środa, 15 maja 2019

Pokój


Medialny szum wokół filmu Sekielskiego i dyskusja o Kościele wprowadziły w moje serce pewien niepokój. Nie obawiam się o przyszłość Kościoła w Polsce, ale o podnoszącą się dzięki mediom falę wściekłości, która przykrywa teraz wszystko. Uwolniony przez Sekielskich krzyk dusz okrutnie mordowanych w dzieciach przez ludzi Kościoła usprawiedliwia teraz niemal każdy atak. Stosy dopiero zaczynają płonąć. Każda sutanna i każdy habit to potencjalna czarownica. 
Bezwładność powszechnego gniewu wyklucza sprawiedliwą ocenę i pogrąża tak samo winnych, jak i niewinnych. Zanim opadną emocje, wielu ludzi, zwłaszcza młodych,  odsunie się od Kościoła, od modlitwy. Wielu pójdzie szukać nadziei tam, gdzie jej nie ma.
Kościół będzie się kurczył i radykalnie zmieniał. Kiedyś padły słowa, że "albo będzie Kościołem mistyków albo nie będzie go wcale".

Pewną ulgę przyniosły słowa św. Katarzyny ze Sieny, które przywołał w telefonicznej rozmowie ze mną dziś rano znajomy dominikanin: „Bóg dopuszcza niekiedy cierpienie i trudny czas ale tylko po to, żeby obudzić uśpione dusze”.

Myślałem, że pokój przywróci mi praca nad ikoną. Gdy po modlitwie przystąpiłem do złocenia nimbu św. Gustawa Pustelnika z X wieku, pierwszego ochrzczonego Szweda, usłyszałem hałas na korytarzu. Policja przywiozła do schroniska bezdomnego. Należał do kategorii „zajechanych”, tzn. tych w najgorszym stanie. Zapach czuć było z daleka. Nie przyjął go ani szpital, ani Caritas, choć odparzenia i rany wymagały interwencji medycznej. Policja „zrzuca” takich właśnie do "klasztoru”, jak nazywane jest w Świnoujściu schronisko na Karsiborskiej. Nie był pijany. Skarżył się, że nie może stanąć na nogi przez niedawno przebyty udar, ale chyba to nie było to, bo w końcu udało nam się z Jankiem zaprowadzić go do łazienki i zrobić z nim jako-taki porządek. Cierpiał do tego na rozwolnienie, więc całe ubranie trzeba było wrzucić do podwójnego worka i od razu wynieść na śmietnik. Dostał nowe rzeczy i umytego położyliśmy go w siódemce, czyli w celi św. Stanisława.

Myjąc ręce poczułem, że wraca pokój. Było to uczucie znane mi ze spowiedzi, gdy po szczerym wyznaniu grzechów, w chwili rozgrzeszenia pękają pęta niewoli i wraca prawdziwa wolność. Z serca wyparował cały niepokój, bez śladu zniknęły emocje świata mediów, debata o filmie, troska o Kościół i wszystkie inne problemy. Wiedziałem, że to było możliwe dlatego, bo przed chwilą spotkałem Chrystusa.  

piątek, 13 kwietnia 2018

okruchy

Pamiętam jak siedem lat temu idąc przez Turcję z Jerozolimy do Asyżu, z dwóch możliwych dróg wybrałem drogę na zachód, wzdłuż brzegu morza, zamiast na północny zachód przez góry. Skrótem przez góry byłoby krócej co najmniej o kilka dni, ale myślałem, że nad morzem będzie chłodniej. Przez miesiąc odkąd wyruszyłem z Jerozolimy, każdego dnia z czystego nieba lał się ciężki, trudny do zniesienia żar. Z morzem kojarzyłem wytęskniony powiew chłodnej bryzy. Pomyliłem się, bo okazało się, że to w górach temperatury były niższe. Nad morzem miałem piękne widoki, mijałem skaliste zatoczki z malowniczymi plażami pełnymi turystów, ale od upału bolały odparzone stopy, plecak bardzo ciążył i często byłem zmuszony szukać cienia. Upał mijał dopiero przed nocą. Kładłem się wtedy na wznak na plaży z rękami pod głową i patrzyłem w gwiazdy.  Łagodny szum fal wlewał się w głębię czarnego aksamitu nade mną, w który jakaś chojna ręka rzuciła garść złotego pyłu. Wspomnienie tych nocy wróciło ostatnio, gdy na rekolekcjach z pisaniem ikony Oblicza o. Jerzy mówił nam o "siódmej ikonie".


- Zabrzmi to być może strasznie, ale wielu z was nigdy nie przeżyje miłości. Ani nawet prawdziwej przyjaźni. Podobnie  wasze próby z pędzlem być może nigdy nie będą prawdziwą  ikoną, lecz zaledwie... staraniem się, jakąś próbą. Ta prawdziwa ikona jest jak doskonale czyste okno, które ukazuje Drugą Stronę. Okno, które nie zatrzymuje nas żadną skazą i przepuszcza do nieskończoności prowadząc na spotkanie… Natomiast jeśli dostrzegamy na desce ślady pędzla, linie znaczone pigmentem, błyszczenie złota – wtedy zatrzymujemy się na powierzchni deski zajęci analizą i myśl, dotykając obrazu, wraca do nas jak promień odbity od lustra. Widzimy wtedy tylko siebie samych. Ta cudowna podróż, na którą tak bardzo liczyliśmy, skończyła się zanim się rozpoczęła. Na powrót jesteśmy w świecie własnych projekcji, w świecie pragnień, które są na miarę nas samych, w świecie własnych wyobrażeń o pięknie i o miłości.


Powinniście jednak próbować. Może sama droga ma już w sobie jakieś okruchy spełnienia. Jeśli jest pokonywana uczciwie. Życzę wam żebyście kiedyś napisali waszą siódmą ikonę. Siedem to oczywiście symbol. Znak nieskończoności. Chodzi o ikonę prawdziwą, a więc taką, która nie odbije jedynie was samych, tylko poprowadzi was dalej, na prawdziwe spotkanie z największą tajemnicą.


Większość z was być może nigdy nie napisze siódmej ikony. Może zrozumiecie dla dobra was samych, że trzeba się będzie z tym pogodzić i nie nazywać ikoną tego, co nią nie jest. Nie chcecie przecież zadowalać się namiastką. Siódma ikona jest przezroczysta. Napiszecie ją, jeśli sami staniecie się transparentni dla światła, gdy przestaniecie cokolwiek z tego światła dla siebie zatrzymywać. Dopiero sami stając się światłem będziecie mogli nim obdarowywać innych. Wtedy wszystko co będziecie pragnęli komuś podarować stanie się ikoną – czystym światłem. Ceną za to będzie jednak bolesne rozstanie z tym wszystkim co czystym światłem nie jest. Może tutaj, na ziemi,  nie doświadczycie miłości, ale wierząc, że ona istnieje, macie ją stale przed sobą. Warto szukać, iść i wytrwale próbować, aż pojawi się przed wami siódma ikona.


Wpatrując się w złote okruchy rozrzucone po czarnym  aksamicie nieba myślałem o tym, że jutro o świcie znów trzeba będzie wstać i korzystając z chłodu poranka nadrobić jak najwięcej kilometrów. Spędzając kolejną noc pod obcym niebem nie czułem miłości ani żadnych szczególnych poruszeń. Nie miałem tu nikogo z kim mógłbym się podzielić tą chwilą. Tylko nocne niebo – milcząc - cierpliwie słuchało moich pytań. Samotność lekko kłuła w serce. Czułem swoją znikomość i niewystarczalność. Czułem rozlane po wszystkich kościach i mięśniach zmęczenie, któremu teraz towarzyszyło uczucie dziwnej ulgi. Nazywałem ten stan błogosławionym zmęczeniem. Byłem zaledwie punktem zagubionym w kosmicznych wirach, ale czułem, że w mroku samotności i bolesnej pustki nie byłem jednak sam. Wiernie towarzyszyły mi – niczym gwiazdy każdej nocy - skrzące się nadzieją okruchy spełnienia. Jestem w drodze – mówiłem sobie -  która ma tylko jeden kierunek. Szukam… Każdego dnia szukam, tropiąc po marnych śladach… Czy to za czym tęsknię, czy to do czego idę, czy to jest teraz tutaj ze mną? 

sobota, 31 marca 2018

Pascha

90 letni Eugenio Scalfari, stojący u schyłku życia znany włoski ateista i antyklerykał, autor wielu antykościelnych kampanii, promotor aborcji, eutanazji, in vitro i związków jednopłciowych, założyciel lewicowego pisma "La Repubblica" - opublikował W Wielki Piątek trzecią w ciągu ostatnich 10 miesięcy kontrowersyjną rozmowę z papieżem Franciszkiem, którego nazywa przyjacielem. Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich wywiadów tak i tym razem Watykan od razu odpowiada sprostowaniem, że nie jest to dosłowna wypowiedź papieża. Franciszek miał stwierdzić że piekło nie istnieje a dusze złe nie cierpią tylko znikają.
Ta wyraźna zmiana w dotychczasowym nauczaniu kościoła musiałaby poruszyć teologów i wywołać dyskusje nad zmianami w Katechiźmie. Gdyby wypowiedź była  prawdziwe. Czy była? Agencje na całym świecie od razu podjęły tą wiadomość stawiając w nagłówkach pytania o to czy wypowiedź papieża to zapowiedź zmiany doktryny.
Pierwsza moja myśl: po co takie słowa tuż przed najważniejszym świętem chrześcijan? Komu zależy na zamieszaniu? Przecież gdyby to była poważna myśl papieża, byłaby podana w inny sposób, nie przez lewicowe pismo i nie z ust znanego z antykoscielnych wypowiedzi ateisty.
Druga mysl: zachować pokój.
Po co się zajmować czymś co budzi niepokój i odciąga od przygotowań do Paschy?
Przecież miłość która przeszła przez ciemność i pokonała już śmierć, jest odpowiedzią na wszystkie pytania.

Wśród najciemniejszej nocy gwiazdy w absolutnej ciszy wysłuchują najtrudniejszych pytań.
Odpowiedzią będzie tylko przyspieszony oddech Magdaleny biegnacej z
do grobu z glinianym flakonikiem i chrzęst piasku pod jej stopami.

90 letni ateista i kobieta z historią zniewolenia. Dla obojga Bóg pragnie tego samego: prawdziwej wolności od odwiecznego lęku.
To już za chwilę...


piątek, 16 lutego 2018

cisza



Idąc na spacer z psem wsłuchuję się w ciszę górskiej doliny. W zasypanych wysokim śniegiem Tatrach ciszę słychać inaczej. Chrzęst białego puchu pod nogami tylko podkreśla jej aksamitną głębię.  Milczą strzeliste świerki w ciężkich białych czapach.
Pies z radością małego dziecka prawie bezszelestnie nurkuje w zaspy. Jego radość jest naturalna i oczywista jak wszystko wokół mnie teraz. Ta przestrzeń jest inna, łagodna i delikatna choć jednocześnie w dziwny sposób surowa, ostro oddzielona od miejsc skąd przyszedłem.  Cisza zaśnieżonych gór jest tak głęboka jakby miała swoje źródło w innym wymiarze.
Zatrzymuję się i natężam słuch... skądś dochodzi ledwie słyszalny szum... Czy to płynie krew w skroniach?
Poddany dziwnie wyostrzonym zmysłom zanurzam dłoń w śniegu i biorę trochę na język. Gdyby cisza miała smak... czy smakowałaby jak górski strumień bijący z ukrytego źródła? Czysta woda nie ma smaku. Smak wody jest smakiem ukrytym. Czystym i prostym, a jednak teraz tak nowym i zaskakującym świeżością.
Czuję że gdzieś tutaj jest przejście na drugą stronę, jakby cisza górskiej doliny otwierała niewidzialne drzwi. Za tą granicą zaczyna się świat, którego nie znam. Nie potrafię go zniekształcić swoimi wyobrażeniami. Świat bez znanych mi dźwięków, smaków, gdzie nie mają dostępu moje najbardziej ukryte projekcje czy marzenia.
Świat pełni, do której droga prowadzi tylko przez śmierć. 

wtorek, 6 lutego 2018

zatrzymanie

Kilka dni spędzonych na greckim Atosie daje pewien obraz tego czym różni się chrześcijański wschód od chrzescijańskiego zachodu. 

Oczywiście Atos nie jest dla prawosławia reprezentatywny. Jest odizolowany od świata, surowy i dość skrajny. Łatwo ten obraz wyidealizować. Idealizacja jest pokusą, pułapką. I na pewno nie chodzi o porównywanie tutejszego prawosławia ze współczesnym kościołem katolickim, który jest piękny właśnie dzięki swojej różnorodności i odważnemu wkraczaniu w "ten świat". Sam korzystam z tego "zachodniego" bogactwa, zanurzam się w różnych lekturach, chrześcijańskich duchowościach, przeżywam rekolekcje, czytam zarówno "starych" mistyków, jak i posoborowych "nowoewangelizatorów". Wschód jest inny. Wschód zamiast słowa wybiera milczący obraz. 
Każdego gościa z zachodu, który przybywa na Atos, dziwi jak ci ortodoksyjni mnisi mało tutaj potrzebują. Nie ma asfaltu, na drogach widać objuczone osiołki. Starożytne klasztory nie mają nawet spisanych historii. Na zachodzie 80’letni kościół wita na wejściu wielką tablicą historycznych wydarzeń z dziejów świątyni. Tacy tu jesteśmy. Narracyjni jak Ryś i Szustak. Trzeba opowiadać, zapisywać i relacjonować. Przy całym szacunku i uznaniu dla biskupa i kaznodziei bo obu lubię i cenię. Tylko że tutaj na zachodzie dużo opowiadamy i od razu jakby głodniejemy na kolejne opowieści. Z jednych rekolekcji trafiamy na kolejne. Wyjaśniamy i szukamy nowych wyjaśnień. Ciągle jakby nam nie dość słów. Katechizm prawosławny natomiast to dziwnie nieduża książka. Tutaj świat zatrzymał się trochę jak Mojżesz przed gorejącym Krzewem. Zatrzymał się przed Tajemnicą, zdjął sandały i tak trwa. Odkrywam, że ikonografowie nie mają biografii. Historia milczy o nich podobnie jak milczą ich ikony.  Ba! Autorzy ikon nie mają nazwisk. Poza kilkoma. W wielu cerkwiach na Atosie brak elektrycznego światła. Przed ikonami palą się tylko lampki oliwne. Ile tu musi  iść tej oliwy. Nie ma organów,  w ogóle żadnych instrumentów. Sam śpiew. Polifoinia męskich głosów zostaje za to na długo w pamięci. Chyba u mnie na dłużej niż ostatnia Langusta na palmie, "Q&A", nocne vlogi niecodzienne etc.  Poza ikonami i starymi murami nic tu własciwie nie ma.  Pusto. Żadnych atrakcji. Jak mózg zachodu ma tutaj sobie poradzić? Co, może jak ci mnisi z Atosu mam wiecznie adorować w ciszy przed ikonami tą niestworzoną tajemnicę Logosu i czekać bez słów aż ona „sama” mi się wyjaśni, aż Bóg stanie przede mną w prawdziwej obecności?

środa, 10 stycznia 2018

Kasia

Kasia rozpoczęła kurs pisania ikon razem z grupą 18 lutego. Uczestniczyła tylko w pierwszym spotkaniu. Potem zadzwoniła informując, że źle się czuje i zapytała czy będzie mogła kontynuować po przerwie, gdy wyzdrowieje. Dwa tygodnie później umówiliśmy się na kilka indywidualnych spotkań. Tak poznałem jej historię. Jej ikona Chrystusa Pantokratora powstawała bardzo długo. Symbolika kolorów szat Jezusa pokazuje drogę, jaką w życiu pokonuje człowiek. Najpierw jest czerwony chiton czyli bliższa ciału koszula. Czerwony to kolor miłości ale także cierpienia. W symbolice ikonowej oznacza również żar Ducha Świętego. Potem przychodzi błękitny płaszcz - hymation. Błękit to kolor nieba, domu Ojca.

W dniu 13 maja, gdy rozpoczynaliśmy pielgrzymkę wokół Polski, Kasia rozpoczynała program kliniczny przygotowujący do przeszczepu szpiku. Zaproponowała że będziemy iść razem, każdy swoją drogą, wspierając się nawzajem. Razem dzieliliśmy trudy drogi. Ona - cierpiąc przy wlewach chemii i przetoczeniach krwi, my - lecząc bąble i otarcia. 

Gdy pielgrzymka dotarła do Tatr i wnosiliśmy na Rysy ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej, Kasia napisała, że miała sen. Budowała drabinę do nieba. Szczebel po szczeblu składała drabinę. Pytała co to oznacza. Trzy tygodnie później przysłała ostatniego sms-a:

"Różne dolegliwości powodują złe samopoczucie. To ciężka, bardzo ciężka droga. Lekarze każą czekać, więc i ja, mimo bólu, mam nadzieję, że w końcu szpik zacznie działać. Jak tam nowa pracownia? Śledziłam postępy waszych ikon. Wyszły piękne. Byłam z wami myślami. Opowiedziałam o ikonach mojej pani doktor. Była bardzo zaciekawiona."

Kasia odeszła 11 listopada. Zostawiła męża i trójkę dzieci. Tydzień później był pogrzeb. Razem z Bartkiem umieściliśmy ikonę Chrystusa Pantokratora przy trumnie w kaplicy. Patrzyliśmy jak powoli tonęła w kwiatach. Do grobu zawiniętą w biały całun ikonę niosłem przed trumną. Dzień był pochmurny. Padał deszcz. Ksiądz w ostatnim słowie powiedział:

"Kasia odkryła powołanie do pisania ikon w tym samym czasie, gdy przyszła choroba. W tej ostatniej drodze nie była sama".

Pomyślałem o miejscu, z którego teraz na nas patrzy. O jasnych, czystych kolorach, które teraz widzi. 

czwartek, 4 stycznia 2018

Najlepsze

Przygotowując rekolekcje z pisaniem ikony św. Marii Magdaleny przeczytałem ciekawą opinię pewnego historyka, który  stwierdził, że Ewangelie właśnie dlatego są wiarygodne, bo przedstawiają kobiety jako te, które odkrywają pusty grób Jezusa. 
Kobiety w Palestynie tamtych czasów były traktowane jako ludzie drugiej kategorii. Ich rola ograniczała się głównie do pracy w domu i do posług przy mężu i dzieciach. Nie dopuszczano ich nawet do zeznawania w sądach. Jezus jednak przez całe swoje życie ma dla kobiet wyjątkowy szacunek, ukazuje ich godność, a czasem w wyjątkowy sposób wyróżnia. To właśnie kobiety zaniosą apostołom pierwsze słowa Zmartwychwstałego, a  Marii Magdalenie przypadnie wyjątkowy przywilej  bycia pierwszym świadkiem Zmartwychwstania.  Czterej mężczyźni – autorzy ewangelii - musieli odnotować ten zaskakujący akt wywyższenia kobiet przez Jezusa, co mogło być dla nich, przynajmniej z początku, dziwne, a nawet poniżające.

Gdy świętując Zmartwychwstanie podnosimy wzrok szukając skąd może przyjść do nas Jezus, warto pomyśleć, że On znowu może nas zaskoczyć i pojawić się w osobach, miejscach lub wydarzeniach, w których najmniej byśmy się Go spodziewali. To co najlepsze bywa najmniej spodziewane.


wtorek, 26 grudnia 2017

Kalkuta

Na poczatku lat 90-ych do Indii latałem kilka razy w miesiącu z Singapuru, przemycając za każdym razem 2-3 kg czystego złota w płaskich tolach przyklejonych taśmami do nóg pod spodniami. Każdy lot odbywal się na fałszywym paszporcie jakiegoś zachodniego kraju, z fałszywą wizą i na podrabianych biletach. Zarobek był na tyle duży, a ryzyko kilku lat więzienia w razie wpadki na tyle małe,  że latalismy często, odwiedzając wszystkie większe miasta Indii. Mając dwadzieścia kilka lat inaczej mierzy się ryzyko, ale i tak stres takiego życia musiał byc rozładowywany używkami i ostrymi imprezami w najlepszych klubach.

Skutecznie ukrywając swoją prawdziwą tożsamość koncertowo wcielałem się w różne postacie zarabiając duże pieniądze i coraz bardziej oddalalając się od prawdy o sobie samym.
A jednak za każdym razem gdy w Indiach lub innym kraju znajdowałem się w pobliżu jakiegoś świętego miejsca, czułem potrzebę żeby je odwiedzić. Tak było w Madrasie, gdzie odbyłem daleką pieszą wędrówkę w morderczym upale żeby wejść na górę z grobem św. Tomasza i w Kalkucie, gdzie chciałem odwiedzić słynne hospicjum prowadzone przez Matkę Teresę, ktora w latach 90-ych jeszcze żyła, pomagając biedakom godnie umierać. Może była to zwykła ciekawość a może było tam coś, czego podświadomie cały czas szukałem, czego bardzo potrzebowałem.

Jeśli Indie są krajem największych na świecie kontrastów,  to w Kalkucie doświadcza się tego chyba najsilniej.
W tym mieście-monstrum jest wszystko: bogactwo i bajeczny przepych obok nędzy i taniej  śmierci. Kto nie był w Kalkucie nie zna dusznego smrodu slumsów, chorób, lepkiego brudu, cuchnących rozlewisk z martwymi szczurami, żebraków wymachujących ropiejącymi kikutami i nagich dzieci śpiących na chodnikach. A przecież czułem tam wyraźnie zdumiewający ogrom czułości i piękna: w pomarszczonych, brązowych obliczach starców o białych brodach, w roześmianych twarzach dziewcząt i chłopców ubranych w schludne szkolne mundurki, jadących rikszami do szkoły, w jasnych oczach pięknych niczym boginie hindusek strojnych w barwne sari i brzęczące ozdoby,  w milionowym tłumie ludzi pomagających sobie nawzajem, potrącających się, patrzących z uważnoscią albo z wyższością, w wielkiej jak Ganges w porze monsunu rzece istnień uwikłanych według swoich wierzeń w kołowrót śmierci i powtórnych narodzin. Jest to świat  chaosu form, barw i zapachów, chaosu głębokiego i bogatego jak religia hindusów. A mimo to czuję, że mocno tętni tu życie prawdziwe, nie wtłoczone w ciasne ramy znanego mi porządku i logiki. Patrzę na pokrzykujących na siebie bosych rikszarzy, jem ze smakiem zawinięty w gazetę omlet z chili z ulicznej czarnej jak smoła patelni, tłoczę się w przepełnionych autobusach i odczuwam cały czas wielki pokój. Nie funkcjonuje tu żaden znany mi porządek, żaden z systemów mojego świata nie ma tu odniesienia. Równie dobrze mógłbym przemierzać przestrzeń obcej planety. A jednak to miasto funkcjonuje, żyje i sie rozwija. Tuż obok ciemności i śmierci tętni życie bijące z tajemnego źródła, którego nie widzę i nie pojmuję, ale w którym jest silnie obecna wielka nadzieja.

Mieszkam w tanim hotelu w centrum Kalkuty, który przy recepcji eksponuje z dumą zdjęcia z kręconeo tutaj rok temu filmu z Patrickiem Swayze pt. 'City of Joy" ("Miasto radodosci") na podstawie powieści  Dominique Lapierre.
Przy zdjęciach zamieszczono fragment wypowiedzi autora ksiażki:

"Dlaczego napisałem tę książkę? Pewnego dnia, kiedy znalazłem się w Kalkucie, rikszarz zawiózł mnie do jednej z najbiedniejszych i najbardziej przeludnionych dzielnic tego oszałamiającego miasta, w którym trzysta tysięcy bezdomnych mieszka wprost na ulicy. Dzielnica nazywała się Anand Nagar – Miasto Radości. To był największy wstrząs w moim życiu. Bo w samym środku tego piekła znalazłem..."

Książkę łatwo dostaję w lokalnej księgarni za  20 rupii. Chcę się dowiedzieć co znaczą te tajemnicze trzy kropki.
Budynek hospicjum ma bryłę hinduskiej świątyni. W latach 50' Matka Teresa zaadaptowała dla potrzeb biednych i chorych przekazaną jej przez miasto część opuszczonej świątyni bogini Kali.
Mogę bez przeszkód wejść do środka. Na korytarzach i w wielkich salach z podwieszonymi u sufitów wiatrakami, leżą na materacach długie rzędy ludzkich szkieletów. Osobno leżą mężczyźni, osobno kobiety.
Uwijają się przy nich drobne siostry w biało-błękitnych sari i młode dziewczyny o europejskich rysach, chyba wolontariuszki. Podają wodę, leki, zmieniają opatrunki, karmią, albo po prostu trzymają za ręce. Wem że wśród leżących są hinduisci, muzułmanie i chrześcijanie.

Trudno rozróżnić religie. Czuć tu  atmosferę jakiegoś nabożnego skupienia. Z  tych mlodych kobiet pochylonych nad umierającymi emanuje jakieś dobro, którego nie potrafię nazwać ani opisać, ale które mocno mnie teraz dotyka jakby od środka. Misjonarki Miłosierdzia czytają Koran umierającym muzułmanom, przynoszą wodę z Gangesu Hindusom, dla chrześcijan sprowadzają kapłanów do ostatniej posługi .

Czuję się niezręcznie bo zupełnie nie wiem co zrobić z tą potrzebą włączenia się w to dobro, którego obecność tak mocno teraz czuję. Wrzucam ofiarę do puszki i wychodzę na dziedziniec.
Po drugiej stronie wysokiego na metr murku znajduje się czynna cześć świątyni Kali, hinduskiej bogini czasu, stwarzania i destrukcji. Ponoć co piątek składana jest tu rytualna ofiara z czarnego kozła.

Skądś przychodzi myśl, że wątły murek nie może być żadną przeszkodą dla tego dobra, które stąd się wylewa na ulice "Miasta radości" i na cały świat.

Po wielu latach od tamtych wydarzeń przeczytałem słowa Matki Teresy:

"Piękna smierć  jest dla tych, ktorzy żyli jak zwierzęta, żeby umrzeć jak anioly - chciani i kochani".



czwartek, 9 listopada 2017

Ofiarność

W dzisiejszych czasach nie wystarcza już sam postulat sprawiedliwości. Po obu stronach barykady oddzielającej strony walczące o wyższość idei własnej nad ideą przeciwnika coraz mocniej pojawia się myśl, że po czasie walki nadchodzi czas ofiary.

Dwa zwalczające się pragmatyzmy: oczyszczonego marksizmu i zanieczyszczonego chrześcijaństwa dochodzą dziś do wspólnego wniosku: że wszystkim najbardziej potrzeba dziś bezinteresowności.

Filozoficzne i teologiczne tropy poszukiwań globalnej sprawiedliwości nie posunęły ludzkości znacząco naprzód. Zdobycze postępu nadal zawodzą pokładane w nich nadzieje. Powoli dla wszystkich staje się jasne, że człowiek dopiero wtedy w pełni staje się człowiekiem, gdy zdobywa się na ofiarność wobec drugiego.

Być może nowym kierunkiem dla ludzkości będzie nie sukces jako spełnienie ale ofiara jako dopełnienie. Tylko czy takie odrodzenie jest możliwe bez katastrofy?


wtorek, 26 września 2017

przezroczystość

Idąc przez Turcję wybrałem drogę wzdłuż brzegu morza. Skrótem przez góry byłoby krócej o kilka dni, ale myślałem że nad morzem będzie chłodniej. Pomyliłem się. Przez miesiąc odkąd wyruszyłem z Jerozolimy, każdego dnia z doskonale czystego nieba lał się ciężki żar. Bolały odparzone stopy, plecak bardzo ciążył. Upał mijał dopiero przed nocą. Kładłem się wtedy na wznak na piasku z rękami pod głową i patrzyłem w gwiazdy.  Łagodny szum fal wlewał się w głębię czarnego aksamitu nade mną. Wspomnienie tych nocy wróciło ostatnio, gdy na rekolekcjach z pisaniem ikony Oblicza o. Jerzy mówił nam o siódmej ikonie.

- Być może wielu z was nigdy nie przeżyje miłości. Ani nawet prawdziwej przyjaźni. Być może wasze próby z pędzlem nigdy nie będą ikoną, lecz zaledwie... staraniem. Ta prawdziwa ikona to doskonale czyste okno, które ukazuje Drugą Stronę. Okno, które nie zatrzymuje nas żadną skazą. Przepuszcza do nieskończoności prowadząc na spotkanie… Natomiast gdy dostrzegamy na desce ślady pędzla, linie znaczone pigmentem, błyszczenie złota - zatrzymujemy się na powierzchni deski zajęci analizą  - i odbity od obrazu promień myśli wraca do nas. Dostrzegamy wtedy siebie samych. Cudowna podróż na którą liczyliśmy skończyła się zanim się rozpoczęła. Na powrót jesteśmy w świecie własnych wyobrażeń, pragnień na miarę nas samych. W świecie własnych wyobrażeń o miłości.

Powinniście jednak próbować. Życzę wam żebyście kiedyś napisali waszą siódmą ikonę. Siedem to oczywiście symbol. Chodzi o ikonę prawdziwą, która nie odbije was samych tylko poprowadzi dalej, na spotkanie z największą tajemnicą. Większość z was być może nigdy nie napisze siódmej ikony. Może zrozumiecie dla dobra was samych, że trzeba się z tym pogodzić i nie nazywać ikoną tego, co nią nie jest. Siódma ikona jest przezroczysta. Napiszecie ją, jeśli sami staniecie się transparentni dla światła, gdy przestaniecie cokolwiek z tego światła dla siebie zatrzymywać. Dopiero sami stając się światłem będziecie mogli nim obdarowywać. Wtedy wszystko co podarujecie stanie ikoną – czystym światłem. Ceną za to będzie bolesne rozstanie z tym wszystkim co czystym światłem nie jest. Ale warto. Warto czekać.

Być może wielu z was nie napisze siódmej ikony i nie poczuje prawdziwej miłości. Ale nie starajcie się nazywać ikoną albo miłością tego, co nimi nie jest. Może tutaj, na ziemi,  nie doświadczycie miłości, ale wierząc, że ona istnieje, macie ją stale przed sobą. Oto ukryta  w aksamicie kosmosu, czeka aż będziecie gotowi. To ona daje wam to pragnienie poszukiwania, odwagę wyruszania w drogę.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Samotność

Ostatnia palestyńska wioska przed pustynią nazywa się Ubeidyia. Nabieram wody, poprawiam plecak i robię sobie zdjęcie z dziećmi prowadzącymi osiołka. Dwadzieścia kilometrów stąd mapa pokazuje punkt oznaczony greckim krzyżem i napis Mar Saba. Pewnie prawosławny monastyr. Jest bardzo gorąco, ale do wieczora powinienem tam dojść. Zawiązuję na głowie kafiję tak, jak mnie uczył sprzedawca w Jerozolimie. Dobrze zawiązana chusta ma chyba jakieś kanały z powietrzem, bo nie tylko chroni od słońca ale wyraźnie chłodzi głowę.
Po pięciu godzinach marszu w morderczym upale asfaltowa nitka kończy się przy bramie w murze ze złotego piaskowca. Budynki z kamienia wyglądają na stary klasztor. Dookoła pustynne skaliste pustkowie, nad którym unosi się drżąca mgiełka gorącego powietrza. Tutaj mapa pokazuje koniec drogi, dalej aż do Morza Martwego rozciąga się Pustynia Judzka. Jeśli mnisi przyjmą mnie tu na nocleg to jutro wczesnym rankiem wyruszę dalej przez pustynię na wschód, do grot w Qmran. Martwi mnie trochę , że mój bidon mieści tylko 2 litry wody.

Bramę otwiera ubrany na czarno brodaty mnich, obrzuca nieufnym spojrzeniem, ale wpuszcza do środka. Jako katolik muszę mieć zezwolenie od jerozolimskiego igumena na spędzenie tutaj nocy. Mam szczęście, hasło „pielgrzymka do Asyżu” znowu pomaga znaleźć schronienie.  Młody mnich o imieniu Anastasios prowadzi mnie do małej celi obok refektarza. Drewniana skrzynia z siennikiem i ikona Jana Chrzciciela na ścianie to jedyne wyposażenie. Kamienny monastyr wygląda jak przeniesiony z pierwszych wieków po Chrystusie. Częściowo wykuty w skałach nad doliną rzeki Cedron jest od V wieku domem pustelników i mnichów. Żyją tu w bardzo surowej regule, dzień wypełnia głównie modlitwa. Jedzą dwa razy dziennie głównie warzywa. Po wodę schodzi się w dół skalnymi korytarzami i ustawia wiadra pod sączącym się ze skały strumykiem. Ściany kaplic pokrywają jaskrawo kolorowe wizerunki Maryi, apostołów i świętych. Pod posadzkami są krypty z grobami mnichów, Anastasios mówi, że niektórzy cały czas wydzielają woń kwiatów.

W nocy budzi mnie jakiś rytmiczny dźwięk. To jeden z mnichów wzywa wszystkich na modlitwę uderzając kołkiem o niesioną na plecach drewnianą belkę. W poświacie oliwnych lampek ciemne postacie przesuwają się korytarzami w stronę kaplicy. Pokazują mi że nie mogę wejść pod ołtarz, zostaję więc w przedsionku. Śpiewana modlitwa trwa około godziny. Gdy mnisi wracają do swoich cel, wychodzę na kamienny taras z widokiem w dół na dolinę Cedronu. Noc jest jasna, a niebo tak potężnie rozgwieżdżone jak potrafi być tylko nad pustynią. Po drugiej stronie głębokiego kanionu majaczy skalne zbocze. Anastasios mówił, że są tam wykute w skałach setki wnęk. Dziś nikt już tam nie mieszka, ale w minionych stuleciach te niedostępne pustelnie były zamieszkałe. Do niektórych jedzenie i wodę wciągano po sznurach.

Kładę się na kamiennej posadzce tarasu i patrzę w gwiazdy. Dobrze będzie wyruszyć jutro w drogę wcześnie rano żeby zyskać kilka godzin chłodu zanim wzejdzie słońce. 40 km do Qmran muszę pokonać zanim zapadnie zmrok. Potem na północ do Jeryha i dalej Doliną Jordanu przez Samarię do Nazaretu. Jeśli nie wydostanę się z Izraela przez Syrię, będę musiał szukać połączenia promem z Hajfy na Cypr. Mam cztery miesiące żeby dotrzeć do Asyżu we Włoszech. Próbuję jakoś wyobrazić sobie drogę, która jest przede mną, ale szybko okazuje się, że planowanie czegokolwiek mija się z celem. Jestem tutaj cały w rękach Boga. Ta pielgrzymka jest Jego Drogą, w przeciwnym razie nie miałbym środków ani odwagi żeby dotrzeć choćby do miejsca gdzie teraz jestem.

Cisza jest teraz tak głęboka jak aksamit kosmosu nade mną. Ktoś dmuchnął w niego złotym pyłem. Gwiazdy są tak piękne, że przychodzi chęć podzielenia się z kimś tą chwilą. Odganiam szybko te myśli. Myślę o surowym życiu mnichów w Mar Saba, o samotności na pustelni wśród skał i o mojej jutrzejszej drodze przez pustynię do Morza Martwego. Wiem, że pustynia może być błogosławieństwem, doświadczeniem bliskości Boga, ale może też być przekleństwem. Tylko stałe podążanie drogą woli Bożej pozwala utrzymać się w łasce, każde zboczenie z tej drogi na krok to wejście w wątpliwości, niepewność i lęk. Nie mam pieniędzy, prowiant tylko na jeden dzień, nie wiem gdzie jutro będę spał, ale wiem, że ta droga taka właśnie jest. Dzięki modlitwie codziennie przekraczam próg niepewności. Po drugiej stronie zawsze odnajduje mnie światło. Tutaj nic do mnie nie należy, niczego nie da się zabezpieczyć, zawierzenie musi być niemal zupełne. A roztropność? Co z roztropnością? – pytam siebie czasem. "Nieustannie się módlcie" - przychodzą słowa św. Pawła. W drodze zawierzenia tylko Jezus jest  roztropnością. Jestem cały w rękach Boga. Kroki są nieustanna modlitwą. Czuję, że blisko jest granica szaleństwa, ale odczuwam też wyraźnie pokój, jakbym przebywał w jakimś kokonie bezpieczeństwa, przez który nie może mnie dosięgnąć nic złego. Czuję, że wytrwała samotność jest zdolna uczynić człowieka prawdziwie wolnym od niepokoju. Ale odkrywam, że ta prawdziwa wolność nie jest „od” czegoś. Prawdziwa wolność to wolność „do”, porzucenie wszystkiego dla tej jednej drogocennej perły. Czuję, że nadzieja, która mnie prowadzi może osiągnąć swoją pełnię w całkowitym ogołoceniu ze świata i doczesnych problemów. Rozsypane na niebie gwiazdy zdają się potwierdzać, że istnieje szczęście bez ciągłego przytulania się do jakiejś osoby, instytucji czy nałogu. Istnieją drogi bez ziemskich drogowskazów.  Moja znikomość i kruchość w bezmiarze kosmosu otwiera kanał zdumiewającej mocy. Nikt o mnie tu nie wie, nic nie znaczę, jestem zupełnie nieużyteczny dla świata, znikome ziarno pyłu w otchłani kosmosu, ale czuję jak każda chwila nabrzmiewa wielkim znaczeniem. Zgoda na samotność jest jak odkrycie na pustyni smaku krystalicznej wody.
Gdzieś tutaj blisko jest ten punkt spotkania, którego szukałem. To spotkanie jest niemożliwe bez surowego odsunięcia się od świata, bez milczenia, samotności i pokuty – poświęcenia całego życia dla tej jednej wytęsknionej chwili. A jednak gdzieś na dnie serca czuję kłucie. Przez kokon bezpieczeństwa do wewnątrz przenikają pytania. Czy istnieje samotność, która jest przepowiadaniem światu Chrystusa? Czy istnieje samotność, przez którą Bóg naprawia świat?  Czy przez oddalenie mogę mieć łączność z tymi, których kocham?

niedziela, 5 lutego 2017

powidoki


Kadr z „Powidoków” Andrzeja Wajdy. Nika, 10-letnia córka Władysława Strzemińskiego, stoi w pracowni ojca, w czerwonym płaszczyku, na tle ikony Matki Boskiej Kazańskiej, którą otrzymała kiedyś od swojej prawosławnej matki, Katarzyny Kobro.
Nika jest zawieszona między dwoma silnymi, skonfliktowanymi osobowościami rodziców, z których każdy inaczej postrzega rzeczywistość i inaczej ją wyraża, tworząc własną, odrębną koncepcję sztuki. Ten konflikt indywidualności doprowadzi ich do rozstania, które będzie wielkim dramatem dla ich córki.

Konstruktywista Strzemiński, autor koncepcji unizmu, był przez Jakiś czas w Petersburgu asystentem Kazimierza Malewicza, który zasłynął odrzuceniem w malarstwie logiki koloru. Malewicz, jako oddany idei komunizmu artysta, szukając czysto egzystencjalnych możliwości w sztuce, doszedł do samej granicy wyrazu malarskiego tworząc słynny obraz „Czarny kwadrat na białym tle”, który był swoistym manifestem „końca sztuki”. Socrealizm doprowadził w ten sposób do kresu sztukę tradycyjną, podobnie jak pół wieku wcześniej Fryderyk Nietzsche obwieścił „śmierć Boga”, jako koniec religijnych iluzji ograniczających postęp ludzkości.

Oto dwaj wieszcze upadku tradycyjnych wartości i chrześcijańskiej wizji świata staną się symbolami dla dwóch totalitarnych systemów ateistycznych, które doprowadzą ludzkość do największej tragedii w dziejach, gdzie po raz pierwszy w historii nienawiść skierowana przeciwko drugiemu człowiekowi przyjmie instytucjonalne, systemowe i globalne formy.

Film Wajdy przedstawia dramatyczny spór o rolę i znaczenie sztuki w życiu człowieka i społeczeństwa i w tym kontekście ukazuje postawy ludzi, ich moralne dylematy i tragiczne wybory.
Na tym tle cicho i pokornie ledwie zaznacza swą obecność milczący prostokąt ikony. Występuje tylko w dwóch scenach. Nie ma w filmie jej zbliżenia, pozostaje cały czas na drugim planie, jak brutalnie odrzucona naiwność wieku dziecięcego, obraz wzgardzony, ośmieszony, nieprzydatny, a jednak skrywający wielką siłę, ukrytą ideę, która w jakiś sposób przeciwstawia się tworzonym przez „wolny” umysł teoriom rzeczywistości i okrutnym pragmatyzmom i relatywizmom.

Ikona wyraża największą z tajemnic i największe z ludzkich pragnień: spotkanie ducha i materii. Jest według tradycji przestrzenią spotkania prawdy i piękna, oknem na świat „przyszłego wieku”. Dla chrześcijan jedynym prawdziwym pięknem i kresem poszukiwań jest sam Bóg, a sztuka to różne drogi do tego celu.
Dziesięć wieków przed Strzemińskim, ukryty na Pustyni Judzkiej św. Jan z Damaszku napisze o tajemnicy ikony, że „jest widzialnym znakiem Niewidzialnego”.

Strzemiński, po okresie fascynacji rewolucją komunistyczną, odrzuci socrealizm i skazany za to przez władze komunistycznej Polski na artystyczny niebyt, umrze w nędzy. Jego artystyczny manifest, teoria, którą pragnie uwieńczyć swoje życie, jest krzykiem o prawo do własnej wizji, do wyrażenia twórczej wolności.
Znamienna jest scena, gdy okazuje się, że artysta musi schować ikonę do szuflady żeby nie przeszkadzała mu w realizacji jego malarskich poszukiwań.

niedziela, 22 stycznia 2017

Kreski



Jak technika półsuchych kresek może być zaproszeniem do wyruszenia w drogę...
Ikona „Serafin w błękitach” była od początku pewnym eksperymentem, próbą wejścia na nieznany teren. Miałem dobre zdjęcia fresku Serafina z prawosławnej cerkwi, ale czułem się niepewnie. Chciałem spróbować nowej techniki, wydobyć z błękitnego tła oblicze i skrzydła anioła nie używając znanej mi dobrze techniki rozświetleń, tylko pracować używając tysięcy cienkich kresek, delikatnych dotknięć półsuchego pędzla. Ta technika bardziej przypomina szkicowanie niż tradycyjne malowanie. Kreseczki kładzie się miejsce przy miejscu. Jedna czy dwie nie dają jeszcze efektu, dopiero gdy dochodzą kolejne kreski, ich suma daje dostrzegalną różnicę i stopniowo tworzy obraz, który dzięki tej technice ma wyjątkową dynamikę, jakby był „w ruchu”.
Po nałożeniu na deskę kilku warstw błękitnego tła i odczekaniu aż wyschnie, sięgnąłem po biel cynkową żeby przygotować odpowiednią farbę do „kresek”. Znaczenie ma gęstość farby, a wcześniej także „tłustość” spoiwa żółtkowego, które jest rozpuszczalnikiem dla pigmentu. W ikonie wszystko ma znaczenie, najmniejszy detal, mała zmiana jednego z wielu czynników może spowodować dramatyczny skutek, wprowadzić zaskakującą zmianę. Nowy efekt może być dla ikony korzystny lub poprowadzić w złą stronę. Pisanie ikony to ciągłe rozeznawanie drogi.
Biel cynkowa jest mocno transparentna czyli daje słabe krycie, spod farby przebija to, co pod spodem. Kreska nie może być czysto biała, zbyt duże byłyby kontrasty. Delikatnie łamię więc biel dodając okruch błękitnego pigmentu. Nie widzę zmiany koloru, ale wiem, że to już inna biel, „biel ascetyczna”. Po modlitwie, która jest właściwie tylko westchnieniem o właściwą miarę, kroplami odmierzam ilość spoiwa żeby uzyskać odpowiednią gęstość farby. Sięgam po cienki pędzel, zanurzam go w farbie odsączając nadmiar na brzegu palety. Pędzel gotowy do pracy na chwilę zatrzymuje się nad deską.
Pierwsze dotknięcie pędzlem jest jak pierwszy krok na nowej drodze. Kładę pierwszą kreskę i od razu zaskoczenie. Nie ma jej. Nie widzę śladu farby. Jakby była całkowicie przezroczysta. Może farba jest zbyt rzadka… za mało dodałem bieli? Wtedy nagle kreska sama się pojawia. Teraz widzę ją wyraźnie… A więc… zaczynam rozumieć… biel cynkowa na błękitnym podłożu działa tak, że nie pojawia się od razu, tylko dopiero gdy wysycha. Potrzebuje chwili czasu żeby się pojawić. Trwa to sekundę-dwie, ale ten czas zawieszenia wprowadza niepokój. Gdy kładę farbę, spodziewając się znanego mi efektu, że pędzel zostawi ślad, tymczasem na desce nic się nie dzieje. Odkrywam, że mój niepokój jest wywołany tym, że nie mam teraz kontroli nad pędzlem. Przecież to niemożliwe tak pracować bez kontroli nad efektem. Nie mogę malować nie widząc skutku. Nie widząc kreski nie wiem gdzie mam postawić kolejną. Dziwne uczucie. A może to jednak zaproszenie do czegoś? Może mam spróbować postawić kilka tych nieporadnych kroków w ciemno i poczekać co się stanie.
Teraz dopiero dostrzegam jak trudno zaufać, gdy tracę kontrolę, gdy nie wiem co mnie dalej czeka. Ale przecież radziłem sobie wiele razy w trudnych sytuacjach na drodze, gdy po ludzku nie było rozwiązania i trzeba było mocniej zacisnąć dłoń na kiju i zrobić krok w niepewność. Wtedy okazywało się, że „po tamtej stronie ciemności” czekało na mnie rozwiązanie. Przed chwilą go nie widziałem, ale ono było, czekało na mnie, czekało na moje „fiat”.
Postanawiam pójść tą niepewną drogą „niewidzialnych” kresek. Pierwsze kroki są nieporadne, jak nauka pisania lewą ręką, ale po chwili zaczynam znajdować rytm. To nowe doświadczenie. Czuję się znów jak dziecko, które podało dłoń tacie i idzie pod jego opieką, pozwala się prowadzić bo zaufało. Patrzę jak szkic cienkich białych kreseczek wyłania się z „niebytu”, jakby niesiony niewidzialną falą. Ta zmiana delikatnie „płynie”, stopniowo ukazując światło oczu, ust, nosa. Kształty serafina wyłaniają się nieoczekiwanie, jakby „znikąd”. Każdy kto pisał ikonę zna to niezwykłe uczucie, gdy w pewnej chwili oczy ikony stają się żywe, zaczynają patrzeć. Jednak teraz, gdy oddając kontrolę zdaję się na prowadzenie, moje zdumienie jest jeszcze większe.
Na nowo odkrywam znaczenie słów, które powtarzałem to tyle razy na warsztatach pisania ikon: „Ikonograf oddaje dłoń Duchowi Świętemu, to On jest prawdziwym autorem ikony". Przyjmuję pokornie tą pierwszą lekcję ikonografii. A więc droga znowu się zaczyna

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Step


Z drogi przez Rosję. Lipiec 2013

Cóż dla człowieka lepszym sposobem poznania tajemnicy Bóstwa,
aniżeli człowieczeństwo, które Ono przyjęło?

           Bł. Henryk Suzo, „Księga Mądrości przedwiecznej”

Rosyjski step zatraca jak ocean. Linia horyzontu jest cały czas boleśnie daleko. Czasem idę godzinami mając tylko towarzystwo traw i białych brzóz. Gdy staję, słyszę szum krwi w skroniach, poprawiam plecak i uczepiam się drzewa na horyzoncie żeby mieć jakiś punkt odniesienia. W ciszy, która zdaje się teraz podpierać niebo, robię kolejny krok w niepewność.  

Samotność rosyjskiego stepu sprawia, że każde spotkanie z drugim człowiekiem jest niczym święto. Rosjanie mieszkają bardzo skromnie w drewnianych domach z zarośnietymi ogródkami. Nauczyłem się jeść twardą słoninę. Trzeba ją żuć powoli. Zapraszają na nocleg, do łaźni. Pytają czego jeszcze mi potrzeba. Mogę się odwzajemnić tylko obrazkiem Jezusa Miłosiernego. Niektórzy całują go jak ikonę.

Czy pielgrzym, człowiek niezakorzeniony w świecie, ma coś do zaoferowania? A jednak wspólny posiłek u rosyjskiej rodziny rodzi ważną myśl: że nie musimy określać siebie przez dzielące nas różnice. Pielgrzym jest bezbronny, jest w duchowej drodze, prosi o pomoc, dlatego budzi zaufanie. Gdy siadamy do stołu okazuje się, że każdy ma swoją historię, swoją godność i swoje lęki. Różnimy się, ale  nie różnice są teraz najważniejsze. Jemy ten sam chleb. Tą zdumiewającą wspólnotę można dostrzec dopiero w wolności drogi, w wolności od schematów i uprzedzeń, w wolności od lęku przed obcym.
Siedząc przy stole jesteśmy niczym dalecy krewni. Należymy do tej samej wspólnoty, w której kobiety i mężczyźni podają sobie ręce na przywitanie i patrzą sobie prosto w oczy. Wymiana uśmiechów to misterium spotkania.”Spotykam Innego w epifanii jego twarzy” – mówił francuski filozof dialogu Emmanuel Levinas.

Do tego drzewa przede mną mam może pięć kilometrów. To godzina drogi. Powietrze jest bardzo przejrzyste. Daleki horyzont rysuje się ostro. Białe brzozy rosną w kępach. Trzymają się razem.
Chyba tędy kiedyś szła na Moskwę polska husaria i tędy 200 lat póżniej wracała upokorzona armia Francuzów.
- Od wielkości do śmieszności jest tylko mały krok - powiedział po klęsce zadanej przez Rosjan jeden z ministrów Napoleona. Stąd widzę to bardzo wyraźnie. Czy klęskę dumnemu cesarzowi zadali Rosjanie czy ten bezmiar rosyjskiego stepu? Pośrodku oceanu traw wracają wspomnienia moich życiowych porażek, klęsk, które ujawniły moją niewystarczalność, zapatrzenie w siebie, pychę. Teraz już wiem, że były potrzebne, bez nich może nadal odchodziłbym od prawdy o sobie. A teraz? Co o sobie wiem teraz? W jakim punkcie drogi jestem?

Do bramy Optyńskiej Pustelni pod Kozielskiem pukam gdy już jest ciemno. Otwiera mi brodaty mnich patrząc podejrzliwie. Po rosyjsku tłumaczę, że idę do Moskwy, że jestem katolikiem. Mam na kosturze prawosławną ikonę krzyża, mnich patrzy na nią  i po chwili wpuszcza mnie do środka. Prowadzi do prostego pomieszczenia z małym okienkiem i drewnianym łóżkiem. Na ścianie tylko ikona św. Jana Chrzciciela. Po chwili przynosi koce i kolację dla mnie: chleb i rybną konserwę. Mam więc posiłek apostołów.

Nazajutrz Iwan oprowadza mnie po cerkwiach monastyru. Optyńska Pustelnia to wielki kompleks cerkwi otoczony wysokim murem. Dowiaduję się, że to w tych murach NKWD przetrzymywało polskich oficerów przed transportem na egzekucję do Katynia. Iwan pokazuje mi ikony. Przed każdą oddaje trzykrotny pokłon robiąc za każdym razem zamaszysty znak krzyża, który zaczyna się dotknięciem trzema złączonymi palcami czoła, dotyka serca i prowadzi od prawego ramienia do lewego. Ja żegnam się zwyczajnie, tak jak u nas, całą dłonią: czoło, serce, lewe ramię, prawe ramię. Gdy wychodzimy z cerkwi podchodzi do mnie starsza pani w chustce na głowie i zaczyna mi tłumaczyć jak prawidłowo powinno robić się znak krzyża przed ikoną. Chyba zauważyła w cerkwi że, znak krzyża robię inaczej. Pokazuje mi wyrażnie i powoli  wszystkie gesty, oddając pokłony prawie do ziemi. Jest uprzejma, chyba myśli, że nie wiem jak to robić. Gdy kobieta odchodzi, Iwan widząc moje strapienie, rzuca tylko: „Ty kriż diełaj kak tiebie kriestili” (Ty rób znak krzyża tak, jak byłeś chrzczony).

Każdy dom składa się z muru. A mur, dając poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie oddziela, tworzy granicę. Wielokrotnie doświadczałem tej granicy w miastach stojąc przed zamkniętą klatką z domofonem. Ściany powstają żeby ochronić się przed niebezpieczeństwem. Dla pielgrzyma, który każdego wieczoru puka do innego domu prosząc o nocleg, znak otwartych drzwi pochodzi od samego Boga. Człowiek, który otwiera dom nieznajomemu, robi taki sam krok w niepewność, jak pielgrzym wyruszający w drogę bez zabezpieczeń. W Ewangelii przestraszeni uczniowie Jezusa chronią się przed Żydami za zamkniętymi drzwiami Wieczernika. Jezus przechodzi jednak przez zamknięte drzwi i mówi: „Pokój wam”.




piątek, 2 grudnia 2016

Kapelan

Wojtek jest Polakiem od 10 lat mieszkającym w Londynie. Ukończył teologię na KUL-u, a potem filozofię już tutaj, na Uniwersytecie Londyńskim. Pracuje jako świecki kapelan marynarzy w Porcie Tilbury, zatrudniony przez Episkopat Anglii w Apostleship of the Sea Stella Maris (Apostolstwo Morza Stella Maris). Dostaję od niego swój kask ochronny i kamizelkę, Wojtek zabiera mnie na statki, pokazuje swoją pracę wśród marynarzy różnych bander, języków i religii. Odwiedzamy gigantyczny kontenerowiec z Birmy i rorowiec z polsko-ukraińsko-filipińską załogą.

- Tutaj trzeba bardziej być po prostu człowiekiem, wsłuchanym i wyczulonym na problemy i potrzeby drugiego człowieka. Ewangelizacja odbywa się przy okazji, choć przecież o Boga tu cały czas chodzi. Ale On działa też przez okazywanie serca temu kto jest w potrzebie.

Wojtek rozwozi marynarzom karty telefoniczne i do Internetu, pomaga w zakupach, formalnościach, nagłych sprawach, gdy potrzeba konsula albo prawnika. Jest na miejscu gdy trzeba duchowej posługi, pocieszenia, albo zwyczajnej rozmowy. Wręcza obrazki i broszury z Dobrą Nowiną.
- Cieszę się gdy mogę porozmawiać z kimś o Bogu, ale nie mogę się narzucać. Załogi są mieszane. Często Chorwaci dzielą miesiącami jeden pokład z Serbami, Ukraińcy z Rosjanami. Morze stawia wszystkich wobec swojej zmienności i nieprzewidywalności. Marynarz wie, że wobec potęgi żywiołu niewiele zależy od samego człowieka.

Wojtek niedawno się ożenił. Razem z żoną, Milą, dają mi nocleg w swoim małym mieszkaniu w centrum Londynu i mimo protestów kupują wszystko co mi potrzebne na drogę.
W niedzielę Mila ma dyżur w szpitalu, wychodzimy więc we dwóch z Wojtkiem na mszę do katolickiej katedry, a potem Wojtek oprowadza mnie po mieście.

Westminster Abbey w Londynie jest dla Anglików tym, czym dla Polaków jest Wawel. Tu spoczywają królowie, poeci, Darwin i Newton, tutaj koronuje się królów. Kiedyś było to potężne opactwo Benedyktynów, dziś jest to główna świątynia Kościoła Anglikanskiego. W latach 90-tych dokonano renowacji frontu kościoła i umieszczono nad portalem rząd dziesięciu figur przedstawiających największych męczenników chrześcijaństwa XX wieku.
Ku mojemu zdziwieniu rząd świętych otwiera święty Maksymilian Kolbe. Od Mili wiem, że wybierając osoby do tego panteonu anglikanie byli bardzo "picky" - staranni i drobiazgowi. Obok Maksymiliana Martin Luther King, potem biskup Romero z Nikaragui, Dietrich Benhofer niemiecki pastor zamęczony przez hitlerowców tuż przed końcem wojny.

Kult świętych jest mało popularny w kościołach protestanckich, podobnie jak pielgrzymowanie i ikony. Gdy stajemy z Wojtkiem przed okazałym frontem potężnej świątyni akurat otwierane są drzwi – za chwilę odbędą się anglikanskie nieszpory. Turyści są proszeni o nie wchodzenie do środka w czasie modlitwy. Na skierowane do nas w przejściu pytanie o cel wizyty odpowiadamy z Wojtkiem zgodnie: - Prayer. (modlitwa).

Wewnątrz kolejne zaskoczenie. Witają nas bowiem dwie wielkie ikony - zgodnie ze wschodnim porządkiem: po lewej od wejścia Matka Boska Hodegetria, a po prawej Chrystus Pantokrator. Ikony są z pewnością kanoniczne, poznaję świetny warsztat, może dar prawosławnych?
Nie ma czasu się przyglądać, zaraz rozpoczynają się nieszpory.

Modlitwa ma bardzo podniosły charakter, początek na stojąco, dużo śpiewu. Liturgia często odnosi się w pięknych słowach do Matki Bożej. Potem następuje homilia pastora. I tu znowu zaskoczenie bo tematem kazania jest "Czarna Madonna".

To co słyszymy z Wojtkiem z ust protestanckiego pastora daje wyraźnie odczuć, że zbliżenie anglikanów i katolików to proces realnie zachodzący w przestrzeni Kościoła.

Po wyjściu z katedry widzę pastora żegnającego się z wiernymi. Czekam na odpowiedni moment i w końcu podchodzę żeby krótko przedstawić ideę pielgrzymki. Pastor słucha mocno zaciekawiony. Pdodaję mu adres strony i mój mail z prośbą o przesłanie mi tekstu homilii o Czarnej Madonnie. Jesteśmy we trzech mocno poruszeni tym spotkaniem. Na pożegnanie pastor z uśmiechem mówi:
- Ta nasza rozmowa była jak modlitwa.

Nazajutrz dostaję maila:

Dear Roman,

It was great to meet with you yesterday and to learn about your pilgrimage.
The sermon is attached.
As you continue your journey, you will remain in my prayers. Please pray for us!

Every blessing.

Tony

Tony Kyriakides
Chaplain, Westminster Abbey


Drogi Romanie,

Dobrze było cię spotkać i posłuchać o twojej pielgrzymce.
Załączam tekst homilii.
Jestem z tobą w modlitwie w twoim dalszym pielgrzymowaniu. Proszę módl się za nas.

Z błogosławieństwem,

Tony Kyriakides,
Kapelan, Opactwo Westminster

sobota, 22 października 2016

Rozmowa miłosiernego Boga z duszą w rozpaczy
(Dzienniczek św. siostry Faustyny)

Jezus: Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest miłością i miłosierdziem samym.
— Lecz. niestety, dusza pozostaje głucha na wołanie Boże i pogrąża się jeszcze w większych ciemnościach.
— Jezus woła powtórnie: Duszo, usłysz głos miłosiernego Ojca swego.
Budzi się w duszy odpowiedź: Nie ma już dla mnie miłosierdzia. I wpada w jeszcze większą ciemność, w pewien rodzaj rozpaczy, który daje jej pewien przedsmak piekła i czyni ją całkowicie niezdolną do zbliżenia się do Boga.
Jezus trzeci raz mówi do duszy, lecz dusza jest głucha i ślepa, poczyna się utwierdzać w zatwardziałości i rozpaczy. Wtenczas zaczynają się niejako wysilać wnętrzności miłosierdzia Bożego i bez żadnej współpracy duszy daje jej Bóg swą ostateczną łaskę. Jeżeli nią wzgardzi, już ją Bóg pozostawi w stanie, w jakim sama chce być na wieki. Ta łaska wychodzi z miłosiernego Serca Jezusa i uderza swym światłem duszę, i dusza zaczyna rozumieć (83) wysiłek Boży, ale zwrócenie [się do Boga] od niej zależy. Ona wie, że ta łaska jest dla niej ostatnia, i jeżeli okaże jedno drgnienie dobrej woli — chociażby najmniejsze — to miłosierdzie Boże dokona reszty.
— [Jezus:] Tu działa wszechmoc mojego miłosierdzia, szczęśliwa dusza, która skorzysta z tej łaski.
— Jezus: Jak wielką radością napełniło się serce moje, kiedy wracasz do mnie. Widzę cię bardzo słabą, dlatego biorę cię na własne ramiona i niosę cię w dom Ojca mojego.
— Dusza, jakby przebudzona: Czy to możliwe, żeby jeszcze dla mnie było miłosierdzie? — pyta się pełna trwogi.
— Jezus: Właśnie ty, dziecię moje, masz wyłączne prawo do mojego miłosierdzia. Pozwól mojemu miłosierdziu działać w tobie, w twej biednej duszy; pozwól, niech wejdą do duszy promienie łaski, one wprowadzą światło, ciepło i życie.
— Dusza: Jednak lęk mnie ogarnia na samo wspomnienie moich grzechów i ta straszna trwoga pobudza mnie do powątpiewania o Twojej dobroci.
— Jezus: Wiedz, duszo, że wszystkie grzechy twoje nie zraniły mi tak boleśnie serca, jak obecna twoja nieufność; po tylu wysiłkach mojej (84) miłości i miłosierdzia nie dowierzasz mojej dobroci.
— Dusza: O Panie, ratuj mnie sam, bo ginę, bądź mi Zbawicielem. O Panie, resztę wypowiedzieć nie jestem zdolna, rozdarte jest moje biedne serce, ale Ty, Panie...
Jezus nie pozwolił dokończyć tych słów duszy, ale podnosi ją z ziemi, z otchłani nędzy i w jednym momencie wprowadza ją do mieszkania własnego Serca, a wszystkie grzechy znikły 374 w oka mgnieniu, miłości żar zniszczył je.
— Jezus: Masz, duszo, wszystkie skarby mojego serca, bierz z niego, cokolwiek ci potrzeba.
— Dusza: O Panie, czuję się zalana Twoją łaską, czuję, jak nowe życie wstąpiło we mnie, a nade wszystko czuję Twą miłość w mym sercu, to mi wystarcza. O Panie, przez wieczność całą wysławiać będę wszechmoc miłosierdzia Twego; ośmielona Twoją dobrocią, wypowiem Ci wszystek ból serca swego.
— Jezus: Mów, dziecię, wszystko bez żadnych zastrzeżeń, bo słucha cię serce miłujące, serce najlepszego przyjaciela.
— O Panie, teraz widzę całą swoją niewdzięczność i Twoją dobroć. Ścigałeś mnie swoją łaską, a ja udaremniałam wszystkie Twoje wysiłki, widzę, że należało (85) mi się samo dno piekła za zmarnowanie Twych łask.
Jezus przerywa duszy rozmowę — i [mówi]: Nie zagłębiaj się w nędzy swojej, jesteś za słaba, abyś mówiła; lepiej patrz w moje serce pełne dobroci i przejmij się moimi uczuciami, i staraj się o cichość i pokorę. Bądź miłosierna dla innych, jako ja jestem dla ciebie, a kiedy poczujesz, że słabną twe siły, przychodź do źródła miłosierdzia i krzep duszę swoją, a nie ustaniesz w drodze.
— Dusza: Już teraz rozumiem miłosierdzie Twoje, które mnie osłania jak obłok świetlany i prowadzi mnie w dom mojego Ojca, chroniąc mnie przed strasznym piekłem, na które nie raz, ale tysiąc razy zasłużyłam. O Panie, nie wystarczy mi wieczności na godne wysławianie Twojego niezgłębionego miłosierdzia, Twojej litości nade mną.

Rozmowa

Rozmowa miłosiernego Boga z duszą w rozpaczy

Jezus: Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest miłością i miłosierdziem samym.
— Lecz. niestety, dusza pozostaje głucha na wołanie Boże i pogrąża się jeszcze w większych ciemnościach.
— Jezus woła powtórnie: Duszo, usłysz głos miłosiernego Ojca swego.
Budzi się w duszy odpowiedź: Nie ma już dla mnie miłosierdzia. I wpada w jeszcze większą ciemność, w pewien rodzaj rozpaczy, który daje jej pewien przedsmak piekła i czyni ją całkowicie niezdolną do zbliżenia się do Boga.
Jezus trzeci raz mówi do duszy, lecz dusza jest głucha i ślepa, poczyna się utwierdzać w zatwardziałości i rozpaczy. Wtenczas zaczynają się niejako wysilać wnętrzności miłosierdzia Bożego i bez żadnej współpracy duszy daje jej Bóg swą ostateczną łaskę. Jeżeli nią wzgardzi, już ją Bóg pozostawi w stanie, w jakim sama chce być na wieki. Ta łaska wychodzi z miłosiernego Serca Jezusa i uderza swym światłem duszę, i dusza zaczyna rozumieć (83) wysiłek Boży, ale zwrócenie [się do Boga] od niej zależy. Ona wie, że ta łaska jest dla niej ostatnia, i jeżeli okaże jedno drgnienie dobrej woli — chociażby najmniejsze — to miłosierdzie Boże dokona reszty.
— [Jezus:] Tu działa wszechmoc mojego miłosierdzia, szczęśliwa dusza, która skorzysta z tej łaski.
— Jezus: Jak wielką radością napełniło się serce moje, kiedy wracasz do mnie. Widzę cię bardzo słabą, dlatego biorę cię na własne ramiona i niosę cię w dom Ojca mojego.
— Dusza, jakby przebudzona: Czy to możliwe, żeby jeszcze dla mnie było miłosierdzie? — pyta się pełna trwogi.
— Jezus: Właśnie ty, dziecię moje, masz wyłączne prawo do mojego miłosierdzia. Pozwól mojemu miłosierdziu działać w tobie, w twej biednej duszy; pozwól, niech wejdą do duszy promienie łaski, one wprowadzą światło, ciepło i życie.
— Dusza: Jednak lęk mnie ogarnia na samo wspomnienie moich grzechów i ta straszna trwoga pobudza mnie do powątpiewania o Twojej dobroci.
— Jezus: Wiedz, duszo, że wszystkie grzechy twoje nie zraniły mi tak boleśnie serca, jak obecna twoja nieufność; po tylu wysiłkach mojej (84) miłości i miłosierdzia nie dowierzasz mojej dobroci.
— Dusza: O Panie, ratuj mnie sam, bo ginę, bądź mi Zbawicielem. O Panie, resztę wypowiedzieć nie jestem zdolna, rozdarte jest moje biedne serce, ale Ty, Panie...
Jezus nie pozwolił dokończyć tych słów duszy, ale podnosi ją z ziemi, z otchłani nędzy i w jednym momencie wprowadza ją do mieszkania własnego Serca, a wszystkie grzechy znikły 374 w oka mgnieniu, miłości żar zniszczył je.
— Jezus: Masz, duszo, wszystkie skarby mojego serca, bierz z niego, cokolwiek ci potrzeba.
— Dusza: O Panie, czuję się zalana Twoją łaską, czuję, jak nowe życie wstąpiło we mnie, a nade wszystko czuję Twą miłość w mym sercu, to mi wystarcza. O Panie, przez wieczność całą wysławiać będę wszechmoc miłosierdzia Twego; ośmielona Twoją dobrocią, wypowiem Ci wszystek ból serca swego.
— Jezus: Mów, dziecię, wszystko bez żadnych zastrzeżeń, bo słucha cię serce miłujące, serce najlepszego przyjaciela.
— O Panie, teraz widzę całą swoją niewdzięczność i Twoją dobroć. Ścigałeś mnie swoją łaską, a ja udaremniałam wszystkie Twoje wysiłki, widzę, że należało (85) mi się samo dno piekła za zmarnowanie Twych łask.
Jezus przerywa duszy rozmowę — i [mówi]: Nie zagłębiaj się w nędzy swojej, jesteś za słaba, abyś mówiła; lepiej patrz w moje serce pełne dobroci i przejmij się moimi uczuciami, i staraj się o cichość i pokorę. Bądź miłosierna dla innych, jako ja jestem dla ciebie, a kiedy poczujesz, że słabną twe siły, przychodź do źródła miłosierdzia i krzep duszę swoją, a nie ustaniesz w drodze.
— Dusza: Już teraz rozumiem miłosierdzie Twoje, które mnie osłania jak obłok świetlany i prowadzi mnie w dom mojego Ojca, chroniąc mnie przed strasznym piekłem, na które nie raz, ale tysiąc razy zasłużyłam. O Panie, nie wystarczy mi wieczności na godne wysławianie Twojego niezgłębionego miłosierdzia, Twojej litości nade mną.

wtorek, 18 października 2016

Marek

Historia Marka nauczyła nas czegoś ważnego. Klucz do prawdy, do tajemnicy miłosierdzia i sprawiedliwości, niesiemy wszyscy, a właściwie każdy z nas ma jego ważną część. Dopiero razem, we wspólnocie, możemy otworzyć zamknięte drzwi. To takie trudne znosić przywary brata, uświęcać się przez cierpliwe towarzyszenie komuś, z kim się nie zgadzamy, kto nas rani. Ale nie można zejść z tej drogi, jeśli celem jest Chrystus. Ta droga prowadzi czasem przez ofiarę z siebie dla tej osoby, którą odruchowo łatwo odrzucić, która jest dla nas trudna, która zabiera nam pokój, która czasem nas niszczy. Pchając przez trzy miesiące wózek z obrazem Jezusa do Watykanu, Bóg powoli odsłaniał nam swoje Oblicze. Zmęczenie, niepewność, ból -ujawniały naszą nędzę, na codzień ukrytą pod rutyną, wygodą i poczuciem bezpieczeństwa. Opadały maski złudzeń, egoizmu, samozadowolenia. Teraz prawdziwy obraz Boga zaczęliśmy dostrzegać w drugim człowieku. Bolało. Ale tak miało być. Ta droga trwa nadal.

Misja miłosierdzia osiąga cel zawsze w nietypowy sposób. Na początku potrzeba czegoś na granicy szaleństwa żeby uwierzyć, że droga pod górę ma sens, że to się może udać. Potem niemal dzikiej wytrwałości, żeby pokonywać przeciwności, obojętność, wzruszenia ramion, kpiny. To, że udało się zebrać środki, zbudować wehikuł wielkości samochodu, znaleźć chętnych do misji, dojść z Polski przez siedem krajów do Watykanu z nieuszkodzonym obrazem - było wynikiem tak wielu korzystnych zwrotów akcji, że sami z pewnością nie dalibyśmy rady. Sami nie, więc kto pomógł? Skąd przyszły środki? Od kogo przychodziła pomoc w kryzysach? Kto podczas drogi odnajdywał wyjścia z sytuacji po ludzku beznadziejnych? Kto hamował temperamenty „ludzi z przeszłością”, że nie zrobiliśmy sobie nawzajem krzywdy nad przepaściami w Górach Bośni, w załamaniach pogody w Chorwacji, szukając pożywienia czy schronienia w nocy? Obraz Jezusa, którego byliśmy kustoszami, był tylko malunkiem na płótnie, lecz w trudnych chwilach stawał się ruchomym tabernakulum, Arką na trzech kołach. Przez obraz Jezusa Bóg był z nami obecny realnie.

Prawdziwy sukces nie ma miary ilościowej. Tak jest z każdą pielgrzymką. Powodzenie jest rezultatem wytrwałości i wiary gdy znika nadzieja, pokoju wbrew niepokojom, uśmiechu gdy wszystko wskazuje, że nadciąga katastrofa. To jest jak jazda bez siodła na dzikim koniu, któremu na imię Paradoks.
Paradoks miłosierdzia polega na tym, że im trudniej zaakceptować „niepasujący” element, tym większym okazuje się on błogosławieństwem i tym ważniejszy jest dla całości, a może nawet decyduje o powodzeniu misji. Każdy z powołanych jest potrzebny. Każdy jest niezbędną częścią wspólnoty, nieważne jak ciężkim zadaniem będąc dla pozostałych.

Dla nas w drodze do Watykanu tym trudnym elementem był „niepasujący” Marek. Był cały czas jak jątrząca się rana na „zdrowym” ciele wspólnoty wózka. Nie potrafił dostosować się do wspólnych zasad, nie uczestniczył w tej drodze tak, jak według reszty „być powinno”, irytował, prowokował, aż w końcu coś pękło i Marek „sam się wykluczył” i trzy dni wędrował samotnie.
„Przypadkiem” odnaleźliśmy się potem w Asyżu, gdzie po wspólnej modlitwie dostał „nową szansę” i znów zaczęliśmy pchać nasz wózek razem. Marek wrócił do nas jak do domu, jak biblijny syn po samotnej tułaczce. Okazało się że wszyscy czekaliśmy na niego, każdy miał go cały czas w swojej modlitwie. Czy wtedy w Asyżu przyszło uwolnienie? Czy Marek został uzdrowiony? Nie wiemy. Nasza droga trwa dalej. Uzdrowienie od Boga przychodzi w Jego czasie, nie w naszym, ludzkim. Dziś wiemy na pewno, że Marek był i jest nam bardzo potrzebny. W drodze był ważnym elementem wspólnoty. Był dla nas w tej pielgrzymce lekarstwem. Jest nim nadal. Gorzkim lekarstwem. Lekarstwem na niedowiarstwo, na ślepotę, na egoizm. Był jak lustro, w którym mogliśmy dostrzec siebie samych w całej naszej niewystarczalności. Bez niego nie osiągnęlibyśmy celu misji. Bo okazało się, że celem wędrówki Obrazu Jezusa Miłosiernego nie był Watykan ani Kair. Ta droga trwa i nadal szuka zakończenia, w sercu każdego z nas.

czwartek, 13 października 2016

aCross

Ameryka. Tutaj zaczęla się nowożytna demokracja i wspólczesna ekonomia, tu powstał internet, który zmienia świat. Tutaj przeważyły się losy dwóch wojen światowych, stąd wędrują na cały świat produkty hollywoodzkiej "fabryki snów" i techniczne gadżety Krzemowej Doliny. Tutaj urodził się Martin Luther King i tu zbudowano najokrutniejszą bombę w dziejach.

Kraj założony przez Europejczyków, którzy przekraczając kolejne "frontiers" przestali być Europejczykami, dokonując zagłady Indian wchłonęli legendę Wielkich Równin i do dziś pokonują kolejne granice wpływając na świat, także wbrew woli wielu, którzy chcą żyć inaczej.
Stany Zjednoczone Ameryki to koło zamachowe globalizacji, przed którą nie ukryje się dziś już nigdzie w świecie żaden nomad ani pustelnik. Kraj wielkich możliwości a jednocześnie ogromna przestrzeń biedy i chorób cywilizacyjnych, wielkich karier i wielkich nierówności. Ojczyzna walki o prawa człowieka i jednocześnie największy rynek zbytu narkotyków, legendarna przestrzeń wolności i siedlisko potężnych zniewoleń.

Czy dzisiejsza Ameryka po kilkusetletnim okresie wzrostu i prosperity chyli się ku upadkowi, oddając powoli pozycję światowego lidera nowym globalnym potęgom? Czy z "amerykańskiego snu" przebudzą się milony Amerykanów zaskocznych że ich cudowny świat był zaledwie "Matrixem"?

Gdzieś pośrodku Atlantyku wyprawa Kolumba stanęla przed pytaniem czy wystarczy zapasów żeby osiągnąć brzeg, w którego istnienie tylko wierzyli. Stąd jeszcze mogli bezpiecznie zawrócić do Hiszpanii. Popłynęli jednak dalej ryzykując śmierć. Przekroczenie tej niewidzialnej granicy pozwoliło odkryć nowy kontynent, jednak inny niż się spodziewali.

Pokonanie w pieszej pielgrzymce kontynentu Ameryki Pólnocnej z zachodu na wschód i z południa na pólnoc przypomina tamto  mierzenie się z oceanem.
Bezkres pustynnej Nevady, wielkie równiny Arizony, niekończące się pola Utah. Droga przez amerykański ocean od Pacyfiku do Atlantyku i od Meksyku do Kanady to wpłynięcie w ten bezkres i w tą samotność z którymi zetknął się Kolumb. Decyzja o przekroczeniu niewidzialnej granicy może i tym razem zadecydować o życiu lub śmierci. Jednak bardziej niż o tysiące mil i fizyczną przestrzeń chodzi tu o prawdziwy cel tej drogi. Co ma odkryć ta misja? Jaki ma osiągnąć cel?

"Across America" to nazwa która przyszła w modlitwie. Gra słow "poprzez Amerykę - krzyż Ameryki" coś mówi. Z San Francisco do Nowego Jorku i z meksykańskiego Guadeloupe do kanadyjskiego Sasketchewan. Czy ta droga jest potrzebna? Komu? Czy nie jest tylko sportowym wyzwaniem ludzi, którzy nie potrafią się zatrzymać i szukają dla siebie kolejnych wyzwań? A może ten Krzyż o ramionach liczących po 5 tys. km trzeba ponieść po to żeby Ameryka odkryła go na nowo? I żeby Ameryka odkryła na nowo sama siebie? Wtedy "Krzyża Ameryki" nie nieślibyśmy już tylko w swoim własnym imieniu ale też w imieniu tych wszystkich na calym świecie, którzy wierzą w ideał prawdziwej wolności. Nie mamy ambicji zmieniać świata. Modlimy się tylko nogami o Milosierdzie. Obdarowani kiedyś prawdziwą wolnością wyruszamy po to, żeby nią się dzielić. Wolnością, która przekracza wszelkie granice, która nie mieści się w przestrzeniach wirtualnych i której nie ogarnie żadna z naukowych teorii postępu. Tą wolnością, która nie jest fikcją, ktora nadal jest wielkim amerykanskim snem.

wtorek, 11 października 2016

Otchłań

O. Grzegorz, gwardian klasztoru franciszkanów, zlecił mi odnowienie oblicza Jezusa na wielkiej ikonie Krzyża w kaplicy klasztoru. Niemal 3-metrowy krzyż musieliśmy zdejmować ze ściany we trzech żeby położony na płasko na klęcznikach mógł być poddany renowacji. Przez lata postać Jezusa pociemniała a farba w wielu miejscach zaczęła sie łuszczyć. Zgodnie z kanonem ikona nie może być ciemna, powinna zawsze nieść światło.

Po modlitwie o szczerość intencji i trafność przedstawienia i po błogosławieństwie ojca gwardiana zabrałem się do pracy. Nigdy dotąd nie miałem okazji oglądać tej ikony w naturanych rozmiarach z tak bliskiej odległości. Detale obrazu uderzyły mnie swoją głęboką symboliką. Śledzenie twarzy postaci pod krzyżem niemal realnie przeniosło mnie na jerozolimską Golgotę: zapatrzony w Jezusa setnik, Maria Magdalena w pozie wielkiego smutku, Jan i Maryja. Było też kilka zaskoczeń: np. malarz nie umieścił przy nodze Jezusa sylwetki koguta (tego, który przypomniał Piotrowi trzykrotne zaparcie się swojego Nauczyciela), który jest obecny na oryginale ikony w Katedrze św. Klary w Asyżu. Korzystając z dokumentacji fotograficznej odtworzyłem koguta rozmyślając o tym jak sam zachowałbym się w chwili ostatecznej próby.

Dzień po dniu przychodząc do kaplicy i pochylając się nad drewnem ikony, wchodziłem w wielką tajemnicę cierpienia dziwnie połączonego tutaj z radością Zmartwychwstania bo ikona Krzyża z San Damiano ukazuje Jezusa już zmartwychwstałego, choć fizycznie jeszcze na krzyżu. To jedna z tajemnic ikony, dla której czas nie ma znaczenia, ciemność nie istnieje, a życie przekraczając granicę śmierci osiąga pełnię w wieczności.
Pod stopami Jezusa, w miejscu gdzie krew z ran powinna skapywać do otchłani, odkryłem dziwne pole pokryte biało-niebieskimi pasami, trójkąt z literą “P” i pięciocyfrowy numer. Od razu domyśliłem się, że to obozowa symbolika Auschwitz. Co robiły te znaki na ikonie, której pierwowzór powstał tysiąc lat temu? Tajemnicę wyjaśniła zawartość wnęki przykrytej szklaną płytką. Były tam umieszczone relikwie: fragmenty muru z bunkra głodowego w Auschwitz, w którym zginął św. Maksymilian Kolbe i kamień z katakumb rzymskich męczenników z czasu początków chrześcijaństwa. Zdumiał mnie odważny pomysł zastąpienia na ikonie piekła przez symbol obozu zagłady, w którym dokonała sie być może największa w historii ludzkości próba unicestwienia godności człowieka i skąd do dziś śladami dawnych krematoryjnych dymów biegnie do nieba pytanie o sens ludzkiego cierpienia i śmierci.

Kilka dni po ukończeniu renowacji ikony w klasztornej bibliotece znalazłem książkę Viktora Frankla, jak się okazało austriackiego psychiatry, który przeżył koszmar Auschwitz. Obozowe doświadczenia o dziwo nie tylko nie odebrały mu wiary w sens życia człowieka, ale pozwoliły uformować naukową koncepcję logoterapii (od "Logosu", głównej zasady świata) która w skrócie polega na tym, że że człowiek, aby żyć i osiągać z życia satysfakcję potrzebuje odnaleźć swój własny sens, który pomoże mu przetrwać każde cierpienie i każdy trud związany z życiem. Według tej koncepcji cierpienie, także to posunięte do ostatnich granic, nie tylko nie podważa sensu ludzkiej egzystencji, ale może mieć działanie zbawcze i przenieść ocalony sens w wyższy wymiar.

Fragmenty książki Viktora E. Frankla “W poszukiwaniu sensu”

„Nagle poraziła mnie pewna myśl, po raz pierwszy w życiu objawiła mi się prawda po tylekroć wplatania w pieśni poetów i ogłaszana najwyższą mądrością przez filozofów, a mianowicie, że miłość jest najwyższym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek".

"Zrozumiałem, że nawet ktoś, komu wszystko na świecie odebrano, wciąż może zaznać prawdziwego szczęścia, choćby nawet przez krotką chwilę, za sprawą kontemplacji tego, co najbardziej ukochał.”

„W miarę nasilania się wewnętrznych przeżyć więźnia, jak nigdy wcześniej przeżywał on również piękno sztuki i natury.”
„Próba rozwijania własnego poczucia humoru i stałe uczenie się, aby patrzeć na otaczający nas świat z pełnym dystansu rozbawieniem.”
„Pokuszę się na tym miejscu o następującą analogię: z ludzkim cierpieniem jest jak z gazem. Jeśli wpuścić pewną jego ilość do zamkniętego pomieszczenia, gaz wypełni je w sposób równomierny i całkowity, bez względu na jego rozmiary. Podobnie cierpienie całkowicie „wypełnia” duszę i świadomość człowieka, bez względu na to czy cierpimy ogromnie, czy też tylko trochę. Dlatego też „rozmiar” ludzkiego cierpienia jest pojęcia najzupełniej względnym.”
„My, którzy byliśmy więźniami w obozach koncentracyjnych dobrze pamiętamy ludzi wędrujących od baraku do baraku, pocieszających towarzyszy niedoli, ofiarujących im ostatni kawałek chleba. Nie było ich zbyt wielu, lecz stanowią wystarczający dowód na to, że człowiekowi można odebrać wszystko z wyjątkiem jednego – ostatniej z ludzkich swobód: swobody wyboru swojego postępowania w konkretnych okolicznościach, swobody wyboru swojej własnej drogi.(..)
Zasadniczo zatem każdy człowiek jest w stanie – nawet w tak skrajnych okolicznościach – decydować o tym, kim się stanie, zarówno pod względem psychicznym, jak i duchowym. ..
“Spośród tysięcy więźniów tylko nielicznym udało się zachować swoją wewnętrzną wolność i traktować cierpienie jako okazję do duchowego rozwoju, lecz nawet pojedynczy przykład stanowi wystarczający dowód na to, że dzięki wewnętrznej sile można wznieść się ponad wszystko, co przyniesie los.”
„Jak już podkreśliłem, stan psychiczny więźnia był w ostatecznym rozrachunku nie tyle skutkiem wyżej wymienionych czynników psychofizycznych, ile wynikiem świadomie podjętej decyzji. (..) Człowiek, który nie dostrzegał końca swojej „tymczasowej egzystencji”, nie był w stanie dążyć do jakiegokolwiek celu. (..) Nie widząc dla siebie w przyszłości żadnego celu, do którego miałby dążyć, więzień obozu upadał na duchu i pogrążał się w retrospektywnych rozmyślaniach. (..) Odrealnianie naszej „tymczasowej egzystencji” było samo w sobie ważnym powodem, dla którego więźniowie tracili chęć do dalszego życia – z tej perspektywy bowiem wszystko wydawało się pozbawione sensu.
„Więzień, który stracił wiarę w przyszłość – w swoją przyszłość – był skazany na zagładę. Wraz z utratą wiary w przyszłość tracił jednocześnie swoją orientację duchową. Rezygnując z walki o samego siebie, popadał w psychiczną i fizyczną ruinę.(..)
Początkiem wszelkich prób wskrzeszenia w człowieku jego wewnętrznej siły musiało być wskazanie mu jakiegoś celu w życiu. (..) Sami musieliśmy się uczyć, a następnie przekazywać zrozpaczonym towarzyszom, że nie liczy się to, czego my oczekujemy od życia, ale to czego życie oczekuje od nas. Musieliśmy przestać zadawać sobie pytania o sens naszej egzystencji, a w zamian nauczyć się myśleć o sobie jak o ludziach poddawanych przez życie – w każdej godzinie dnia – nieustannemu egzaminowi.(..) Ostatecznie życie sprowadza się do wzięcia na siebie odpowiedzialności za znalezienie właściwego rozwiązania problemów i zadań, jakie stale stawia ono przed każdym z nas.”
„Kiedy uświadomimy sobie, że nie da się zastąpić jednego człowieka drugim, rola odpowiedzialności jaką ponosimy za własne życie i jego podtrzymywanie, ukaże się nam w całej swej wielkości. Człowiek, który zda sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką ma wobec innej istoty ludzkiej, która go kocha i z niecierpliwością wyczekuje jego powrotu, albo wobec jakiejś nieukończonej pracy, nigdy nie będzie zdolny odebrać sobie życia. Wie już, dlaczego żyje, a to pozwoli mu znieść to, jak żyje.”


Fragmenty książki Viktora E. Frankla “W poszukiwaniu sensu”