Gdzieś tutaj, w górach Abruzji, między Lanciano i Manopello, gdzieś w tej okolicy zabrakło mi słów zeby pisać o tym co mnie spotyka.
Mysle że to jest błogosławieństwo, że trafiam do tych miejsc, rozmawiam z tymi ludźmi.
Jak pisać o modlitwie przed Swietym Wizerunkiem w bazylice Volto Santo?
Jak opowiedzieć o spotkaniu z pustelniczka siostra Paschalisa, która poświęciła cudownemu calunowi swoje życie? Albo o spotkaniu z Paulem Badde, badaczem całunu i autorem słynnej książki pt. Świete oblicze?
Co można napisać o widoku osniezonych szczytów Gran Sasso widzianych ze zboczy Manipello?
Jak opowiedzieć o spotkaniu z polskim kapucynem, który jest tu od roku, o spowiedzi w takim miejscu, o rozancu pod pełnią księżyca, o słodkich dzikich jabłkach, o porannym espresso w starym refektarzu?
Paul mówi:
- Calun przywedrowal tutaj tak jak ty. Z Jerozolimy. Przyniósł go nikomu nie znany pielgrzym.
Siostra Paschalisa czyta prymatu cywilizacji miłości na tablicy pokoju i kiwa głową.
- Nie będzie innego znaku jak tylko znak Jonasza - wzrokiem wskazuje całun na ołtarzu.
Chrystus zmartwychwstaly patrzy na nas oczami, które są tak dobre, że aż wydają sie naiwne...
Dziennik nieregularny z pieszej pielgrzymki, która rozpoczęła się 3 lipca 2011 roku w Jerozolimie, osiągnęła Asyż 27 października i trwa nadal... Mapa drogi dostępna na stronie www.idzieczlowiek.pl
środa, 12 października 2011
wtorek, 11 października 2011
Lanciano
- Sempre dritto! (zawsze prosto!) - słyszę gdy pytam o Lanciano. Idę już szósta godzinę. Zostało może 10 może 15 kilometrów. Ból stopy zlagodnial na tyle, ze mogę iść. Z winnic na wzgorzach rolnicy zwoza na przyczepach do punktow skupu ciemne winogrona. Miejsca z wielkimi zbiornikami noszą nazwy świętych. Niektórzy rolnicy mijając mnie pokazują ze mam się czestowac. Owoce są bardzo słodkie.
Gdy zbliżam się do Lanciano niebo zaczyna tworzyć czerwono-granatowe obrazy. Są żywe, poruszają rozmachem. Zmieniaja się szybko jakby prcekazywana wiadomosc musiała być szybko czytana. Co mowi niebo w tych znakach? Co zapowiada ten zadziwiajacy zachód słońca przed miejscem, gdzie w VIII wieku miejscowemu ksiedzu tracacemu wiarę w obecność Boga w eucharystii ukazał się znak?
Jestem bardzo zmęczony. Zaczyna padać deszcz i wieje coraz silniejszy wiatr. Czarmogranatowe niebo rozswietla blyskawica, za ktora z grzechotem lawiny kamieni toczy sie grzmot. Kuleje starając się odciążyć prawa nogę kosturem. Ale nie fizyczny ból jest najgorszy. Od kilku dni meczy mnie pewien problem. Nie potrafię wyzwolić sie z osadzania pewnej osoby. Ten ciężar nieprzebaczenia dociska mnie do ziemi i sprawia ze cierpię. Jestem na pielgrzymce, rozmawiam z Bogiem, niose setki intencji i nie potrafię przebaczyc. Tak jakbym marnował czas i zawodził
czyjaś nadzieję. Mimo starań i modlitw ciężar nie maleje.
Burza przetacza sie przede mną ale w srodku czuję głuchą pustkę.
Kosciol nosi imie sw. Franciszka. Wchodzę podczas mszy. Miracolo Eucharistia w przeszklonym
tabernakulum oddzielona jest od wiernych polprzezroczystym welonem. Zasłona Debiru ze Swiatyni Salomona - pojawia się myśl.
Nie mam odwagi podejść. Może to zmęczenie. Nie czuję sie przygotowany do komunii. Odkładam to na jutro rano. Czuje silna potrzebe spowiedzi.
Kleczac modlę sie ale trudno pokonać znużenie, ból i smutek. Mogę tylko przeprosić.
Po mszy idę do księdza. Na mój widok wyciąga 20 euro i kieruje mnie od razu do hotelu Alberge Roma. Mam się na niego powołać. Prowadzi mnie tam małżeństwo, od którego dostaje jeszcze 10 euro. Chojny jesteś Panie! godzina w Lanciano i z zera stan kasy podskoczyl do 30. Hotel kosztuje jednak 40. Gdy wspomonam o księdzu, w recepcji rozkładają ręce. Rośnie zmeczenie. Wracam kilometr do kościoła. Przez domofon slysze jak poirytowany już ksiądz powtarza tylko ciągle: - Alberge Roma! Alberge Roma!
Nie potrafię po włoski wytłumaczyć mu przez domofon że pokój kosztuje 40. Próbuje powiedzieć, że potrzebuje tylko podłogi choćby gdzieś w korytarzu. Bez skutku.
W swiatlach latarn strugi deszczu. Kosciol św. Franciszka jest już zamknięty. Jest 22.00. Idę przed siebie ulica aż trafiam na kościół św. Łucji. Jest otwarty! W srodku pusto i cieplo. Wielka figura św. Maksymiliana. Klekam przed patronem pielgrzymki. Dalej jeszcze większą niespodzianka: w bocznej kaplicy wielki obraz Milosierdzia Bozego, fotografia Jana Pawla II i polska flaga! Czuję że trafiłem w dobre miejsce. Zmeczenie na moment znika a w sercu pojawia sie nadzieja. Kaplica Milosierdzia jest otwarta od roku. Ławki mają miękkie obicie. Gdyby zestawić dwie jedna obok drugiej...
Wtedy słyszę kroki. Franciszkanin oproznia skrzynki ofiarne. Mija mnie bez słowa. Może więc mogę tu zostać? Chybe Lucja ma otwarte cala dobe... Gdy znów zostaje sam, odmawiam koronke do Milosierdzia Bozego, ale modlitwa przychodzi z trudem. Ciężar posadzen wraca.
- Przyprowadziles mnie przed Swoje Molosierne oblicze a ja nadal nie umiem odrzucić grzechu.
Zrób to za mnie! Ja nie umiem! Zabierz ode mnie grzech! Uwolnij moje serce, daj poczuć duszy wolność od sądzenia bliźniego! Patrzę w oczy Milosierdzia.
- To niemożliwe bez ofiary. Łaskę daję ci za darmo ale krok w jej strone należy do ciebie...
Ogarnia mnie wielka senność. Łącze dwie ławki i układam się z polarem pod głową. Reflektor oswietlajacy Jezusa razi oczy. Żeby zasnąć trzeba go wyłączyć... Słowa dalej płyną ale nie wiem skąd brać siłę żeby ich słuchać. Jest północ... Nikt tu chyba już nie przyjdzie.
Budzi mnie szturchniecie. Franciszkanin stoi nade mną potrzasajac pekiem kluczy. Poirytowanym głosem mówi chyba coś o świetle. A więc nie wolno było wyłączać oświetlenia ołtarza. Mam się zbierać.
Pakuje się zaspany i zbyt zaskoczony żeby cokolwiek tlumaczyc, a może jestem zbyt przytłoczony ciężarem winy. Na ulicy przenika mnie zimny wiatr. Deszcz już nie pada, tylko ciągle blyska i grzmi.
Idę rozglądając się za jakimś dachem żeby przetrwać do rana. Wszystko pozamykane.
Trafiam na zamknięta stacje benzynowa. Jest dach. Rozkładam karimate i przykrywam się folią NRC.
Budzi mnie grzechot. Silny wiatr zacina z boku i deszcz z gradem bije o moje przykrycie.
Chowam sie głębiej szukając skrawka suchej przestrzeni. Wyciągam biblie. Otwiera się na psalmie 76. Przede mna za zaslona deszczu i gradu wsrod blyskawic i grzmotów żywioł pokazuje swoją moc i potęgę.
"Ogłosiłeś z nieba Swój wyrok,
przelękła się ziemia, zamilkła.
gdy Bóg na sąd się podniósł
by ocalić wszystkich pokornych na ziemi..."
Ukryles przede mną swe Milosierne oblicze. Tak postępujesz z grzesznikami. Ale przecież syna marnotrawnego przyjmujesz czulym przytuleniem, czego sama sprawiedliwość nigdy nie pojmie... Znowu miałem szansę... i zgasiłem światło.
Czuję wezbraną falę przypływu... ale łzy nie płyna do srodka znanym mi z chwil duchowych poruszen strumieniem szczescia. Potok jest suchy, koryto spalone i popękane, krzyczy o wilgoc, ktora wreszcie da zycie martwym ustom... Czy to strach? Nie... To bojaźń i drżenie przed majestatem Bożego Miłosierdzia. Jest 3 rano. Wysyłam smsa do osoby, z która wiązał sie problem nieprzebaczenia. O dziwo odpowiedz dostaje po 10 minutach. Na te słowa czekałem! Czytam je raz za razem. Fale Miłosierdzia zalewają wszystko. Panie moj!
Budze sie z głową na plecaku. Ciągle pada deszcz ale już zaczyna switac. Msza u św. Franciszka jest o 7.30. Czuję się niewyspany i jestem zmarzniety, ale w sercu czuję tak wielka ulgę i radość, ze prawie biegnę do kościoła...
Po komunii klade sie krzyżem przed cudownym tabernakulum. Łzy padają na posadzke. Przechodzą nade mną ludzie ale nie zwazam na to.
Poczucie calkowitego uwolnienia. Lekkość i szczęście. Czuję ze cały ciezar zniknął.
Jestem wolny.
Uczucie wdzięczności za łaskę uwolnienia jest tak silne ze wszystko przestaje się liczyć, jest tylko Bog, obecny, rzeczywisty, żywy, przy mnie, we mnie!
Mówią, ze Bog jest tylko miłosierny. A skoro tak, to nie może być jednocześnie sprawiedliwy czyli karzacy. Teraz wiem, ze jesteś jednym i drugim jednocześnie. Potrafisz być Bogiem i człowiekiem w jednej osobie. Potrafisz więc łączyć miłosierdzie i sprawiedliwość. Ale odwracasz milosierne oblicze i pokazujesz swą karzaca moc tylko po to, żeby ujawnić Swoja pełnię, którą jest miłość samoposwiecajaca i przebaczenie grzesznikom.
Gdy zbliżam się do Lanciano niebo zaczyna tworzyć czerwono-granatowe obrazy. Są żywe, poruszają rozmachem. Zmieniaja się szybko jakby prcekazywana wiadomosc musiała być szybko czytana. Co mowi niebo w tych znakach? Co zapowiada ten zadziwiajacy zachód słońca przed miejscem, gdzie w VIII wieku miejscowemu ksiedzu tracacemu wiarę w obecność Boga w eucharystii ukazał się znak?
Jestem bardzo zmęczony. Zaczyna padać deszcz i wieje coraz silniejszy wiatr. Czarmogranatowe niebo rozswietla blyskawica, za ktora z grzechotem lawiny kamieni toczy sie grzmot. Kuleje starając się odciążyć prawa nogę kosturem. Ale nie fizyczny ból jest najgorszy. Od kilku dni meczy mnie pewien problem. Nie potrafię wyzwolić sie z osadzania pewnej osoby. Ten ciężar nieprzebaczenia dociska mnie do ziemi i sprawia ze cierpię. Jestem na pielgrzymce, rozmawiam z Bogiem, niose setki intencji i nie potrafię przebaczyc. Tak jakbym marnował czas i zawodził
czyjaś nadzieję. Mimo starań i modlitw ciężar nie maleje.
Burza przetacza sie przede mną ale w srodku czuję głuchą pustkę.
Kosciol nosi imie sw. Franciszka. Wchodzę podczas mszy. Miracolo Eucharistia w przeszklonym
tabernakulum oddzielona jest od wiernych polprzezroczystym welonem. Zasłona Debiru ze Swiatyni Salomona - pojawia się myśl.
Nie mam odwagi podejść. Może to zmęczenie. Nie czuję sie przygotowany do komunii. Odkładam to na jutro rano. Czuje silna potrzebe spowiedzi.
Kleczac modlę sie ale trudno pokonać znużenie, ból i smutek. Mogę tylko przeprosić.
Po mszy idę do księdza. Na mój widok wyciąga 20 euro i kieruje mnie od razu do hotelu Alberge Roma. Mam się na niego powołać. Prowadzi mnie tam małżeństwo, od którego dostaje jeszcze 10 euro. Chojny jesteś Panie! godzina w Lanciano i z zera stan kasy podskoczyl do 30. Hotel kosztuje jednak 40. Gdy wspomonam o księdzu, w recepcji rozkładają ręce. Rośnie zmeczenie. Wracam kilometr do kościoła. Przez domofon slysze jak poirytowany już ksiądz powtarza tylko ciągle: - Alberge Roma! Alberge Roma!
Nie potrafię po włoski wytłumaczyć mu przez domofon że pokój kosztuje 40. Próbuje powiedzieć, że potrzebuje tylko podłogi choćby gdzieś w korytarzu. Bez skutku.
W swiatlach latarn strugi deszczu. Kosciol św. Franciszka jest już zamknięty. Jest 22.00. Idę przed siebie ulica aż trafiam na kościół św. Łucji. Jest otwarty! W srodku pusto i cieplo. Wielka figura św. Maksymiliana. Klekam przed patronem pielgrzymki. Dalej jeszcze większą niespodzianka: w bocznej kaplicy wielki obraz Milosierdzia Bozego, fotografia Jana Pawla II i polska flaga! Czuję że trafiłem w dobre miejsce. Zmeczenie na moment znika a w sercu pojawia sie nadzieja. Kaplica Milosierdzia jest otwarta od roku. Ławki mają miękkie obicie. Gdyby zestawić dwie jedna obok drugiej...
Wtedy słyszę kroki. Franciszkanin oproznia skrzynki ofiarne. Mija mnie bez słowa. Może więc mogę tu zostać? Chybe Lucja ma otwarte cala dobe... Gdy znów zostaje sam, odmawiam koronke do Milosierdzia Bozego, ale modlitwa przychodzi z trudem. Ciężar posadzen wraca.
- Przyprowadziles mnie przed Swoje Molosierne oblicze a ja nadal nie umiem odrzucić grzechu.
Zrób to za mnie! Ja nie umiem! Zabierz ode mnie grzech! Uwolnij moje serce, daj poczuć duszy wolność od sądzenia bliźniego! Patrzę w oczy Milosierdzia.
- To niemożliwe bez ofiary. Łaskę daję ci za darmo ale krok w jej strone należy do ciebie...
Ogarnia mnie wielka senność. Łącze dwie ławki i układam się z polarem pod głową. Reflektor oswietlajacy Jezusa razi oczy. Żeby zasnąć trzeba go wyłączyć... Słowa dalej płyną ale nie wiem skąd brać siłę żeby ich słuchać. Jest północ... Nikt tu chyba już nie przyjdzie.
Budzi mnie szturchniecie. Franciszkanin stoi nade mną potrzasajac pekiem kluczy. Poirytowanym głosem mówi chyba coś o świetle. A więc nie wolno było wyłączać oświetlenia ołtarza. Mam się zbierać.
Pakuje się zaspany i zbyt zaskoczony żeby cokolwiek tlumaczyc, a może jestem zbyt przytłoczony ciężarem winy. Na ulicy przenika mnie zimny wiatr. Deszcz już nie pada, tylko ciągle blyska i grzmi.
Idę rozglądając się za jakimś dachem żeby przetrwać do rana. Wszystko pozamykane.
Trafiam na zamknięta stacje benzynowa. Jest dach. Rozkładam karimate i przykrywam się folią NRC.
Budzi mnie grzechot. Silny wiatr zacina z boku i deszcz z gradem bije o moje przykrycie.
Chowam sie głębiej szukając skrawka suchej przestrzeni. Wyciągam biblie. Otwiera się na psalmie 76. Przede mna za zaslona deszczu i gradu wsrod blyskawic i grzmotów żywioł pokazuje swoją moc i potęgę.
"Ogłosiłeś z nieba Swój wyrok,
przelękła się ziemia, zamilkła.
gdy Bóg na sąd się podniósł
by ocalić wszystkich pokornych na ziemi..."
Ukryles przede mną swe Milosierne oblicze. Tak postępujesz z grzesznikami. Ale przecież syna marnotrawnego przyjmujesz czulym przytuleniem, czego sama sprawiedliwość nigdy nie pojmie... Znowu miałem szansę... i zgasiłem światło.
Czuję wezbraną falę przypływu... ale łzy nie płyna do srodka znanym mi z chwil duchowych poruszen strumieniem szczescia. Potok jest suchy, koryto spalone i popękane, krzyczy o wilgoc, ktora wreszcie da zycie martwym ustom... Czy to strach? Nie... To bojaźń i drżenie przed majestatem Bożego Miłosierdzia. Jest 3 rano. Wysyłam smsa do osoby, z która wiązał sie problem nieprzebaczenia. O dziwo odpowiedz dostaje po 10 minutach. Na te słowa czekałem! Czytam je raz za razem. Fale Miłosierdzia zalewają wszystko. Panie moj!
Budze sie z głową na plecaku. Ciągle pada deszcz ale już zaczyna switac. Msza u św. Franciszka jest o 7.30. Czuję się niewyspany i jestem zmarzniety, ale w sercu czuję tak wielka ulgę i radość, ze prawie biegnę do kościoła...
Po komunii klade sie krzyżem przed cudownym tabernakulum. Łzy padają na posadzke. Przechodzą nade mną ludzie ale nie zwazam na to.
Poczucie calkowitego uwolnienia. Lekkość i szczęście. Czuję ze cały ciezar zniknął.
Jestem wolny.
Uczucie wdzięczności za łaskę uwolnienia jest tak silne ze wszystko przestaje się liczyć, jest tylko Bog, obecny, rzeczywisty, żywy, przy mnie, we mnie!
Mówią, ze Bog jest tylko miłosierny. A skoro tak, to nie może być jednocześnie sprawiedliwy czyli karzacy. Teraz wiem, ze jesteś jednym i drugim jednocześnie. Potrafisz być Bogiem i człowiekiem w jednej osobie. Potrafisz więc łączyć miłosierdzie i sprawiedliwość. Ale odwracasz milosierne oblicze i pokazujesz swą karzaca moc tylko po to, żeby ujawnić Swoja pełnię, którą jest miłość samoposwiecajaca i przebaczenie grzesznikom.
czwartek, 6 października 2011
Francesco
Dzisiaj pamiątka spotkania Franciszka z jego ukochaną siostra, śmiercią cielesna. We Wloszech narodowe święto i prawie wszystko pozamykane. Mam na szczęście wodę i prowiant w plecaku. Z San Severo, gdzie nocowalem w ośrodku Caritasu, do Serracapriola jest niecałe 30 km. Swieci słońce a jesienne powietrze daje wzgorzom wyraziste kolory ciemnych brązow, rudosci i plowiejacej zieleni. Idę przez pustkowie mijając opuszczone domy i czasem samotny traktor.
Sierracapriola brzmi ładnie. Ciekawe co znaczy to słowo. Z daleka dostrzegam wielka górę, a ba jej szczycie kopułę kościoła i dzwonnice. Miasto musi zajmować druga stronę wzgórza. Wspinam
sie na skroty stromą ścieżka, chcąc uniknąć drogi, która na szczyt wije się przez ponad dwa kilometry i w końcu staje zdyszany przed kościołem. Jest zamknięty, ale widok stąd jest niezwykły. Panorama słonecznej Apulii ciągnie sie dziesiątki kilometrów w stronę Adriatyku, który widać pod horyzontem jako wąską linie ciemniejszego błękitu.
Przechodzącą kobietę pytam czy w kościele będzie dzisiaj jeszcze msza. Odpowiada, ze po drugiej stronie miasta jest drugi kościół i ze tam o 19.00 będzie msza z procesja upamiętniająca śmierć San Francesco.
Dobrze trafiłem, do mszy mam akurat godzinę. Gdy ruszam pojawia się przy mnie pies. Merda ogonem i sie lasi. Najwidoczniej postanawia mi towarzyszyć. Kieruje się w stronę głównego
placu. Miasteczko jest bardzo stare. Widać to po kamiennych chodnikach i wąskich uliczkach oddzielajacych rzędy starych kamienic. Pies jest ciągle ze mną, idzie kilka kroków z przodu. Gdy przystaje na rynku żeby spytać o drogę pies siada obok mnie.
- Convento cappucini? - starsze małżeństwo wyprzedza moje pytanie. A więc są tu franciszkanie!
Dostaje instrukcje jak dojść do kościoła. Pies rusza przede mną. Cały czas idzie ze mną. Dziwne. Może jest głodny i myśli ze coś dostanie? No to kiepsko trafił. Idziemy tak razem pol godziny. Zastanawiam sie co będzie jeśli pies zechcę wejść ze mną do kościoła. Przecież nie mogę go odpedzic. Nie dzisiaj! Nazywam go w myślach Piedi. Czyli "stopa". To jedno z niewielu słów jakie znam po włosku. Pellegrinaggio a piedi to pielgrzymka "stopami" czyli piesza.
Gdy staje przed kościołem Piedi gdzieś znika.
Gromadzą się ludzie na mszę. Jakaś starsza pani po krótkiej wymianie słów oznajmia ze zaraz przyprowadzi padre Antonia.
A więc jestem u kapucynów w święto św. Franciszka. Z ulga zdejmuje plecak i dziękując o. Pio sięgam po wodę.
Padre Antonio ubrany juz do mszy wita mnie po polsku: Jak się masz?
Smiejemy się obaj. Zna Polske był kilka razy w Krakowie. Ma przyjaciół wśród kapucynów w Gdansku. Pokazuje my nasza tablice pokoju i mówię o prymatach cywilizacj miłości które niesiemy we trzech do Asyzu. Rozumiemy się od razu. Pielgrzym z Ziemi Swietej do Asyzu tuż przed msza w dniu św. Franciszka jest dużym zaskoczeniem. Chce zostawić rzeczy w przedsionku kościoła, ale Antonio delikatnym gestem zaprasza do środka z plecakiem i kosturem.
To święta rzecz - mówi wskazując na odrapany bagaż. Mam zająć miejsce pod ołtarzem. Msza jest bardzo uroczysta, wszyscy odswietnie ubrani. Grają gitary i goracy śpiew młodych z fraskamu z zycia Franciszka na scianach i sklepieniu- tworzą niezwykły nastrój. Kazanie najwidoczniej porusza mój temat. Słyszę swoje imię kilkakrotnie i słowa "pace" i Assisi. Jeszcze nie ochlonalem. Nie mogę nawet spokojnie się rozplakac bo wszyscy na mnie patrzą. Czuję się niezrecznie ale gdy razem odmawiały "Ojcze nasz" zapominam o stresie. Msza jest jak koncert niebianskiej muzyki. Nie wiem dlaczego soityka mnie takie wyróżnienie, ale jestem szczęśliwy i w modlitwie dziękuję Bogu i św. Franciszkowi za te chwile.
Po mszy kolacja w refektarzu. w rozmowie jest z nami Duch Swiety. Mówimy sobie nawzajem rzeczy o przeszłości i przyszłości. Antonio ma 53 lata. Jest pielgrzymem i poeta. Rozwija idee nowej ewangelizacji. Opowiadam mu o swoich przeżyciach, on o swoich. Gdy mówię o psie, który mnie tu przyprowadził, wyjaśnia, że w tym dniu to się moglo zdążyć. Opowiada jak kiedyś szli z grupa pielgrzymkowa do San Angelo i też pojawił się pies. Towarzyszył im cała drogę a podczas mszy siedział grzecznie cały czas przy stole ofiarnym.
To wszystko jest możliwe tylko we franciszkowym świecie - mysle sobie.
Cele dostaje naprzeciw celi,która zajmował kiedyś o.Pio. Spędził w tym klasztorze dwa lata gdy miał 20 lat. W gablocie oglądam zakrwawione bandarze - Antonio przywiózł je tu z San Giovanni Rotondo.
Trudno mi w to wszystko uwierzyć gdy wykapany kładę się spać. Obecność o. Pio jest teraz silna. Gdy w jego celi chce się do niego modlić - od razu odsyła mnie do Maryi, której iswietlona figura stoi w korytarzu
Rano po mszy i śniadaniu Padre Antonio daje mi list do przełożonego kapucynów w Asyzu.
- wysłałem mu już maila w waszej sprawie. W tym liście pisze o wwszej pielgrzymce.
Jestem wdzięczny za wszystko i obiecuje modlitwę.
- Tego psa, który mnie tu przyprowadził nazwałem "piedi".
Antonio patrzy na mnie poważnie i wyciąga swojs wizytówkę. Czytam na niej: antonio Belpiede.
- Belpiede oznacza "piękna stopa". Obaj śmiejemy się z poczucia humoru sw. Franciszka.
Sierracapriola brzmi ładnie. Ciekawe co znaczy to słowo. Z daleka dostrzegam wielka górę, a ba jej szczycie kopułę kościoła i dzwonnice. Miasto musi zajmować druga stronę wzgórza. Wspinam
sie na skroty stromą ścieżka, chcąc uniknąć drogi, która na szczyt wije się przez ponad dwa kilometry i w końcu staje zdyszany przed kościołem. Jest zamknięty, ale widok stąd jest niezwykły. Panorama słonecznej Apulii ciągnie sie dziesiątki kilometrów w stronę Adriatyku, który widać pod horyzontem jako wąską linie ciemniejszego błękitu.
Przechodzącą kobietę pytam czy w kościele będzie dzisiaj jeszcze msza. Odpowiada, ze po drugiej stronie miasta jest drugi kościół i ze tam o 19.00 będzie msza z procesja upamiętniająca śmierć San Francesco.
Dobrze trafiłem, do mszy mam akurat godzinę. Gdy ruszam pojawia się przy mnie pies. Merda ogonem i sie lasi. Najwidoczniej postanawia mi towarzyszyć. Kieruje się w stronę głównego
placu. Miasteczko jest bardzo stare. Widać to po kamiennych chodnikach i wąskich uliczkach oddzielajacych rzędy starych kamienic. Pies jest ciągle ze mną, idzie kilka kroków z przodu. Gdy przystaje na rynku żeby spytać o drogę pies siada obok mnie.
- Convento cappucini? - starsze małżeństwo wyprzedza moje pytanie. A więc są tu franciszkanie!
Dostaje instrukcje jak dojść do kościoła. Pies rusza przede mną. Cały czas idzie ze mną. Dziwne. Może jest głodny i myśli ze coś dostanie? No to kiepsko trafił. Idziemy tak razem pol godziny. Zastanawiam sie co będzie jeśli pies zechcę wejść ze mną do kościoła. Przecież nie mogę go odpedzic. Nie dzisiaj! Nazywam go w myślach Piedi. Czyli "stopa". To jedno z niewielu słów jakie znam po włosku. Pellegrinaggio a piedi to pielgrzymka "stopami" czyli piesza.
Gdy staje przed kościołem Piedi gdzieś znika.
Gromadzą się ludzie na mszę. Jakaś starsza pani po krótkiej wymianie słów oznajmia ze zaraz przyprowadzi padre Antonia.
A więc jestem u kapucynów w święto św. Franciszka. Z ulga zdejmuje plecak i dziękując o. Pio sięgam po wodę.
Padre Antonio ubrany juz do mszy wita mnie po polsku: Jak się masz?
Smiejemy się obaj. Zna Polske był kilka razy w Krakowie. Ma przyjaciół wśród kapucynów w Gdansku. Pokazuje my nasza tablice pokoju i mówię o prymatach cywilizacj miłości które niesiemy we trzech do Asyzu. Rozumiemy się od razu. Pielgrzym z Ziemi Swietej do Asyzu tuż przed msza w dniu św. Franciszka jest dużym zaskoczeniem. Chce zostawić rzeczy w przedsionku kościoła, ale Antonio delikatnym gestem zaprasza do środka z plecakiem i kosturem.
To święta rzecz - mówi wskazując na odrapany bagaż. Mam zająć miejsce pod ołtarzem. Msza jest bardzo uroczysta, wszyscy odswietnie ubrani. Grają gitary i goracy śpiew młodych z fraskamu z zycia Franciszka na scianach i sklepieniu- tworzą niezwykły nastrój. Kazanie najwidoczniej porusza mój temat. Słyszę swoje imię kilkakrotnie i słowa "pace" i Assisi. Jeszcze nie ochlonalem. Nie mogę nawet spokojnie się rozplakac bo wszyscy na mnie patrzą. Czuję się niezrecznie ale gdy razem odmawiały "Ojcze nasz" zapominam o stresie. Msza jest jak koncert niebianskiej muzyki. Nie wiem dlaczego soityka mnie takie wyróżnienie, ale jestem szczęśliwy i w modlitwie dziękuję Bogu i św. Franciszkowi za te chwile.
Po mszy kolacja w refektarzu. w rozmowie jest z nami Duch Swiety. Mówimy sobie nawzajem rzeczy o przeszłości i przyszłości. Antonio ma 53 lata. Jest pielgrzymem i poeta. Rozwija idee nowej ewangelizacji. Opowiadam mu o swoich przeżyciach, on o swoich. Gdy mówię o psie, który mnie tu przyprowadził, wyjaśnia, że w tym dniu to się moglo zdążyć. Opowiada jak kiedyś szli z grupa pielgrzymkowa do San Angelo i też pojawił się pies. Towarzyszył im cała drogę a podczas mszy siedział grzecznie cały czas przy stole ofiarnym.
To wszystko jest możliwe tylko we franciszkowym świecie - mysle sobie.
Cele dostaje naprzeciw celi,która zajmował kiedyś o.Pio. Spędził w tym klasztorze dwa lata gdy miał 20 lat. W gablocie oglądam zakrwawione bandarze - Antonio przywiózł je tu z San Giovanni Rotondo.
Trudno mi w to wszystko uwierzyć gdy wykapany kładę się spać. Obecność o. Pio jest teraz silna. Gdy w jego celi chce się do niego modlić - od razu odsyła mnie do Maryi, której iswietlona figura stoi w korytarzu
Rano po mszy i śniadaniu Padre Antonio daje mi list do przełożonego kapucynów w Asyzu.
- wysłałem mu już maila w waszej sprawie. W tym liście pisze o wwszej pielgrzymce.
Jestem wdzięczny za wszystko i obiecuje modlitwę.
- Tego psa, który mnie tu przyprowadził nazwałem "piedi".
Antonio patrzy na mnie poważnie i wyciąga swojs wizytówkę. Czytam na niej: antonio Belpiede.
- Belpiede oznacza "piękna stopa". Obaj śmiejemy się z poczucia humoru sw. Franciszka.
poniedziałek, 3 października 2011
Rotondo
Sady, pastwiska i zaorane, kamieniste pola, z których zebrano już zboże, otwierały sie przede mną linia łagodnych wzgórz gdy zblizalem sie do San Giovanni Rotondo. Głos był wyraźny:
- Nikomu nie mów skad ani dokąd idziesz.
Przez chwilę czuję lekki strach, bo historia utrudzonego pielgrzyma pomagała dotąd znajdować nocleg. Głos jest jednak wyraźny. Posłuszeństwo. To słowo cały czas mam w głowie gdy pokonawszy strome podejście staje przed wielkim białym gmachem. Na tle zieleni wielkiej góry wygląda jak potężny pomnik. Ale wiem ze w środku tętni życie nowoczesnego i świetnie zorganizowanego szpitala. Napis na głównym budynku to jakby ciągle slyszalny tutaj głos o. Pio, którego podobiznę umieszczono poniżej: Casa Sollievo della Soferenza. Dom ulgi w cierpieniu. Wiedział dobrze czym było cierpienie. Doznał go od tych, którym zawierzyl życie. Ten szpital to pomnik wytrwania w dobrym do końca.
Do kościoła prowadzi mnie muzyka. Zostawiam plecak w kruchcie i słucham głosu który nie jest operowym sopranem tylko przychodzi z samej gory. Pierwszy hotel nazywa się Bianco. To dobra nazwa mysle w duchu, ale jestem zbyt zmęczony żeby w recepcji powiedzieć więcej niż: Potrzebuje noclegu na jedna noc ale nie mam pieniędzy.
Gdy po chwili jestem w pokoju z reklamówka pełna jedzenia patrzę na wiszacy nad łóżkiem
portret O. Pio. Ręcznie malowany obraz, trochę w afrykańskim stylu, usta wydatne, rysy trochę jak z afrykanskich masek. W róg ramy ktoś wetknal mały obrazek Jezusa Milosiernego z modlitwa do Milosierdzia Bozego... Casa Sollievo della Sofferenza.
Głos znowu odzywa sie wyraźnie: modlitwa za dusze cierpiące. Nie dyskutuje z wola tego, który mnie tu gości i wysyłam kilka sms-ów z zaproszeniem do odnowienia całego różańca. Ktoś pyta o godzinę rozpoczęcia modlitwy. Wyglądam przez okno. Tablica informuje: szpital czynny: 0 - 24.
- Dwunasta - odpowiadam wszystkim.
Rano msza w dużym kościele, potem wyruszam bez planu obejrzeć miasto. Całe poświęcone jest świętemu. Ale silnie obecny jest tu Jan Pawel II. Książki, publikacje, wystawy, plakaty. Włosi pamiętają papieża-Polaka i jego związki ze św. O. Pio.
Wrażenie robi monumentalna drogą krzyżowa i wielkie centrum konferencyjne. Ruch tu olbrzymi. Pielgrzymi z całego świata. Trochę trudno skupić sie na modlitwie wsrod głośnego tłumu, który co chwila ktoś ucisza w świętych miejscach. Cela o. Pio. Skromny pokoik z wielkim obrazem Madonny z Dzieciatkiem w okrągłej ramie. Pod łóżkiem znoszone sandały. To tutaj staczal walki
z diabłem.
Kolację dostaje od pani z recepcji która wczoraj mnie przyjęła. Aż mi niezręcznie. Mogę zostać na jeszcze jedna noc. Robię więc pranie i delektuje się cisza pokoiku w przybodowce do głównego budynku hotelu. Wieczorem słyszę śpiew z kościoła. Wychodzę i włączam się w procesje rozancowa z figura Matki Bozej. Włosi są niesamowici. Poddaje sie nastrojowi gorącej modlitwy wśród setek ludzi z lampionami.
Ranek jest pogodny i rzeski. Czuję się wypoczęty i szczęśliwy. Żegnając sie z moja niezwykła gospodynią dostaje na drogę reklamówkę pełna prowiantu i dziekujac za wszystko odruchowo
całuje ja w rękę. Oboje jesteśmy wzruszeni. Ciężko żegnać sie z San Giovanni Rotondo. Ale czas w drogę.
Chce jeszcze na chwilę wstąpić do starego kościółka gdzie o.Pio przez kilkadziesiąt lat
odprawiał mszę. Skromny marmurowy ołtarz z przylegajacym stołem ofiarnym - wtedy ofiarę sprawowano twarzą do ołtarza. Gdy siadam w ławce kościół zapełnią się ciemnoskorymi pulelgrzymami. Bractwo Swietej Filomeny z Gujany - czytam na koszulkach. A wiec potomkowie tego udreczonego ludu, ktoremu zabrano domy i jezyk przodkow, ktory wygnano za ocean do morderczej pracy... Oni teraz wracaja do miejsca naznaczonego tym ponadludzkim posluszenstwem i przebaczeniem... Zaczyna się msza. Wtedy dzieje się ze mną coś dziwnego. Łzy potokiem leją się do środka wodospadem szczęścia. Sciskam pieknych jasnych ludzi w gescie przekazania znaku pokoju. W ciemnej twarzy księdza
poznaje tego, który mnie tu przyprowadził. Nie jestem już w kościele... Unosimy sie razem w stronę światła... Jezu, Najwyzszy i wieczny kaplanie, Ty zechciales posłać Twojego Sluge, Ojca Pio z Petrelciny, by przyzywal ludzi do modlitwy i pokuty. Prowadź nas do Siebie. Pokazuj drogę, a Twoje Krolestwo niech sie rozszerza na całej ziemi dla zbawienia ludzkości przez Ciebieodkupionej!
Wychodzę na ciepłe słońce. Mam 1 euro i reklamówkę jedzenia. Czuję się szczęśliwy. Przede mn 35 km do San Severo. A potem... Lanciano i Manopello....
W kasztanowej alejce zbieram kasztany...na pamiątkę. Starsza pani mówi do mnie z widoczna troska: - no mangiare! No mangiare! (to nie do jedzenia).
Wtedy wybucham śmiechem. Faktycznie muszę wyglądać jak nedzarz. Ale czuję ze posiadam całe bogactwo świata!!!
- Nikomu nie mów skad ani dokąd idziesz.
Przez chwilę czuję lekki strach, bo historia utrudzonego pielgrzyma pomagała dotąd znajdować nocleg. Głos jest jednak wyraźny. Posłuszeństwo. To słowo cały czas mam w głowie gdy pokonawszy strome podejście staje przed wielkim białym gmachem. Na tle zieleni wielkiej góry wygląda jak potężny pomnik. Ale wiem ze w środku tętni życie nowoczesnego i świetnie zorganizowanego szpitala. Napis na głównym budynku to jakby ciągle slyszalny tutaj głos o. Pio, którego podobiznę umieszczono poniżej: Casa Sollievo della Soferenza. Dom ulgi w cierpieniu. Wiedział dobrze czym było cierpienie. Doznał go od tych, którym zawierzyl życie. Ten szpital to pomnik wytrwania w dobrym do końca.
Do kościoła prowadzi mnie muzyka. Zostawiam plecak w kruchcie i słucham głosu który nie jest operowym sopranem tylko przychodzi z samej gory. Pierwszy hotel nazywa się Bianco. To dobra nazwa mysle w duchu, ale jestem zbyt zmęczony żeby w recepcji powiedzieć więcej niż: Potrzebuje noclegu na jedna noc ale nie mam pieniędzy.
Gdy po chwili jestem w pokoju z reklamówka pełna jedzenia patrzę na wiszacy nad łóżkiem
portret O. Pio. Ręcznie malowany obraz, trochę w afrykańskim stylu, usta wydatne, rysy trochę jak z afrykanskich masek. W róg ramy ktoś wetknal mały obrazek Jezusa Milosiernego z modlitwa do Milosierdzia Bozego... Casa Sollievo della Sofferenza.
Głos znowu odzywa sie wyraźnie: modlitwa za dusze cierpiące. Nie dyskutuje z wola tego, który mnie tu gości i wysyłam kilka sms-ów z zaproszeniem do odnowienia całego różańca. Ktoś pyta o godzinę rozpoczęcia modlitwy. Wyglądam przez okno. Tablica informuje: szpital czynny: 0 - 24.
- Dwunasta - odpowiadam wszystkim.
Rano msza w dużym kościele, potem wyruszam bez planu obejrzeć miasto. Całe poświęcone jest świętemu. Ale silnie obecny jest tu Jan Pawel II. Książki, publikacje, wystawy, plakaty. Włosi pamiętają papieża-Polaka i jego związki ze św. O. Pio.
Wrażenie robi monumentalna drogą krzyżowa i wielkie centrum konferencyjne. Ruch tu olbrzymi. Pielgrzymi z całego świata. Trochę trudno skupić sie na modlitwie wsrod głośnego tłumu, który co chwila ktoś ucisza w świętych miejscach. Cela o. Pio. Skromny pokoik z wielkim obrazem Madonny z Dzieciatkiem w okrągłej ramie. Pod łóżkiem znoszone sandały. To tutaj staczal walki
z diabłem.
Kolację dostaje od pani z recepcji która wczoraj mnie przyjęła. Aż mi niezręcznie. Mogę zostać na jeszcze jedna noc. Robię więc pranie i delektuje się cisza pokoiku w przybodowce do głównego budynku hotelu. Wieczorem słyszę śpiew z kościoła. Wychodzę i włączam się w procesje rozancowa z figura Matki Bozej. Włosi są niesamowici. Poddaje sie nastrojowi gorącej modlitwy wśród setek ludzi z lampionami.
Ranek jest pogodny i rzeski. Czuję się wypoczęty i szczęśliwy. Żegnając sie z moja niezwykła gospodynią dostaje na drogę reklamówkę pełna prowiantu i dziekujac za wszystko odruchowo
całuje ja w rękę. Oboje jesteśmy wzruszeni. Ciężko żegnać sie z San Giovanni Rotondo. Ale czas w drogę.
Chce jeszcze na chwilę wstąpić do starego kościółka gdzie o.Pio przez kilkadziesiąt lat
odprawiał mszę. Skromny marmurowy ołtarz z przylegajacym stołem ofiarnym - wtedy ofiarę sprawowano twarzą do ołtarza. Gdy siadam w ławce kościół zapełnią się ciemnoskorymi pulelgrzymami. Bractwo Swietej Filomeny z Gujany - czytam na koszulkach. A wiec potomkowie tego udreczonego ludu, ktoremu zabrano domy i jezyk przodkow, ktory wygnano za ocean do morderczej pracy... Oni teraz wracaja do miejsca naznaczonego tym ponadludzkim posluszenstwem i przebaczeniem... Zaczyna się msza. Wtedy dzieje się ze mną coś dziwnego. Łzy potokiem leją się do środka wodospadem szczęścia. Sciskam pieknych jasnych ludzi w gescie przekazania znaku pokoju. W ciemnej twarzy księdza
poznaje tego, który mnie tu przyprowadził. Nie jestem już w kościele... Unosimy sie razem w stronę światła... Jezu, Najwyzszy i wieczny kaplanie, Ty zechciales posłać Twojego Sluge, Ojca Pio z Petrelciny, by przyzywal ludzi do modlitwy i pokuty. Prowadź nas do Siebie. Pokazuj drogę, a Twoje Krolestwo niech sie rozszerza na całej ziemi dla zbawienia ludzkości przez Ciebieodkupionej!
Wychodzę na ciepłe słońce. Mam 1 euro i reklamówkę jedzenia. Czuję się szczęśliwy. Przede mn 35 km do San Severo. A potem... Lanciano i Manopello....
W kasztanowej alejce zbieram kasztany...na pamiątkę. Starsza pani mówi do mnie z widoczna troska: - no mangiare! No mangiare! (to nie do jedzenia).
Wtedy wybucham śmiechem. Faktycznie muszę wyglądać jak nedzarz. Ale czuję ze posiadam całe bogactwo świata!!!
sobota, 1 października 2011
Spirito
Od czterech dni idę przez Italie, od sw. Mikołaja w Bari, wzdłuż Adriatyku na północ. Śpię w sanktuariach - najpierw Marletta, potem Barletta i dziś: Mt. San Angeli - największe sanktuarium św. Archaniola Michala. Na górę serpentynami wchodzilem cztery godziny (15 km). spotkała mnie łaska nawiedzenia sanktuarium Archaniola Michala w dniu 29 września. Wszedłem przez swietlne bramy wielkiego festynu, witany fajerwerkami, prosto na główna mszę w grocie, gdzie czterokrotnie objawil sie archaniol.
Mam pomoc ludzi, którzy ofiaruja jedzenie i pieniądze, często nie potrafię ukryć wzruszenia. Cały czas towarzyszy mi św. O. Pio. Dziś po mszy w grocie wyruszam do San Giovanni Rotondo.
Modlcie sie za mnie psalmem 67. Niech Bog zmiluje sie nad nami. Niech przebaczy nam grzechy. Niech nas prowadzi. A Archaniol Michal, wódz jasnych wojsk, niech strzeże nas i pomaga w walce z szatanem.
Wychodząc z Casa Pellegrini, gdzie cieszyłem sie bezpłatnym noclegiem w wygodnym pokoju, usłyszałem rozmowę po polsku. Starszy pan należący do wycieczki z Krosna pytał polska zakonnice:
- Siostro, jak to jest z ta wojna aniołów? Jak ona sie odbywała? One walczyły naprawdę?
- Tak. I walczą nadal. W każdym naszym zawachaniu przed wyborem dobra, w każdej pokonanej niechęci do modlitwy i do pomocy bliźniemu, cały czas toczy sie ta walka. Anioł światła zwycięża gdy robimy krok w stronę prawdy o naszej grzeszności.
Bliżej niż można sobie wyobrazić.
Mam pomoc ludzi, którzy ofiaruja jedzenie i pieniądze, często nie potrafię ukryć wzruszenia. Cały czas towarzyszy mi św. O. Pio. Dziś po mszy w grocie wyruszam do San Giovanni Rotondo.
Modlcie sie za mnie psalmem 67. Niech Bog zmiluje sie nad nami. Niech przebaczy nam grzechy. Niech nas prowadzi. A Archaniol Michal, wódz jasnych wojsk, niech strzeże nas i pomaga w walce z szatanem.
Wychodząc z Casa Pellegrini, gdzie cieszyłem sie bezpłatnym noclegiem w wygodnym pokoju, usłyszałem rozmowę po polsku. Starszy pan należący do wycieczki z Krosna pytał polska zakonnice:
- Siostro, jak to jest z ta wojna aniołów? Jak ona sie odbywała? One walczyły naprawdę?
- Tak. I walczą nadal. W każdym naszym zawachaniu przed wyborem dobra, w każdej pokonanej niechęci do modlitwy i do pomocy bliźniemu, cały czas toczy sie ta walka. Anioł światła zwycięża gdy robimy krok w stronę prawdy o naszej grzeszności.
Bliżej niż można sobie wyobrazić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)