wtorek, 13 grudnia 2011

Grudzień

W grudniu 1987 roku miałem 19 lat. Kilka miesięcy wcześniej odebrałem indeks Akademii Medycznej w Poznaniu. Moja rodzina należała do "reżimowej" Polski, bo tato był oficerem lotnictwa, a ja przeżywałem rozdarcie między spokojem wojskowego osiedla i nadchodzącą burzą wolności. Mimo to koledzy z NZSu zgodzili się przyjąć mnie do organizacji. Chodziłem do katedry śpiewać z wszystkimi "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie" choć Bóg był wtedy dla mnie tylko tajemniczym i odległym bytem. W rocznicę stanu wojennego zorganizowaliśmy strajk. Chodziło o uwolnienie z więzienia naszego kolegi. Kordony ZOMO zamknęły z dwóch stron ulicę Fredry, przy wyjściu z Collegium Maius Uniwersytetu, gdzie był Dziekanat Wydziału Lekarskiego. Wzburzony tłum studentów z megafonem mógł liczyć kilkaset osób. Stałem tuż obok ściany pleksiglasowych tarcz. Zza przezroczystych przyłbic hełmów nie widać było twarzy ZOMOwców, ale ochraniacze na kolanach, stalowe mundury i pałki budziły lęk. Nasz megafon wykrzykiwał postulaty, a megafon z okratowanej milicyjnej nyski wzywał do rozejścia się. Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł. Wyjąłem z torby naklejkę Solidarności Walczącej z czerwoną kotwicą ukłądajacą się w literę P jak Polska i przykleiłem ją do najbliższej tarczy. ZOMOwiec zaczął zdejmować grubą rękawicę. Na tarczy pojawiła się delikatna dłoń i zaczęła niezdarnie skrobać nielegaly znak. Na palcu zobaczyłem złotą obrączkę. Nie mogąc poradzić sobie z naklejką ZOMOwiec podniósł przyłbicę żeby lepiej widzieć i wtedy nasze spojrzenia na moment się spotkały. Patrzyły na mnie przestraszone niebieskie oczy. Był niewiele starszy ode mnie.
Scenę z naklejką zobaczyli moi kledzy. Zaczęli wyjmować naklejki i naklejać na tarcze wśród triumfalnych okrzyków. Wśród ZOMOwców nastąpiło lekkie zamieszanie bo nie wiedzieli co zrobić. Stali się słupami ogłoszeniowymi ze znakiem niepodległej Polski.
Rok później zaczęły się obrady Okrągłego Stołu. Rodziła się wolna Polska.
Pamiętam, że wtedy zrobiło mi się żal tego młodego człowieka w mundurze ZOMO. Pamiętam do dziś delikatne palce z obrączką niezdarnie zeskrobujące naklejkę z tarczy i jest mi jakoś przykro.
Stan wojenny był złem. Ale złem był też dwubiegunowy podział świata. Bez rozliczenia przeszłości i kary dla winnych nie będzie prawdziwej wolności.
Ale ja nie umiem sądzić.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Europa

Jestem pielgrzymem i nie zajmuję się polityką. Niekiedy jednak polityka dogania mnie w drodze. Wtedy chcąc-nie chcąc trzeba do tematu się odnieść. Jako pielgrzym akceptuję niepewność więc nie odczuwam lęku przed tym, co mówi telewizor, ale chleb dostaję czasem od ludzi którzy lękowi ulegają. Bywa, że przy wspólnym posiłku słyszę pytania o kryzys, o przyszłość. Nie mam na nie gotowej odpowiedzi ale mam swoje przemyślenia.
Z perspektywy samotnej drogi, gdy cisza staje się jedynym dostępnym ekspertem, widać wyraźnie że świat coraz bardziej boi o swoje bezpieczeństwo. A współczesny świat to trzech graczy: politycy, banki i konsumenci.
Jedni obwiniają dziś drugich o to, że jest źle. A że kiludziesięcioletni okres pokoju w historii Europy to ewenement, pojawia się lęk przed najgorszym. Gra polega na gromadzeniu. I zdaje się, że zwycięzcą ma zostać ten, kto w chwili śmierci będzie miał najwięcej.

Pan poseł Bloom z Wielkiej Brytanii oświadczył niedawno w Europarlamencie, że to wina głupich polityków, że pożyczali od banków więcej pieniędzy niż otrzymywali z podatków od konsumentów i stąd rosnące zadłużenie państw i groźba bankructw. A że panstwa i ich banki centralne są zbyt duże żeby pozwolić im upaść, więc trzeba je teraz utrzymywać namawiając do pomocy tych, którzy nie maja na to żadnej ochoty. Trzymając się własnej tradycji i waluty Anglicy traktowali zawsze kontynent jako trochę dziwny świat, gdzie socjalizm co chwila bierze górę nad rozsądnym konserwatyzmem. Podobnie wyspiarze patrzą dziś na Unię Europejską. Ale polityków wybierają przecież konsumenci. Politycy są więc sumą pragnień, sprzeciwów i nadziei konsumentów, którzy z perspektywy własnego zadłużonego domu pragną przedłużenia swojego konsumenckiego bezpieczeństwa. Poseł Bloomn pomstuje na polityków, ale sam ich karmi swoim lękiem przed niepewnością jutra. Bo każdy konsument pragnie bezpieczeństwa i własnej pewności i tym ciężarem obarcza polityków, udzielając im swojego kredytu. Politycy i konsumenci z kolei zgodnie obarczają winą za kryzys banki, owe bezduszne instytucje kierowane przez żądnych zysku finansistów, powiązanych z agencjami ratingowymi, spekulantami giełdowymi i kto wie jeszcze z jakimi ciemnymi grupami.
Taki prezes banku funkcjonuje jednak w systemie tworzonym przez polityków i rynek, czyli konsumentów. Sam ma dzieci, kredyty i ciężko pracuje dając zatrudnienie wielu osobom i pewnie przeżywa swoje załamania gdy czyta, jak gazety (własność polityków i konsumentów), widzą w nim źródło zła i główną przyczynę kryzysu.

Zamieszało mi się już w głowie od tego dziwnego świata lęku i wzajemnych oskarżeń, więc będę podsumowywał.

W głowie samotnego pielgrzyma pojawiają się pytania.
Dlaczego wszyscy gracze tego teatru współczesności zajmują się wyłącznie sobą?
Dlaczego stale szukają jedynie sposobów na rozwiązanie swoich własnych problemów ekonomicznych (głównie bankierzy), polityczych (głównie politycy) i społecznych (głównie konsumenci)?
Dlaczego nikogo nie interesuje dziś DUCHOWA PRZYSZŁOŚĆ EUROPY, przyszłość nas wszystkich, tylko stale słychać debatę o przyszłości systemów emerytalnych, struktur politycznych i rynków?
Dlaczego człowiek zapomniał o swoim wymiarze duchowym, który kształtował jego tożsamość od wieków? Przecież nawet sen o wspólnej Europie zaczął się od WARTOŚCI, a nie od rynku. Ktoś jeszcze pamięta nazwiska Schumanna i Adenauera?
Gdy myślimy tylko o sobie - na krótko zaspokajamy swoje egoistyczne pragnienie bezpieczeństwa, ale chwilę potem egoizmy szukających własnego bezpieczeństwa polityków, konsumentów i bankierów obrastają gigantyczną konstrukcją biurokracji, partykularnych interesów i korupcji. I ta konstrukcja właśnie się chwieje. Taka jest dzisiaj Europa. Kontynent utraconego bezpieczeństwa i rosnącego lęku.
Może już czas postawić pytanie o jej duchową przyszłość, o duchową przyszłość nas wszystkich?
To prawda, że pielgrzym niczego nie posiada. Ma luksus ciszy, więc stać go na takie rozważania. Ale jest wolny, dlatego nie musi nikogo przekonywać do tego, w co wierzy. Może więc dzielić się swoim doświadczeniem i stawiać pytania. Także we własnym interesie.

Może powrót do wspólnych wartości, które budowały ten kontynent i dawały jego mieszkańcom poczucie tożsamości w bogactwie różnorodności - jest perspektywą, która usunie lęk o moje własne bezpieczeństwo, bo zacznę je dzielić z tymi, których przestałem oskarżać?
Wymienię cztery prymaty, których zaakceptowanie przez wszystkich może przynieść zmianę na lepsze:
1. Człowiek przed rzeczą
2. Być przed mieć
3. Etyka przed techniką
4. Miłosierdzie przed sprawiedliwością.

Dla tych, których razi słowo “Miłosierdzie”, zastąpię je słowem “przebaczenie”.
Wyjdzie na to samo. Przebaczmy sobie nawzajem i zacznijmy budować razem przyszłość wolną od niesprawiedliwości i lęków. Wtedy zaczną się rozwiązywać problemy egoizmów energetycznych, konfliktów etnicznych i kulturowych, zniknie lęk Zachodu przed islamem. Fantazjuję? Nie tak dawno temu wyruszyłem bez pieniędzy z Jerozolimy do Asyżu. Na piechotę i bez namiotu w 105 dni przeszedłem trzy i pół tysiąca kilometrów przez 9 krajów. To dopiero była fantazja! Największym zaskoczeniem byli szlachetni, otwarci i życzliwi muzułmanie, których tak obawia się mój poczciwy, zadłużony, otyły i starzejący się Zachód.

Gdy człowiek odzyskuje zagubioną kiedyś tożsamość, wtedy droga sama się zaczyna prostować i doświadczając tego, kim jest naprawdę, zaczyna wierzyć w swój cel. Wyrusza mu na spotkanie bo odzyskał wiarę dzieciństwa i siły młodości.
Nie mówię o niczym innym jak o moim doświadczeniu pielgrzymowania. Dowiedziałem się kim jestem i dostrzegłem cel. Teraz całkowcie mu się poświęcam. Już wiem, że aby pozbyć się lęku trzeba znowu uwierzyć w to, co przede mną.
I wierzę, że Europę czeka to samo.

poniedziałek, 21 listopada 2011

pielgrzymowanie

Usłyszałem kiedyś od Dominika, że prawdziwa pielgrzymka liczy 40 centymetrów.
Tyle dzieli rozum od serca. Chyba każdy z naszej trójki doświadczył tego na swój sposób wędrując do Asyżu. Wojtek, Roman i Dominik. Trzy różne temperamenty i różne osobowości.
Życie każdego z nas to inna droga. Jednak dane nam było się spotkać i wyruszyć we wspólną pielgrzymkę. Po 100 dniach pieszej wędrówki dotarliśmy do Asyżu, żeby przy grobie Franciszka razem z przedstawicielami wszystkich religii, modlić się o pokój.

Odkrywaliśmy, że pielgrzymka to nie tylko podróż do jakiegoś miejsca. To także droga w głąb siebie, do sumienia, do prawdy o własnym życiu. Dopiero poznanie i przyjęcie tej prawdy może coś w nas zmienić. Bo żeby głosić pokój, trzeba najpierw mieć go w sercu.

Doświadczyliśmy, że życie człowieka przypomina pielgrzymkę, a to, co za nami, do tylko etap.

Dziś znowu wyruszamy na szlak i zapraszamy Ciebie do wspólnego pielgrzymowania.
Zanim opowiemy o nowej pielgrzymce, wyjaśnijmy jak rozumiemy pewne pojęcia.

1.Co różni pielgrzymkę od turystycznej wyprawy?

Pielgrzymka to nie tylko pokonanie drogi do jakiegoś miejsca, to przede wszystkim podróż w głąb samego siebie. Oderwanie się od ustalonego rytmu dotychczasowego życia otwiera nowe widoki, pozwala spojrzeć na siebie i swoje życie z innej perspektywy. Pielgrzymka to odpowiedź na wewnętrzny głos, który wzywa do wyruszenia w drogę do ukrytych zakamarków naszego życia, do odkrywania i lepszego zrozumienia swojej osoby. Pielgrzymka nie jest więc turystycznym rajdem, który ma głównie dostarczać emocji. Turystyka także rozwija, ale pielgrzymowanie nie jest samym zaspokajaniem ciekawości i szukaniem wrażeń. Jest otwarciem się na nowe, z czym musi wiązać się pewne wyrzeczenie. To poświęcenie często rodzi skruchę i chęć dokonania zmiany w życiu. Wtedy mówimy, że pielgrzymka przyniosła owoce.

2.Dokąd można pielgrzymować?

Według tradycji pielgrzymki prowadziły do miejsc, które ogłoszono świętymi lub uznawano za święte. Dzięki rozwojowi techniki dziś podróżuje się łatwiej, a odległość przestała być problemem. Wybierając jednak wędrowanie na piechotę można spotkać ciszę, a ona potrafi dawać dobre rzeczy. Możemy powiedzieć, że cała ziemia jest święta, bo cała jest dziełem Boga. Pielgrzymować można zatem wszędzie tam, gdzie człowiek pragnie spotkać Boga lub otworzyć się na prawdę o sobie. Nie musi to być jakieś znane miejsce. Miejscem tego spotkania może być jakiś zakątek przyrody lub miejscowość związana z dobrym wydarzeniem z dzieciństwa. Może to być kościół, kaplica, krzyż na szczycie góry. Można także pielgrzymować na spotkanie z drugim człowiekiem. Wybór celu to pierwszy krok w pielgrzymce. Wykonamy go w dobrym kierunku, jeśli posłuchamy wewnętrznego głosu, bo to nie sam pielgrzym decyduje o wyruszeniu w drogę.

3.Nie jestem katolikiem. Czy mogę wyruszyć w pielgrzymkę?

Pielgrzymowanie to praktyka obecna w wielu kulturach i religiach. Szukanie przez człowieka prawdy poza sobą samym, przez porzucenie przyzwyczajeń i otwarcie się na nowe doświadczenie, jest wyrazem uniwersalnej potrzeby dążenia do Sacrum. Odkrywanie rzeczywistości, którą ludzie wierzący nazywają Bogiem, może zaczynać się od spakowania plecaka i wyruszenia w odwiedziny np. do brata, którego nie widzieliśmy od dawna.
Z punktu widzenia pielgrzyma podział ludzi według przynależności religijnej jest niepraktyczny. Pielgrzyma interesuje bardziej to, czy napotkana osoba udzieli mu pomocy gdy ten będzie jej potrzebował.

4.Jakie są rodzaje pielgrzymek?

Pielgrzymka zwykle wiąże się z jakąś intencją, którą pielgrzym niesie ze sobą. Wyruszamy w drogę wierząc, że nasz wysiłek jest potrzebny i może przybliżyć jej spełnienie. Pielgrzymka może mieć też charakter pokutny – gdy pragniemy odkupić winę za popełniony czyn, lub dziękczynny – gdy pragniemy okazać za coś wdzięczność.

5.Kto może wyruszyć w pielgrzymkę?

Pielgrzymem jest każdy kto czuje się wezwany do wyruszenia w drogę. Przeżywanie pielgrzymki może być prawdziwe i głębokie także wtedy, gdy nie możemy pokonać fizycznie odległości dzielącej nas od jakiegoś sanktuarium. Osoby niepełnosprawne, więźniowie, matki opiekujące się dziećmi, a także ci, którym na wyruszenie w drogę nie pozwalają obowiązki zawodowe – także mogą pielgrzymować. Pielgrzymka jest wtedy bardziej drogą duchową niż fizycznym wysiłkiem. Wyruszając w duchową pielgrzymkę rytm kroków zastępujemy rytmem określonej czynności, którą powtarzamy codziennie przez pewien czas łącząc ją z intencją. Może to być modlitwa, rozważanie jakiegoś tekstu związanego z duchowym rozwojem lub po prostu codzienne trwanie w milczeniu przez np. 10 minut. Każdy taki wysiłek, jeśli jest podjęty w określonej intencji, może mieć charakter klasycznej pielgrzymki i przynosić podobne jak ona skutki.

niedziela, 13 listopada 2011

jarzębina

(jedna z myśli zapisanych w drodze rozwinięta dzisiaj rano)

Porównanie może banalne ale w pielgrzymowaniu do Asyżu byłem jak żeglarz przemierzający świat tysiąca wysp. Wychodząc rano na drogę żeby znów usłyszeć stukanie laski o asfalt, myślałem o Abrahamie, który w odróżnieniu od Odyseusza nie skupiał się w swojej wędrówce na sobie i swoich przygodach, tylko szedł za głosem, posłuszny wezwaniu. Wyspy na mojej drodze rozsiane były po pustyni, lasach, polach, górach i równinach. Były to piękne wyspy greckiej liturgii i czyste wyspy modlitwy muzułmańskich biedaków. Trafiałem na wyspy poświęcone przez polskie siostry palestyńskim sierotom i wyspy-ogrody, gdzie żydowscy osadnicy pielęgnowali poezję swojej ziemi obiecanej. Niektóre były zamkniętymi dla obcych świątyniami, inne - otwartymi domami w wielkich, zimnych miastach.
Te wyspy często mówiły niezrozumiałymi dla siebie nawzajem językami, czasem nie wiedziały o istnieniu sąsiadów albo nie chciały wiedzieć, a czasem oddzielały się murami, jak w Betlehem czy w Nicozji na Cyprze. Losem pielgrzyma jest przemierzać niebieską przestrzeń nie rzucając nigdzie na dłużej kotwicy. Zatrzymywałem się więc na krótko, żeby usłyszeć jedną historię i wędrowałem dalej, wzywany przez drogę.
Żeby doświadczyć piękna i bogactwa tych niezliczonych kolorowych wysp musiałem szybko porzucić swoje dotychczasowe o nich wyobrażenia i otworzyć się na nowe zwyczaje, języki, smaki, gesty. Tylko tak mogłem się porozumieć, dostać schronienie i chleb. Wiedziałem, że otwierając się na innych nie mogę stracić własnej tożsamości, bo wtedy łatwo zgubiłbym drogę. Tą tożsamość dawała mi wiara. W co wierzyłem? Wierzyłem, że mimo różnic wyspy na mojej drodze łączy coś ważnego, coś ponad podziałami i historią konfliktów. Słuchałem opowieści tęskniących za własną ziemią Palestyńczyków, oddanych swojej tradycji Żydów, szukających sprawiedliwości Kurdów, pragnących przebaczyć Ormian, młodych cypryjskich Turków szukających kontaktów z kolegami z drugiej części wyspy. Słyszałem też Greków ostrzegających mnie przed Turcją, Macedończyków wzywających żebym nie ufał Grekom, arabskich chrześcijan przestrzegających przed muzułmanami i katolików, którzy zamykali mi przed nosem drzwi katedry gdy prosiłem o pomoc.
Jako pielgrzym zdany na Opatrzność potrzebowałem stale pomocy. Przestałem więc dzielić napotkanych ludzi według przynależności religijnej, języka, rasy czy statusu społecznego. Interesowało mnie bardziej czy dostanę chleb i schronienie. Czasem odprawiali mnie z niczym ci, do których powinno mi być najbliżej, a hojną pomoc okazywali ci, od których bardzo się różniłem.
Tak było w Skopje, gdzie nie znalazłem pomocy w chrześcijańskiej świątyni, za to nocleg dali mi napotkani Polacy, zdeklarowani ateiści. Zapłacili za hotel, dali prowiant i kazali sobie opowiadać o pielgrzymce. Rozmawialiśmy długo w nocy i chyba jakoś zgadzaliśmy się, że jeśli Bóg jest Nieskończoną Miłością, to równie blisko Mu do każdego z nas. Jeśli tylko chcemy Go słuchać...
Łatwo jest budować własną siłę pielęgnując swoją odrębność. Ale jeśli to, w co wierzę, pozostawia za murem drugiego człowieka, to coś jest nie tak...
Za radą św. Franciszka starałem się nie sądzić nikogo, przyjmując każdy dar z wdzięcznością, a każde trudne doświadczenie ze zrozumieniem i z wiarą, że czemuś służy.
Tak doszedłem do Asyżu. Witaliśmy się ze łzami w oczach, szczęśliwi. A potem było spotkanie na Placu przed Bazyliką św. Franciszka. Kapłani shinto, sikhowie, bahaiści, buddyści, hinduiści, muzułmanie, wyznawcy afrykańskich religii pierwotnych, żydzi, chrześcijanie i agnostycy.
Widziałem barwne stroje z moich wszystkich wysp. Jak ma na imię Bóg? Może nie ma jednego imienia, tylko zwyczajnie mieszka w sercu Tego, który wtedy na drodze dał mi chleb?

Czytam na onecie relacje z wydarzeń podczas Dnia Niepodległości. Wypowiedź Kukiza i Palikota. Starcie poglądów, emocji, jedynie słusznych racji. Import lewackich bojówkarzy, interesy Michnika, kibole i radykalni narodowcy, płonący samochód tvn, drewniane krzyże gdzieś w krzyczącym tłumie, tendencyjne media, źli policjanci, wygodni politycy i troska, że chyba to niegodne tak upamiętniać tradycję, której wszyscy wiele zawdzięczamy.
I jakoś zupełnie się tym wszystkim nie przejmuję. Nie żebym był obojętny na to, co czeka moją ojczyznę. Ja po prostu wierzę, że sprawy są w dobrych rękach. I nie chodzi mi o ręce polityków.

Gdy piszę te słowa, patrzę na jarzębinę za oknem. Straciła już wszystkie żółte liście. Zostały tylko owoce, którymi niedługo zajmą się zmarznięte gile.

czwartek, 3 listopada 2011

Assisi

Doszlismy...