niedziela, 26 czerwca 2011

Pociąg

Piszę z pociągu Gdańsk - Poznań. Jadę do Mamy. Jutro urodziny taty i msza w poznańskim kościele św. Jakuba w intencji jego duszy. Mama obchodziła przedwczoraj 70-e urodziny a babcia w sierpniu będzie obchodziła 90-e. Jakie rocznice! Babcia trzymała mnie do chrztu, a imię Roman otrzymałem od dziadka - Franciszka. Odwdzięczę im się chociaż tak - modląc się za nich w drodzę.

Spakowałem się do starego plecaka, który kiedyś przywiozłem z Nepalu. Himalaiści zchodząc z gór mieli zwyczaj zostawiać część sprzętu w Kathmandu - trafiał potem do sklepików, gdzie można było kupić plecaki, kurtki, czekany, oczywiście ostro się targując. Były to czasy gdy zajmowałem się przemytem złota do Indii - czasem samolotami, czasem drogami lądowymi przez Bangladesz, Pakistan albo Nepal. Wtedy nie znałem Boga, choć wędrując po Azji spotykałem wiele bóstw. A teraz moim podstawowym wyposażeniem na drogę jest Pismo Święte, "Dzienniczek" św. Faustyny i kilka drobiazgów. Dziwnie lekki jest ten plecak jak na czteromiesięczną wyprawę.

Projekt

Za trzy dni wylatuję do Tel-Avivu, stamtąd stopem do Jerozolimy, a potem już pieszo: Betlejem, Qumran, Jerycho i dalej na północ przez Terytorium Palestyńskie - Samarię - Góra Błogosławieństw, Nazaret, Jezioro Galilejskie, Karmel, Hajfa. Dalej się zobaczy. Nie wiem co przyniesie jutro, gdzie przyjdzie zatrzymać się na noc. Mam list po arabsku od imama meczetu w Gdańsku. Mówi, że każdy meczet powinien mnie przyjąć na noc jako pielgrzyma pokoju. Ale pewnie tak samo jak w Polsce - różni są duchowni - nie każdy musi zaufać zakurzonemu włóczędze z plecakiem.
Wojtek 13 lipca rozpocznie drogę z Fatimy a Dominik 29 lipca z Moskwy
Wszystko zaczęło się 29 września 2010. Dzień Trzech Archaniołów. Wtedy pojawił się pomysł na potrójną drogę do wspólnego celu. Odtąd Wojtkiem zaopiekował się Archanioł Michał, Dominikiem - Rafał, a mną - Gabriel.

Kiedyś zajmowałem się zarządzaniem projektami. Powierzano mi złożone przedsięwzięcia, uczyłem banki jak skuteczniej osiągać cele. I teraz gdy patrzę na naszą pielgrzymkę jak na projekt, który z fazy planowania przechodzi właśnie w realizację - widzę że metodyki zarządzania projektem było tu niewiele. Brak budżetu (jakoś kasa sama się znajdowała), brak harmonogramu (co najwyżej główne punkty), żadnej sieci zadań z przypisaniem osób, scenariuszy "what-if" czy analizy ryzyka. A jednak wszystko się układa. Zadziwia nas, że bilety, wyposażenie, poligrafia, organizacja spotkań - wszystko znajduje darczyńców. Darmo dostajemy, więc darmo dawać trzeba. Chociaż ryzyko braliśmy pod uwagę. Jeśli któryś z nas trzech sie opóźni w drodze i nie zdąży na 27 października do Asyżu - wędruje dalej, aż dojdzie.

Kupiłem kartę tak-tak w T-mobile, bo ma chyba najtańszy roaming w Izraelu i Turcji. Gdy wklepałem kod doładowujący z karty-zdrapki, miły głos z automatu oznajmił, że karta b dzie działał do dnia 27 października, a potem trzeba ją doładować. Skąd automat wiedział, że pielgrzymka kończy się właśnie tego dnia naszym wejściem do Asyżu? OK. Może to zwykły przypadek.

sobota, 21 maja 2011

oczekiwanie

Nigdy nie przypuszczałem, że spotkam kogoś takiego. Przyjaciela Jana Pawła II, Lecha Wałęsy, prezydentów USA, jedną z największych postaci współczesnego Izraela.
Rozmawialiśmy około godziny. Na temat cywilizacji miłości Jana Pawła II i szans na pokój tam...
Gdy zadałem mu pytanie, czy uznaje prymat miłosierdzia (przebaczenia) nad sprawiedliwością (karą) jako warunek pojednania między luźmi i między narodami - zamyślił się i odparł:
"Mam z tym problem".
Podczas okupacji stracił większą część rodziny, sam ukrywał sie 8 miesięcy w małej wnęce za szafą. Że nie zwariował...
Nie wie czy jest wierzący. Bo Bóg mu ciągle nie odpowiedział na pytanie gdzie był ze swoja miłością w czasach Auschwitz.
Do dziś krzyczy na Boga. I nie potrafi Mu przebaczyć.
Mówi, że cały czas czeka na odpowiedź.

piątek, 6 maja 2011

pielgrzymka

Człowiek jest istotą pielgrzymującą, a jego życie przypomina pielgrzymkę. Początek pielgrzymki to moment narodzin, a końcem drogi jest śmierć jako początek prawdziwego życia. Znaczy to, że człowiek wędruje – a wędruje dzięki jakiejś nadziei, która podtrzymuje go w tej wędrówce. Człowiek przypomina zatem biblijnego Abrahama, który porzucił swój dom i wyruszył w nieznany świat, aby szukać swojej ziemi obiecanej. Do wyruszenia w drogę wezwała go nadzieja, która potem kierowała jego krokami w nieznane. Człowiek bez nadziei byłby więźniem miejsca i czasu, dlatego nadzieja przynosi wyzwolenie. Nadzieja, jeśli pójść za nią, wyzwala wyobraźnię, wyzwala umysł i serce, a potem zrywa kajdany, którymi są ludzkie lęki i przywiązania. Pielgrzym to człowiek wyzwolenia, obdarzony wiarą w przyszłość.
Nadzieja nigdy jednak nie jest pewnością, dlatego pielgrzym cały czas odczuwa niepokój. Losem pielgrzyma jest więc niesienie krzyża niepewności ale towarzysząca mu nadzieja sprawia, że krzyż, który niesie, jest krzyżem pełnym sensu. Sens krzyża jest sensem pielgrzymownia. Wiara w ten sens daje pielgrzymowi siłę i pozwala pokonywać trudy i przeciwności pojawiające podczas drogi. A kresem drogi pielgrzyma jest horyzont, miejsce gdzie ziemia spotyka się z niebem.

czwartek, 5 maja 2011

spotkanie

Maturę zdawaliśmy w czasie, gdy obradował „okrągły stół”. Miał zakończyć falę strajków, która objęła wtedy całą Polskę. Pamiętam temat pisemnej pracy z języka Polskiego: „Przerażony do czego zdolny jest człowiek, zachwycony, jak piękna jest ziemia i świat. Słowa Karola Wierzyńskiego uczyń mottem swojego protestu przeciwko cywilizacyjnym zagrożeniom”. Oczywiście w Polsce roku 1989 jedynym cywilizacyjnym zagrożeniem o którym mogłem pisać był reżim partii komunistycznej. Była w tym przekora i bunt młodego człowieka wobec znienawidzonego systemu, ale też jakaś romantyczna wiara, że otwierają się dla wszystkich nowe, lepsze czasy. Nie miałem żadnych określonych zainteresowań, dlatego wybrałem kierunek studiów, który wydawał się wtedy najbardziej ambitny. Gdy pokazałem tacie indeks Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Poznaniu, pamiętam, że się popłakał.
W tajemnicy przed rodzicami od razu zapisałem się do Niezależnego Zrzeszenia Studentów, które na AM działało bardzo prężnie. W Polsce stary porządek jeszcze trzymał się mocno, dlatego nasz udział w manifestacjach niepodległościowych prawie zawsze kończył się jakąś bijatyką z ZOMO. Ujawniłem kolegom, że pochodzę z wojskowej rodziny. Pamiętam, że przyjęli to ze zrozumieniem. Może nawet stałem się przez to dla nich kimś niezwykłym, jakimś znakiem, że stary porządek nieuchronnie się kończy.
Na wiosnę 1990 roku koledzy z NZS zorganizowali wyjazd na spotkanie z papieżem do czeskiej Pragi. Cieszyliśmy się, bo każdy miał już swój paszport. Pamiętam, jak wszyscy przeżywali ten wyjazd nazywając go „pielgrzymką”. Mnie słowo „pielgrzymka” kojarzyło się z rozkrzyczanym tłumem, ktory przechodząc pod oknami budził mnie co roku w sierpniowy poranek. Rozumiałem, że wiara w Boga jest w moim kraju elementem patriotycznej postawy, pojawiałem się nawet z kolegami w katedrze i śpiewałem „Ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie”, ale „Pan” był dla mnie najwyżej jakąś obcą i odległą siłą, która nawet jeśli ma we władaniu cały świat, to rządzi nim w sposób całkowicie dla człowieka niezrozumiały.
Jednak zdecydowałem się pojechać do Pragi. Po przybyciu na miejsce po wielogodzinnej jeździe pociągiem znaleźliśmy nocleg w jakiejś szkole. Koledzy byli poruszeni wielką ilością kościołów i tym, że były puste. Wrażenie robiło na nas bogactwo zabytków, jakiś spokój w twarzach Czechów i oczywiście zaopatrzenie sklepów – nieporównywalne z szarością półek w Polsce.
Padał deszcz gdy rano przekraczając most na Wełtawie w wielkim tłumie szliśmy na Wzgórze Letna żeby zająć miejsca w naszym sektorze. Przyglądałem się tłumom pod parasolami, które w skupieniu oczekiwały na przyjazd papieża.
Później dotarło do mnie, że Reublika Czeska dopiero kilka dni wcześniej nawiązała stosunki dyplomatyczne z Watykanem, że była najbardziej zlaicyzowanym krajem w Europie, o bardzo nielicznym odsetku osób deklarujących wiarę w Boga i bardzo skromnej grupie katolików. Sam będąc niewierzący stałem w deszczu pośród wielkich tłumów, nie do końca rozumiejąc dlaczego tu jestem, odczuwając rodzaj zaciekawienia połączonego z oczekiwaniem na coś. Gdy pojawił się oszklony, biały papamobile, udzielił mi się nastrój tłumu. Z odległości stu kroków nie widziałem wyraźnie, ale wydawało mi się, że dostrzegam jego uśmiech. Machając biało-czerwoną flagą pozdrawiałem człowieka w bieli zupełnie go nie znając, a on nie widząc mnie, wykonał w moim kierunku gest ręką. To był jedyny raz, gdy widziałem Jana Pawła II. Nigdy później już go nie spotkałem, chociaż w jakiś sposób musiał mi towarzyszyć. Dwadzieścia lat później wybrałem się w samotną pieszą pielgrzymkę z Częstochowy do jego grobu w Watykanie. Dzisiaj czuję, że Karol Wojtyła, mój papież-Polak, cały czas był przy mnie bardzo blisko. Z naszego spotkania w Pradze zapamiętałem jego uśmiech. A może ten uśmiech kojarzę z billboardów, plakatów i okładek książek? A może z zupełnie innego miejsca?