poniedziałek, 1 listopada 2010

ubóstwo

Czuję, że wyjałowione jest moje serce, tak jak wyjałowione jest serce świata w 2010 roku, kolejnym roku ekonomicznego kryzysu, który zatrząsł posadami „oświeconej współczesności”, dumnej dotąd ze swoich osiągnięć, napuszonej w dobrobycie i głęboko nieszczęśliwej w niezrozumieniu podstawowych prawd życia człowieka. Jeszcze nigdy dotąd pęknięcia na polerowanym przez zadowolonych z siebie specjalistów monolicie technicznej cywilizacji i liberalnego postępu nie były tak głębokie. Po raz pierwszy bodaj w historii ludzkości gospodarki całych krajów i systemy ekonomiczne splecione gęsto w globalnym kłębku wzajemnych powiązań stoją w obliczu zagrożeń, których skutków nie sposób już przewidzieć. Otyły, znerwicowany, otumaniony lekami i sprzecznymi teoriami ekspertów, skupiony na sobie, niewrażliwy na cierpienia i niesprawiedliwości świat dryfuje w nieznanym kierunku niczym okręt, który stracił sternika i nikt nie ma już odwagi krzyknąć, że miejsce przy sterze jest puste. Być może znakiem zbliżającego się kresu tej ślepej drogi jest spór o metodę in vitro. Oto niedostępna jeszcze kilkanaście lat temu metoda sztucznego poczęcia i hodowli ludzkich istot jest głoszona jako wielka nadzieja na spełnienie marzeń par tęskniących za dzieckiem. Może in vitro to jeden z ostatnich bastionów walki o godność człowieka, walki o kwestionowaną dziś coraz silniej prawdę, że techniczny postęp nie może zmienić kanonu prawa naturalnego, w którym "posiadać" nigdy nie będzie znaczyło więcej niż "być". Dziecko nie może być przedmiotem technicznych starań i zabiegów o to, żeby "jak najmniejsza liczba zarodków ucierpiała w wyniku zamrażania i rozmrażania. Głoszona przez "obrońców postępu i wolności" liberalna cywilizacja techniczna każe dziś litować się nad losem par, które w naturany sposób nie mogą począć dziecka, zapominając o tym, że dziecko nie jest jednym z przedmiotów, których nie można odmówić człowiekowi dla satysfakcji udanego życia. Dar życia traktowany jest jako kolejny przywilej człowieka, który wydzierając naturze kolejne tajemnice pragnie stanąć ponad życiem i śmiercią, ustanawiać własne prawa dla zaspokojenia własnych pragnień. Czy tak modne dziś słowo "kompromis", oznaczające porozumienie ponad podziałami, może mieć zastosowanie w sprawie, która dla istnienia człowieka, dla jego godności jest fundamentalna? A co jeśli Polska okaże się jedynym krajem na świecie, który całkowicie zakaże in vitro, narażając się wszystkim światowcom, medialnym rozbawiaczom i pudrowanym do kamery "apostołom nowoczesności"? Nasz kraj pokazał już kilka razy w historii, że potrafi wybrać własną drogę, nie kierujc się "poprawnością" i obowiązującymi trendami.

Jakaś cudowna właściwość stworzonego bytu pozwala mojemu sercu żywić nadzieję, że tak ono, jak i cały świat mogą się jeszcze odnowić i odrodzić i na zrębach poruszonego sumienia planety, jej najgłębszych tęsknot i porywów zbudować nowy świat, świat uczciwego, skromnego wysiłku i pracy nad sobą samym, świat odrzucenia sztucznych potrzeb i zwrócenia się ku bratu w niedoli, świat w którym miłość zapanuje nad instrumentalnie wykorzystywaną sprawiedliwością i pozwoli ludzkiej rodzinie żyć razem, godnie, w poszanowaniu wzajemnych odmienności, w tym zadziwiającym zielono-błękitnym zakątku kosmosu.
Święty Franciszek nie czytał gazet i nie korzystał z internetu. Nie ogarniał politycznej sytuacji współczesnch mu Włoch ani Europy, nie do końca był świadom zagrożeń, jakimi dla Kościoła jego czasów były zepsucie kleru i herezje nowych ruchów religijnych, które mnożyły się w odruchu ucieczki od złego przykładu zagubionych sług Chrystusa. Wezwanie do naprawy kościoła, które usłyszał w swoim sercu klęcząc przed ikoną krzyża w zrujnowanym kościółku św. Damiana, odniósł skromnie do własnej osoby. I ta samotna dusza, dotknięta łaską oczyszczenia, na swoich skrzydłach podniosła świat ze zgliszczy zwątpienia i beznadziei ku nowemu życiu. Wędrował boso i głosił Chrystusa pokornym sercem i przykładem ewangelicznego życia, w największej prostocie i ubóstwie. Nie walczył ostrzem wiedzy teologicznej, wiedza była mu obca, niósł za to światu wielkie i gorące serce rozkochane w stworzeniach, w barwach, w zapachach, śpiewając swoją „pieśń słoneczną” na chwałę Stwórcy owego cudownego świata, którego czuł się najlichszą cząstką. Plastyczna, dziecięca, pełna południowego temeramentu osobowość nie znała rozdźwięku między uczuciem, słowem i czynem. Całkowicie wolny swoją biedą i bezdomnością, jak żebracy i trędowaci, wypchnięci z koła życia codziennego, łączył się z każdym cierpieniem, z każdą napotkaną ludzką biedą widząc w niej biedę i cierpienie Chrystusa z Nazaretu.
Jak bardzo był potrzebny średniowiecznej Europie pokazała historia jego życia i osiem wieków, które minęły od jego czasów.
A jak odbierany jest dzisiaj? Co takiego jego życie mówi nam, ludziom wieku globalizacji i internetu, oswojonym z myślą, że panaceum na wszelkie bolączki świata jest stabilny wzrost PKB? Wzrost produktu krajowego brutto oznacza, że gospodarka się rozwija, że rośnie produkcja pobudzana rosnącym popytem, dzięki któremu maleje bezrobocie, czyli ludzie są zadowoleni o ile stale wzrasta konsumpcja dóbr. Gdybyśmy z jakiegoś powodu zamiast kupować co trzy lata nowy komputer, co pięć lat telewizor, a co siedem lat nowy samochód, zaczęli naprawiać używane urządzenia i przedłużać żywotność tym już posiadanym, rabowana z jej bogactw naturalnych planeta odetchnęłaby z ulgą, ale człowiecza cywilizacja konsumpcyjnego wyścigu szybko znalazłaby swój kres. Bez wzrostu konsumpcji, bez nakręcanego przez media i przemysł reklamowy ciągłego kupowania nowych rzeczy, świat oparty na wzroście PKB załamałby się albo... właśnie, czym byłoby to „albo”? Czy w ogóle istnieje akieś „albo”, jakaś alternatywa dla odwiecznej pogoni człowieka za coraz wygodniejszym życiem, coraz doskonalszymi narzędziami, które zamiast obiecanej wolności i upragnionej oszczędności czasu dają człowiekowi poczucie pustki, osamotnienie i zmuszają do ucieczkio do przodu, do nowych, coraz bardziej skomplikowanych rozwiązań? Czytałem ostatnio, że Amisze, którzy nie korzystają z większości osiągnięć technicznej cywilizacji i starają się żyć na uboczu konsumpcyjnego szaleństwa naszych czasów, gdy szyją nową kołdrę, od razu przyszywają do niej łatę. Chodzi o to, żeby nie wprowadzać się a stan radości z posiadania nowej rzeczy i nie zapominać, że doskonałe może być tylko to, co jest z Ducha. Jak traktujemy Amiszów? Co najwyżej z pobłażliwością, jako łagodnych dziwaków. Czy zatem istnieje jakaś poważna alternatywa dla szaleństwa rozpasanej konsumpcji? Czy coś innego poza groźbą globalnej katastrofy może przynieść człowiekowi opamiętanie? Czy istnieje jakieś „albo” dla rzeczywistości rosnących jak nowotwory miast, dla szokujących ilości produkowanych odpadów, dla rosnącego w postępie geometrycznym zanieczyszczenia środowiska?
Czy Franciszek swoją postawą nie dotknął tego „albo”? Czy odradzając się do nowego życia, porzuciwszy dostatek i karierę, wybierając biedę i gdy rozebrawszy się do naga ruszył szczęśliwy przed siebie, nie pragnąc niczego nabywać ani budować ani dostarczać nikomu, a jednak będąc najbliżej potrzebującego człowieka i ofiarowując mu rzecz najcenniejszą i zawsze najbardziej poszukiwaną – współczucie, zrozumienie w potrzebie i serce gotowe podzielić się ostatnim kawałkiem chleba – czy nie rozpoczął budowania owej „cywilizacji miłości”, która nie potrzebuje cegieł ani zaprawy, tak samo jak owa wspaniała świątynia, na zbudowanie której pewnemu cieśli z Nazaretu wystarczyły trzy dni? Jego wielkim marzeniem było żyć bez wygód, bez zabezpieczeń, zdanym wyłącznie na Bożą Opatrzność, bez wznoszenia struktur, bez innych reguł poza tą jedną głoszoną w ewangeliach? Jak ów Boży szaleniec, który z radością odbierał obelgi, obrzucanie błotem i szyderstwa na ulicach Asyżu, zareagowałby na widok wspaniałego kamiennego mauzoleum wzniesionego nad jego grobem przez tych, których zobowiązał do przestrzegania świętego ubóstwa?
Czuję, że wyjałowione jest moje serce, tak jak wyjałowione jest serce świata, który tysiącem głosów współczesnych kapłanów konsumpcji i cielesnych uciech sączy usprawiedliwienie, że błędem i niepotrzebnym udręczaniem się jest rezygnacja z wygód i rozrywek, jakie oferuje współczesny świat, że taka jest już natura człowieka, że tego nic nie zmieni, a już na pewno nie radykalne naśladowanie czyjegoś ubóstwa.
Lecz jakaś cudowna właściwość stworzonego bytu pozwala mojemu sercu żywić nadzieję...

wtorek, 26 października 2010

Wadowice

Szósty dzień nowenny do św. Antoniego i szósty dzień postu o samej wodzie. Hostia miała dzisiaj wyraźnie słodki smak. Intencja postu usprawiedliwia to wyrzeczenie, które niektórym wydaje się dziwaczne. Droga jest moją pustynią. Wracam myślami do wspomnień z moich samotnych pielgrzymich szlaków. To szukanie Boga za wciąż przesuwającym się horyzontem jest czasem szczególnego zdania się na Bożą Opatrzność. Wszystkie dotychczasowe pielgrzymki były dla mnie rekolekcjami. Chodziło o moje spotkanie z Bogiem. Teraz nie chodzi już tylko o mnie. Intencja, którą wyjawił nam Duch Święty sięga dalej. Będzie ją niosło trzech pielgrzymów, każdy z innego miejsca, przez około cztery miesiące. I jeśli pozwoli Dobry Bóg, spotkamy się w Asyżu 27 października 2010 roku.

Do Wadowic pojechałem pomagać lokalnej fundacji w projekcie organizacji sportowej imprezy dla szkół podstawowych i gimnazjów. Lubię wracać do Wadowic, więc gdy nadarza się okazja łączenia wyjazdu z moją pracą, jadę tam tym chętniej. Pracowaliśmy w piątek i sobotę nad strukturą projektu i harmonogramem, w niedzielę miałem przed wyjazdem trochę wolnego czasu. Postanowiłem udać się do bazyliki na wadowickim rynku. Na placu uwagę zwracają rusztowania i robotnicy krzątający się przy budynku sąsiadującym z kościołem. Od miesiąca trwa remont i przebudowa domu Karola Wojtyły. Za cenę 20 milionów złotych cała kamienica stanie się w ciągu dwóch lat nowoczesnym muzeum, które ma być wyposażone w multimedialne atrakcje na wzór tych z Muzeum Powstania Warszawskiego. Gdzieś w środku pojawia się troska o to, żeby skromne mieszkanie Karola pozostało takie, jakim było kiedyś, bez plazmowych ekranów i wspaniałych gablot mówiących w dziesięciu językach. Ale świat domaga się dzisiaj, aby głos świętych brzmiał językiem współczesności. Oby ten język umiał wyrazić to, co sercem i swoim przykładem chciał nam przekazać nasz wielki rodak.

W bazylice nie ma zbyt wiele osób. Kierując się do Kaplicy Matki Bożej Nieustającej Pomocy kątem oka dostrzegam w lewej nawie postać klęczącą przy papieskiej chrzcielnicy. Mimowolnie zbliżam się i siadam w ławce z różańcem w ręku. Ubrany na czarno skośnooki turysta z aparatem fotograficznym na szyi klęczy z ręką położoną na kamiennej chrzcielnicy. Na twarzy z przymkniętymi oczami maluje się spokój głebokiego skupienia, bez śladu napięcia, jakby wsłuchiwał się w głos płynący z kamienia. Postać pozostaje tak dłuższą chwilę bez ruchu. Odmawiając różaniec spoglądam na modlącego się turystę, urzeczony wiarą tego człowieka.

Po wyjściu z kościoła zastanawiam się, czy powinienem pójść do księdza proboszcza. Chciałbym przedstawić mu intencję naszej pielgrzymki i posłuchać co ma na ten temat do powiedzenia. Może usłyszę jakąś wskazówkę, albo uwagę, którą włączymy do planu naszej drogi. Z drugiej strony obawiam się, że jest jeszcze za wcześnie, że to dopiero pomysł z naszkicowaną koncepcją i moja wizyta może wypaść dziwacznie, jak rodzaj chwalenia się albo szukania jakiegoś wsparcia. Podchodzę jednak do drzwi plebanii i naciskam dzwonek. Głos gosposi pyta czy sprawa jest pilna i kogo ma przedstawić. Bąkam, że jestem pielgrzymem, który chce porozmawiać z księdzem. Na pytanie w jakiej sprawie przychodzę nie mam już odpowiedzi. Gosposia się rozłącza i stoję na schodach niepewny czy ktokolwiek mi otworzy. Po minucie drzwi się otwierają, poznaję księdza proboszcza. Jego spojrzenie jasno określa, że nie mam wiele czasu.
- Słucham pana.
- Chciałbym o czymś księdzu powiedzieć. Nie zajmę dużo czasu. Mogę wejść?
Niepewnie cofa się w drzwiach robiąc mi miejsce na przejście.
- A więc jaka to sprawa?
- Jestem pielgrzymem... a właściwie jest nas trzech i podjęliśmy się zorganizowania w przyszłym roku pielgrzymki. Chcemy z trzech miejsc dojść do Asyżu. Chodzi o upamiętnienie przypadającej w przyszłym roku trzydziestej rocznicy Światowego Dnia Modlitwy o Pokój. Idąc do Asyżu w samotnych pielgrzymkach z Fatimy, Jerozolimy i Moskwy, chcemy głosić cztery prymaty cywilizacji miłości Jana Pawła II i modlić się o to, żeby odeszły egoizmy i podziały, które dzielą ludzi, narody i kościoły, prowadzą do konfliktów i niszczą godności człowieka.
Podaję księdzu wydrukowany tekst naszego przesłania i mapę, na której trzy pielgrzymie szlaki na tle konturów Europy układają w kształt litery tau, którą podpisywał się św. Franciszek.
Ksiądz zakłada okulary i przygląda się mapie, po czym poruszając ustami wolno czyta przesłanie. Na jego twarzy pojawia się zdziwienie. Podnosząc na mnie wzrok zdejmuje okulary.
- To jest niezwykłe – jego twarz nie zdradza żadnych emocji – ale skąd ja mam wiedzieć kim pan jest i czy to wszystko prawda? Różni ludzie tu przychodzili, różne pomysły przedstawiali. Ja już nie odróżniam uczciwych od nieuczciwych. Każdy za swoim tylko patrzy i drugiego wykorzystuje.
- Przychodzę tu po to, żeby zamówić mszę w intencji naszej drogi. Jeden z nas w drodze z Moskwy będzie przechodził przez Kraków i Wadowice, chielibyśmy, żeby parafianie wiedzieli o naszej pielgrzymce i włączyli się w nią swoimi modlitwami. Teraz tylko przedstawiam księdzu nasz pomysł.
- A ta Moskwa skąd się wzięła? Fatimę i Jerozlimę rozumiem, ale skąd Moskwa?
- Moskwa to wielkie niespełnione marzenie papieża. Jedyna pielgrzymka, której nie zdołał odbyć. Przeszkodziły podziały między Wschodem i Zachodem i brak przychylności Cerkwi Prawosławnej. Bliskie Janowi Pawłowi II wezwanie fatimskie do modlitwy za Rosję też się z tym łączy. Poza tym Fatima i Moskwa to dwa rozciągnięte nad Europą ramiona, a Jerozloima to fundament, na którym spoczywają stopy...
- Dobrze. Więc gdy już będzie więcej wiadomo proszę przyjść do mnie. Coś pomyślimy. To fantastyczne – wydaje się że na twarzy księdza pojawia się przelotny uśmiech – coś pomyślimy.
Gdy drzwi za księdzem się zamykają i zostaję sam na schodach, wydobywa się ze mnie westchnienie ulgi.
Gdy zamyślony przechodzę przez plac, na ławkach przy fontannie siedzi grupa młodzieży. Śmiejąc się ocierają z ust krem z kremówek i rzucają czasem okruchy wszędobylskim gołębiom.


(projekt tekstu przesłania pielgrzymki IDZIE CZŁOWIEK)

Idziemy do Asyżu w pielgrzymce pokoju. Niosąc przesłanie miłości z Fatimy, Moskwy i Jerozolimy, pragniemy aby ustąpiły egoizmy i podziały, które niszczą godność człowieka, prowadzą do konfliktów i coraz bardziej zagrażają całej ludzkości.

25 lat temu przedstawiciele religii i kościołów z całego świata przyjęli zaproszenie Jana Pawła II do wspólnej modlitwy o pokój w miejscu, gdzie osiem wieków temu pewien człowiek pokazał, że droga do naprawienia świata zaczyna się w sercu każdego z nas.
Tamto spotkanie jest dla nas jednym z najważniejszych wydarzeń w historii ludzkości i misją, którą kontynuujemy.
Dziś, po 25 latach, nie tylko pokój jest naszą troską. Wszyscy stoimy wobec nowych problemów, których eskalacja może mieć gorsze skutki dla ludzkości niż zbrojny konflikt. Modlimy się o świat, w którym człowiek jest ważniejszy niż przedmiot, w którym wspólne wartości cenione są wyżej niż osiągnięcia techniki, gdzie „być” znaczy więcej niż „posiadać” i gdzie miłosierdzie góruje nad sprawiedliwością, która bez miłosierdzia staje się łatwo narzędziem do osiągania indywidualnych celów jednych przeciwko drugim.
Wierzymy, że przyjęcie tych czterech prymatów „cywilizacji miłości” wymienionych przez Jana Pawła II odsunie widmo kryzysu, które zawisło nad ludzkością.

Wierzymy, że nie ma pojednania bez przebaczenia i poświęcenia, dlatego pragniemy aby do naszej pielgrzymki dołączyli ci, którzy niezależnie od praktykowanej religii czy wyznawanego światopoglądu, wierząc w nasze wartości i sens naszej drogi, gotowi są wesprzeć modlitwą nasz wspólny cel: jedność całej ludzkiej wspólnoty przez pokój i miłosierdzie.

Pozdrawiamy pokojem i dobrem,

Dominik, Wojtek i Roman

wtorek, 12 października 2010

modlitwa

Pociągają mnie święci. Ich życie, pełne mistycznych doznań i heroicznych czynów, otwiera świat, do którego sam chcę należeć. Przecież liczy się tylko niebo, a tu, na ziemi, sens ma tylko to, co do nieba prowadzi. Ale gdy za przykładem jakiegoś świętego przychodzi mi zmierzyć się z pierwszym poświęceniem na drodze do świętości, okazuje się, że nie jest ono wcale romantyczne i wzniosłe. Ból przeraża swoją realnością i nie pozwala skupić się na modlitwie. Lęk i poczucie osamotnienia paraliżują i nie pozwalają zrobić kroku. Zwyczajny brak nadziei na poprawę losu i nieuchronność kolejnej klęski przychodzą jak mgła, w której nie widać Boga, niczego nie widać.
Mam przyjaciela, który od dziecka choruje na schizofrenię. Wiem, ile znaczy dla niego mój krótki telefon, ale czasem nie mam odwagi dzwonić, bo boję się tego, co usłyszę. O czym mówić z osobą, która nie zna innego świata poza mgłą?
Gdy zadzwoniłem kilka dni temu, poczułem jego wdzięczność.
– Nie jest tak źle – mówił śmiejąc się – Najważniejsze, że biorę zastrzyki w domu, że nie jestem w szpitalu.
Poczułem, że rozmawiam z nauczycielem. Mówi, że słabość nie przeszkadza w działaniu, że pozorna klęska oznacza zwycięstwo. Mgła jest po to, żeby przez nią przedarł się do nas Bóg. Gdyby nie ciemność, nie widziałbym światła, bez burzy nie zachwycę się tęczą, bez bólu nie poczuję radości. Nie zostanę maryjnym księdzem na Jasnej Górze. Nikt nie wyda moich wierszy. Nie znajdę nawet pracy, jestem za słaby. Jestem na rencie i opiekuje się mną mama. Chcę jej pomagać jak potrafię i dokąd potrafię.
Obdarzając wiarą Bóg nie usuwa przeciwności, które są jak szczeble drabiny do nieba. Wytrwałe podciąganie się na każdym z nich może nie dawać poprawy losu, nie uwolni od trosk. Ale przecież wiem, że to jedyna droga, że na jej końcu jest radość doskonała w świecie, do którego tak tęsknię.

Może bez cierpienia nie dostrzegłbym Ciebie?
Może w życiowym powodzeniu zapomniałbym o Tobie?
Skoro tak, przyjmuję mój los i zdaję się na Ciebie!
Boże! Nie wiem o co Cię prosić.
Sam wiesz czego mi teraz potrzeba.
Kochasz mnie, więc daj mi poznać moje potrzeby.
Nie mam już odwagi prosić ani o ulgę, ani o krzyż.
Przez swoje miłosierdzie przyjdź do mnie teraz i pomóż mi!
W Twoim milczeniu i w Twojej mgle
oddaję się teraz Twojej świętej woli.
A więc na tym polega ofiara z siebie?
Całą nadzieję, całą ufność oddaję Tobie.
Nie mam innego pragnienia poza wypełnianiem Twojej woli.
Proszę, naucz mnie jak się modlić.
Módl się razem ze mną.
Módl się sam we mnie!

czwartek, 7 października 2010

Trójca

Łagiewniki to nazwa kojarząca się powszechnie z Krakowem, świętą Faustyną i Bożym Miłosierdziem, ale ja poznałem inne Łagiewniki. Kiedyś uboga osada wśród lasów historycznego województwa łęczyckiego, a dziś administracyjna część Bałut, położona na peryferiach tej najuboższej bodaj dzielnicy Łodzi. Miejsce zaskakujące spokojem okalających je lasów, żywicznym powietrzem i wielką różnorodnością ptaków. Dostrzegając krajobrazowe uroki tego zakątka, władze Łodzi połączyły go z łódzką metropolią asfaltową nitką, nazywając ją ulicą Wycieczkową i wydzielając specjalne połączenie autobusowe z dworca Łódź Fabryczna. Gdy trafiłem tam po raz pierwszy, spacerując po lesie odkryłem dwie drewniane kapliczki wzniesione trzystu lat temu. Jedna była poświęcona świętemu Antoniemu, a druga, mniejsza, świętemu Rochowi. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się ze świętym Rochem. Dziwny to święty, bardzo skromny i niewiele o nim wiadomo, ale w jakiś sposób jego historia zaciekawiła mnie na tyle, że stałem się odtąd częstym gościem w drewnianej kapliczce otoczonej łagiewnickim lasem.

Roch urodził się pod koniec XIII wieku we francuskim Montpellier, jako długo oczkiwane dziecko w zamożnej rodzinie, lecz już jako chłopiec traci oboje rodziców. 100 lat po świetym Franciszku Europa nadal żyje przesłaniem biedaczyny z Asyżu. Być może pod jego wpływem młody Roch sprzedaje cały majątek, rozdaje ubogim i z pielgrzymim kijem w ręku rusza w pieszą drogę do Rzymu. We włoskim Aquapendente zatrzymuje go epidemia dżumy. Bez wahania oddaje się posłudze chorym. Jego wielkie poświęcenie, które Bóg wynagradza łaską uzdrawiania, zjednuje mu opinię świętego, przed którą woli uciec i kontynuuje swoją drogę nawiedzając kościoły, gdzie opiekuje się chorymi i ubogimi. W miejscowości Piazenza znów napotyka epidemię. Pielęgnując chorych sam zaraża się chorobą i żeby nie być ciężarem dla innych oddala się do lasu, w miejsce odosobnione, gdzie modli się do Chrystusa. Legenda mówi, że w leśnej głuszy odnajduje go myśliwski pies należący do pewnego rycerza. Pies kradnie chleb z pańskiego stołu i zanosi do lasu, co zwraca uwagę rycerza, który odkrywa, że chleb przeznaczony jest dla chorego biedaka. Roch wraca do zdrowia w domu rycerza, który dzięki niemu przechodzi nawrócenie. W drodze do Francji Roch zostaje schwytany na granicy i posądzony o szpiegostwo na rzecz Włoch. Poddawany torturom nie chce zdradzić jakiego króla jest wysłannikiem i umiera w więzienym lochu. Dopiero po śmierci wychodzi na jaw prawdziwa tożsamość więźnia. Okoliczni mieszkańcy dostrzegając świętość pielgrzyma ujmują się za nim i uroczyście chowają go w parafialnym kościele, skąd relikwie Rocha trafiają wkrótce do Wenecji, gdzie czczone są do dziś. Kult św. Rocha szerzy się szybko w Europie, docierając do najodleglejszych jej zakątków, w tym do Polski.

Kapliczka zachowała się w dobrym stanie. Niskie wejście przypomina czasy, w których przechodząc przez próg nie sposób było zapomnieć o pokłonie. Z małych okienek w bocznych ścianach wpadają do środka promienie słońca, w których tańczą drobinki kurzu. Na skromnym ołtarzu stoi mały żelazny krucyfiks, a wyżej powieszono współczesny obraz przedstawiający Rocha w pielgrzymim stroju z kosturem w dłoni. Obok pies niesie w pysku okrągły bochenek chleba i wpatruje się w świętego.

Bałuty z ich prostotą i szarymi, niepozornymi kamienicami okazały gościnę naszej pracowni pisania ikon, która działa tutaj od ponad roku. Potok pilnych spraw tego świata omija to miejsce, dając tutejszym mieszkańcom czas na zwyczajne życie, a nam ciszę potrzebną do tworzenia ikon.

Czasem wędrujemy z ikonami w różne miejsca Polski i wystawiamy się przy kościołach albo na odpustach. Czasem piszemy ikony na specjalne zamówienie dla katolickich księgarń albo dla indywidualnych osób, które pragną obdarować kogoś świętym wizerunkiem malowanym temperą na desce albo w domowym zaciszu modlić się do swojego patrona. Każda ikona to dla nas nowe doświadczenie, okazja do doskonalenia warsztatu i nowa historia, która zaczyna się od przycięcia prostokątu czereśniowej deski.
Każda osoba, przed którą otworzył się świat ikon, słyszała o ikonie Świętej Trójcy Andrzeja Rublowa, średniowiecznego ikonografa i teologa ikony. Tradycja prawosławna uczyniła z tej ikony wzór duchowej i warsztatowej doskonałości, tworząc swoisty kanon, łączący piękno Praobrazu i prawdę Bożej mądrości.
Piękno, które zawsze wywodzi się od Boga, jest dziełem Ducha, dlatego osoba tworząca ikonę jedynie użycza swojej dłoni dziełu, które w istocie powstaje z Bożego natchnienia. Nie zdejmuje to z ikonografa obowiązku pokornego doskonalenia się w malarskiej technice, przeciwnie – nakłada tym większą odpowiedzialność. To współdziałanie z Bożą wolą podczas tworzenia ikony jest możliwe dzięki towarzyszącej pracy modlitwie do postaci z ikony. Dojście do warsztatowego poziomu, który pozwala na napisanie kanonicznej kopii „Trójcy Świętej”, tej „ikony ikon”, wymaga długiej praktyki i otwarcia się na Bożą łaskę.
Dlatego gdy otrzymaliśmy zamówienie na wykonanie ikony „Trójcy Świętej”, poczuliśmy radość z tego wyróżniena, ale jednocześnie bojaźń przed wielkim wyzwaniem i głębią Bożej tajemnicy objawionej w Trzech Osobach.
Studiując prace Paula Evdokimowa poświęcone ikonie „Trójcy Świętej” czułem jak przestrzeń Bożego piękna coraz szerzej otwiera się przede mną, wyprawiając mnie w podróż do miejsc, których nigdy nie spodziewałem się odkryć. Ikona obrazuje biblijną scenę odwiedzin trzech wędrowców w domu Abrahama.

Jedyną zasadą łączącą nicość i byt jest zasada trynitarna. Stanowi ona niezachwianą podstawę jednoczącą to, co osobowe, z tym, co wspólnotowe i wszystkiemu nadaje sens ostateczny i wystarczający. Dogmat głosi: Trzy osoby i jedna natura. Ta wizja pełni Boga w trzech Osobach promieniuje prawdą absolutnej różnorodności i absolutnej jedności, zjednoczonych nie po to żeby konkurować czy się wyróżniać, ale po to, żeby doskonale współistnieć i zawierać się w sobie. Evdokimow pisze, że „Każda Osoba Trójcy jest jedynym sposobem posiadania tej samej istoty, otrzymywania jej od Innych, dawania jej Innym, a przez to – ustanawiania Innych”.
Jeden jest samotnością w bogactwie nadmiaru, dwa to poszukiwanie, droga łącząca, trzy zaś – liczba, która przezwycięża podział i odnajduje pełnię.
Jeśli chrześcijaństwo jest „naśladowaniem Bożej natury”, jak pouczają ojcowie Kościoła, to kościół absolutny Trzech Osób Boskich staje się wzorem i obrazem przewodnim ziemskiego Kościoła ludzi, będącego wspólnotą wzajemnej miłości, jednością w różnorodności, połączeniem wszystkich ludzi w jednej naturze Chrystusa Zbawiciela.
Trzej Aniołowie, wysmukli i zwiewni, są doskonale równi, mimo subtelnych różnic w kolorach szat i gestach. Równość aniołów wyrażona jest tak silnie, że nie istnieje żadna reguła określająca tożsamość poszczególnych Osób. Część badaczy ikon uznaje, że środkowy anioł, w ciemnopurpurowej szacie, to Syn. Wskazywałby na to kolor szaty - ciemna czerwień to znak królowania i jednocześnie symbol miłości i męki Chrystusa. Kierując dłoń w stronę kielicha środkowy anioł pochyla się w stronę anioła po lewej stronie, okrytego przezroczystą szatą, co może wskazywać na nieuchwytność Boga (hebrajskie „hawel” oznacza coś nieokreślonego, nieprzewidywalnego, niewyrażalnego). Jednak symbole umieszczone w tle nad każdym z aniołów wskazują na coś innego. Nad lewym aniołem wznosi się budynek, który może symbolizować dom, Kościół, a więc Ciało Chrystusa. Środkowy anioł umieszczony jest pod drzewem Życia, z którego „spadł” Adam, co wskazywałoby na Boga Ojca. Jedynie anioł po prawej stronie, odcinający się na tle skalnego wyniesienia, nie pozostawia wątpliwości. Góra to symbol Ducha, znak góry Tabor, wyniesienia na prorocze szczyty. Delikatność linii anioła z prawej strony ma w sobie coś macierzyńskiego. Jest Pocieszycielem, ale także Duchem Życia. Jest tym, który daje życie i od którego wszystko bieże początek. Od anioła po prawej stronie zaczyna się ruch połączonych na ikonie postaw i gestów. Przez jego pochylenie w i poryw całej istoty, tchnienie Ducha przechodzi od Ojca na Syna i w Jego wyprostowanej postawie, która wyraża gotowość na przyjęcie krzyża, odnajduje wypełnienie zbawczego planu.

Chrystus na ikonach zawsze wyróżniony jest wpisanym w nimb krzyżem, w którego ramionach umieszcza się trzy greckie litery oznaczające „Jahwe” czyli hebrajskie „jestem”. To odróżnia Go od świętych, których nimby wypełnione są tylko złotem Bożej chwały. Na Ikonie trójcy żaden z aniołów nie ma takiego wyróżnienia, identyczne są także ich berła. Nie wiemy zatem kim jest Ojciec a kim Syn. Ten genialny zabieg Rublowa nie pozwalający jednoznacznie wskazać Boga, zabiera komfort „wiedzy” i wyprawia ludzki rozum na trudne poszukiwania Tego, „którego nikt nie widział”. Z jakiegoś powodu ludzki umysł domaga się zawsze jednoznacznej odpowiedzi. Chcemy wiedzieć co jest dobre, a co złe, oddzielić prawdę od kłamstwa, sprawiedliwego od grzesznika. Pragniemy przestrzegać zasad, które otworzą nam drogę do Boga ale szukając Boga w samym wypełnianiu przykazań dochodzimy do faryzeizmu uczynkowości. Trójca to znak pełni w różnorodności, prawdy ponad podziałami, prymatu miłosierdzia nad sprawiedliwością.
Życie człowieka na ziemi polega na dokonywaniu wyborów, a te wymagają dokonywania ocen. Ikona Trójcy Świętej pokazuje, że każda ocena dokonywana przez człowieka jest niedoskonała. Pozostawienie Bogu naszych życiowych decyzji, całkowite zdanie się na Jego wolę – oto droga do świętości, którą otworzył przed nami Chrystus słowami:
“Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!”

Po tygodniu pracy przyglądałem się ukończonej ikonie. Byłem zdumiony efektem, który z pewnością dalece przewyższał moje własne umiejętności. Zgodnie z tradycją twórca ikony powinien jako pierwszy modlić się do ikony umieszczając ją na ołtarzu.
Owinąwszy starannie ikonę w białe płótno zapakowałem ją do plecaka i wybrałem się do Łagiewnik. Nie wiem dlaczego wybrałem to miejsce, ale kroki skierowałem do kapliczki św. Rocha.

Nie potrafię odgadnąć związku Świętej Trójcy, tego szczytu teologicznej mądrości, z prostym i niepozornym świętym w jego lichej kapliczce ukrytej w łagiewnickim lesie.

niedziela, 26 września 2010

Samarytanin

Ta historia wydarzyła się w połowie lipca w Cisnej.

W piątek rano rozpoczęliśmy podejście na Tarnicę. W górze przed nami, na skalistym szczycie odcinał się na tle niebieskiego nieba krzyż, zwieńczenie naszej dwutygodniowej pielgrzymki.
Na ostatnim podejściu różaniec rwał się od przyspieszonych oddechów. Każdy krok, każde podciągnięcie się w górę było cichym krzykiem zmęczenia, które próbowało opierać się modlitwie, ale za każdym razem ustępowało przed kolejnym „Zdrowaś Mario...".
(...)
Pożegnaliśmy się w Dołżycy koło Cisnej. Nasza bieszczadzka droga dobiegła końca. Może to było zmęczenie, ale nie padły żadne wzniosłe słowa. Patrząc w oczy uścisnęliśmy sobie dłonie. Dwutygodniowy zarost, pokryte skorupą zeschłego błota buty, koszulki szare od prania w strumieniach. Obaj wiedzieliśmy, że w naszym życiu stało się coś ważnego i że ta droga będzie trwała nadal. Dawid postanowił zostać jeszcze kilka dni w górach, ja wyruszyłem w drogę powrotną.
(...)
Idąc asfaltową drogą w kierunku Sanoka próbowałem zatrzymać jakiś samochód, ale bezskutecznie. Z nieba lał się żar, unosząc się nad asfaltem drżącą mgiełką.
Zmęczenie było teraz bardziej dotkliwe. W drodze na szczyt Opatrzność karmiła nas i poiła, dając zawsze na czas schronienie i odpoczynek, a teraz, gdy pielgrzymka dobiegła końca, wszystko wydawało się trudniejsze, jakby osiągnięcie celu zabrało siły i pozostawiło mnie samego.
Zdumiało mnie to. Dlaczego wejście na szczyt i pokłonienie się krzyżowi miało oznaczać koniec? Potrzebowałem teraz sił do dalszego marszu, więc postanowiłem, że nie będzie żadnego końca, że moja pielgrzymka trwa cały czas, że krzyż na szczycie góry jest cały czas przede mną. Ta myśl dodała mi otuchy i sił. Zasznurowałem mocniej buty, poprawiłem plecak i wyciągnąłem różaniec.
Idąc w spiekocie nie martwiłem się już myślą, że nie mam pieniędzy na powrót. Opatrzność, której zawierzyliśmy naszą drogę nie przestała mnie przecież prowadzić. Rozum ze swoim zwykłym smutnym zatroskaniem próbował jeszcze swoich sztuczek, ale usłyszawszy zdecydowane: „To Jezus jest moją roztropnością”, rozpłynął się wśród pokrytych łąkami pagórków.
(...)
Gdy doszedłem do Cisnej poczułem głód. Miałem w kieszeni ostatnie 2 zł. W małym sklepiku przy drodze poprosiłem o chleb i napełnienie butelki wodą. Z chlebem pod pachą rozejrzałem się za miejscem, gdzie mógłbym zjeść posiłek. Niedaleko od drogi, otoczony wysokimi drzewami stał kościół. Wyglądał na bardzo ubogi. Nieotynkowane ściany wyglądały jakby budowa przedłużała się z braku środków. Pomyślałem o biedzie jaka panowała w okolicy.
Wszedłem po stopniach z surowego betonu i przez otwarte na oścież drzwi wkroczyłem w chłodną ciszę świątyni. Od razu powitała mnie ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Obraz przystrojony był tylko zmarszczoną draperią z prostego materiału i bukietem polnych kwiatów w wazonie z przezroczystego szkła.
Po obu stronach dziewczyny trzymającej na ręce dziecko unosili się archaniołowie z narzędziami męki. Maria patrzyła na mnie.
- Matko! Byłaś z nami całą drogę i teraz pozwoliłaś mi dojść tutaj, przed twoje oblicze. Wypraszasz u swojego Syna to, co dla mnie najlepsze. Nawet jeśli ma to być cierpienie, przyjmę je z wdzięcznością, bo ufam, że to będzie tylko cierpienie fizyczne. Nie proszę cię o radość. Proszę o siłę wytrwania w służbie Twojemu Synowi. Gdy mgła fałszywych emocji zasłoni mi Boga, proszę bądź przy mnie i pokaż mi drogę do twojego Syna.
Za kościołem odkrywam coś w rodzaju drewnianej sceny-amfiteatru, pewnie miejsce teatralnych przedstawień. Nad sceną wisi transparent: „Przez Maryję do Jezusa”. Uśmiecham się do Maryi uznając, że to dobre miejsce na posiłek, a może też na nocleg. Scena jest metr nad ziemią i nie prowadzą na nią żadne schodki, muszę się wspiąć wrzucając wcześniej na górę plecak.
Na scenie pod scianami ustawione są sprzęty, ich zestwienie przemawia niczym symbolika teatralnych rekwizytów: stary konfesjonał, mównica i zakurzony instrument klawiszowy przypominający organy z wyciąganymi porcelanowymi gałkami, na których widać stare napisy w języku niemieckim.
Amfiteatr jest doskonałym schronieniem. Daje cień i odosobnienie. W głębi sceny na karimacie rozkładam chleb i po krótkiej modlitwie rozkoszuję się jego smakiem. Po posiłku rozciągam się wygodnie opierając głowę na plecaku. Pismo Święte otwiera się na Księdze Mądrości:
„Nie urodzaj plonów żywi człowieka lecz słowo Twoje utrzymuje przy życiu ufających Tobie.
Noc jest spokojna i ciepła. Zza budynku kościoła pojawiają się czasem światła przejeżdżających drogą samochodów, ale koło północy ruch zamiera i z desek otulonej nocą kościelnej sceny patrzę w gwiazdy. Zasypiam uspokojony myślą, że jestem w bezpiecznym miejscu i że moja sytuacja z pewnością znajdzie rozwiązanie. Jutro niedziela i pierwsza poranna msza jest o ósmej. Liczę, że słowo Boże da mi wskazówkę jak wrócić do domu. Pogoda zapowiada się słoneczna, może zabiorę się jakimś samochodem w stronę Krakowa.
Obudzony słońcem poranka odawiam „Pod Twoją obronę” i pakuję rzeczy do plecaka. Czuję głód i zmęczenie po trudach wędrówki. Kościół jest jeszcze zamknięty. Opieram plecak o schody i czytam parafialną gazetkę w gablocie. Od razu uderzają mnie słowa najtrudniejszej nauki Jezusa, po których wielu uczniów Go opuściło, nie potrafiąc przyjąć największej tajemnicy Jego posłania :
„ Ja jestem chlebem życia. (...) Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, Krew moja prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim.”
Po chwili zbliża się starsza pani z pękiem kluczy, rzuca mi badawcze spojrzenie, ale zaraz odpowiada uśmiechem na mój uśmiech.
Klękam przed ikoną Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
- Maryjo! Woli Twojego Syna pragnę podporządkować ten dzień i wszystkie jego trudności.
Chłopiec w objęciach Matki widzi aniołów zwiastujących cierpienie i śmierć na krzyżu. W dziecięcym odruchu szuka schronienia w matczynych ramionach w tym nagłym zrywie gubi sandałek, który zawisł na złotym rzemyku z prawej stopy. W takim samym geście całkowitego powierzenia się opiece Maryi święty Maksymilian upodabniał się przez całe życie do Chrystusa aż do żertwy całopalnej ofiary w głodowym bunkrze.
Kościół zapełnia się ludźmi. Zajmuję miejsce z przodu przed ołtarzem. Liturgia jest prosta i skromna jak surowe mury kościoła czekające na elewację. Głos księdza jest naturalny i pozbawiony tego oratorskiego zadęcia, od którego trudno się uwolnić wielu kaznodziejom. Zagłębiam się w tajemnicy sprawowanej Ofiary. Czuję sympatię do kapłana, w którego słowach i gestach jest prostota i otwartość Nauczyciela z Nazaretu. Pojawia się myśl, żeby zbliżyć się do niego, porozmawiać. Może od niego dostałbym pomoc. 35 złotych potrzebne na autobusowy bilet mógłbym oddać przekazem pocztowym po powrocie do domu.
Z tych myśli wyrywa mnie czytanie Ewangelii. Chrystus opowiada przypowieść o Samarytaninie, który napotkał na drodze rannego człowieka. Inni przechodzą obok, ale on okazuje mu serce i pomoc, opatruje mu rany i płaci za jego pobyt w gospodzie i opiekę.
Ksiądz mówi spokojnym, równym tonem, ale najważniejsze słowa wypowiada z naciskiem, uważnie przyglądając się twarzom wiernych.
- Człowiek, który potrzebuje pomocy to nasz brat, w którym przychodzi do nas Chrystus. Pomoc, którą mu wyświadczamy jest najcenniejsza wtedy, gdy pomagamy nie z tego, na czym nam zbywa, ale gdy musimy poświęcić coś dla nas cennego. Gdy biedny wspomaga większego biedaka, gdy dzielimy się ostatnią kromką chleba, wtedy Chrystus działa w nas, przez nas, dla nas i wraca z nagrodą tysiąckroć powiększoną. Pytają mnie dlaczego nasza parafia wspomaga Kościół na Białorusi, skoro nie mamy środków na dokończenie budowy własnej Świątyni. Odpowiadam, że może Chrystus chętniej przychodzi do surowych ścian niż gdybyśmy pobielili je za pieniądze, którymi nie wsparliśmy naszego brata w potrzebie.
Gdy jego spojrzenie pada na mnie, spuszam zawstydzony wzrok. Już wiem, że pomysł z prośbą o 35 złotych na bilet jest nieaktualny. Jak miałbym teraz prosić o pieniądze. Postanawiam, że gdy wrócę do domu, pomyślę jak mógłbym wesprzeć ten biedny kościół, który dał mi schronienie w nocy i pokrzepił mnie tak bogatym słowem. Eucharystię poświęcam w intencji dokończenia budowy, którą prowadzi ten odważny ksiądz. Jestem głodny i nie mam pieniędzy na jedzenie, ale pokrzepienie, które teraz czuję zastępuje mi najbardziej wykwintny posiłek. Czuję wielką wdzięczność za łaskę bycia tutaj, za dar tych słów. Po mszy klękam jeszcze przed ikoną Nieustającej Pomocy. Wychodzę jako jeden z ostatnich. Gdy przed kościołem zarzucam plecak, słyszę za plecami znajomy głos:
- A dokądto droga prowadzi?
Odwracam się i widzę wycelowany we mnie szeroki uśmiech księdza.
- Do domu. Chciałbym księdzu podziękować za kazanie...
- Dzisiaj niedziela i autobus do Sanoka jeździ rzadko...
- Spróbuje złapać jakąś okazję, i tak nie mam już pieniędzy.
Gryzę się w język. Zalewa mnie fala duszącego wstydu i pozbawiając oddechu oddechu utyka w zaciśniętym gardle. Czuję złość na moją słabość, która oczekując wsparcia zrobiła teraz z księdza zakładnika jego płomiennego kazania. Ksiądz poważnieje. Szukam słów, żeby się jakoś wytłumaczyć, ale szybko kładzie mi ręke na ramieniu.
- Poczekaj tu na mnie.
Znika w budynku plebanii. Mija dziesięć minut i pojawia się niosąc reklamówkę w której widać zawinięte w papier trzy pokażnej wielkości kanapki i jabłko. Przyjmuję prowiant z wdzięcznością, którą pewnie dostrzega w moich oczach.
Ksiądz przeprasza, ale spieszy się odprawić mszę w pobliskiej wsi. Żegnamy się uściskiem dłoni, po czym wsiada do starego osobowego nissana i odjeżdża.
Siadam na murku przy kościele. Niedzielne śniadanie. Myślę o tym, jak dziwnymi drogami chleb trafia do głodnego. Świeży chleb z białym serem smakuje wybornie. Przegryzam jabłkiem i gdy sięgam po drugą kanapkę, dostrzegam w reklamówce kopertę. Powoli wyciągam z niej 50-złotowy banknot. Spoglądam za samochodem, ale zniknął już za zakrętem.