo napięty. Z kalendarzami miałem odwiedzić kilka miejsc, a część wysłać paczkami kolejowymi do Gdańska i do Poznania. Powrót do Łodzi zaplanowałem na niedzielę.
Od rana padał deszcz, było zimno i nieprzyjemnie. W tramwaju odmawiałem różaniec. Gdy przejeżdżałem obok starego kościoła na Bałutach, zobaczyłem na ścianie kamienicy tablicę upamiętniającą Żydów wymordowanych w łódzkim gettcie. Znałem te liczby. W 1940 roku stłoczono tu tu 160 tys. miejscowych Żydów. Od 16 października do 4 listopada 1941 roku do getta przybyły transporty Żydów przesiedlonych z Austrii (ok. 5 tys.), Czech (ok. 5 tys.), Luksemburga (ok. 600) i Rzeszy (ok. 10 tys. osób), a od 7 grudnia 1941 do 28 sierpnia 1942 – również z innych likwidowanych gett Kraju Warty (ok. 18 tys. osób). Połowa zamkniętych tu ludzi zmarła w strasznych warunkach lub została wywieziona do obozów koncentracyjnych. Częśc z nich pochowano w miejscu, gdzie po wojnie zbudowano bloki i położono tory tramwajowe.
Padał deszcz a tramwaj zgrzytał na zakrętach. Gdy dojechałem na dworzec miałem kwadrans do pociągu. Skierowałem się do bankomatu żeby wypłacić pieniądze. Gdy wkładałem kartę do maszyny, coś mnie tknęło. A jeśli coś zawiodło i pieniądze nie dotarły? Jeśli nie mam środków na koncie - cały misterny plan pobytu w Warszawie weźmie w łeb bo nawet nie wyjadę z Łodzi. Szybko odgoniłem te absurdalne myśli. Skąd w ogóle taki pomysł? Ale myśl nurtowała mnie nadal.
Co jeśli nie mam tych pieniędzy? Poczułem ciężar. Lęk przed tym, że trzeba będzie dostosować się do trudnej sytuacji. Tyle spraw odwołać? Nie, to niemożliwe...
Z rosnącym niepokojem wpisywałem numer PIN i czekałem na pojawienie się na ekranie potwierdzenia wykonywanej przez bankowmat operacji. W ostatniej chwili postanowiłem, że jakikolwiek okaże się stan konta - zaakceptuję każdy rezultat. To postanowienie przyszło jak światło, które czasem nagle rozbłyskuje w ciemności, w dziwny sposób przynosząc ulgę wbrew wszystkim lękom. Wstrzymałem oddech.
Stan konta: ZERO.
Oparłem się o bankomat.
A więc jednak. Ciężar niepewności przycisnął mnie do ziemi z siłą, której się nie spodziewałem.
Ruszyłem wolno w stronę wyjścia z hali biletowej.
Na zewnątrz solidnie padało i wzbierał zimny wiatr. Wyjąłem różaniec. Wtedy przypomniało mi się, że dzisiaj jest święto Objawienia Pańskiego. Pamiątka odwiedzin trzech mędrców w grocie-stajence.
Dziwnie objawia się Bóg - pomyślałem - czasem wbrew wszelkim oczekiwaniom. Ale poczułem ulgę, że jednak byłem przygotowany na to, co nastąpiło, choć mimo postanowienia, że poddam się Jego woli, to co mnie spotkało było wstrząsem. No tak - uświadomiłem sobie - dzisiaj święto i banki nie księgują środków. O tym wcześniej nie pomyślałem.
Poprawiłem plecak i ruszyłem na piechotę w stronę domu. W święta autobusy kursują rzadko. Nie chciałem moknąć w bezruchu na przystanku.
Gdy doszedłem do ulicy Piotrkowskiej powitały mnie świetlne gwiazdy i choinki dekorujące najbardziej reprezentacyjną ulicę Łodzi. Było jeszcze pusto. Pochód z okazji Trzech Króli miał się rozpocząć za godzinę po drugiej stronie - przy Placu Wolności.
Poszedłem w tamtą stronę. Z głośników okrytych folią płynęły kolędy. Był to czysty, kobiecy, piękny śpiew, z niewielkim akompaniamentem. Niósł się nad ulicą, którą przemykali pojedynczy przechodnie. Zasłuchałem się w słowa i jakoś pozwoliłem się ponieść melodii: "Dzisiaj w Betlejem... wesoła nowina". Poczułem ulgę. Już wiedziałęm, że wydarzenie na dworcu i zmiana planów miały swój sens. Zacząlem dostrzegać plan, który właśnie otwierał się przede mną w nieoczekiwanej odsłonie. Zmoknięty szedłem ulicą w sronę Placu Wolności zasłuchany w kolędowe śpiewanie. Wtedy zobaczyłem idących z przeciwka dwóch podchmielonych panów w złotych koronach z papieru. Jeden skręcił w moją stronę i zagadał tonem dobrego znajomego:
- Nie będę pierd..ił że o bułkę chodzi. Potrzebujemy dwa złote do butelki. - patrzył zamglonymi oczami.
- Nie mam nawet złotówki - odpowiedziałem czując ulgę, że nie muszę nawet szukać jakiegoś tłumaczenia. Odszedł mamrotając coś pod nosem.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że jestem nadal na pielgrzymce. Że moja droga cały czas trwa. Plecak, brak pieniędzy, kapryśna aura - to była moja codzienność przez 105 dni wędrowania z Jerozolimy do Asyżu.
Zaakceptować niepewność. To jest droga pielgrzyma. Gdy nie mam niczego, wtedy wszystko dostaję. Zaakceptować niepewność. Otworzyć się na niewiadome. Iść dalej wierząc, że ciężkie doświadczenie, które mnie teraz spotyka, jest tylko doświadczeniem. Po nim może przyjść kolejne i kolejne, ale ja wiem, że ta niepweność jest sensem mojego pielgrzymowania, bo na końcu drogi jest to w co wierzę, czemu całkowicie zaufałem. Z głośników dobiegły słowa:

Gdy się Chrystus rodzi,
i na świat przychodz1.
Ciemna noc w jasności
promienistej brodzi
Aniołowie się radują...

Na chodniku przede mną stały duże szklane gabloty. Ekspozycja zdjęć z planu filmu "W ciemności" Agnieszki Holland. Czytam, że część zdjęć zrealizowano w Łodzi, na terenie byłego getta, w kanałach rzeki Łódki i na Starym Mieście. Fotosy są bardzo realistyczne. Pokazują czasy okupacji w ostrych kolorach czerwieni ceglanego gruzu, różu przebijającego spod brudu na twarzach. Jest też jaskrawo żółta gwiazda Dawida na płaszczu brązowym jak świeżo zaorana ziemia. Dziewczynka z przewiązanymi białą wstążką kucykami stoi na ciężarówce w tłumie innych dzieci trzymając za rękę szmacianą lalkę. Na twarzach nie ma lęku. Są jasne jak oblicza aniołów.
Jedno ze zdjęć przykuwa moją uwagę. Ujęcie z góry. Żydzi ustawieni w rzędach w kształcie litery C. Pośrodku koń oficera trzymany za uzdę przez adiutanta. Żydzi trzymają w dłoniach czapki. Na twarzach napięcie, może wyczekiwanie. Pada deszcz. Krople na twarzach. Pod stopami i kopytami szkli się błotnista maź. Oficer stoi przed szeregiem więźniów z pistoletem wycelowanym z bliska w twarz jednego z nich. Porażająca realność tej sceny sprawia, że znowu czuję krople deszczu na mojej twarzy.

O niebieskie Duchy,
i posłowie nieba.
Powiedzcież wyraźniej
co nam czynić trzeba:
Bo my nic nie pojmujemy,
Ledwo od strachu żyjemy

Ale nie jestem tym, w którego wymierzono pistolet. Stoję w tym samym rzędzie, tuż obok, z gołą głową, w rękach ściskam czapkę. Czy teraz padnie strzał? Niepewność. Wszyscy stoją nieruchomo, jak sparaliżowani. Tylko jeden oficer i adiutant z koniem. Gra obozowa orkiestra. Co to za melodia? Co to za melodia? Czy to lęk sprawia, że nie mogę się poruszyć? Czy ja się zwyczajnie godzę, na wszystko, co teraz nastąpi?
Zaakceptować niepewność to przekroczyć samego siebie, pójść dalej. Dlaczego nie mogę zrobić kroku?
Pojawia się nagle silne pragnienie modlitwy za tych ludzi. Za to cierpienie. Ale nie potrafię unieść ciężaru. Nie potrafię modlić się nawet za jedną z tych osób. Ciężar nie do udźwignięcia.
Coś ściska mi gardło, łzy płyną po mokrej od deszczu twarzy.

-Gloria, gloria, gloria,
in excelsis Deo!

Już wiem, że sam nigdy nie uniósłbym tego wszystkiego.
Czy to możliwe, że cały ten ciężar ktoś już wziął na siebie?
Poprawiam plecak i raźnym krokiem ruszam w stronę moich Starych Bałut.