sobota, 21 sierpnia 2010

poeta

Poetę spotkałem na odpuście Wniebowzięcia Matki Bożej w Kalwarii Zebrzydowskiej.
Moją sztalugę z ikonami od jego kocyka oddzielała żebrząca Cyganka z dzieckiem na ręku. Ekspozycja ikon prezentowała się okazale. Duży napis antyczną czcionką informował, że ikony pisane są tradycyjną techniką tempery jajowej na starej desce. Słońce odbite od złotych nimbów przyciągało wzrok przechodniów, którzy przystawali i przyglądali się z zaciekawieniem jak kładłem na twarzy Madonny kolejne warstwy rozjaśnień – nic tak nie przyciąga uwagi jak praktyczny pokaz malarskiego warsztatu. Pierwszy znalazł nabywcę Archanioł Gabriel na złotym tle. Rozszczebiotana starsza pani z Łodzi w dowód wdzięczności obdarowała mnie kawą.
Co jakiś czas spoglądałem na siedzącego na murku poetę. Na kocyku przed sobą rozłożył tomiki poezji, skromnie wydane własną metodą z użyciem ksero. Wciśnięty miedzy Cygankę i oblegany przez dzieci aparat do waty cukrowej był ledwo widoczny dla tłumu przesuwającego się wąską uliczką wzdłuż kolorowych straganów.
Cyganka potrząsała kubkiem, do którego co chwila ktoś wrzucał drobne pieniądze. Poeta siedział zatopiony w lekturze, samotny, niezauważony przez przechodniów. Tylko czasem powiew wiatru smętnie podnosił kartki jego tomików. Zaczytany poeta obudził moją ciekawość i być może zrobiło mi się go żal. Postanowiłem kupić jego tomik i zamienić z nim kilka słów. Wyczułem moment, gdy ruch trochę zelżał i podszedłem. Podniosłem z kocyka żółty zeszyt zatytułowany „Śladami świętych”.
Spojrzał na mnie znad książki i uśmiechnął się łagodnie.

- To mój ostatni tomik. Zapis z moich wędrówek po krakowskich kościołach.

Na trzydziestu pięciu stronach pomieściło się 16 wierszy pisanych w krótkich wersach. Nawet poszczególne słowa wydawały się krótkie, jakby celowo pozbawiono je ornamentów.
Zatrzymałem się na wierszu pt. „Furta”

Jezu!
otwórz fiołkiem rany
I z troską tam, gdzie świątynia
Dziewczęcej urody Pani
Dziecko na ręku trzyma
Śpiew szczygła trąca perłami

Spojrzałem na poetę. Siedział przede mną łagodnie uśmiechnięty i patrzył mi prosto w oczy. Zaimponowała mi odwaga tego człowieka. Mówić prosto o tym, co się czuje. I tak żyć. Poczułem, że bardzo potrzebuję takiej odwagi i takiej szczerości. Chciałem jakoś wesprzeć poetę. Niezgrabnie wyjąłem banknot.

- Widziałem, że ikony sprzedają się dobrze – w jego uśmiechu nie było cienia zazdrości.
- Tak, miałem kilku klientów. Widać je z daleka. Ekspozycja to ważna rzecz.
Mimowolnie obaj spojrzeliśmy na kocyk z tomikami.
- Myśli pan, że gdybym to lepiej pokazał, znaleźliby się chętni?
- Możnaby umieścić to wyżej, dodać jakiś napis, który przyciągnie uwagę. Zrobiłem tak z ikonami i wtedy zaczęły się sprzedawać.
Już chciałem dodać, że przez wiele lat pracowałem ucząc technik sprzedaży, ale zamilkłem zawstydzony.

Wróciłem na swoje stoisko i po chwili sprzedałem Matkę Bożą na ciemnoniebieskim tle. Wiedziałem, że kontrast ciemnego błękitu i złota przyciągnie czyjąś uwagę.
Spojrzałem na poetę. Siedział samotny, zatopiony w lekturze. Obok przelewał się kolorowy tłum pielgrzymów. Cyganka potrząsnęła kubkiem z monetami.

Upadły anioł człowiek pokolenia
Twarz kryje w skrzydłach na wyspie Ikaria
W cieniu epoki w oktawie zaćmienia
Rozdziera szaty prorok stary wariat
(fragment wiersza "Upadły anioł")

czwartek, 12 sierpnia 2010

choroba

Słusznie obawiałem się, że informacja o chorobie Nergala stanie się podobnym zarzewiem nieuczciwej paplaniny i konflktu interesów jak krzyż przed pałacem.
„Milczenie to najlepszy język modlitwy” powiedział pewien zamieszkały na pustyni mistyk, ale kto dziś słucha głosu średniowiecza?
Oczywiście Nergal odciął się bardzo ostro, twierdząc, że „nawróci się po swoim trupie”.
Cóż, oby te słowa nie stały jego self-fulfilling prophecy...

Szatan kusi nieograniczoną władzą. Wyśmiewa słabeuszy, nieudaczników, samotnych, chorych.
Głosząc nietzsche'ańską apoteozę siły i sprawności nawołuje do pełnego wyzwolenia z chorych złudzeń głoszonych przez „dyszący żądzą władzy” kler. Te „złudzenia”, które wyszydza szatan to pokora, czystość, posłuszeństwo, braterska miłość, poświęcenie. Podsuwa krzywe zwierciadło, w którym naiwność ma w ręku różaniec, wiara nosi moherowy beret a miłość i wierność budzą śmiech radosnej młodzieży, która od ciemności średniowiecza woli światło postępu, wolności, spełnienia przez posiadanie i nieskrępowanej radości przez chemiczną antykoncepcję.

W ostatnich czasach zwycięstwem szatana jest pogląd, że zło, czyli on sam... nie istnieje. Nie zależy mu na samym sobie, zależy mu na pozyskaniu dusz, na wpojeniu im przekonania, że walka o dobro nie ma sensu, bo nie ma dobra, tak jak nie ma zła. Dlatego rozpowszechnia atrakcyjny pogląd, nie ma systemów weryfikowalnych, że istnieje tylko ciągłość doświadczania, nauka, która tworzy wynalazki, systemy, które dają człowiekowi oparcie i bezpieczeństwo. Horoskopy, numerologia, wróżbiarstwo, pierścień atlantów, programowanie neurolingwistyczne – mają dać człowiekowi oparcie i moc w świecie, gdzie nie istnieje żaden absolut.

Do naszej chaty nad strumieniem przyszło w nocy sześć młodych, sympatycznych osób, w wieku 20-25 lat. Mieli gitarę, bęben, trochę alkoholu i nieco trawy. Mówili, że chatę znają od jakiegoś czasu. Tłumaczyli się, że zawsze przychodzili tu z plecakami wędrując po górach, ale tym razem przyjechali samochodem, bo na piechotę już im się nie chciało, poza tym za dużo mieli ze sobą rzeczy. Gdy podziękowaliśmy uprzejmie za alkohol, zaczęli pić we własnym towarzystwie, mzykując przy tym i wesoło śpiewając. Chata w lesie była ucieczką od miasta pełnego ograniczeń.

Szatan mówi: Posiądź wszystko, pełną władzę, staniesz się panem i bogaczem, tylko uznaj, że nie ma dobra, nie warto się poświęcać dla drugiego człowieka, twoje życie tu i teraz, jest najważniejsze, nie marnuj go słuchając tych prymitywnych nawoływań do pustych samoudręczeń i ofiar, na których od stuleci zbija swój kapitał kler. Ciesz się i baw. Raduj się tym, że nie jesteś chory ani słaby jak tamci naiwni nieszczęśliwcy.

Bóg mówi: wyrzeknij się wszystkiego co posiadasz, wszelkich zabezpieczeń. Zostań ostatnim wśród biedaków, tak jak Ja to zrobiłem. Ogołoć się, stań przede mną nagi i bezbronny, a wtedy otrzymasz uzdrowienie i całą moc Boga, moją miłość.

Jeden z młodych ludzi wypił za dużo i zwymiotował na deski podłogi. Z trudem wdrapali się na górę po drabinie, skąd po chwili zaczęły spadać na trawę przed chatą butelki i żarzące się niedopałki.

Teraz, po tygodniu od tamtych wydarzeń, manifestacja przeciwników obecności krzyża przed pałacem przypomniała mi tamte wydarzenia. Radosna młodzież, w środku wakacji, postanowiła zamanifestować brak zgody na ograniczanie im wolności. „Kto nie skacze jest za krzyżem!”

Obok doniesień spod pałacu przeczytałem kilka niepozornych informacji agencyjnych: że kilka stanów w USA nie ma już środków na wypłaty dla lekarzy i nauczycieli, co może jeszcze bardziej napędzić astronomiczny dług państwa, że ekonomiści w Europie nie mają już wizji przyszłości i tylko reagują na bieżące problemy, że giełdy znowu zareagowały spadkami.

wtorek, 10 sierpnia 2010

chata

Chata stoi w lesie nad strumieniem, zamknięta na zakrzywiony gwóźdź. Ściany z bali utkanych mchem, spadzisty dach pokryty papą. Wewnątrz dwie proste ławy, stół i łóżka wykonano z użyciem siekiery i piły. Pośrodku izby ceglany piec i sterta pociętych pni i gałęzi. Każdy kto tu trafia zostawia po sobie drewno i jedzenie dla kolejnego gościa. Chaty nie ma na mapach i trudno ją wypatrzeć nawet z odległości stu kroków. Nie trafiają tu przypadkowe osoby.
Pomyślałem, że jest to dobre miejsce dla kogoś, kto zdala od hałasu i tłoku miasta chciałby na chwilę przestać myśleć o sobie, zająć się prostymi czynnościami albo pomilczeć wśród podobnych mu osób. Nie ma alkoholu ani papierosów – prawie wszyscy bierzemy leki.

1. Zaskakuje brak prądu i wygód
Mimo że byliśmy na to przygotowani, oddalenie i surowość miejsca budzi początkowo niepokój. Nie ma prądu ani wody. Zrobienie herbaty zajmuje pół godziny. Trzeba przynieść drzewo z lasu, rozpalić ogień, przynieść wodę z potoku, wlać do osmalonego gara i gapić się w ogień aż woda zacznie kipieć.Wszystko tutaj uczy cierpliwości i pozwala uruchomić rzadko używaną pomysłowość. W poszukiwaniu ziemniaków na ognisko trafiamy do ośrodka wczasowego, gdzie informujemy, że jesteśmy grupą badającą terapeutyczny wpływ przyrody na zaburzoną osobowość. Nie ma ziemniaków. Dostajemy 5-litrową butlę pomidorówki i spory pojemnik makaronu.

2. Las budzi respekt
Wiemy, że w okolicy jest niedźwiedź (oznacza teren pazurami na drzewach) i stado żubrów. Są też wilki, ale nie spotykamy żadnego. Gigantyczne pnie padłych drzew kładą się nad wąwozami jak groteskowe mosty. Wiele drzew ma osmalone blizny - ślady po uderzeniach piorunów. Gdy po deszczach wzbierają strumienie, nasz potok zamienia się w rwącą rzekę i toczy z hukiem brunatną od porwanej gliny wodę. W domu mieszka oswojona popielica (skrzyżowanie lemura i wiewiórki). Budzi się wieczorem i buszuje po kuchni. Gdy dostaje chleb, wraca spać do swojej kryjówki gdzieś na piętrze.

3. Cisza...
W promeniu godziny marszu od chaty nie ma śladów człowieka. Słychać tylko szmer potoku i czasem szum drzew. Cisza tego miejsca najpierw drażni, chce się ją koniecznie czymś wypełnić. Ale po kilku dniach pozwalamy jej zapanować nad nami. Gdzieś znika niepokój, nasz odwieczny towarzysz. Na osłonecznioną część werandy przychodzi codziennie oliwkowo-brązowa jaszczurka. Potrafi wejść na nogę i tak grzać się z zamkniętymi oczami. Para motyli goni się wśród pokrzyw. sikorka przerywa lot i wygina w łuk badyl kwitnącego ostu. Wycieczka do Jeziorek Duszatyńskich zajmuje nam cały dzień. Po powrocie pot i kurz zmywamy zanurzając się w potoku. Wysychamy na słońcu

4. Tajemnica
Dwieście metrów od chaty wśród zarośli odkrywamy kopczyk kamieni z połamanym zardzewiałym krzyżem - pozostałość po huczwickiej cerkwi i cmentarzu. Dziwi nas, że w środku lasu. Może drzewa wyrosły tutaj po wysiedleniu wsi w latach czterdziestych. Zapalmy znicz. Na pobliskiej Chryszczatej w zbiorowych mogiłach chowano ofiary dwóch światowych wojen. Zbieracze militariów opowiadali, że słychać podobno jeszcze odgłosy walk i można spotkać pochylone postacie żołnierzy idące w zakurzonych mundurach. W nocy gapimy się w gwiazdy. Czasem spokojne niebo przecina spadająca perseida. Ciszę przerywają co jakiś czas jabłka spadające na ściółkę ze zdziczałej jabłoni.

5. Praca fizyczna daje zapomnienie
Naprawiamy kładkę przez potok i poręcz zerwaną przez ostanie ulewy. Nie możemy się powstrzymać i smarujemy twarze i ciała gliną. W zakolu usuwamy kamienie z dna i budujemy z nich małą tamę, która spiętrza wodę – powstaje coś w rodzaju wanny. Ulegając dzikiemu podszeptowi zaczynamy nawzajem biczować się pokrzywami. Wśród dzikich wrzasków palące bąble gasimy w zimnym strumieniu. Każdy czuje podobne wyzwolenie. Z użyciem dwóch siekier, piły i kilku gwoździ budujemy drabinę - na piętro nie trzeba się już wspinać po poręczy werandy. Przy świecach tniemy kij na pionki do warcabów, szachownicę wycinamy nożem na stole. Z zerwanej koło domu mięty robimy gar herbaty. Pijemy w milczeniu przy świecach.

Kontakt z dziką przyrodą Bieszczad, proste życie bez wygód i zabezpieczeń, cisza i bliskość przyjaciół. Sprawdziliśmy, że to działa. Sześć dni mija szybko. Poniesione koszty to bilety na autobus i wyżywienie. Do Krakowa wracamy autostopem. Do chaty nad strumieniem na pewno będziemy wracać.

wtorek, 20 lipca 2010

hermeneia

Greckie słowo hermeneia, użyte przez św. Pawła Apostoła w Pierwszym Liście do Koryntian (1 Kor 12,10), gdzie jest mowa o darze wykładania języków, oznacza: tłumaczenie, wyjaśnienie, objaśnienie.
Forma czasownikowa, czyli hermeneuo, znaczy tyle, co tłumaczyć, przekładać, wykładać, wyjaśniać, wyrażać słowami.

Słowem "Hermeneia" Dionizjusz z Furny zatytułował napisany po grecku wczesnochrześcijański zbiór zasad (kanon) tworzenia ikon, technik malarskich i szablonów (szkiców) ikonowych. W traktacie tym Dionizjusz zwraca szczególną uwagę na pokorę, posłuszeństwo i wierność malarskiej tradycji, którą należy cierpliwie zgłębiać ucząc się od mistrzów. Ważny jest mozolny i cierpliwy postęp ucznia na ścieżce mistrzostwa, nie w oczach świata, ale wobec Boga i zależny jedynie od Jego woli:
„Ci, którzy posiądą sztukę, nie powinni się tym szczycić jak jakimś dobrem i którego wcale nie otrzymali; i niech się nim pokornie radują w Bogu, od którego i przez którego wszystkie rzeczy się dzieją i bez którego nic nie ma”.

Jakże odległy to język od pełnego wiary w siebie i we własną wielkość pseudonaukowego wywodu artystów renesansu, jak Vasari czy Leonardo, według których najwięksi twórcy posiadają „boski” przywilej bycia ocenianymi przez Historię, czyli przez człowieka i jego rozum. Ta ateistyczna pycha okresu największej „świetności” ludzkiego umysłu będzie początkiem końca sztuki, która kilka wieków później wejdzie w okres ostatecznego rozkładu i martwoty w XXI wieku.

W przeciwieństwie do egoistycznej sztuki współczesnej, sztuka ikonowa jest odejściem artysty w cień Bożego dzieła, rezygnacją z uznania i chwały, poświęceniem własnego imienia dla piękna wizerunku doskonałego, dla którego deska ikony jest tylko oknem. Dlatego najwspanialsze ikony pochodzące z Bizancjum i z Rusi nie noszą podpisu autora.

Dla ikonopisa czynność malowania (pisania) ikony jest związana z pragnieniem choćby częściowego odzyskania utraconego wraz z rajem pierwotnego piękna i podobieństwa Bożego. W okresie największego rozkwitu sztuki ikonowej odbiorcy ikon byli w większości niepiśmienni. Ewangelię pisano więc i głoszono obrazem na desce, opowiadając ewangeliczne sceny „barwnym” językiem jaskrawej tempery, blików, wydłużonych proporcji, odwróconej perspektywy. Tak jak apostoł Paweł, nawrócony faryzeusz, opuścił ekskluzywizm "wiary tylko dla Żydów" i wyruszył z Chrystusem do pogan, tak ikona zaniosła dobrą nowinę tym, którzy nie potrafili czytać.

To właśnie utrata boskiego dziecięctwa, nie potrzebującego słów doskonałego obrazu, Adamowej rajskiej wiedzy wrodzonej, zrodziła potrzebę uprawiania sztuki. Proces dochodzenia do stanu mistrzostwa w tworzeniu ikony przebiega zatem podobnie jak przemiana świadomości, w której upokorzenie materii (ciała) prowadzi do Wcielenia Słowa Bożego.

W ewangelii św. Jana Chrystus jest „Słowem, które było u Boga” i które „ciałem się stało i zamieszkało wśród nas”. W Liście do Kolosan (1,15) znajdujemy natomiast naukę, że Jezus jest „obrazem Boga niewidzialnego”.
„Słowo” i „obraz” to dwie sfery, dwa sposoby pojmowania i „przekładania” rzeczywistości, które stale uprawiają swoisty dialog.
Telogia Zachodu, która upodobała sobie słowo i duchowa tradycja Wschodu, dla której ważniejszy jest obraz, są jak dwa potrzebne sobie nawzajem aspekty jednej rzeczywistości, dla których miejscem spotkania jest ikona - okno na świat Bożej miłości.

Dla niedoskonałego człowieka słowo potrzebuje urzeczywistnienia, swojego potwierdzenia w obrazie. Rzeczywistość widzialna natomiast, czyli obraz, potrzebuje określenia słowem.
Hermeneia jest zatem próbą „przekładu”, mediacją między „słowem” i „obrazem”, która ma wskazać drogę do poznawania Bożej prawdy. Ikonoklaści i późniejsi protestanccy krytycy obrazów w religii, którzy odwoływali się do Mojżeszowego przykazania zakazującego tworzenia „wizerunków” popełnili ten sam błąd, co faryzeusze, niesłusznie zarzucając Chrystusowi odejście od przepisów starego zakonu.

W dzisiejszych czasach upadku sztuki i dewaluacji obrazu, który prawie powszechnie utożsamiany jest z manipulacją dla zysku, prawdziwa sztuka ikonowa pozostaje oazą czystości idei pierwotnej sztuki, tworzonej dla Boga, nie dla człowieka.

środa, 14 lipca 2010

coś

Chcieliśmy jeszcze raz podziękować, ja i mój towarzysz drogi, wszystkim, którzy powierzyli nam swoje intencje. Pamiętaliśmy o nich w codziennej modlitwie podczas wędrówki i odczytaliśmy je po wejściu na szczyt.

Maciek, z którym ruszałem w drogę w poprzednich latach, nie mógł tym razem pójść ze mną, trafił do szpitala kilka dni przed planowanym początkiem pielgrzymki. Zadzwoniłem do niego z Częstochowy. Jego schizofrenia nie przeszkodziła nam jednak, i tak wyruszyliśmy razem, połączeni modlitwą.

W miejsce Maćka Opatrzność zesłała innego człowieka, uczestnika forum wsparcia dla samobójców "przyjaciele.org". Okazał się dobrym kompanem w trudach pielgrzymki i otworzył mi oczy na wiele moich słabości. Z jego choroby (borderline - graniczne zaburzenie osobowości)- płynęły najszczersze, najprawdziwsze modlitwy, choć nie było w nich może pięknych słów ani duchowych uniesień.

W drodze byliśmy dla siebie jaby emocjonalnymi lustrami, w których odbijały się wiernie wszystkie nasze brudy, ale chwilami jaśniały także miejsca czyste.

Nie była to ani romantyczna przygoda z górami ani ucieczka od „systemu” w poszukiwaniu miejsc, gdzie lęki, absurdy i beznadzieję zagłuszy huk wiatru w bukach przed burzą albo szum krwi w skroniach na ostrych podejściach.
Droga, nawet trudna, potrafi zamienić się w sentymentalną widokówkę, która żółknie od ciągłego pokazywania tym, którym bardzo chcemy coś udowodnić.

Chcieliśmy czegoś więcej. Chcieliśmy, żeby nasza droga do krzyża na Tarnicy nie skończyła się tylko pokonaniem czegoś w sobie i zdobyciem najwyższej góry Bieszczadów, ale żeby odtąd trwała w nas każdego dnia, odkłamywała fałszywy obraz nas samych, demaskowała przywiązanie do rzeczy zbędnych, żeby pot i palące mięśnie wypaliły smutek i zadręczanie się poczuciem klęski, żeby po kolejnym upadku otwierała nową drogę i po wejściu na kolejny szczyt odsłaniała na nowo nadzieję.

Żeby dawała wiarę.

Gdy po dwóch tygodniach przedzierania się przez błoto i pokrzywy, zasypiania ze zmęczenia przy ognisku, proszenia ludzi o jedzenie, stanęliśmy wreszcie na górze, zastanawiałem się, czy kilka lat temu, gdy byłem sparaliżowaną depresją rośliną, czy wtedy jakieś słowa, albo czyjś przykład, czy cokolwiek poza silnymi lekami, było mnie w stanie wyrwać z cierpienia i zniechęcić do samobójstwa?

Może nigdy się już nie dowiem. Ale droga nauczyła nas kilku rzeczy.

Lęk jest brakiem wiary.

Samotność jest brakiem wiary.

Brak celu jest brakiem wiary.

Brakiem wiary w co? W Boga? W jakiego Boga? Czy istnieje Bóg stale cierpiących? Czy istnieje Bóg zgwałconych w dzieciństwie? Czy istnieje Bóg opuszczonych w największej potrzebie?
Czy istnieje Bóg chorych na depresję, schizofreników, wypalających sobie codziennie czerwonym żelazem na czole znak BŁAGAM O ŚMIERĆ?

Tak, jest Bóg. Ten, Który Jest. Który nie dzieli na przypadki "łatwiejsze" i "trudniejsze", który uzdrawia ciało i duszę gdy wypowie się słowa: "Panie, nie jestem godzien...", gdy wypowie się je z wiarą...

Spotkaliśmy na drodze wiele osób, które szły pod rękę ze śmiercią. Kamil, schizofrenik ze starym Pentax'em z Połoniny Wetlińskiej, którego przedramiona wyglądały jakby je orał sierpem, leczący się górami. Adelajda, po kolejnej operacji usunięcia narośli na czaszce, która prosiła o modlitwę za cierpliwość. Pająk, wytatuowany i ostro zakolczykowany 30-latek, który nigdy nie poznał ojca, a matki nienawidzi, który dosiadł się do naszego ogniska z baterią strongów i patrząc w ogień rzucił pytanie:
Kto to jest wierzący?

Byliśmy zmęczeni, zakurzeni i głodni, ale widzieliśmy teraz ostro i nie padało zbyt wiele słów o cierpieniu, sensie życia czy o „prawdziwej religii”.
Odpowiedź padła jakoś sama.
Wierzący to ten, który wierzy w coś jeszcze poza sobą samym.

Chciałbym coś powiedzieć wszystkim, którzy teraz bardzo cierpią i myślą o śmierci jako jedynym rozwiązaniu. Istnieje COŚ JESZCZE.

Może kiedyś wyruszymy razem w drogę!